ROZDZIAŁ 2

Zimne światło księżyca oświetlało dormitorium i sylwetki pięciu uśpionych chłopców. Czterech z nich spokojnie spało, czasami dało się słyszeć lekkie pochrapywanie.

Tylko Harry przewracał się niespokojnie.

Kołdra zsunęła się na podłogę, ale nawet tego nie poczuł.

Śnił.

Stał w ciemnym korytarzu i dygotał lekko. Nie znał tego miejsca, ale w swoich snach był tu już kilkakrotnie. Za każdym razem wsłuchiwał się w pustkę i wpatrywał w ciemność, nie mając odwagi zrobić kroku. A gdy się budził, odczuwał ogromną ulgę, że to był tylko sen.

Tym razem dostrzegł prostokątny kształt, rysujący się niewyraźnie gdzieś na końcu korytarza.

Drzwi.

Lęk podpełzł ku niemu i musnął lodowatymi palcami jego kark. Strużka potu spłynęła mu po szyi i popłynęła w kierunku obojczyka.

Kontur drzwi rysował się coraz wyraźniej, zupełnie, jakby znajdujący się za nimi pokój rozjarzał się coraz jaśniejszym blaskiem.

Harry obudził się, drżąc z zimna.

Otarł spocone czoło, podniósł zrzuconą na podłogę kołdrę i owinąwszy się w nią po uszy, leżał z szeroko otwartymi oczami.

Harry schodził na pierwsze śniadanie niewyspany i w kiepskim nastroju.

Ron i Neville starali się dodać mu otuchy, ale Harry wciąż miał przed oczyma twarz Seamusa, który unikał go jak mógł i starał się na niego nie patrzeć. Wiedział, że kolega, którego znał od czterech lat, uważa go za kłamcę i wariata. On i zapewne wielu innych.

Wszedł do Wielkiej Sali razem z Ronem i Hermioną, rozglądając się nieco nerwowo, jakby spodziewał się chóralnych gwizdów i buczenia. Ku jego uldze, nic takiego nie nastąpiło. Niektórzy przyglądali mu się uważnie i szeptali coś do sąsiadów, jednak większość była zajęta posiłkiem i nawet go nie zauważyła. Przy stole Ślizgonów zapanowało lekkie poruszenie, ale kpiny Malfoya i jego bandy nie były dla Harry'ego niczym nowym.

Cała trójka usiadła pospiesznie, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Ron od razu sięgnął po półmisek z bekonem. Hermiona natomiast z uwagą studiowała plan zajęć.

- Eliksiry ze Ślizgonami… spokojnie, Harry – mruknęła. – Potem obrona przed czarną magią, historia magii, runy… a, przepraszam, wy chyba macie wtedy wróżbiarstwo. I na koniec opieka nad magicznymi zwierzętami. Nie jest najgorzej, tylko cztery lekcje.

- Eliksiry a ty mówisz, że nie jest najgorzej? – sarknął Harry, nalewając sobie kawy. – Jak sądzisz, na kogo dzisiaj Snape wyleje swoje pokłady sarkazmu? Na Neville'a czy na mnie?

- Jak zwykle, na was obu – powiedziała Hermiona, starając się obrócić rozmowę w żart. – Daj spokój, użerałeś się ze Snapem przez cztery lata i jakoś to wytrzymałeś. Sądzisz, że będzie się na tobie wyżywał tylko z powodu tych głupich artykułów w gazetach?

- A ty sądzisz, że Snape przepuści taką okazję? – odparł Harry.

Hermiona pochyliła się ku niemu.

- Przecież Snape jest w Zakonie – szepnęła tak cicho, aby nie usłyszał jej nikt oprócz Harry'ego. – I doskonale wie, że to, co mówiłeś o Sam-Wiesz-Kim jest prawdą.

Rzadko kiedy udawało się Harry'emu zachować spokój w obecności Snape'a. Ten człowiek jedną celną uwaga potrafił sprawić, że w chłopcu aż się gotowało. A dzisiaj, kiedy był tak podenerwowany, bał się, że po prostu wybuchnie. Nie miał jednak wyjścia, musiał iść na eliksiry. Ze ściśniętym gardłem wmusił w siebie kilka łyżek płatków owsianych i poczuł, że robi mu się niedobrze z nerwów.

- Ja już skończyłem – powiedział i wstał. – Nie jestem głodny – dodał, widząc, że Hermiona chce coś powiedzieć. – Zjedzcie spokojnie, spotkamy się w hallu.

Pospiesznie skierował się w kierunku drzwi, nie rozglądając się na boki. Szedł tak szybko i nieuważnie, że po chwili na kogoś wpadł.

- Przepra… - zaczął, podnosząc wzrok. Spojrzał w twarz stojącej przed nim osoby i zamarł.

- Cześć, Harry.

- Cho. O, cześć…

Stali tak przez chwilę, lekko speszeni. Cho uśmiechała się łagodnie. Harry'emu serce podskoczyło do gardła. Uśmiechała się do niego! Ona! Chciał coś powiedzieć – WIEDZIAŁ, że powinien się odezwać, ale jak zwykle odebrało mu mowę. Co za kretyn, pomyślał ze złością. Powiedz coś, idioto, no, powiedz!

- Eee… jak tam wakacje? – wypalił.

Twarz Cho lekko pobladła. Harry zmartwiał. Nie mógł uwierzyć, że to powiedział. Kilka miesięcy temu straciła chłopaka, a on pyta, jak tam wakacje? Teraz pewnie zwymyśla go, odwróci się i odejdzie. I w życiu więcej się do niego nie odezwie.

Jednak Cho nie odeszła.

- Tak sobie – powiedziała cicho. – Niezbyt wesoło. Ale ty też chyba nie miałeś udanego lata, prawda?

Harry zamrugał.

- Mówię o tych bzdurach, które wypisują gazety – dodała Cho ze złością. – To okropne, jak cię obsmarowują. Nie wierzę w ani jedno ich słowo, Harry. Ty tam byłeś… widziałeś, co się stało…

Harry z przerażeniem dostrzegł, że do oczu dziewczyny napływają łzy.

- Prawdę mówiąc, przez całe lato nie miałem dostępu do czarodziejskich gazet – powiedział szybko – więc nawet nie wiedziałem, co piszą na mój temat. Ale to miło, że mi wierzysz, Cho. Chyba jako jedna z niewielu – dodał z goryczą.

Cho potrząsnęła głową.

- Nieprawda. Sporo osób ci wierzy – zaperzyła się, a jej policzki poróżowiały. Harry poczuł, że robi mu się ciepło na sercu. Broniła go i mu ufała. Przełknął ślinę. Oczy Cho błyszczały ciepło. Chciał powiedzieć, jak bardzo cieszy go jej zaufanie i jak ważne jest ono dla niego, ale w tym momencie podeszła do nich Marietta, przyjaciółka Cho. Harry, który już otwierał usta, poczuł, że czar prysnął – i nic nie powiedział.

- To na razie, Harry – uśmiechnęła się lekko Cho i wraz z Mariettą odeszły do stołu Krukonów.

Harry wyszedł z Wielkiej Sali uśmiechnięty od ucha do ucha. Może ten dzień nie będzie aż taki zły.

Pomijając oczywiście eliksiry.

Fede stała oparta plecami o wysokie biurko i z lekkim uśmiechem obserwowała zajmujących miejsca uczniów. Piąta klasa, Gryfoni ze Ślizgonami. Niedobrze. Takie połączenie zwykle zwiastowało kłopoty, zwłaszcza podczas praktycznej nauki obrony przed czarną magią. Fede w duchu postanowiła mieć oczy szeroko otwarte. Ostrożności nigdy za wiele, a choć wypadki zawsze się zdarzają, wolałaby jak najrzadziej transportować poranionych uczniów do skrzydła szpitalnego.

- Dzień dobry – powiedziała, kiedy uczniowie zajęli już miejsca. Odpowiedziało jej chóralne „dzień dobry", a czterdzieści par oczu zwróciło się w jej kierunku. – Jestem Eunice Fedele. Wprawdzie dyrektor Dumbledore przedstawił mnie podczas powitalnej kolacji, ale sądzę, że chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o osobie, która będzie was uczyć tak trudnego i niebezpiecznego przedmiotu, jakim jest obrona przed czarną magią.

Miała niski, spokojny głos.

- Przede wszystkim kwalifikacje – ciągnęła Fede. – Dziesięć lat temu ukończyłam Hogwart, a po dwóch kolejnych latach rozpoczęłam szkolenie na aurora. – Po klasie przebiegł szmer podniecenia. Wykwalifikowany auror! - Taki kurs trwa, jak zapewne wiecie, trzy lata. Po uzyskaniu dyplomu podjęłam pracę w szkole Magii i Czarodziejstwa w Beauxbatons, gdzie spędziłam pięć lat, ucząc obrony przed czarną magią. Każda szkoła ma swój własny program nauczania, toteż w Beauxbatons uczyłam głównie obrony w sensie defensywy, według narzuconych standardów. Tutaj natomiast, za zgodą profesora Dumbledore'a, będę was uczyć nie tylko walki defensywnej, ale również ofensywnej. Innymi słowy, obrony i ataku.

Podekscytowani uczniowie niemal wyskoczyli z ławek.

- To znaczy, że będziemy walczyć? Pojedynkować się? – nie wytrzymał Seamus.

Fede uśmiechnęła się.

- Coś w tym rodzaju. Bardzo bym prosiła, abyście nie sugerowali się tym, co profesor Lockhart zwał Klubem Pojedynków. U mnie będzie to wyglądało zupełnie inaczej.

Rozległy się śmiechy.

- Zapoznałam się z waszym dotychczasowym programem nauczania i muszę powiedzieć, że aczkolwiek poznaliście podstawowe zaklęcia w zakresie obrony przed czarną magią, to jak na wasz wiek, przerobiliście dość skąpy materiał. Zaklęcie Rozbrajające na drugim roku, walka z boginem na trzecim – to dość podstawowe umiejętności. Wiem, że mój poprzednik zdążył was sporo nauczyć, niemniej jednak będziecie musieli porządnie przyłożyć się do nauki w tym roku, ponieważ czeka was ciężki, praktyczny trening.

Ron i Harry wymienili uradowane spojrzenia.

- Jeśli chodzi o podręczniki – kontynuowała Fede, opierając się dłońmi o biurko – to nie musicie nosić ich ze sobą na zajęcia. (W tym momencie na twarzy Hermiony odbiło się niedowierzanie). Wierzę w praktykę, nie teorię. Od uczenia, demonstrowania i wyjaśniania jestem ja. Na moich zajęciach potrzebne wam będą różdżki, pergamin i pióro. Nic więcej. Do książek możecie zajrzeć w wolnym czasie, dla przypomnienia. Jeśli jednak będziecie uważać, co do was mówię, robić notatki i sumiennie ćwiczyć, gwarantuję, że poradzicie sobie ze zdaniem SUM-ów bez zaglądania do podręcznika.

Hermiona wpatrywała się w nową nauczycielkę z wyjątkowo kwaśną miną. Harry zagryzł wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem.

- Jeśli ktoś z was nie będzie czegoś rozumiał lub będzie potrzebował pomocy, bardzo proszę, aby mi to zgłosił. Z doświadczenia wiem, że uczeń, który czegoś nie rozumie, woli zapytać kolegi albo zajrzeć do książki. To błąd. Kolega nie jest fachowcem, ja – owszem. I jestem tu po to, aby wam wyjaśniać, pomagać, a w efekcie nauczyć. Nie oczekuję, że od razu wszystko zrozumiecie. To niemożliwe. Jesteście uczniami i waszym prawem jest nie wiedzieć, nie rozumieć, nie umieć. A że pod koniec tego roku czekają was egzaminy, od których wyników zależeć będzie wasza kariera zawodowa, radzę skorzystać z mojej pomocy, póki macie jeszcze czas. Możecie pytać podczas zajęć, możecie podejść do mnie po zajęciach lub przyjść do mnie do gabinetu, jeśli będziecie mieli z czymś problem. Jakieś pytania?

Hermiona wyglądała tak, jakby miała zamiar podnieść rękę, jednak zrezygnowała.

- Skoro tak – powiedziała Fede – wstańcie z miejsc. Przesuniemy stoły i krzesła pod ściany, tak, aby środek klasy był wolny. Torby zostawcie na krzesłach. Potrzebne wam będą tylko różdżki.

Wszyscy ochoczo poderwali się z miejsc. Ron aż dygotał z podniecenia. Neville dla odmiany wyglądał na nieco przybitego. Harry wiedział, że Neville boi się kompromitacji – nigdy nie był zbyt dobry w ćwiczeniach praktycznych. Jego wzrok padł na szepczących cicho Malfoya, Crabbe'a i Goyle'a, którzy rzucali ponure spojrzenia w kierunku profesor Fedele. Harry'ego ogarnęły złe przeczucia. Coś mu mówiło, że szykuje się draka.

Profesor Fedele kilkoma ruchami różdżki przesunęła stoły i krzesła do ścian. Środek klasy był pusty.

- Bardzo proszę dobrać się w pary – poleciła. – Niech każdy stanie naprzeciwko swojego partnera w jak największej odległości.

Wszyscy zaczęli się ustawiać, przepychać, pokrzykiwać. Harry stanął naprzeciwko Rona, ale Hermionie trafił się Neville.

- Wszyscy mają partnerów? Świetnie – profesor Fedele przeszła szybko przez klasę, ruchem ręki wskazując Goyle'owi miejsce naprzeciwko Crabbe'a. – W takim razie zaczniemy od czegoś prostego. Od Zaklęcia Rozbrajającego.

- Przepraszam bardzo – odezwała się Hermiona. Harry aż drgnął, słysząc pretensję w jej głosie. – Jak sama pani mówiła, Zaklęcie Rozbrajające opanowaliśmy już w drugiej klasie.

Profesor Fedele nie sprawiała wrażenia urażonej tonem Hermiony. Wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się do niej.

- Nie powiedziałam, że opanowaliście to zaklęcie – wyjaśniła uprzejmie. – Powiedziałam, że je przerabialiście, a to co innego. Między tym, co uczeń przerabia, a tym, co naprawdę umie, często bywa spora różnica.

Hermiona wyglądała na urażoną, jakby zarzucono jej, że czegoś nie umie. Harry miał ochotę kopnąć ją w kostkę.

- Zresztą sami zobaczycie. Możemy zaczynać? Świetnie. Przygotujcie różdżki. Jako pierwsze zaczynają osoby stojące od strony okna. Liczę do trzech, na trzy rzucacie zaklęcie. Uwaga… jeden… dwa… trzy!

Harry, który zaczynał w pierwszej turze, bez najmniejszego problemu wytrącił Ronowi różdżkę z ręki. Rzut oka na salę upewnił go jednak, że profesor Fedele miała rację. Niektórym osobom udało się bezbłędnie rzucić Expelliarmus, ale większość albo nie trafiała w przeciwnika, albo sprawiała, że włosy stawały kolegom dęba. Kilka osób zostało efektownie rzuconych na ścianę. Profesor Fedele wyrozumiale przyglądała się latającym po klasie zaklęciom.

- Wystarczy! – zawołała. Machnięciem różdżki ugasiła palący się rękaw szaty Pansy Parkinson i przeszła na środek klasy. – Jak sami widzicie, umiecie rzucić Zaklęcie Rozbrajające. Znacznie gorzej jest z waszą celnością. Nie wystarczy machnąć różdżką na oślep, bo zbijecie kogoś z nóg albo zrzucicie obraz ze ściany, ale nie rozbroicie przeciwnika. Istotna jest celność, a to możecie wyćwiczyć jedynie dzięki praktyce i treningom. W porządku, teraz czas na drugą grupę!

Drugiej grupie poszło podobnie, czyli nieco gorzej niż średnio. Profesor Fedele przyjęła to ze spokojem.

- Nie jest źle – zapewniła. – Ale może być lepiej.

Podeszła do pierwszej z brzegu pary, prosząc każdego z uczniów o zademonstrowanie zaklęcia. Poprawiała wymowę, korygowała nieprawidłowe ruchy nadgarstka, słowem, każdemu z uczniów poświęciła dłuższą chwilę. Niektórzy wydawali się być bardzo speszeni takim zainteresowaniem ze strony nauczyciela, ale bardzo szybko okazało się, że ta metoda przyniosła skutek. Kiedy profesor Fedele obeszła wszystkich uczniów i ponownie poleciła im rzucić zaklęcie na partnera, prawie wszystkie różdżki wyleciały przepisowo w powietrze.

- Znacznie lepiej – pochwaliła. Uczniowie popatrzyli po sobie z satysfakcją. – W takim razie ćwiczymy dalej. Cały czas w parach, rzucacie zaklęcia na zmianę.

Wkrótce cała sala była pełna fruwających różdżek i schylających się po nie uczniów. Profesor Fedele podeszła do Neville'a, któremu wciąż się nie udawało. Stojący dwie pary dalej Harry nadstawił uszu.

- Postaraj się skoncentrować – mówiła nauczycielka. – To nie takie trudne. Nie denerwuj się i nie zakładaj z góry, że ci się nie uda.

- Kiedy mi się nie uda…

- Z takim podejściem na pewno. Tak się skupiasz na „nie uda mi się", że nie koncentrujesz się na zaklęciu ani na obiekcie, w który celujesz. Kluczem do sukcesu jest pewność siebie. Zawsze, ale to zawsze musisz rzucać zaklęcie z przekonaniem, że to najłatwiejsza rzecz na świecie. Jak masz na imię?

- Neville…

Harry na chwilę wyłączył się z podsłuchiwania, gdyż jego ostatnie machnięcie różdżką zaowocowało obróceniem Rona w powietrzu o trzysta sześćdziesiąt stopni. Harry wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu i tym razem wytrącił przyjacielowi różdżkę z dłoni.

- … na początku też nie najlepiej mi szło. Raz machnęłam zbyt mocno, różdżka przeleciała przez całą salę i potoczyła się pod szafę. Zamiast pozwolić nauczycielowi użyć Accio, próbowałam ją sama wyciągnąć. Skończyło się na podnoszeniu szafy, bo ręka utkwiła mi pod nią na amen…

Neville trochę poweselał.

- Naprawdę tak było?

- Naprawdę. Jak widzisz, każdemu zdarzają się wpadki. Spróbuj jeszcze raz, śmiało.

Profesor Fedele udzieliła Neville'owi kilku szeptanych instrukcji, po czym skinęła głową. Hermiona przyglądała się im sceptycznie. Harry dostrzegł, że na widok miny Hermiony na twarzy Neville'a pojawiła się uraza. A po chwili złość.

- Expelliarmus!

Różdżka Hermiony wyrwała jej się z ręki i przefrunęła przez pół sali, uderzając Malfoya w twarz.

W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy naraz.

Osłupiała Hermiona spojrzała na Malfoya, który rozcierał sobie policzek.

Malfoy szukał wzrokiem winnego i jego spojrzenie padło na Hermionę.

Profesor Fedele klepnęła Neville'a po ramieniu, mówiąc: - Znakomicie, Neville! – po czym zwróciła się do Malfoya: - Nic ci się nie stało?

Z ust Malfoya wyrwało się: - Pieprzona szlama!

Ci, którzy stali dostatecznie blisko, zamarli. Po raz pierwszy uczeń Hogwartu odezwał się w ten sposób w obecności nauczyciela.

- Coś ty powiedział?

Z oczu profesor Fedele strzeliły błyskawice. Nie podniosła głosu, ale było w nim coś, co sprawiło, że wszyscy poczuli się nieswojo. Łącznie z Malfoyem, który nie był na tyle głupi, aby kląć w obecności nauczyciela, a któremu obelga po prostu się wymknęła. Nauczycielka podeszła do jasnowłosego Ślizgona, który rozejrzał się niepewnie i zrobił krok w tył.

- Pytałam, coś ty przed chwilą powiedział? – profesor Fedele przyglądała się Malfoyowi zimnym wzrokiem.

Ten zdawał się powoli odzyskiwać swój tupet. W tej sytuacji nie miał już nic do stracenia. Bezczelnym wzrokiem obrzucił nauczycielkę od stóp do głów, a kącik jego ust zadrgał w wyrazie drwiny. Harry zacisnął palce na różdżce. Od początku czuł, że banda Ślizgonów zrobi jakąś drakę. Malfoy uśmiechał się coraz bardziej arogancko i z góry przyglądał się niepozornej profesorce, która nawet w butach na bardzo wysokich obcasach była od niego niższa.

Harry pojął nagle, że to jest próba sił między nowym nauczycielem a szkolnym terrorystą i jeśli profesor Fedele natychmiast nie opanuje sytuacji, straci swój autorytet. A wyglądało to kiepsko, ponieważ Ślizgoni zdawali się dobrze bawić. Crabbe i Goyle wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Zabini mrugnął do Millicenty, a Pansy zagryzała wargi, tłumiąc chichot.

Profesor Fedele nie powtórzyła pytania. Bez słowa odwróciła się i podeszła do swojego biurka, sięgając po pióro i pergamin. Wargi Malfoya uformowały się w „głupia kurwa". Nauczycielka nakreśliła kilka zdań, wyszła zza biurka i niespiesznym krokiem podeszła do grupki Ślizgonów.

- Minus sto punktów dla Slytherinu – powiedziała chłodno – za obrażanie koleżanki, rzucanie uwag pod moim adresem, myśląc, że ich nie słyszę oraz za wyjątkową arogancję. Natychmiast do profesor McGonagall, razem z moją notatką.

Ślizgonom uśmiechy spełzły z twarzy. Malfoy nawet nie drgnął, tylko przyglądał się nauczycielce zwężonymi oczami. Nie sięgnął po kartkę.

- Skoro tak… - westchnęła profesor Fedele i wykonała szybkie machnięcie różdżką. Kawałek pergaminu wyskoczył jej z dłoni i z rozmachem plasnął Malfoya prosto w czoło. Ten skrzywił się i podniósł rękę, aby ściągnąć kartkę, ale nagle jego oczy się rozszerzyły.

Przerażona klasa obserwowała, jak Malfoy próbuje zerwać pergamin z czoła – bezskutecznie. Kartka przykleiła się tak mocno, że nie można jej było oderwać Malfoy wpadł w panikę. Wyjąc przeraźliwie, zaczął się szamotać na wszystkie strony, roztrącając stojące obok osoby i młócąc powietrze rękami.

- Ale numer! – jęknął z zachwytem Dean Thomas.

Profesor Fedele obserwowała dzikie susy Malfoya z beznamiętnym wyrazem twarzy. Promienie słońca padające od wysokiego okna za jej plecami oblewały jej sylwetkę i przenikały przez falujące kosmyki włosów przy czole i skroniach, co nadawało jej eteryczny wygląd niczym u świętej z obrazka. Głupcem byłby jednak ten, kto widziałby profesor Fedele w aureoli. Jej atrybutem byłby raczej dobrze naostrzony topór.

- Co to jest, na Merlina? – zaryczał Draco, który bezskutecznie walczył z pergaminem zaklejającym mu czoło.

- Zaklęcie Trwałego Przylepca – wyjaśniła profesor Fedele.

Malfoy zamarł w pół skoku.

- Trwałego? Co? Jak to TRWAŁEGO??? Co to znaczy?

- Co znaczy "trwałe"? No cóż, trwałe to trwałe – w głosie nauczycielki dało się wyczuć lekką nutkę ironii. – Nieusuwalne. Wieczne. Mój drogi, zajrzyj do słownika, ja tu nie prowadzę zajęć z angielskiego.

- Ale to znaczy, że tego się nie da usunąć???

Oczy Malfoya były ogromne jak talerze, na twarzy malowała się wściekłość pomieszana z rozpaczą.

- No dobrze, da się to usunąć – zlitowała się nauczycielka. – Idź do profesor McGonagall, a jak już skończycie rozmowę, poproś o usunięcie pergaminu z czoła. Nie, nawet na mnie nie patrz. Zmarnowałeś wystarczająco dużo mojego czasu, a ja mam lekcję. NO JUŻ!

Malfoy rzucił się galopem w kierunku drzwi.

- Nie radzę próbować samemu usuwać tego pergaminu – dodała profesor Fedele. – To bardzo złożone zaklęcie, uczą go na poziomie aurorskim, więc lepiej nie kombinować ani prosić kolegów o pomoc. Prędzej obetniesz sobie głowę, niż sam usuniesz skutki tego zaklęcia.

Kroki biegnącego Malfoya niknęły w oddali.

- Wybaczcie, jeśli was przestraszyłam – profesor Fedele uśmiechnęła się pogodnie do wybałuszających oczy uczniów. – Wyjaśnijmy coś sobie. Nie będę tolerować takiego zachowania, jakiego przed chwilą byliśmy świadkami. Jeśli ktoś uważa osoby pochodzące z mugolskich rodzin za szlamy, to jego problem, ale niech jeszcze raz usłyszę takie wyzwisko…

Klasnęła w dłonie.

- A zresztą, zmarnowaliśmy już wystarczająco dużo czasu. Proponuję ostatni raz przećwiczyć Zaklęcie Rozbrajające w parach. Jeśli wszyscy zrobią to poprawnie, przejdziemy do czegoś nowego.

Uczniowie wodzili po sobie wzrokiem. Na twarzach Gryfonów widać było ogromną uciechę. Ślizgoni mieli przerażone miny, ale posłusznie ustawili się w pary. Z profesor Fedele nie było dyskusji.

- Na Merlina – jęknął Ron z podziwem. – To było niesamowite!

Po chwili rozpoczęli. Neville z uśmiechem na ustach wytrącił Hermionie różdżkę z ręki.

Upokorzony Draco Malfoy spędził bardzo przykre pół godziny w gabinecie wicedyrektorki. Profesor McGonagall, której kąciki ust podejrzenie drgały, przeczytała notkę profesor Fedele, wysłuchała relacji Malfoya z przebiegu zdarzeń, a następnie zwymyślała go jak jeszcze nigdy dotąd.

- Pani profesor – odezwał się Draco, gdy wicedyrektorka ruchem ręki dała mu znać, że może już iść. – Profesor Fedele kazała mi poprosić panią o usunięcie tego pergaminu. Czy mogłaby pani…?

McGonagall uniosła brwi.

- Profesor Fedele chyba przecenia moje możliwości – odezwała się. – Nie jestem specjalistą od tego typu zaklęć.

Draco skamieniał.

- Ale…

- Idź do profesora Snape'a – poleciła McGonagall. – Powinien sobie z tym poradzić.

Draco nie miał wyjścia. Pospiesznie wybiegł z gabinetu i udał się do pracowni eliksirów, modląc się, aby przypadkiem nie spotkać nikogo po drodze. Zakrywając przedramieniem czoło, zastukał do drzwi pracowni, a kiedy rozległo się burkliwe „proszę", wszedł i słabym głosem zapytał, czy profesor Snape mógłby na chwilę wyjść w bardzo pilnej sprawie.

Na widok spoconego, potarganego, słaniającego się na nogach i zakrywającego pół twarzy Malfoya, Snape od razu pomyślał, że zdarzył się jakiś wypadek. Pospiesznie wyszedł na korytarz. Blady z wściekłości Malfoy opuścił ręce i oczom Mistrza Eliksirów ukazał się niecodzienny widok.

Severusowi Snape'owi odebrało na chwilę mowę.

Gdy po zajęciach z piątoklasistami Fede szła do pokoju nauczycielskiego, przed drzwiami czekał na nią profesor Snape. Na dzień dobry obdarzył ją wzrokiem, od którego bardziej wrażliwe osoby dostawały histerii.

- Severusie – westchnęła Fede. – Wiem, o czym chcesz ze mną porozmawiać. Nie moglibyśmy odłożyć tego na później?

- Nie – warknął Snape. Żyła pulsowała mu na skroni. – Czy ciebie popieprzyło, Fedele? Rzuciłaś Zaklęcie Trwałego Przylepca na czoło chłopaka? Wiesz, jak ciężko było to usunąć, żeby nie zedrzeć kartki razem ze skórą?

- Zdaję sobie z tego sprawę, jestem specem od obrony – przypomniała mu Fede. Stali na środku korytarza, wokół było pełno uczniów. – Mów trochę ciszej i nie wyrażaj się. Czy ten smarkacz powiedział ci, za co wyleciał z lekcji z pergaminem na czółku?

- To nieistotne, nie miałaś prawa…

- Zwymyślał koleżankę od szlam, potem arogancko olewał to, co do niego mówiłam, a w dodatku rzucił pod nosem uwagę o głupiej kurwie, zaadresowanej bez wątpienia do mnie. Miałam go błagać, aby raczył wymaszerować z lekcji wprost do McGonagall?

- To trzeba go było posłać do mnie, a nie do McGonagall!

Fede uniosła ręce w geście desperacji.

- Czy ty słuchasz, co do ciebie mówię? – jęknęła. – Szczeniak w ogóle mnie nie słuchał! Nie chciał iść do McGonagall, nie poszedłby też do ciebie! Zrozum, Severusie, gdybym wtedy odpuściła albo wezwała ciebie, nie byłabym później w stanie zapanować nad tymi dzieciakami. A ten młody Malfoy – bo to syn Lucjusza, prawda? - ma wokół siebie zgraną grupkę takich samych łobuzów, jak on. Łagodnością niewiele się u nich wskóra.

- Innego sposobu nie było?

- Jeśli chciałam zachować autorytet, to nie, nie było. Nie wiem, o co masz pretensje. Sam zawsze twierdziłeś, że Slytherin ceni sobie rządy twardej ręki…

Oboje zamilkli i przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu Snape odwrócił się i odszedł bez słowa. Fede stała na korytarzu, marszcząc brwi z niezadowoleniem. Spodziewała się oczywiście awantury i wymówek, ale afera z Malfoyem była jej bardzo nie na rękę. Trochę pokrzyżowało jej to plany. A może jednak nie...? Fede przygryzła dolną wargę i zaczęła intensywnie myśleć. W gruncie rzeczy sprawę dawało się odkręcić. Hm. A w zasadzie chyba nawet dobrze się stało. Dawało jej to pretekst, aby...

Cholera, za chwilę kolejna lekcja!

Fede pospiesznie ruszyła korytarzem, żałując, że nie zdążyła napić się nawet kawy.

- Co za kurwa! – ryczał Malfoy w pokoju wspólnym Slytherinu. Jego zazwyczaj blade, arystokratyczne czoło było teraz mocno zaczerwienione. Wściekły, kopnął z całej siły kufer Blaise'a Zabiniego. – Pieprzona kurwa!

Zabini nie wytrzymał.

- Przymknij się, tu są dziewczyny – warknął. Na jego ustach igrał drwiący uśmieszek. – Babka załatwiła cię na cacy.

- Stul pysk – warknął Draco, przemierzając pokój szybkimi krokami. Odepchnął Pansy, która starała się go uspokoić. – Już ja załatwię tę sukę na amen! Pożałuje, że się kiedykolwiek urodziła!

- Napisz do ojca – poradziła Pansy lekko urażonym tonem, rozcierając sobie ramię. – Już on ją ustawi do pionu.

- Tak, jasne, a ten cholerny dyrektorek stanie po jej stronie – pienił się Draco, w którego oczach płonęła żądza mordu. – Po cholerę ściągnął tu tą dziwkę? Mogła siedzieć na dupie w tej swojej Francji!

Millicent pociągnęła Pansy za rękaw. Zniesmaczone rozmową dziewczyny opuściły pokój wspólny, pozostawiając Draco i Blaise'a samych. Zabini odprowadził je wzrokiem, aż zniknęły za drzwiami, po czym pochylił się ku Malfoyowi.

- Lepiej uważaj – poradził. – I nie wychylaj się za bardzo.

Malfoy uśmiechnął się złośliwie. Okrutny grymas zniekształcił jego twarz i obnażył zęby.

- Nie bój się – warknął. – Ja umiem czekać, umiem. I poczekam. Odpłacę tej kurwie pięknym za nadobne.

Gdy Malfoy ze swoją świtą weszli do Sali na kolację, przy stole Gryfonów rozległy się zduszone śmiechy. Czoło jasnowłosego Ślizgona przykryte było zaczesaną do przodu grzywką, spomiędzy której przebłyskiwała czerwień skóry. A ponieważ cała historia rozeszła się po szkole z szybkością błyskawicy, przy stołach Krukonów i Puchonów też zrobiło się wesoło.

- Słowo daję, przebiła nawet Moody'ego z fretką – Ron skręcał się ze śmiechu. – Coś nasz biedny Drakuś nie ma ostatnio szczęścia do nauczycieli od obrony...

Siedzący obok Rona zatrzęśli się od śmiechu. Tylko Hermiona z posępną miną wbijała wzrok w swój talerz.

- Nie mów, że żal ci Malfoya – powiedział do niej Harry, nakładając sobie zapiekankę. – Sam się o to prosił.

Hermiona posłała mu spojrzenie wyrażające oburzenie.

- Malfoya mi nie szkoda – odpowiedziała. – Ale to nie jest śmieszne. Nauczyciel rzucający Zaklęcie Trwałego Przylepca na ucznia?

- Przecież nie rzuciła w niego Cruciatusem – wzruszył ramionami Harry, którego cała sytuacja bardzo bawiła. – Sama widzisz, pozbył się już kartki z czoła i przeżył, wygląda też normalnie. A sądząc po tym, jak się właśnie opycha, chyba nic mu nie jest.

Hermiona syknęła.

- Ta nauczycielka jest jakaś dziwna – stwierdziła.

- Dziwna? Daj spokój, to wykwalifikowana aurorka. A cała awantura rozpętała się po tym, jak Malfoy cię zwyzywał. Fedele stanęła w twojej obronie, prawda? Poza tym widziałaś, jak pomagała Neville'owi i innym, którzy nie potrafili... – nagle coś rozjaśniło się w głowie Harry'ego. – Aha, już wiem. Wkurzyło cię, że Neville kilkakrotnie cię rozbroił?

Hermiona zesztywniała i Harry wiedział już, że się obraziła. Zawsze tak reagowała, kiedy ktoś wypominał jej chęć bycia najlepszą. Spojrzał na Neville'a, który z ożywieniem dyskutował o czymś z Deanem i Seamusem. Rzadko kiedy widywał go w tak dobrym nastroju. Zazwyczaj Neville nieśmiało się uśmiechał albo wtrącał do dyskusji, zawsze jednak stojąc trochę z boku. Teraz role się odwróciły i to Neville, gestykulując zawzięcie, opowiadał, a pozostali go słuchali.

Harry'ego to nie dziwiło. Jego koledze zawsze brakowało wiary w siebie i sukces na zajęciach z obrony musiał mu dodać humoru. Harry widział, jak po skończonych zajęciach Neville podszedł do biurka profesor Fedele i o coś ją pytał, przez co na historię magii wpadł w ostatniej chwili. Harry poczuł przypływ sympatii do nauczycielki, której zależało na słabszych uczniach, a nie tylko tych najlepszych.

Z uśmiechem wrócił do swojej zapiekanki.

Przy stole nauczycielskim panowała dość ożywiona atmosfera. Po prawej stronie stołu, tuż obok profesor Trelawney, siedziała Umbridge. Elegancko odginając mały palec, sączyła kawę i wodziła wzrokiem po sali. W przeciwieństwie do niej, profesor wróżbiarstwa nie była aż tak spokojna, gdyż jedzenie co chwila spadało jej z widelca, a ona sama rozglądała się wokół siebie lękliwie.

Hagrid z zapałem pałaszował pieczeń, konwersując jednocześnie z malutkim profesorem Flitwickiem. Ponieważ Hagrid miał donośny głos, a mówiąc, pochylał się wprost do ucha sąsiada, biedny profesor Flitwick co chwila podskakiwał, pewny, że lada moment ogłuchnie.

Fede plotkowała wesoło ze swoją sąsiadką z lewej strony, Aurigą Sinistrą. Obie co chwila wybuchały przyciszonym śmiechem. Konwersacja z sąsiadem z prawej strony była niemożliwa, gdyż był to Severus Snape, siedzący sztywno jakby kij połknął.

W pewnym momencie profesor Sinistra zaczęła szukać czegoś po kieszeniach swojej szaty i konwersacja się urwała. Fede upiła wody i niemal niedostrzegalnie pochyliła się w prawą stronę.

- Severusie – powiedziała cicho.

- Co? – warknął zapytany, nie zadając sobie nawet trudu, by choć spojrzeć na profesorkę od obrony.

Fede nie dała się sprowokować do sprzeczki.

- Musimy sobie coś wyjaśnić – powiedziała spokojnie. – Wiem, że jesteś na mnie wściekły za tak widowiskową nauczkę dla kogoś z twojego domu. Dobrze wiesz, że nie chciałam upokorzyć tego chłopca. Jego zachowanie było karygodne i nie mogłam nie zareagować.

- Już to mówiłaś – przypomniał ozięble Snape.

- Jeśli porozmawiasz ze swoimi podopiecznymi i dopilnujesz, aby zachowywali się przyzwoicie na lekcjach, nie będzie więcej takich problemów – ciągnęła Fede, stukając krótko przyciętymi, pomalowanymi na wiśniowo paznokciami w swój kieliszek. – A ponieważ oboje jesteśmy nauczycielami, sądzę, że powinniśmy ogłosić zawieszenie broni i dojść do porozumienia.

- To znaczy? – głos Snape'a był wyprany z emocji.

- Proponuję ci najlepszą Ognistą Whisky na zgodę. Co ty na to?

Mistrz Eliksirów oderwał wzrok od świecy, w którą wpatrywał się przez ostatnie pięć minut i spojrzał Fede prosto w twarz.

- Proponujesz pić whisky tu, przy stole, na oczach wszystkich uczniów?

Fede odwzajemniła spojrzenie.

- Nie. Możesz wpaść do mnie.

Coś w oczach Snape'a drgnęło. Na ułamek sekundy pojawił się w nich dziwny błysk, który w chwilę później zniknął. Beznamiętne spojrzenie przesunęło się po brązowych oczach Fede, jej skroniach, na których wiły się niesforne loczki, drobnej bliźnie nad prawą brwią.

- Chyba sobie daruję – odpowiedział zimno.

Fede wzruszyła ramionami.

- Jak chcesz – odparła spokojnie i sięgnąwszy po kieliszek, upiła łyk wody. – Propozycja padła. Drugi raz jej nie powtórzę.

Mistrz Eliksirów nie zareagował. Fede wróciła do przerwanej rozmowy z profesor Sinistrą i po chwili dał się słyszeć ich cichy śmiech.