ROZDZIAŁ CZWARTY

Harry ściskał spoconymi dłońmi trzonek miotły i czujnym spojrzeniem omiatał boisko.

Trwał właśnie pierwszy mecz Quidditcha w ramach szkolnych rozgrywek, Gryfoni kontra Ślizgoni. Jak było do przewidzenia, wzbudzał on ogromne emocje, gdyż wzajemna niechęć Gryffindoru i Slytherinu była już niemal przysłowiowa. Widzowie spodziewali się zaciętej walki i nie zawiedli się, Gwizdek pani Hooch co chwila przerywał grę, a wielu zawodników ocierało krew z rozbitego nosa czy wargi.

Trzy czwarte publiczności – Gryfoni, Krukoni i Puchoni – kibicowało drużynie Gryffindoru. Toteż sektory dla widzów przypominały rozkrzyczane, czerwono-złote morze i tylko trybuna Slytherinu odróżniała się od reszty zielono-srebrnymi szatami. Nauczyciele zasiadali jak zwykle w osobnej loży. Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok profesor McGonagall, zwykle tak sztywnej i opanowanej, a teraz wymachującej gryfońskim szalikiem i krzyczącej na całe gardło.

Obok opiekunki Gryffindoru siedział profesor Snape, ale Harry starał się nawet na niego nie patrzeć. Nie chciał zobaczyć na jego twarzy sarkastycznego uśmieszku triumfu, którego obecności był pewien, albowiem Ślizgoni prowadzili dziewięćdziesiąt do dwudziestu. A znicz nie pojawił się jeszcze ani razu.

Harry cały był już zlany zimnym potem. Ron bronił fatalnie i chociaż reszta drużyny robiła co mogła, aby nie dopuszczać ścigających Slytherinu w pobliże gryfońskich obręczy, to przeciwnicy, zachęceni rosnącą przewagą i kiepską postawą Rona, grali coraz lepiej. Ich zagrania były bezbłędne i tak szybkie, że ścigającym Gryffindoru trudno było przejąć kafla.

- Ron, błagam... - wymamrotał Harry, obserwując, jak Marcus Flint przymierza się do strzału. - No, weź się w garść...

Ron jak gdyby wyczuł nieme prośby Harry'ego. Trafnie przewidział kierunek rzutu i wystartował w stronę lewej obręczy w tym samym momencie, w którym Flint się zamachnął. Nie dosięgnął jednak kafla, który musnął koniuszki jego palców, by po chwili gładko przelecieć przez obręcz. Z gardeł Ślizgonów wyrwał się ryk radości. Harry miał ochotę rzucić się z miotły. Sto do dwudziestu. A znicza nadal nie było.

- Chyba powinniśmy nadać Weasleyowi honorowe obywatelstwo Slytherinu, tak nam pomaga – kpiący głos rozległ się tuż za plecami Harry'ego tak niespodziewanie, że Gryfon drgnął i omal nie zsunął się z miotły. Odwrócił się i spojrzał prosto w twarz Dracona Malfoya.

- Odwal się – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Malfoy tylko się roześmiał.

- Cóż za wyszukana replika, Potter – zakpił, prostując się na miotle i niedbałym ruchem odrzucając włosy z czoła. - Ale nie dziwię się, w końcu na nic więcej cię nie stać. Ja cię rozumiem, mój drogi. Gdyby to moja drużyna tak dawała dupy, też by mi odebrało zdolność do inteligentnej konwersacji...

Harry'ego zalała fala furii. Poczuł nagłą chęć rozkwaszenia Malfoyowi jego uśmiechniętej, szyderczej twarzy. Zamiast tego zacisnął kurczowo dłonie na trzonku miotły i powrócił do obserwowania boiska. Jedyną ich nadzieją było złapanie znicza. A jeśli się nie uda, to przy takiej przewadze punktowej Gryfoni mogą się już żegnać z pucharem. Na tę myśl Harry'emu zrobiło się niedobrze.

Co gorsza, Malfoy nie odpuszczał, nie pozwalając Harry'emu się skupić.

- Co, Głupotterze, już się żegnamy z pucharem? Och, co za pech – dodał ironicznie, widząc, jak jeden ze ślizgońskich pałkarzy odbija tłuczka prosto w Katie Bell, trafiając ją prosto w plecy. Harry aż się skulił. Takie uderzenie mogło połamać kości. Katie zwinęła się z bólu, ale utrzymała się na miotle i gestem podniesionego w górę kciuka dała znać, że wszystko z nią w porządku.

- No, Weasley, daj nam kolejne punkty! - zawył Malfoy z uciechą. Harry zamknął oczy. Czuł, że nie ma ochoty patrzeć na to, co bez wątpienia zaraz się stanie. Triumfalny ryk kibiców Ślizgonów oraz Malfoya potwierdził jego obawy. Niebo nad ich głowami pociemniało, zerwał się przenikliwy wiatr. Z oddali dochodziły pomruki zbliżającej się burzy.

[p]- Wiesz co, Potter? Poproszę profesora Snape'a o pozwolenie na zmianę zwierzęcia w godle Slytherinu – Malfoy doskonale się bawił. - Zamiast węża weźmiemy sobie rudą wiewiórkę. To byłoby...

Nagle urwał, a jego spojrzenie uciekło nieco w bok i zawisło gdzieś nad prawym ramieniem Harry'ego. Ten obejrzał się gwałtownie i poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Nie pomylił się. Kilkanaście metrów za jego plecami złoty znicz trzepotał beztrosko skrzydełkami.

Obaj ruszyli jednocześnie. Malfoy wystartował jak strzała, będąc w nieco lepszej sytuacji, gdyż Harry musiał zawrócić w miejscu. Gryfon obrócił miotłę i w tej samej chwili poczuł, jak but przelatującego nad nim Malfoya trafia go w skroń. Straszny ból eksplodował mu w czaszce. Odruchowo chwycił się rękoma za głowę, puszczając przy tym miotłę. Poczuł, że lewą dłoń ma umazaną czymś ciepłym i lepkim. Krew. Sycząc z bólu, ze strachem spojrzał na plecy oddalającego się Malfoya. To koniec, przeleciało mu przez głowę.

W sekundę później cała publiczność wstała z miejsc, rycząc głośno. Jedni z uciechy, inni z oburzenia. Tłuczek odbity przez jednego z braci Weasley trafił Malfoya prosto w ramię. Jasnowłosy Ślizgon puścił miotłę jedną ręką i natychmiast zniosło go z kursu. Po chwili wyrównał lot, ale znicz już zniknął. Harry zawył z radości, niemal zapominając o rozciętej skroni i kapiącej z niej krwi.

- Ty skurwysynu! – ryczał z furią Malfoy do gryfońskiego pałkarza, na którym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.

Harry poderwał miotłę w nagłym przypływie energii. Znicz musiał być gdzieś niedaleko. Nie pamiętał już o napomnieniach Angeliny, aby trzymał się jak najwyżej, bo inaczej Ślizgoni zrobią wszystko, by wyłączyć go z gry. W tym momencie grali o zbyt wysoką stawkę. Zanurkował łagodnie, cały czas rozglądając się na boki, wypatrując nie tylko znicza, ale i tłuczków. Fred i George porozumieli się wzrokiem i pomknęli w ślad za nim, gotowi chronić swojego szukającego jak tylko najlepiej potrafią.

I wtedy... zobaczył go. Złoty znicz trzepotał skrzydełkami, wisząc w powietrzu. Miotła Harry'ego wystrzeliła do przodu, a on sam wyciągnął rękę i pewnie chwycił wyrywającą się piłeczkę. Z gardła Gryfona wyrwał się triumfalny okrzyk, a widzowie zawtórowali mu dzikim rykiem. Oszalały ze szczęścia Harry zobaczył jeszcze bladą z wściekłości twarz nadlatującego Malfoya, a w chwilę później utonął w ramionach rozkrzyczanych kolegów z drużyny.

- Ostrożnie! – wrzasnęła Angelina, przedzierając się z trudem przez otaczających Harry'ego zawodników. – Jasna cholera, ty krwawisz!

- Co ty nie powiesz – uśmiechnął się słabo Harry, któremu krew kapała już na bluzę. – Spokojnie, nic mi nie jest, dostałem z buta od Malfoya…

Angelina wyglądała, jakby miał ją zaraz trafić szlag. Zacisnęła wargi i stanowczo poleciła drużynie zejść na ziemię.

Przy aplauzie widowni Gryfoni wylądowali na boisku. Angelina natychmiast chwyciła ocierającego krew rękawem bluzy Harry'ego i podprowadziła go do pani Pomfrey. Pielęgniarka, kręcąc głową z dezaprobatą, zabrała się za przemywanie rany. Dotyk wilgotnej, chłodnej szmatki nasączonej jakimś eliksirem o mocno ziołowym zapachu przyniósł Harry'emu lekką ulgę, choć skroń wciąż promieniowała bólem. Jego drużyna, nadal dopingowana przez kibiców, odprawiała właśnie na murawie dziki taniec. Wtedy Harry dostrzegł coś, co sprawiło, że cała radość ze zwycięstwa wyparowała. Ron z pochyloną głową opuszczał właśnie murawę, powłócząc nogami i nie patrząc na boki. Wyglądało na to, że nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na upokorzonego obrońcę zwycięskiej drużyny. Widok przygarbionych pleców przyjaciela sprawił, że Harry zerwał się na równe nogi.

- Siadaj, Potter! – głos profesor McGonagall osadził go w miejscu. Opiekunka Gryffindoru wyglądała na wściekłą. – Podobno zostałeś kopnięty przez pana Malfoya w głowę. To prawda?

- Ja… tak – przyznał Harry, który prawdę mówiąc, nie był przekonany, że Malfoy zrobił to specjalnie.

Wargi profesor McGonagall zacisnęły się w wąską kreskę, tak, że stały się prawie niewidoczne.

- Porozmawiam z panią Hooch i profesorem Snape'm – oświadczyła drżącym z pasji głosem. – To, co zrobił pan Malfoy, przekracza ludzkie pojęcie. Kopnięcie w skroń, na Merlina, to się mogło skończyć tragicznie! A ty siedź tu, dopóki pani Pomfrey nie pozwoli ci odejść.

McGonagall odeszła, powiewając długim płaszczem. Po chwili przy Harrym pojawiła się zadyszana Hermiona.

- Nic ci nie jest? – spytała z niepokojem. Harry pokręcił głową. – Harry, Ron właśnie zszedł z boiska. Wyglądał okropnie, jakby…

- Widziałem. Hermiono, idź za nim i spróbuj go jakoś uspokoić. Ja jeszcze muszę się przebrać.

Hermiona skinęła głową i pospiesznie odeszła. Harry nagle poczuł się bardzo zmęczony. Cała radość z wygranego meczu wyparowała. Przed jego oczami stanął upokorzony Ron, samotnie schodzący z murawy. To był jego pierwszy mecz, którego tak się obawiał. Gdyby przegrali, Ron stałby się obiektem szyderstw całej szkoły, ale Harry czuł, że mimo wygranej przyjacielowi i tak dostanie się spora porcja kpin i uszczypliwości.

- Jak widzę, twój przyjaciel nieudacznik właśnie się zmył…

Harry poderwał się z miejsca i stanął twarzą w twarz z Malfoyem. Furia wykrzywiała twarz Ślizgona, który starał się wprawdzie panować nad głosem, ale w oczach płonęła mu jawna nienawiść. Fala gorąca napłynęła Harry'emu do twarzy, w głowie poczuł pulsowanie. Zacisnął dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórzane rękawice.

- Wygrałeś fuksem, Potter, i dobrze o tym wiesz. Żałuję, że nie kopnąłem cię mocniej – Malfoy stał teraz tak blisko Harry'ego, że niemal stykali się nosami. Obaj z trudem powstrzymywali się od rzucenia się na siebie. – Jak sądzisz, powinienem wysłać temu ryżemu debilowi kartkę z podziękowaniem za to, że tak pięknie wszystko wam pieprzył?

- Stul pysk – warknął Harry.

- A może powinienem mu podarować galeona? – roześmiał się Malfoy, odsłaniając szpiczaste zęby. – To się jego matka ucieszy, nie sądzisz? Ojej, cóż za faux-pas z mojej strony! Co ta kobieta zrobi z galeonem? Pewnie go wyrzuci, bo skąd będzie miała wiedzieć, że to pieniądz? W życiu zapewne nie widziała galeona, nawet na zdjęciu…

- ZAMKNIJ SIĘ!!! – wrzasnął Harry i chwyciwszy Malfoya za bluzę, potrząsnął nim tak mocno, że omal go nie przewrócił. – Możesz próbować nas obrażać, ale to jedyne, co możesz. Bo nigdy, przenigdy, nie wygrasz z Gryffindorem! A wiesz dlaczego? Bo jesteś nikim, śmieciu, podobnie jak reszta twojej drużyny i cały wasz śmierdzący Slytherin!!!

Ktoś chwycił Harry'ego z tyłu za ramiona i oderwał od Malfoya, który wyglądał na przerażonego tym nagłym atakiem furii. Rozwścieczony Gryfon odwrócił się i stanął twarzą w twarz z profesor Fedele.

- Czy ja dobrze słyszałam? – warknęła. Jej oczy płonęły. – Coś ty powiedział? Śmierdzący Slytherin? Jak śmiesz wyrażać się w ten sposób o innym domu?

- On obraził matkę mojego przyjaciela – odparował Harry, który był już tak wściekły, że nie panował nad sobą.

- Nie wiem, co ci powiedział pan Malfoy, ale nie masz prawa wyrażać się w ten sposób!!! – huknęła profesor Fedele. – Masz pretensje do pana Malfoya? Wasza sprawa! Ale nie waż się obrażać jego domu! Co za bezczelność…

Harry wyszarpnął się profesor Fedele i odszedł bez słowa, nie dbając o to, że zachowuje się arogancko. Wiedział, że nie uniknie konsekwencji, ale było mu wszystko jedno. Teraz musiał odszukać Rona.

Znalazł go w dormitorium, leżącego na łóżku i wpatrującego się tępo w sufit. Obok niego siedziała Hermiona, która – Harry był tego pewien – jeszcze przed chwilą trzymała Rona za rękę.

- Ron? – zagadnął Harry niepewnie.

Przyjaciel nie odpowiedział. Hermiona spojrzała na Harry'ego i potrząsnęła przecząco głową.

- Nie odezwał się do mnie ani słowem – wyszeptała niemal bezgłośnie. W jej oczach widniało rozczarowanie

X X X X X

Ron nie poszedł na kolację, wymawiając się zmęczeniem, a Harry udał, że mu wierzy. Hermiona natomiast nagle straciła apetyt i postanowiła zostać w wieży Gryffindoru, aby dokończyć wypracowanie dla profesor McGonagall, toteż Harry opuścił pokój wspólny samotnie.

Tuż przed drzwiami Wielkiej Sali Harry wpadł na braci Weasleyów, którzy rozmawiali o czymś z wielkim ożywieniem. Na jego widok nagle zamilkli i Harry zaczął podejrzewać, że mówili o Ronie.

- Słuchajcie – odezwał się stanowczym tonem – ja wiem, że dzisiejszy mecz był… no, kiepski. Ale bardzo was proszę, odpuśćcie Ronowi. Jest już dostatecznie przybity.

Fred przewrócił oczami.

- Nie mieliśmy zamiaru się nad nim znęcać – odparł. – Ale co się z nim właściwie działo? Na treningach radził sobie naprawdę nieźle… tylko mu tego nie powtarzaj, dobra? A podczas meczu jakby go sparaliżowało.

- Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami Harry. – Strasznie się denerwował przed meczem. Może zjadły go nerwy? Angelina mówiła coś na jego temat? Albo reszta drużyny?

- Ani słowa – odparł George, trochę zbyt szybko, aby brzmiało to przekonująco.

Przygnębiony Harry przekroczył próg Wielkiej Sali. Jak zwykle zerknął w stronę stołu Ravenclawu. Cho siedziała na swoim miejscu, obok kędzierzawej przyjaciółki. Nagle, pod wpływem impulsu, Harry zrobił coś, czego nigdy by się po sobie nie spodziewał. Podszedł do stołu Krukonów i delikatnie dotknął ramienia Cho.

- Cześć – powiedział.

Cho odwróciła się i na jego widok uśmiech zniknął jej z twarzy. Natychmiast odłożyła sztućce i wstała, z przerażeniem przyglądając się opuchniętej skroni Harry'ego.

- Słodki Merlinie, to wygląda okropnie – szepnęła. Wyciągnęła dłoń, jakby zamierzała dotknąć nią twarzy stojącego przed nią chłopaka, ale nagle się zarumieniła i szybko cofnęła rękę. Harry poczuł dziwne łaskotanie w żołądku i wbił wzrok w swoje buty. Po chwili Cho znów się odezwała: - Widziałam, jak cię kopnął. Zrobił to specjalnie! Powiedziałeś to profesor McGonagall?

- Dowiedziała się – odparł Harry, nadal lekko skrępowany. Dlaczego nie potrafił rozmawiać z Cho tak łatwo, jak z Hermioną? No dobrze, wiedział, dlaczego. – Była wściekła, miała o tym rozmawiać z Hooch i Snape'm.

- Powinni zawiesić Malfoya! – uniosła się Cho. – W następnym meczu gotów cię zabić!

- Nie będzie miał na to szans – mruknął Harry, którego reakcja Cho bardzo podniosła na duchu. – Zresztą nie o siebie się martwię, a o Rona… - urwał nagle, przerażony swoją nielojalnością wobec przyjaciela. W sekundę później uświadomił sobie jednak, że grę Rona obserwowała cała szkoła, więc nie było czego ukrywać. – Sama rozumiesz... jest strasznie przybity.

- Zjadły go nerwy – oświadczyła Cho spokojnie. – To jego pierwszy mecz, prawda? To się zdarza. Widziałam go na którymś treningu, radził sobie bardzo dobrze. Moim zdaniem będzie z niego świetny obrońca, jeśli przestanie tak panikować.

Harry spojrzał na Cho z wdzięcznością. Ta uśmiechnęła się lekko.

- Naprawdę tak myślę. Daj spokój, gram w Quidditcha nie od dzisiaj i potrafię rozpoznać dobrego zawodnika.

Harry nie wiedział, jak ma dziękować Cho za te słowa. Z kłopotu wybawiła go profesor Fedele, która szła właśnie w kierunku stołu nauczycielskiego.

- Za godzinę chcę cię widzieć w swoim gabinecie – oświadczyła chłodno i poszła dalej, nie zaszczycając Harry'ego dalszą uwagą. Ten skrzywił się. Wiedział, że zostanie ukarany za swoje bezczelne zachowanie po meczu, ale w obliczu sprawy z Ronem zupełnie o tym zapomniał.

- W gabinecie? O co chodzi? – zmarszczyła brwi Cho.

- A, nic takiego. Po meczu pokłóciłem się z Malfoyem i Fedele usłyszała, jak na niego wrzeszczałem.

- Ale on cię prowokował, prawda? Powiedz to profesor Fedele, to niesprawiedliwe, abyś tylko ty oberwał…

Harry tylko machnął ręką. Nie miał zamiaru z niczego się tłumaczyć, ale na wspomnienie, jak profesor Fedele ukarała Malfoya za arogancję na pierwszej lekcji obrony, poczuł lekki niepokój.

X X X X X

Dokładnie godzinę później Harry zastukał do drzwi gabinetu profesor Fedele. Był w coraz gorszym humorze. Nie udało mu się porozmawiać z Ronem po kolacji, gdyż kiedy wrócił do wieży Gryffindoru, przyjaciel leżał już w łóżku i udawał, że śpi, jednak zdradził go brak zwyczajowego chrapania. Harry zrozumiał, że Ron chce zostać sam. Życzył więc Hermionie dobrej nocy i powlókł się do gabinetu na pierwszym piętrze.

Zastukał do drzwi, a słysząc „proszę" wszedł do środka i naburmuszony stanął przy drzwiach. Profesor Fedele siedziała za biurkiem, na którym piętrzyły się dwa stosy pergaminów.

- Usiądź – powiedziała, wskazując dłonią krzesło – i daj mi, proszę, jeszcze kilka minut, dobrze?

Harry wykonał polecenie, czując się trochę głupio. Profesor Fedele zdawała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi. Jej pióro biegało po pergaminie, a ona co chwila pocierała dłonią lewą skroń. Harry miał wrażenie, że gdyby teraz wstał i wyszedł, nawet by tego nie zauważyła, pochłonięta sprawdzaniem wypracowań. Czując narastającą irytację (wezwała go po to, aby siedział na krześle?), zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, w którym tak często bywał. Pamiętał, jak wyglądał gabinet za czasów Lockharta (mnóstwo zdjęć profesora), Lupina (dziwne stworzenia w klatkach i słojach) oraz Moody'ego (tajemnicze przyrządy, kufry i artefakty).

Teraz komnata wyglądała zupełnie zwyczajnie. Harry'emu przyszło na myśl, że gdyby trafił tu wuj Vernon, nie rozpoznałby, że znajduje się w gabinecie czarodzieja. Wzdłuż ścian rozciągały się półki z książkami, w kominku buzował ogień, rzucając przyjemne połyski na ściany, dywan i siedzącą za biurkiem kobietę. Ciemnobrązowe zasłony były zaciągnięte, jak gdyby odgradzając ciepły gabinet od chłodu i mroku jesiennego wieczoru. Mimo złości na profesor Fedele, Harry odczuł przytulność i łagodny spokój, bijące z tego miejsca.

Duże biurko o rzeźbionych nogach było tym samym, które Harry pamiętał jeszcze z czasów Lockharta. Profesor Fedele była najwyraźniej zwolenniczką minimalizmu, gdyż trzymała na nim tylko najpotrzebniejsze rzeczy: kałamarz, kilka piór, duży notes i przycisk do papieru. Oraz… Harry nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, dostrzegając paczkę wiśniowych cygaretek i kryształową popielniczkę. A więc profesor Fedele pali. W zasadzie nie powinno go to dziwić. Widywał już palących nauczycieli, a papieros pasował jak ulał do ostrej jak brzytwa profesorki. Jednak trochę zaskoczyło go, że tak niedbale rzuciła ich paczkę na biurko, gdzie mógł je dostrzec każdy uczeń.

- Przyznam, że bardzo mnie rozczarowałeś – odezwała się profesor Fedele.

Harry drgnął i spojrzał na siedzącą przed nim kobietę. Nauczycielka odłożyła już na bok wszystkie pergaminy i splótłszy dłonie, patrzyła mu teraz prosto w oczy. Harry poczuł się nieswojo, zdając sobie sprawę z tego, że musiała go obserwować już od dłuższej chwili.

- Naprawdę? – odparł, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

- Naprawdę – profesor Fedele nie spuszczała z niego wzroku. – Bardzo się na tobie zawiodłam, Harry. Mówię o scysji z panem Malfoyem po meczu. Masz mi coś do powiedzenia na ten temat?

- Nie – odburknął Harry. – Przecież była pani świadkiem tej sceny, więc co mogę dodać? Malfoy obraził mamę Rona. Ja go zwymyślałem i chwyciłem za bluzę, a pani odciągnęła mnie od niego i zaczęła krzyczeć. Na mnie, nie na niego. Nic więcej nie mam do powiedzenia!

W chwili, kiedy skończył mówić, poczuł, że przesadził. Spojrzał ze strachem na profesor Fedele, która o dziwo, przyglądała mu się z bardzo spokojnym wyrazem twarzy.

- No to po kolei – oparła dłonie na poręczach krzesła. – Możesz mi wyjaśnić, co powinnam była zrobić, podchodząc do dwóch kłócących się uczniów, z których jeden wrzeszczy na całe gardło, wyzywając dom tego drugiego od najgorszych i szarpie go przy tym za bluzę, podczas, gdy jego oponent stoi jak sparaliżowany i milczy? Proszę bardzo, postaw się w mojej sytuacji. Jakieś sugestie?

[Harry oniemiał. Profesor Fedele przyglądała mu się z uniesionymi brwiami, a jej wzrok mówił: „no i co, mądralo?"

- Powiedziałem pani, że Malfoy obraził matkę mojego przyjaciela – wydusił po chwili Harry.

- Słyszałam, co powiedziałeś, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie. Czy dotarło do ciebie, że nie słyszałam ani słowa z tego, co powiedział Malfoy, więc nie mogłam go ukarać? Ty natomiast zachowywałeś się w sposób, którego nie mogłam zignorować. I zanim zaczniesz krzyczeć o niesprawiedliwości, zastanów się, co by zrobiła na moim miejscu profesor McGonagall. Oprócz niewątpliwego kazania straciłbyś też sporo punktów z puli Gryffindoru.

- Malfoy mnie sprowokował! – upierał się Harry, zapominając, że nie miał zamiaru z niczego się tłumaczyć.

[- Oczywiście, że cię sprowokował – profesor Fedele powiedziała to takim tonem, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. – Podszedł cię w typowo ślizgońskim stylu. Podpuścił cię, a ty dałeś się złapać. Zdaję sobie sprawę z tego, że to pan Malfoy jest winny całego tego zajścia. I dlatego nie odebrałam ci ani jednego punktu, co bez wątpienia zrobiłby każdy inny nauczyciel.

Harry zamarł. Nagle zrobiło mu się strasznie głupio.

- Ja…

- Daruj sobie przeprosiny – ucięła profesor Fedele, machając niedbale ręką. – Wezwałam cię tutaj nie po to, aby cię ukarać, ale żeby przeprowadzić z tobą rozmowę. Oczekuję szczerych odpowiedzi, czy to jasne?

Harry skinął głową, nadal nie mogąc wyjść ze zdumienia.

- Wyjaśnij mi, dlaczego mając pretensje do pana Malfoya, nazwałeś jego dom „śmierdzącym". O ile dobrze zrozumiałam, to nie Slytherin obraził matkę twojego kolegi, a konkretna osoba. Skąd więc ten epitet pod adresem Slytherinu?

Takiego pytania Harry się nie spodziewał. Czuł jednak, że jest winien nauczycielce uczciwe wyjaśnienie. Zaczął gorączkowo myśleć, by w miarę klarownie wytłumaczyć swój punkt widzenia.

- Wie pani, że Gryfoni i Ślizgoni zawsze ze sobą walczyli – wymamrotał.

- Wiem. Pamiętam te nieustające walki jeszcze z moich szkolnych czasów – skinęła głową profesor Fedele. – I jak widzę, nic się nie zmieniło. Wieka szkoda. Każdy z domów jest inny i przypisane są mu inne cechy. Gdyby uczniowie to zrozumieli… Niestety, zamiast tego mamy głupią rywalizację o to, który dom jest lepszy. A one są po prostu inne. Przepraszam – zreflektowała się nagle i przesunęła dłonią po gładko uczesanych włosach. Niesforne pasmo natychmiast opadło jej na policzek. Profesor Fedele zdmuchnęła je z irytacją, a następnie założyła za ucho. – Historia podziałów na domy w Hogwarcie to moja pasja, ale nie powinnam była ci przerywać. Mów dalej, Harry.

- Kiedy ja nie wiem, jak to wytłumaczyć. Od samego początku, kiedy tu trafiłem, Ślizgoni nienawidzili Gryfonów. zresztą z wzajemnością. Jakby to była jakaś tradycja. Nie zastanawiałem się nad tym, tak po prostu jest. A Voldemort? Był przecież w Slytherinie! Skoro tam trafił, to chyba jasne, że coś musi być nie tak z tym domem. Zresztą proszę popatrzeć na Malfoya i jego bandę. A śmierciożercy? Też pochodzili ze Slytherinu. To nie przypadek!

Zdawał sobie sprawę, że jego odpowiedź była chaotyczna i w zasadzie nic nie wyjaśniła. Profesor Fedele wydawała się być jednak usatysfakcjonowana.

- Teoretycznie masz rację – odparła – ale rozumujesz zupełnie błędnie. Zacznijmy od Voldemorta. Dlaczego trafił do Slytherinu? Nie dlatego, że Slytherin przyjmuje tych najgorszych. Voldemort idąc do Hogwartu MUSIAŁ zostać przypisany do jednego z domów. A ponieważ był szaleńczo ambitny, bardzo inteligentny i sprytny, został przydzielony właśnie do Domu Węża.

Harry słuchał uważnie.

- Przy umieszczaniu uczniów w poszczególnych domach Tiara bierze pod uwagę pewne dominujące i niezmienne cechy charakteru – ciągnęła profesor Fedele. – Odwagę, spryt, ambicję, pilność, lojalność. Gryfoni są odważni i lojalni, ale często działają na oślep. Są gotowi rzucić się przyjaciołom na pomoc, nie zastanawiając się wiele nad rezultatami swych często brawurowych działań. Krukoni natomiast mają analityczne umysły. Potrafią kalkulować i wyciągać wnioski. Krukon nie rzuci się bez namysłu na ratunek. Najpierw przeanalizuje sytuację, ustali plan działania i dopiero wtedy pospieszy z pomocą. Ślizgoni z kolei są sprytni. Zwykle lubią grać pierwsze skrzypce, a ambicja często popycha ich do przewodzenia innym i zajmowania zaszczytnych stanowisk. Innymi słowy, do władzy. Dodam, że bycie Ślizgonem nie oznacza automatycznie bycia niekoleżeńskim. Ambicja i spryt a koleżeństwo to zupełnie różne sprawy. Spiesząc na pomoc koledze, Ślizgon najpierw skalkuluje sytuację, ale nieco inaczej, niż zrobi to Krukon, Owszem, zbada wszystkie za i przeciw, zastanowi się, czy to, co zamierza zrobić, jest rozsądne, ale sprawdzi też, czy przyniesie to korzyść jego samemu. Wychowanek Domu Węża wystrzega się bezinteresowności. W zależności od sytuacji, działa otwarcie bądź skrycie. Puchon natomiast postąpi tak, jak uważa za stosowne. I dlatego Puchoni są najbardziej nieprzewidywalni i trudni do scharakteryzowania.

Profesor Fedele machnęła różdżką i na biurku pojawiły się dwie filiżanki z gorącą kawą. Harry podziękował cicho, wziął jedną z nich i upił łyk.

- Jak już ci powiedziałam, Tiara Przydziału bierze pod uwagę pewne dominujące cechy u każdego ucznia – kontynuowała nauczycielka. – Mniej interesują ją natomiast takie rzeczy jak koleżeństwo, uprzejmość czy życzliwość. To są cechy, które w miarę dorastania i nabywania obycia mogą ulec zmianie. Dlatego można znaleźć życzliwego ludziom Ślizgona oraz aroganckiego Gryfona. Niestety, siła stereotypów i przyzwyczajeń jest potężna. Dodać do tego tradycje rodzinne i mamy mnóstwo uczniów, którzy przychodzą do Hogwartu z przekonaniem, że MUSZĄ trafić do danego domu, bo cała rodzina tam była. A Tiara nie przydziela nikogo wbrew jego woli. Jeśli ktoś nie chce iść do Slytherinu, Tiara go tam nie umieści. Ale ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej, prawda?

Harry zakrztusił się i omal nie wypluł przełykanej właśnie kawy na biurko. Spojrzał na profesor Fedele ze strachem.

- Skąd…?

- Zgaduję. Masz w sobie sporo ślizgońskich cech, zakładam więc, że Tiara wahała się w twoim przypadku. Slytherin albo Gryffindor. A ty wybrałeś Gryffindor, mam rację?

Osłupiały Harry skinął głową.

- Z tego, co o tobie wiem od innych i z własnych obserwacji, wynika, że jesteś sprytny i masz w sobie skłonności przywódcze – wyjaśniła profesor Fedele. – Nie dostrzegam wprawdzie u ciebie wyjątkowej ambicji czy pragnienia zaszczytów, a przecież etykietka Złotego Chłopca, z którą żyjesz od paru lat, niejednemu przewróciłaby w głowie. To dość duże obciążenie dla kilkunastoletniego chłopca, ta świadomość, że jest się kimś wyjątkowym. Tobie jednak woda sodowa nie uderzyła do głowy. Nie czujesz się lepszy od innych. Dobrze sobie radzisz z byciem na świeczniku, a to jest cecha bardzo ślizgońska.

- Nie rozumiem jednego – Harry wreszcie odzyskał głos. – Co w takim razie w Slytherinie robią tacy jak Malfoy, Crabbe czy Goyle? Czy oni są ambitni albo sprytni?

- Co do Malfoya, to jest on ambitny, bo pragnie władzy i bycia pierwszym. Nie znosi porażek, otacza się gronem pochlebców. Inna rzecz, że na jego ambicjach się kończy. Nie ma on na tyle zapału, aby dążyć konsekwentnie do spełnienia swoich pragnień. Jeśli chodzi o spryt, to wystarczy przypomnieć sobie waszą scysję po meczu. Zaś Crabbe i Goyle to, zdaje się, kolejne ofiary tradycji, którym od dziecka wbijano do głowy, że liczy się tylko i wyłącznie Slytherin. Obawiam się, Harry, że patrzysz na mieszkańców tego domu przez pryzmat osób, których nienawidzisz i to wypacza cały obraz.

Profesor Fedele westchnęła.

- Powinieneś poznać Horacego Slughorna – powiedziała. – Mistrz Eliksirów, uczył tu przed profesorem Snape'm. To stuprocentowy Ślizgon, a jestem pewna, że polubiłbyś go. Uprzejmy, łagodny, bez uprzedzeń wobec osób z mugolskich rodzin, lubiący uczyć. A jednocześnie wyjątkowo ambitny, łasy na pochlebstwa, przywiązujący ogromną wagę do koneksji i odpowiednich znajomości. Masz też przykład w osobie profesora Snape'a, który także jest sprytny i przebiegły. Jego ambicja nie jest może tak jawnie okazywana, gdyż profesor Snape to bardzo skryty człowiek, ale to typowy Ślizgon. Ja również, chociaż zapewne nie pasuję do twoich wyobrażeń o mieszkańcach Domu Węża…

Tym razem Harry plunął kawą na kolana.

- Pani jest… ze Slytherinu???

- Oczywiście – profesor Fedele splotła palce i odchyliła się do tyłu. – Jak widzisz, zdarzają się też uprzejmi Ślizgoni…

- O Jezu – jęknął Harry, dla którego wściekłość profesor Fedele po meczu Quidditcha nagle stała się zupełnie jasna.

- Mam nadzieję, że nie poparzyłeś się kawą? – zapytała z troską nauczycielka. Harry potrząsnął głową i z lękiem spojrzał na siedzącą po drugiej stronie biurka kobietę. O dziwo, nie wyglądała ona na urażoną czy zirytowaną. Wręcz przeciwnie, kąciki jej warg unosiły się w lekkim uśmiechu. Harry odniósł wrażenie, że bawi ją ta cała sytuacja. Co więcej, sam poczuł nagłą chęć roześmiania się w głos.

- A jakie cechy przypisały panią do Slytherinu? – wypalił. Pomyślał, że to pytanie jest zbyt wścibskie, ale nie mógł się powstrzymać. Nie ośmieliłby się zapytać o coś takiego McGonagall czy Snape'a, ale coś mu mówiło, że profesor Fedele nie będzie miała nic przeciwko udzieleniu mu odpowiedzi.

- Po pierwsze spryt – profesorka wydawała się więcej niż zadowolona z pytania Harry'ego. - Nie znasz mnie na tyle dobrze, aby móc dostrzec we mnie tę cechę, ale zdarzały mi się sytuacje, kiedy spryt i zimna kalkulacja ratowały moją skórę. Po drugie, ambicja. Nie trafiłam na kurs aurorski pod wpływem mody czy impulsu. Już na trzecim roku wiedziałam doskonale, co zamierzam robić w życiu. Skończyłam Hogwart, potem przez dwa lata doskonaliłam swoje umiejętności, bo jak zapewne wiesz, na taki kurs przyjmują tylko najlepszych. A po uzyskaniu dyplomu zaczęłam robić to, co chciałam. Bo widzisz, nigdy nie planowałam zostać aurorem. Chciałam uczyć i, jak widzisz, robię to.

- No dobrze – Harry odstawił filiżankę na biurko i w zamyśleniu potarł mokre od kawy kolana. – Ale… przepraszam, że to mówię… dlaczego zamiast robić karierę aurora, zdecydowała się pani uczyć?

- Widzisz, Harry, dla wielu osób zajęcie aurora jest bardziej ambitne, niż nauczanie – odparła łagodnie profesor Fedele, obracając między palcami ozdobny nóż do papieru. – Aurorzy uważani są za elitę i w pewnym sensie jest to prawda. To najlepsi z najlepszych. Równie wiele osób uważa zajęcie nauczyciela za kiepsko opłacane, męczące i mało ambitne w porównaniu z pracą łowcy czarnoksiężników. Wiesz, że Voldemort starał się o posadę nauczyciela obrony w Hogwarcie?

Harry myślał, że się przesłyszał. – Coo???

- Nie dostał tej posady, rzecz jasna. Jednak od tamtego czasu żaden nauczyciel obrony przed czarną magią nie utrzymał się na stanowisku dłużej, niż rok. Z wyjątkiem Slatero Quirrella, ale jego przypadek jest nieco inny. Wracając do Voldemorta i jego pragnienia nauczania, trudno się spodziewać, aby przeżarty chorobliwą ambicją człowiek poszukiwał pracy nie spełniającej jego oczekiwań. Nauczanie, Harry, jest wyzwaniem. Nauczyciel przekazuje swoim uczniom wiedzę, zaszczepia w nich pewne ideały, ma spory wpływ na ich sposób myślenia. A to jest pewien rodzaj władzy. Nie dyktatura, ale cicha kontrola, nie zawsze dostrzegalna, ale istotna. Voldemort liczył zapewne, że jako nauczyciel przekaże swoim wychowankom własne pragnienia i idee. Ja właśnie to robię, co w pełni zaspokaja moje ambicje. Znacznie bardziej niż posada w ministerstwie magii czy wyłapywanie czarnoksiężników.

Harry potarł czoło w zadumie. Od natłoku informacji zaczęła go boleć głowa. Przez dłuższą chwilę w gabinecie panowała cisza, przerywana jedynie wściekłymi uderzeniami wiatru o szyby.

- Boli cię? – spytała profesor Fedele. – Może powinieneś iść do pani Pomfrey? Z rozbitą głową nie ma żartów.

- To nic takiego – Harry nie chciał się przyznać, że blizna na jego czole pulsuje tępym bólem. Nikomu o tym nie powiedział. I choć w głębi duszy czuł, że zachowuje się nierozsądnie, nie mógł się przełamać i przyznać, że blizna znów zaczyna mu dokuczać. – Ja chyba pójdę się położyć. Jeśli to wszystko – dodał pospiesznie.

- Nie będę cię dłużej zatrzymywać – nauczycielka skinęła głową i odłożyła nóż do papieru na stertę pergaminów. – Mam tylko nadzieję, że wyciągniesz właściwe wnioski z naszej dzisiejszej rozmowy.

Harry skinął głową.

- Nie jest pani zła, że zapytałem, czemu przydzielono panią do Slytherinu? – spytał cicho. – To nie moja sprawa, nie powinienem był pytać…

Profesor Fedele potrząsnęła głową. – Zauważyłbyś, gdybym była zła. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy zadają pytania. Wolę dociekliwość niż potulność.

Harry wstał i ruszył do wyjścia. Będąc w drzwiach, odwrócił się jeszcze. a słowa same wypłynęły z jego ust.

- Przepraszam za to, co powiedziałem. To o śmierdzącym Slytherinie. Naprawdę bardzo przepraszam.

Mówił zupełnie szczerze. Profesor Fedele również to wiedziała, gdyż uśmiechnęła się do niego łagodnie.

- Nie ma sprawy – odparła. – A teraz zmykaj.

Harry pożegnał się i wyszedł na korytarz, delikatnie zamykając za sobą drzwi gabinetu. Oparł się o ścianę, czując, jak pulsowanie blizny staje się coraz bardziej dokuczliwe.

Korytarz spowiła mgła, a kontury zbroi i wiszących na ścianach obrazów zaczęły się zacierać. Harry zamrugał i nagle serce podskoczyło mu do gardła. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że na to, co właśnie widzi, nałożył się drugi obraz. To był zupełnie inny korytarz. Ten, który powracał do niego w uporczywych snach.

Poczuł strach. I mimo, że po chwili wszystko się uspokoiło, kamienne ściany znów wyglądały normalnie, a blizna przestała pulsować, serce nadal łomotało mu jak szalone. Pospiesznie ruszył do wieży Gryffindoru, czując narastający lęk przed czymś, czego nie rozumiał.