73. Cuma

Nadszedł dzień wypłynięcia. Pogoda była dobra, niebo błękitne i czyste. Wiał słaby wiatr, ale na tym etapie podróży nie miało to większego znaczenia. I tak zaraz po odbiciu od przystani Karkarow planował sprowadzić statek do zanurzenia i teleportować na otwarty akwen Morza Białego.

Oficjalne pożegnanie było zaplanowane na godzinę 12:00. Wszystko zostało już załadowane na pokład poprzedniego dnia, a sam statek lśnił czystością. Kadłub został świeżo odmalowany, naszykowano również nowiutki komplet żagli, gotowy do wciągnięcia na reje. Na ranek pozostały tylko ostatnie przygotowania.

Igor stał na pokładzie rufowym ze swoim pierwszym oficerem, Kamzojem. Karkarow chętnie widział by go przy sobie w tym rejsie, ale ktoś musiał zostać w Durmstrangu, żeby zastąpić go na stanowisku nauczyciela. Kamzoj, jako nauczyciel Wstępu do Teorii Czarnej Magii był oczywistym i jednym kandydatem. Igor nie chciał nikogo z zewnątrz – zwłaszcza, że kosztowałoby to zapewne znacznie więcej, niż normalna nauczycielska pensja, nawet po doliczeniu nadgodzin.

W ciągu ostatnich dni przed podróżą Kamzoj czynnie uczestniczył przy przygotowywaniu żaglowca do rejsu. Teraz przeglądał księgę ze spisem zaopatrzenia, aby sprawdzić, czy na pewno wszystko znajduje się na pokładzie. Karkarow widział ten spis już tyle razy, że sam nie był pewien, czy czegoś tam przypadkiem nie brakuje. Wolał, aby ktoś znający się na rzeczy jeszcze raz rzucił na to okiem.

— Półtora kompletu zapasowych żagli? — zdziwił się uprzejmie pierwszy oficer, stukając palcem w odpowiednią adnotację.

— Taaa — przyznał z niechęcią Karkarow. — Przehandlowałem większość tego starego na zapasowe olinowanie. Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. Został komplet do grota, kliwer i stersztaksle. I bezan. A skoro jest miejsce w żagielkoi to nie zaszkodzi zabrać i tego.

Kamzoj skinął głową, wracając do przeglądania księgi. Tymczasem Karkarow poinstruował dwóch uczniów, aby sprawdzili, czy wszystko jest dobrze umocowane w ładowni.

— Czyli wciągacie teraz te nowe, czarne? — zagadnął pierwszy oficer.

— Taaa... Nowe żagle i nowe przepisy. — Karkarow zebrał poły futra i oparł się o reling, spoglądając na śródokręcie. — Żeby ich pokręciło wszystkich w tym ministerstwie, nie mają co robić, tylko siedzą i wymyślają, a wszyscy żeglarze rwą sobie włosy z głowy. Ledwie zamówiłem nowy komplet, oczywiście biały, i zgadnij co się stało...

— Czyżby ogólne zarządzenie o kolorze żagli?

— Dokładnie.

Niejeden uczeń, odrabiający szlaban farbowaniem żagli, klął w żywe kamienie Karkarowa i jego fanaberie. W rzeczywistości Igor musiał dopasować kolor ożaglowania do nowych przepisów o ustawie tajności i ukrywania istnienia czarodziejskiego świata przed mugolami.

— Paranoja kompletna — ciągnął dalej Karkarow, skubiąc swoją kozią bródkę. — Niby są mniej widoczne, ale przecież tylko w nocy. W dzień wyróżniają się jak mało co. Jest jeszcze trochę mugolskich żaglowców, ale żeby któryś miał czarne żagle...? W życiu o tym nie słyszałem. O zielonych to i owszem. Ale to jeden tylko wyjątek. Niech te czarne jakiś mugol zobaczy i zacznie się zastanawiać...

— A mugole pływają już coraz dalej — powiedział Kamzoj. — Nawet za koło podbiegunowe.

— Niech zgadnę: turyści?

Pierwszy oficer skinął twierdząco głową.

— Jak tak dalej pójdzie to niedługo będziemy mogli żeglować już tylko po własnym jeziorze...

Karkarow nic nie odpowiedział, ale minę miał wielce wymowną.

Od strony zamku nadbiegał Aleksiej Poliakow. Zaspał trochę, potem nie mógł znaleźć wszystkich swoich rzeczy i w rezultacie spóźnił się na poranną odprawę. W pośpiechu, myśląc tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się na statku, nie bardzo zwracał uwagę na to, co znajduje się pod jego nogami.

Żaglowiec stał przycumowany przez pomoście na jeziorze. Aleksiej nie zauważył jednej z lekko napiętych lin, które znajdowały się na jego drodze, i potknął się gwałtownie. Jakby tego było mało na oczach obydwu nauczycieli, którzy widzieli wszystko z wysokości pokładu rufowego.

Kamzoj udał, że nic nie zauważył, ale Karkarow oczywiście nie omieszkał skomentować całego zajścia.

— Trzeba postawić panu tabliczkę z ostrzeżeniem: „uwaga cumy"? — zapytał ironicznie.

— Eee, nie, nie trzeba, panie dyrektorze — odparł zmieszany Poliakow, zbierając swoje rzeczy. Co za pech, że stary kozioł musiał akurat stać na pokładzie rufowym...

Aleksiej wszedł na pokład, z zamiarem jak najszybszego zejścia z oczu kapitana. Ale Karkarow jeszcze z nim nie skończył.

— Spóźnił się pan na odprawę — powiedział zimnym tonem. — Na przyszłość radzę być na czas.

Poliakow nic nie odpowiedział. Zastanawiał się tylko, czy dostanie szlaban już teraz, czy później, po wypłynięciu. W ciągu miesiąca zdążył już ich zarobić tyle, że jeden mniej lub więcej nie stanowił dużej różnicy. Ale ponieważ Karkarow nie powiedział już nic więcej, Aleksiej skorzystał z okazji by zniknąć pod pokładem.

Igor pokręcił głową ze zniechęceniem, spoglądając za Poliakowem.

— Ten chłopak to beznadziejny przypadek.

— Ma jeszcze czas, żeby się nauczyć — stwierdził optymistycznie pierwszy oficer. — Nikt nie jest żeglarzem, nim nie wypłynie na morze.

— Wątpię, to kompletny antytalent żeglarski. — Karkarow machnął ręką i wrócił do przeglądania księgi.

— Z nami chyba też nie było łatwo — zauważył Kamzoj.

— Mimo wszystko jakoś lepiej mi się współpracowało z waszym rocznikiem. Wy przynajmniej chcieliście się uczyć. I od razu były rezultaty. Natomiast jeżeli o pana Poliakowa chodzi... W załodze jest z czystego przypadku. Jak nic nie zepsuje na żaglowcu, to będzie dobrze.

— Może po prostu trzeba dać mu szansę? — zasugerował Kamzoj.

Karkarow spojrzał na niego ponuro.

— Ostatnio ćwiczyliśmy rzucanie kotwicy.

— I jak poszło?

— No cóż, trzeba mu przyznać, że trafił w wodę.

— To chyba dobrze?

— Tak, tylko zapomniał sprawdzić, czy rzuca właściwą kotwicę...

Kamzoj lekko osłupiał.

— Chyba nie wyrzucił jednej z tych zapasowych?

— Do dzisiaj jej nie znaleźliśmy... Pewnie gdzieś tam leży na dnie jeziora. Z wami nie było takich kłopotów — Karkarow urwał na chwilę, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.

— Chociaż... pamiętam taką jedną sytuację... Na ćwiczeniu manewrów o mało co nie uderzyliśmy w pomost.

— Ekhm...

— Też to pamiętasz?

— W zasadzie... — uśmiechnął się blado Kamzoj. — To ja stałem wtedy za sterem.

Przypis:

Wspomniany żaglowiec o zielonych żaglach to niemiecki bark „Aleksander von Humboldt".