92. Zemsta

Dwanaście lat w Azkabanie.

Dwanaście długich lat.

Augustus Rookwood nie mógł uwierzyć, że znów jest wolny. Że znów może oddychać, czuć, myśleć, z dala od koszmaru Azkabanu.

Przez te wszystkie lata żył pragnieniem zemsty. Chciał dopaść tego, który go tam posłał. I teraz wreszcie mógł to zrobić.

Siedział w kącie knajpy, skąd mógł obserwować wejście i, ćmiąc papierosa, czekał.

Wreszcie przyszedł.

Dołohow chwilę rozglądał się po ciemnym wnętrzu, nim zauważył Rookwooda i podszedł do jego stolika.

— Ty się zawsze musisz spóźniać? — zapytał Augustus z dezaprobatą, wymieniając z nim powitalny uścisk dłoni.

Dołohow tylko wzruszył ramionami i usiadł.

— Gadaj, czego chcesz?

— Rozmawiałeś ze Snapem?

Dołohow tylko się skrzywił.

— Rozmawiałem. Ale znasz go. Nic konkretnego nie powiedział.

— Do diabła z nim — warknął Rookwood. — Sam go znajdę , bez parszywej pomocy Snape'a.

— Na razie nie masz pozwolenia — przypomniał mu Dołohow. — Nie zapominaj, kto wyciągnął cię z pudła. Na pewno nie po to, żebyś podskakiwał.

Rookwood spojrzał na niego spode łba.

— Tak się składa, że od dzisiaj mam pozwolenie.

Antonin nie krył zaskoczenia.

— To znaczy?

— To, co słyszałeś. Mam go znaleźć. Polecenie z samej góry — urwał na chwilę. — Pomożesz mi? — zapytał wreszcie.

Dołohow nie odpowiedział.

— Nie mów, że masz jakieś obiekcje — zakpił Rookwood.

— Karkarow to szmata — przyznał Dołohow. — Sprzedał nas, to fakt.

— I dlatego nie zasługuje na to, by żyć.