Powoli zbliżamy się do końca całego cyklu. Zostały jeszcze cztery miniaturki.

96. Mecz

Towarzyskie mecze quidditcha dostarczały sporo rozrywki i niemal równie dużo nerwów.

W składzie reprezentacji Durmstrangu znajdowało się kilku graczy quidditcha: Orłowski, Pereinow, Meer, Omski i oczywiście Krum. Nie wytrzymaliby cały rok bez latania na miotle, więc dogadali się z uczniami Hogwartu i, bardziej w ramach rozrywki niż prawdziwego treningu, zaczęli trochę grać na ich szkolnym boisku. Potem któryś z uczniów, nie wiadomo czy z Hogwartu, czy z Durmstrangu, wymyślił mecz towarzyski i wszystko skończyłoby się zapewne dobrze, gdyby zostało to pomiędzy nimi. Jednak jakimś sposobem wieść rozeszła się po szkole. Z dnia na dzień całość imprezy nabrała charakteru oficjalnego, a w dniu meczu trybuny zapełniły się widzami, wśród których byli nie tylko uczniowie, ale i nauczyciele. Sam Karkarow tak się tym wszystkim przejął, że tuż przed meczem wziął zdumionych graczy Durmstrangu na krótką pogadankę, oświadczając, że zwycięstwo to sprawa honorowa i jeżeli przegrają, to będzie naprawdę źle.

Wyglądało na to, że publiczność jest znacznie bardziej przejęta meczem niż sami grający. Zwłaszcza niektórzy z obecnych na trybunach sprawiali wrażenie bez reszty zaaferowanych.

— Faul! — warknął Igor, groźnie wymachując pięścią w stronę graczy Hogwartu. Siedząca w tym samym rzędzie profesor McGonagall posłała mu pełne nagany spojrzenie.

— Zamknij się i przestań tak wymachiwać rękami — syknął Snape, chwytając się za bok, w który przed chwilą wbił mu się łokieć Karkarowa. — Jesteś niebezpieczny dla otoczenia.

— Wasi pałkarze chcą wyeliminować mojego szukającego! Sędzia powinna na to zareagować.

— Ach, doprawdy? A czego byś chciał? Żeby za każdym razem, kiedy tłuczek ośmieli się przelecieć koło waszego szukającego, przyznawali wam rzut wolny? — zakpił Severus. — Chyba masz nierówno pod sufitem.

Karkarow obraził się i nie odzywał przez całe dwie minuty, a ścigający Durmstrangu przypuścili wspaniałą szarżę na bramki przeciwników. Niestety, gol nie został uznany, bo dwóch z nich przekroczyło jednocześnie linię bramkową.

— Ejże! Wcale nie przekroczyli linii! Orłowski był poza polem! — upierał się Igor. Nie wiadomo kogo chciał przekonać, bo otoczenie już dawno straciło do niego cierpliwość i przestało go słuchać. Tylko Mistrz Eliksirów od czasu do czasu reagował.

— Zdejmij tę futrzaną czapę, to ci się wzrok poprawi — poradził mu zimno. — Był w polu i to na długość miotły.

— Nie był! Tak się tylko wydaje, bo stąd wszystko widać pod kątem.

Sprzeczali by się zapewne dłużej, gdyby McGonagall nie rzuciła im tak lodowatego spojrzenia, że uznali za słuszne odłożyć dyskusję na później.

Karkarow, nerwowo skubiąc swoją kozią bródkę, myślał tylko o tym, jaki obciach będzie, jeżeli znów przegrają. Poprzednim razem, chociaż grali na własnym terenie, nie zdołali zdobyć przewagi i przerżnęli by z kretesem, gdyby nie nieoczekiwany finał, którego chyba nikt się nie spodziewał. Hipogryf zeżarł znicza i z powodu trudności technicznych mecz nie został ukończony. Tak właściwie się to nie liczyło, ale i tak w pamięć zapadło mu jako kompletna porażka, nie tylko pod względem wyniku, ale i organizacji.

Nie miał pojęcia, jak dożyje do końca meczu. Dawno się już tak nie denerwował. Był pewien, że ten przeklęty sport go kiedyś wykończy.

Na szczęście mecz na terenie Hogwartu miał też swoje dobre strony. Wszystkie ewentualne szkody poniosą gospodarze, a żaglowiec znajdował się za daleko, żeby jedna z piłek doleciała do niego i uszkodziła olinowanie, niczym zbłąkana kula armatnia.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko wygrali...