90. Żagielkoja
Karkarow przez chwilę kontemplował górski krajobraz na przeciwległym brzegu. Następnie przespacerował się od pokładu dziobowego do śródokręcia. Zatrzymał się tam na moment, zawrócił, ponownie udał się na pokład dziobowy, postał tam przez chwilę i jeszcze raz powtórzył te same czynności.
Wreszcie stracił cierpliwość ostatecznie.
— No i gdzież się podział ten pani bezużyteczny kolega? — zapytał Karkarow Tatiany Karlikowej, która stała nieopodal, oparta o nadburcie, w milczeniu obserwując poczynania profesora. — Do żagielkoi trafić chyba potrafi? Nie zgubił się po drodze?
— Nie wiem — odparła zgodnie z prawdą Karlikowa. Również zaczęła się zastanawiać, gdzież się ten Aleksiej zaplątał. Niepotrzebnie narażał się Karkarowowi, który i tak za nim, delikatnie mówiąc, nie przepadał. — To może ja pójdę po niego? — zaproponowała Tatiana.
Karkarow spojrzał na nią z namysłem. Karlikowa, niemal pewna, że Aleksiej znów się z czymś wygłupił, miała nadzieję, że profesor nie zastanawia się nad tym, czy nie pofatygować się osobiście.
— Dobrze, niech pani idzie — powiedział wreszcie i powrócił do przechadzania się po pokładzie.
Tatiana pośpieszyła do żagielkoi. I ujrzała widok, którego z pewnością się nie spodziewała.
Na zwiniętej beli zapasowych żagli, z błogim wyrazem twarzy, w najlepsze spał sobie Aleksiej Poliakow. Co prawda słynął z tego, że zasypiać potrafi w różnych warunkach i nieraz już kimał na lekcji, powodując niezadowolenie nauczycieli, ale tym razem przeszedł samego siebie. Miał tylko przynieść fok. Tymczasem udało mu się zasnąć w ciągu pięciu minut i to ze świadomością, że Karkarow stoi na pokładzie z zegarkiem w ręku i czeka na żagiel. To był naprawdę nie lada wyczyn.
— Aleksiej, wstawaj... — Tatiana potrząsnęła kolegę za ramię, usiłując go obudzić.
— Mhm... jeszcze minutkę... — wymruczał Aleksiej.
Karlikowa zastanowiła się przez chwilę, po czym krzyknęła wystraszonym głosem:
— Karkarow tu idzie! Robi inspekcję!
Reakcja była natychmiastowa.
— Chować kremowe! — Poderwał się Poliakow. Po chwili, gdy już ogarnął nieprzytomnym wzrokiem otoczenie, pojął, że nie ma się czego obawiać. Napotkał spojrzenie Tatiany, która patrzyła na niego trochę z naganą, a trochę z rozbawieniem i rzekł z zakłopotaniem, uśmiechając się przepraszająco: — O, chyba się zdrzemnąłem?
