86. Spotkanie

Anglia bardzo różniła się od ojczystego kraju Igora.

Przebywał w Londynie już dość długo, nie pierwszy raz zresztą, ale wciąż nie mógł się do tej odmienności przystosować. Inni ludzie, inna mentalność, inne zwyczaje. Wszystko to razem wzięte potęgowało wrażenie wyobcowania. Tylko język nie stanowił dla niego problemu. Angielski znał już całkiem nieźle, był więc w stanie porozumiewać się z ludźmi, używając nawet nieco bardziej wyszukanych form.

Zamieszkał w pokoiku wynajętym w domu niedaleko Pokątnej. Lokal był tani i właściwie miał tylko jedyną poważną wadę – znajdował się tuż obok torowiska. Składy kolei miejskiej przejeżdżały tamtędy dzień i noc; za każdym razem cały budynek wpadał w drżenia, aż szyby dzwoniły w oknach, a tynk sypał się z sufitu. Pociągi kursowały tak często, że w końcu przyzwyczaił się i przestał je zauważać.

Często odwiedzał swój ulubiony antykwariat na Pokątnej, gdzie praktycznie za grosze można było nabyć interesujące książki, także z tych mniej popularnych w Anglii dziedzin magii. Co prawda część z nich musiał czytać jeszcze ze słownikiem, ale szło mu coraz lepiej. Regularnie wpadał też do herbaciarni, aby uzupełnić swoje zapasy Rosyjskiej Karawany, która najwyraźniej w Londynie zaliczała się do produktów deficytowych, a w magicznej części tej światowej metropolii osiągalna była właściwie tylko w tym jednym sklepiku.

Mugolską część Londynu odwiedził tylko dwa razy. Zrezygnował z kolejnych wypraw po nieprzyjemnym wypadku z zacięciem się w bramce metra.

W zasadzie nie miał pomysłu na życie. Rozglądał się za jakąś pracą, ale nie mógł znaleźć niczego na stałe. Ze zdziwieniem skonstatował fakt, że przyznawanie się do zainteresowania Czarną Magią budziło w tym kraju rozmaite reakcje: od niedowierzania do zgrozy, co prowadziło do swoistego absurdu – jego wiedza w tej dziedzinie okazała się za duża. Coraz częściej zastanawiał się czy nie wrócić do pracy w szkolnictwie. Zapewne tak by właśnie zrobił, gdyby nie pewne nieoczekiwane spotkanie ze starym znajomym.

Codziennie przechodził przez Pokątną. Tamtego dnia, jak zwykle, szedł w kierunku swojego miejsca zamieszkania, zręcznie unikając samorozdających się ulotek, gdy niespodziewanie usłyszał w ojczystym języku:

— Igor? Igor Karkarow? To naprawdę ty?

Odwrócił się, zaskoczony.

— Antoszka! — wykrzyknął ze zdumieniem.

Po chwili, prezentując typową dla słowiańskiego rodu wylewność, obydwaj padli sobie w objęcia, budząc tym samym zainteresowanie i zdziwienie powściągliwych Anglików.

Z Antoninem Dołohowem znali się jeszcze ze szkoły. Byli razem na jednym roku i jakoś tak wyszło, że prawie od początku trzymali się razem, choć bez zbytniej zażyłości. Później właściwie stracili kontakt. Krótko po skończeniu Durmstrangu raz czy dwa wpadli na siebie na Skrytej i to było wszystko w kwestii podtrzymywania znajomości. Trzeba było niezwykłego zbiegu okoliczności, by teraz nieoczekiwanie spotkali się po latach na obcej ziemi. Oczywiście takie wydarzenie nie mogło obyć się bez wizyty w pubie i wypicia w dobrym towarzystwie. Wpadli do Dziurawego Kotła.

— No to na zdarowie! — powiedział Dołohow, rozlewając wódkę do kieliszków. — Co tu porabiasz, bracie?

— Zapewne to samo co ty...

— Robota?

— To też. Rozglądam się za czymś nowym. A ty?

Antonina nie trzeba było pytać dwa razy. Oględnie, bo oględnie, ale z tego co mówił wynikało, że radzi sobie całkiem nieźle. Był zachwycony towarzystwem Igora – najwyraźniej na obczyźnie trudno było mu znaleźć kogoś, kto dotrzymałby mu tempa w piciu, nie lądując po kilku głębszych pod stołem. Igor, zapytany przez Dołohowa o wrażenia z pobytu, nawet bez specjalnej zachęty pożalił się dawnemu towarzyszowi na konserwatywnych i ograniczonych Anglików. Antonin, który zetknął się dokładnie z tym samym, nie dziwił się niczemu. Siedzieli w pubie do późnego wieczora i od razu umówili się na kolejne spotkanie.

Stopniowo, pomiędzy wspomnieniami ze szkoły i wrażeniami z życia na obczyźnie, o którym Dołohow mówił zaledwie zdawkowo, chociaż w Anglii siedział dłużej od Igora, zaczęły się przemykać poglądy. Karkarow dość szybko zorientował się, że dawny znajomy coś przed nim ukrywa i co więcej, coraz częściej zaczyna go wypytywać. Igor nie krył swojego rozgoryczenia. Przybył do Anglii celem poszerzenia swojej wiedzy, umiejętności, z potrzebą dokonania i osiągnięcia czegoś w życiu. Karkarow nie należał do osób, które były gotowe zarzynać się, pracując w jakieś drugorzędnej szkole magii na prowincji za nędzną nauczycielską pensję, a wyglądało na to, że taki los go czeka. Nie miał złudzeń co do tego, że uda mu się otrzymać stanowisku w Durmstrangu. Dołohow zdawał się doskonale go rozumieć.

Pewnego wieczora złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Otóż, znał pewnych ludzi, którzy mogli pomóc Igorowi te dążenia zrealizować.

Karkarow zainteresował się tą możliwością.

I nie odmówił.