78. Strach
Zdarzały się dni, w których szczególnie boleśnie palił go Mroczny Znak. Teraz nie bladł nigdy. W najlepszym przypadku podobny był do ciemnego znamienia o niewyraźnych konturach, z których jednak wyraźnie dało się wyczytać zarys czaszki, wykrzywionej w drwiącym uśmiechu, i wyślizgującego się spomiędzy jej szczęk węża. Niekiedy stawał się szczególnie wyraźny i wtedy odcinał się od skóry niczym rysunek tuszem od białego papieru.
Częściej niż dnie, zdarzały się noce. Niejednokrotnie z niespokojnego snu wyrywało go znajome mrowienie lewego przedramienia. Czarny Pan znów wzywał swoje sługi. Wszystkich, bez wyjątku. Nawet tych, którzy już nigdy nie mieli odpowiedzieć na jego wezwanie.
A może już gdzieś ich wysyłał?
Po kogo szli tym razem?
Na kogo zapadł wyrok?
Gdzie na niebie ukaże się Mroczny Znak?
A może... a może tym razem przyszła pora na niego?
Sama ta myśl wystarczyła, by zrywał się niespokojnie z posłania, ściskając w garści różdżkę. Nasłuchiwał.
Trzask aportacji czy to po prostu gałąź, która złamała się pod ciężarem śniegu?
Zawodzenie wiatru czy szepty w ciemnościach?
W końcu, gdy pewien był już, że jedynym dźwiękiem jaki słyszy, jest przyspieszone bicie jego własnego serca, kładł się na powrót, choć wiedział, że zapewne nie zmruży oka aż do świtu.
