ROZDZIAŁ PIĄTY
Fede zawsze twierdziła, że cieszy ją, gdy uczniowie przychodzą do niej z pytaniami i problemami, ponieważ jest to oznaka zainteresowania przedmiotem oraz zaufania do nauczyciela. Przekonała się o tym podczas pięcioletniego nauczania w Beauxbatons, gdzie dała się poznać jako osoba wyrozumiała dla młodzieży i jej wybryków. Wielu uczniów zwracało się do niej z najróżniejszymi problemami, a ona wysłuchiwała ich cierpliwie i pomagała w miarę swoich możliwości. Jednak pewnego październikowego dnia przyszło jej do głowy, że może metody pedagogiczne Severusa Snape'a, do którego nikt się nie zbliżał, o ile naprawdę nie musiał, nie są takie najgorsze.
x x x x x
- Pani profesor, chciałabym o coś zapytać...
- Słucham Parvati. W czym mogę ci pomóc? - Fede uśmiechnęła się łagodnie do nieco speszonej uczennicy.
- Tak w zasadzie... to w transmutacji.
- Słucham?
- Bo widzi pani, nie bardzo rozumiem tego, co ostatnio mówiła nam profesor McGonagall. Pani jest aurorem, miała pani zaawansowane zajęcia z tego przedmiotu.
- No... owszem, ale to było pięć lat temu i od tamtej pory nie miałam wiele do czynienia z transmutacją. Poza tym, wykładowcą przedmiotu jest profesor McGonagall. Dlaczego nie zwrócisz się z tym do niej?
- Ojej, pani profesor... Neville mówił, że pani tak mu pomagała, pomyślałam, że może i mnie...
- Parvati, Neville'owi pomagałam z przedmiotu, którego uczę, a to duża różnica. Dlaczego nie pójdziesz do profesor McGonagall?
- Do profesor McGonagall?
-Skąd to zdziwienie? To chyba normalne, że z pytaniami idziesz do wykładowcy danego przedmiotu. No dobrze, o co chodzi?
- Bo... jak to powiedzieć... profesor McGonagall jest taka trochę... onieśmielająca. Rozumie mnie pani?
Rozumiem cię doskonale, pomyślała Fede, starając się nie roześmiać.
– No, no, nie przesadzaj. Profesor McGonagall może się wydawać nieco oschła, ale z pewnością zależy jej na tym, aby uczniowie osiągali jak najlepsze wyniki. Jestem pewna, że się nie obrazi, jeśli udasz się do niej na dyżur i poprosisz o dodatkowe wyjaśnienia. To znak, że przykładasz się do nauki, a to cieszy każdego nauczyciela.
- Tak pani myśli?
- Tak. Jeśli się pospieszysz, to zdążysz. Profesor McGonagall kończy swój dyżur za piętnaście minut.
x x x x x
- Pani profesor, ja nie rozumiem.
- Czego nie rozumiesz, Vincent?
- Ostatniej lekcji.
- Ale czego dokładnie?
- Niczego.
- Słucham?
- Wszystkiego.
- …
- Pani profesor?
- Myślę, Vincent. No dobrze, od początku. Z ostatniej lekcji nie zrozumiałeś zupełnie niczego?
- Dokładnie, pani profesor.
- Hmm... a zapytałeś któregoś z kolegów, aby ci wyjaśnił, o czym, była mowa?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo pani jest od nich trochę lepsza, to wolałem iść do pani.
- Dziękuję za komplement, Vincent. Nie przyszło ci do głowy, aby zajrzeć do podręcznika?
- Przecież pani mówiła, że mamy nie korzystać z książek.
- …
- Pani profesor?
- Wiesz co, Vincent? Dla ciebie zrobię wyjątek. Weź podręcznik i przeczytaj dokładnie piąty i szósty rozdział. A jak nie zrozumiesz, wtedy do mnie przyjdź, dobrze?
- Bardzo dziękuję, pani profesor. Do widzenia.
- Do jutra, Vincent.
x x x x x
Po skończonym dyżurze Fede udała się do Wielkiej Sali, gdzie pospiesznie zjadła lunch i umknęła do pokoju nauczycielskiego, szukając chwili odosobnienia.
Pokój nauczycielski w Hogwarcie składał się z dwóch części: dużego, przeznaczonego do zebrań kadry pokoju głównego oraz przylegającej do niego znacznie mniejszej komnaty dla palaczy. Fede często spędzała tam wolne chwile między zajęciami, ponieważ nauczycielom nie wolno było palić w obecności uczniów, by nie dawać im złego przykładu.
Tego dnia w części dla palących było raczej pusto. Oprócz Fede był tam jeszcze profesor Flitwick, który siedział przy stoliku, czytał "Proroka Codziennego" i pykał fajeczkę. Fede położyła się na nieco wysłużonej kanapie, kładąc obute w czerwone szpilki stopy na oparciu i zapaliła cygaretkę. Przymknęła oczy, rozkoszując się ciszą i spokojem. Dwadzieścia minut tylko i wyłącznie dla siebie. Co za luksus.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Severus Snape.
Fede uniosła brwi w niemym zdziwieniu. Po raz pierwszy widziała profesora Snape'a w części dla palących. Stałymi bywalcami byli tutaj profesorowie Flitwick, Grubbly-Plank, Hooch i oczywiście ona sama. Czasem wpadała tu Aurora Sinistra, ale raczej dla towarzystwa, niż dla rozkoszowania się dymkiem. Fede przyszło na myśl, że Severus nie przyszedł tu, aby zapalić, ale raczej kogoś szukał. Nie pomyliła się. Mistrz Eliksirów przywitał się krótko z Flitwickiem, skinął głową Fede i usiadł w fotelu tuż przy oknie, wbijając wzrok w leżącą na kanapie profesor od obrony. Nie odezwał się przy tym nawet słowem.
I co się tak gapisz jak cielę na malowane wrota? pomyślała Fede niechętnie. Od ich rozmowy podczas kolacji kilka tygodni temu, praktycznie się do siebie nie odzywali. Severus nie szukał jej towarzystwa i jedyne, na co się zdobywał, to skinięcie głową, gdy mijali się na korytarzu albo spotykali w pokoju nauczycielskim. Dlatego Fede postanowiła nie zwracać na niego uwagi i ignorując jego uporczywy wzrok strzepnęła popiół do popielniczki.
- Ciężki dzień? - dobiegł ją zjadliwy głos Mistrza Eliksirów. Bez wątpienia mówił do niej.
- Dlaczego tak sądzisz? - odparła Fede, zaskoczona tą niespodziewaną rozmownością Severusa..
- To widać.
Dżentelmen, psia jego mać, pomyślała Fede, ale nie dała się sprowokować.
- Półtoragodzinny dyżur i masa uczniów – odpowiedziała, zaciągając się cygaretką. - Dość męczące półtorej godziny, przyznaję. Piętnastu uczniów, a tylko dwóch pytało o przedmiot, którego uczę. W dodatku jeden z nich zadawał pytania bez sensu. Aż żałuję, że cię nie wezwałam na pomoc, mógłbyś paru zavadować...
- Z którego domu? - Severus wykazał odrobinę zainteresowania. - Z Gryffindoru? Służę pomocą, moja droga. A zacznę od Pottera.
- Jego akurat nie było dziś u mnie na dyżurze, więc możesz dać chłopcu święty spokój.
- To żadna fatyga. Zrobię to gratis.
Fede zagryzła wargi, aby stłumić uśmiech. Profesor Flitwick oderwał się na chwilę od lektury gazety i przez moment przyglądał się rozmawiającym nauczycielom z lekkim niedowierzaniem. Tego typu przekomarzanki nie były w stylu Severusa. Nagle w jego oczach pojawiło się zrozumienie. Uśmiechając się pod nosem, pospiesznie zebrał swoje rzeczy i opuścił pokój, mamrocząc coś o szklarni i profesor Sprout.
Snape odprowadzał Flitwicka wzrokiem, dopóki za wychodzącym nie zamknęły się drzwi. Fede wpatrywała się w sufit i milczała.
- Domyślam się, że po tak ciężkim dniu przyda ci się odrobina relaksu – Mistrz Eliksirów wstał i podszedł do kanapy. Jego głos ociekał sarkazmem. Fede spojrzała na niego spode łba, nie przerywając palenia. - Wieczorem, ze szklaneczką whisky, którą tak lubisz. Albo z dwoma szklaneczkami. Chyba, że już ją wypiłaś. Sama... lub w czyimś towarzystwie.
Fede strzepnęła popiół i spojrzała Severusowi prosto w oczy.
- Parę tygodni temu zapraszałam cię na drinka, ale odmówiłeś – przypomniała mu chłodno. - Skoro tak, nie twoja sprawa, czy mam jeszcze whisky, czy nie. A już na pewno nie powinno cię interesować, czy ją wypiłam i w jakim towarzystwie.
Oczy Severusa zabłysły i Fede na moment wstrzymała oddech. Mistrz Eliksirów pochylił się i położył dłoń na jej wyłaniającej się spod sukni stopie. Jego palce objęły szczupłą kostkę i niemal nieznacznie przesunęły się w górę, w kierunku łydki.
- Zaproszenie nadal aktualne? - spytał chrapliwym głosem.
Po dłuższej chwili Fede odzyskała oddech. Roześmiała się, starając nie okazywać emocji i wydmuchała kłąb dymu w kierunku sufitu. W czarnych oczach mężczyzny zamigotał dziwny błysk.
- Aktualne – odpowiedziała. Jej wzrok spoczął przelotnie na ustach Severusa. - Wiesz, gdzie mieszkam. Tylko przejdź przez kominek, żeby Irytek cię nie wypatrzył. Powiedzmy, o jedenastej?
Skinął głową.
- Świetnie. Przygotuję whisky. Jeszcze jej nie otwierałam... – Fede usiadła i niedbałym ruchem zgasiła cygaretkę. Dłoń Severusa przez chwilę wisiała nieruchomo w powietrzu, palce poruszały się, jakby nadal gładziły ciepłe, smukłe ciało. Po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz obojętności.
x x x x x
Ron nie spał.
Przewracał się na łóżku, ale sen nie nadchodził. Mimo, że od ponad tygodnia, a konkretnie od nieszczęsnego meczu Quidditcha kładł się spać jako pierwszy, a wstawał jako ostatni (w ten sposób skutecznie unikał jakichkolwiek rozmów w dormitorium), nie sypiał dobrze. Przewracał się na łóżku do pierwszej, czasem drugiej w nocy, aż wreszcie zasypiał z wyczerpania, budząc się kilkakrotnie w ciągu nocy.
Odbiło się to naturalnie na jego wynikach w nauce. Na ostatniej lekcji transmutacji wywołał wściekłość u profesor McGonagall, która zadała mu pytanie, a on spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem i zamiast odpowiedzieć (choć nawet nie wiedział, o co go pytano), ziewnął szeroko. Nauczycielka podniosła głos, krzycząc o lekceważeniu i spaniu na lekcjach, a interwencja Hermiony tylko pogorszyła sytuację, gdyż oboje stracili po dwadzieścia punktów. Metodą łańcuszkową pogorszyło to również jego stosunki z Hermioną, która miała do Rona pretensje („przez Ciebie straciłam dwadzieścia punktów!"), na co on odszczeknął jej się nieuprzejmie („a ktoś cię prosił o wtykanie nosa w nie swoje sprawy?"). I tak w ciągu jednego dnia Ron stracił dwadzieścia punktów, zadarł z McGonagall i Hermioną oraz zaprzepaścił wszelkie szanse na jakąkolwiek pomoc ze strony tej ostatniej w odrabianiu prac domowych.
Nie, dosyć tego. Zegar na wieży wybił właśnie pierwszą i Ron poczuł, że zaraz oszaleje. W tej chwili przypomniało mu się, że w pokoju wspólnym zostawił opróżnioną do połowy butelkę mugolskiej coli, którą Fred i George sobie tylko znanymi sposobami przeszmuglowali do zamku, a następnie sprzedawali uczniom. Jedną butelkę podarowali bratu, co ten przyjął w ponurym milczeniu, wiedząc, że bliźniacy zdobyli się na ten gest wiedzeni wyjątkową litością. Nie było to miłe uczucie.
Ale napój bardzo mu smakował. Był musujący, orzeźwiający, przyjemnie szczypał w gardło.
Ron ostrożnie rozsunął zasłony i cicho, aby nie obudzić śpiących kolegów, nałożył szlafrok i kapcie, po czym zszedł spiralnymi schodkami prowadzącymi do pokoju wspólnego. Miał nadzieję, że reszta Gryfonów okaże się uczciwa i że nikt nie buchnął mu jego coli.
Już na dolnych stopniach schodów usłyszał dziwny dźwięk, dobiegający z pokoju wspólnego. Zatrzymał się w pół kroku, niepewny, czy aby się nie przesłyszał.
Nie. Dźwięk się powtórzył. Brzmiał jak... szlochanie? Ron wstrzymał oddech i zaczął uważnie nasłuchiwać. Nie mylił się. Ktoś płakał.
Ostrożnie zszedł na dół i stanął w drzwiach pokoju wspólnego. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak, jak zazwyczaj. Pełgający w kominku ogień, którego nie gaszono nawet na noc, stoliki, krzesła i pufy, szkarłatny dywan i zasłony w tym samym kolorze. Oraz... Ron przetarł oczy, ale wzrok go nie mylił. W fotelu przy kominku ktoś siedział. Dało się dostrzec tylko obute w ciepłe kapcie stopy.
Ron podszedł bliżej. W fotelu siedział zapłakany pierwszoroczniak, którego twarz, a raczej odstające uszy, od razu wydały się Ronowi znajome. Gdy chłopiec zorientował się, że nie jest sam, zamarł z przerażenia. Nie udało mu się jednak ukryć zaczerwienionych oczu i spływających po policzkach łez.
- Co ty tu robisz? – spytał Ron. – Co ci się stało?
Jak było do przewidzenia, chłopiec wyjąkał:
- Nic...
Jasny szlag, pomyślał Ron, wpadając w lekką panikę. Zapłakany pierwszoroczniak, czyli coś się stało. To była jedna z tych sytuacji, w których absolutnie sobie nie radził. Nie wiedział, jak postępować z zapłakanymi dzieciakami – to znaczy, miał o tym pojęcie – zapytać, co się stało, pocieszyć, uspokoić. Ale cholera, on to wiedział teoretycznie! Pocieszanie zasmarkanych maluchów było domeną jego matki, nie jego!
- Ktoś cię pobił? – zapytał bezradnie.
Przeczący ruch głową.
- No to czemu płaczesz?
Cisza i siąkanie nosem.
Do jasnej cholery, idę po Hermionę, pomyślał zdesperowany Ron. Jest dziewczyną, to sobie poradzi. Obejmie małego, utuli i co tam jeszcze. Przecież ja smarkacza ściskać nie będę. Poza tym Hermiona jest prefektem, o właśnie, a prefekci powinni pomóc najmłodszym odnaleźć się w nowych warunkach.
Ruszył w kierunku wyjścia, zastanawiając się, jakim cudem uda mu się ściągnąć tu Hermionę, skoro chłopcy nie mieli wstępu do żeńskich dormitoriów. Wtedy uderzyła go myśl, od której zatrzymał się w pół kroku.
Przecież ja też jestem prefektem!
W tym momencie przypomniał sobie wszystko. Swoje niedowierzanie, a później ogromne szczęście, kiedy z listu wypadła na poduszkę błyszcząca odznaka. Dumę matki, która uściskała go serdecznie. Przyjęcie i wielki transparent, aby uhonorować jego i Hermionę, dwoje nowych prefektów. Radość ojca i jego serdeczne, śmiejące się oczy. Oklaski zgromadzonych w domu na Grimmauld Place. I słowa Moody'ego: „Dumbledore wiedział, co robi, mianując cię prefektem". Wtedy mu nie uwierzył. Nie rozumiał, dlaczego Dumbledore wybrał akurat jego. Hermiona też tego nie pojmowała, widział to w jej oczach. Bardzo go to wtedy zabolało.
A teraz wiedział, że jeśli po nią pójdzie, udowodni, że nie nadaje się na prefekta.
Nie poszedł. Zamiast tego odnalazł porzuconą koło jednego ze stolików butelkę coli, przyciągnął pufę w pobliże kominka i usiadł, wyciągając butelkę w kierunku zaszlochanego pierwszoroczniaka.
- Masz, spróbuj – powiedział, trącając go lekko w rękę. – Mugolska cola, moi bracia dali mi trochę. Częstuj się, jest naprawdę dobra.
Pierwszoroczniak – teraz Ron przypomniał sobie, że ma na imię Euan – pociągnął nosem, ale wziął butelkę z rąk Rona. Niezdarnie ją odkręcił, powąchał niepewnie, po czym przechylił butelkę i wziął z niej duży łyk.
- Dobre – stwierdził z zaskoczeniem i potarł nos. – Ojej, ale to łaskocze!
- To pij do dna – powiedział mu Ron, planując w duchu wyprosić u Freda i George'a kolejną butelkę. Tę już spisał na straty. – Masz na imię Euan, prawda? Dobrze zapamiętałem?
- Uhm – Euan pospiesznie opróżniał butelkę. Ron ze zdumieniem patrzył, jak reszta napoju niknie w gardle pierwszoroczniaka. Jakim cudem taki maluch mógł tyle wypić? Przecież zsika się w nocy! – A ty jesteś naszym prefektem, prawda? Ty i ta dziewczyna, która cały czas chodzi z książkami?
Ron zaczął się śmiać.
– Dobre określenie, Euan.
Chłopiec odstawił butelkę i pozwolił sobie na nieśmiały, nieco posępny uśmiech.
- A ty grasz w Quidditcha – dodał. – Jesteś naszym obrońcą.
- Eee... – Ronowi uśmiech spełzł z twarzy. – No... tak, ale obawiam się, że już niedługo nim nie będę.
- Dlaczego?
Ron za wszelką cenę usiłować zachować spokój. Rozerwanie pierwszoroczniaka na strzępy nie licowało z godnością prefekta.
– Euan, widzę, że interesujesz się Quidditchem. Byłeś na ostatnim meczu?
- Byłem. I uważam, że jesteś świetnym obrońcą.
Zaraz go walnę, pomyślał Ron. Co za bezczelny gówniarz!
- Potrafisz wyczuć, w którą stronę rzuci przeciwnik – ciągnął Euan. – To jest największy atut obrońcy, bo tego nie można się nauczyć. Można oczywiście próbować, ale to się albo wie, albo nie. Jesteś szybki i zwrotny, panujesz nad miotłą, nie wahasz się przy wykonywaniu pętli. Bo wiesz, właśnie przy pętlach najczęściej znosi z kursu. A twoja miotła nie należy do najbardziej zwrotnych, przy startowaniu z krótkiego dystansu często znosi ją w lewo. Znacznie lepiej nią sterować, gdy gra się na pozycji ścigającego albo pałkarza. Dla szukającego lub obrońcy to marny model.
- Eee... że co? Euan, co ty opo...
Pierwszoroczny uśmiechnął się lekko na widok Rona, który wyglądał, jakby strzelił w niego piorun. Nie był to już ten posępny uśmieszek, zza którego przebłyskiwały łzy.
- Tata nauczył mnie wszystkiego o Quidditchu – odparł dumnym tonem. A ponieważ Ron nadal niczego nie rozumiał, dodał: - Moses Abercrombie, chyba o nim słyszałeś?
Moses Abercrombie! Wargi Rona poruszyły się, ale nie padło z nich ani jedno słowo. KAŻDY, kto choć trochę interesował się Quidditchem, znał to nazwisko. Moses Abercrombie przez dwanaście lat był obrońcą w narodowej drużynie Quidditcha, zdobywając dziewięciokrotnie mistrzostwo świata. Później wycofał się z kariery sportowej i na dziesięć lat został trenerem reprezentacji, prowadząc ją do siedmiokrotnego zwycięstwa. Nigdy nie był zbyt widowiskowym zawodnikiem, ale grał pewnie i równo, stanowiąc filar narodowej drużyny. Z tego, co Ron wiedział, Moses Abercrombie zrezygnował dwa lata temu z funkcji trenera i przeszedł na sportową emeryturę, nie odmawiając sobie jednak przyjemności pojawiania się na ważnych meczach.
- Euan, dlaczego w takim razie nie brałeś udziału w eliminacjach do drużyny? – wyjąkał Ron. – Bo chyba trenowałeś razem z ojcem?
- Trenowałem – przyznał Euan i nagle spochmurniał. – Miałem zamiar wziąć udział, ale dostałem akurat szlaban u profesora Snape'a. Błagałem go, aby pozwolił mi wziąć udział w eliminacjach, ale tylko mnie wyśmiał. Nienawidzę go.
- Jak wszyscy – wyjaśnił Ron. – Jeszcze wielu rzeczy nie wiesz. Snape nienawidzi z zasady każdego, kto nie należy do Slytherinu, a Gryfonów w szczególności. Zawsze odbiera nam punkty i wyżywa się na zajęciach z eliksirów. Nie możesz się tym przejmować, on jest po prostu wredny. Nie bierz tego do siebie. Jakby się nad tobą znęcał, idź do McGonagall. Jest naszą opiekunką.
- Nie lubię jej – siąknął nosem Euan. – Raz niechcący wpadłem na nią na korytarzu. Strasznie się wtedy zdenerwowała i mnie zwymyślała.
Ronowi zrobiło się nieprzyjemnie.
- Chciałbym wrócić do domu – wymamrotał Euan, ocierając rękawem nos. – Wcale mi się tutaj nie podoba. Wszyscy tylko na mnie wrzeszczą. Tata mówił, że w Hogwarcie jest fajnie. Wcale nie jest fajnie.
Ron zaczął powoli rozumieć. Przyglądał się przygnębionemu chłopcu, który opowiadając o Quidditchu, mówił śmiało i z sensem, a teraz znów wyglądał na mocno nieszczęśliwego. Otworzył usta, aby coś powiedzieć – i w tym momencie spłynęło na niego natchnienie, którego nikt by się po nim nie spodziewał, a najmniej on sam.
- Wiem – przyznał. – Jak tu przyjechałem, też mi się nie podobało. Nic a nic. Tak, jak tobie.
Euan wlepił w Rona pełen niedowierzania wzrok.
- Naprawdę? – wyszeptał.
- Jasne – kłamstwa spływały z ust Rona z szybkością wodospadu. – Wszyscy też mieli do mnie o coś pretensje, tak jak do ciebie. Zwłaszcza Snape i McGonagall. Czułem się tu strasznie i wiesz, nawet napisałem do rodziców z prośbą, aby zabrali mnie do domu. Nie chciałem tu być. Czasami nawet płakałem, tak, aby nikt nie widział. Tylko nie mów o tym nikomu!
- Nie powiem – obiecał Euan, na którego twarzy malowało się niedowierzanie, połączone z niemal ekstatycznym zachwytem. – Ty naprawdę się bałeś, jak tu przyjechałeś?
- Strasznie się bałem – odparł Ron, kiwając głową. Na Merlina, jak dobrze, że mnie chłopaki nie słyszą! Co ja za bzdury wygaduję? – Ale po jakimś czasie zaprzyjaźniłem się z Harrym i innymi chłopakami. I potem nagle się okazało, że tu nie jest aż tak źle. Jasne, tęskniłem za domem i rodzicami, ale wtedy miałem już kolegów. I zaczęło mi się tu podobać. Dlatego cię rozumiem, Euan. I daję słowo honoru, że za jakiś czas przywykniesz. No to jak, spuszczamy nos na kwintę czy nie?
Wyraźnie podniesiony na duchu Euan pokręcił przecząco głową.
- Nie – odparł.
- No i dobrze – Ron poklepał go po ramieniu. – Prawdziwy Gryfon z ciebie, wiesz? Masz ducha walki, to mi się podoba. A wiesz, że jutro mamy trening? Wiesz? I dobrze. W takim razie chcę cię widzieć w najwyższym rzędzie z gryfońskim szalikiem. Masz nam kibicować.
- W najwyższym rzędzie? Ojej! – Euan mało nie wyskoczył. – Ale... przecież mnie tam nie wpuszczą...
Podczas treningów Quidditcha na trybunach zbierała się zazwyczaj dość duża ilość kibiców, a ze zrozumiałych względów, najchętniej okupywane były najwyżej położone miejsca. Zazwyczaj siadali tam najstarsi uczniowie, podczas gdy ci młodsi, z mniejszą siłą przebicia, musieli się zadowalać niżej usytuowanymi ławkami.
- Wpuszczą cię, wpuszczą – zapewnił go Ron. – Już ja się tym zajmę. W razie co wykopię parę osób...
- Hura! – rozdarł się Euan na cały głos. Było to tak niespodziewane, że Ron aż podskoczył ze strachu. Wrzask Euana obudził natychmiast drzemiące na portretach postacie, które natychmiast wybuchnęły oburzeniem, jak ktoś śmie zakłócać im ciszę nocną. Jedna z czarownic obrzuciła ich wyjątkowo zirytowanym spojrzeniem, po czym zapowiedziała, że idzie po opiekuna domu i zniknęła z portretu, przytrzymując przekrzywiony nocny czepek.
- O rany! – twarz Euana zrobiła się blada z przerażenie. Bezradnie popatrzył na Rona. – I co teraz?
- Jak to co? Wiejemy! – zarządził Ron.
Obaj ze śmiechem wypadli z pokoju wspólnego i popędzili do dormitoriów. Euan był wyraźnie podekscytowany tą nocną przygodą i ucieczką, bo co chwila podskakiwał i biegnący za nim Ron pilnował, aby pierwszoroczniak nie spadł z tych emocji. Nieco zadyszani wypadli z korytarza i tam się zatrzymali. Euan ledwo sapał, ale zakrywał dłońmi usta, tłumiąc chichot. Na jego widok nawet Ronowi chciało się śmiać.
- No, chyba wystarczy tych szaleństw na dzisiaj? Teraz idź do siebie i spróbuj zasnąć. Jutro na treningu masz być czujny i przytomny.
- Dlaczego?
- Bo chyba właśnie zostałeś moim trenerem, mądralo. A po co mi trener, który ziewa i śpi na ławce? No, Euan, sio do łóżka. Migiem!
Po chwili Ron wrócił do swojego dormitorium. Niemal bezszelestnie wsunął się do swojego łóżka i zasunąwszy zasłony, wtulił twarz w poduszkę. Nie był śpiący, co w zasadzie nie powinno go dziwić, w końcu ostatnio bardzo źle sypiał. Ale było coś jeszcze. Czuł się... inaczej. Nie potrafił określić, jak. Wiedział tylko, że nigdy wcześniej tak się nie czuł. To było coś zupełnie nowego, ale i przyjemnego.
W chwilę później już spał.
x x x x x
Za kwadrans jedenasta Fede była już gotowa.
Siedząc w fotelu i paląc cygaretkę, dokonywała pospiesznych oględzin komnaty. Wszystko było jak należy. Zgodnie z obietnicą, na stoliku stała duża butelka Ognistej Whisky i dwie szklanki. Severus Snape był człowiekiem nieobliczalnym i wszystkiego można się było po nim spodziewać. Łącznie z tym, że naprawdę przyjdzie na whisky.
Jeśli tak, to nie wyjdzie stąd żywy, pomyślała mściwie Fede, która poświęciła swojemu wyglądowi wyjątkowo dużo czasu i wolałaby, aby jej wysiłki nie poszły na marne. Przy pomocy połowy butelki Ulizanny ujarzmiła włosy, które po wyprostowaniu spływały jej falą aż do bioder. Jej strój stanowiła satynowa koszulka w kolorze ciemnej czekolady oraz dopasowany do niej kolorystycznie, również satynowy, szlafroczek.
Nie wątpiła, że Severus będzie punktualny. I faktycznie, pojawił się u niej dokładnie w momencie, gdy kominkowy zegar zaczął bić jedenastą.
Fede zaschło w gardle, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Aby pokryć zmieszanie, odrzuciła do tyłu włosy i wstała z fotela, przyglądając się swemu gościowi. Przywykła już do widoku Severusa w koszuli zapiętej pod samą szyję, owiniętej chustką i w czarnym, powiewającym płaszczu. Zupełnie, jakby rzut czyjegoś oka na jego szyję miał go zabić. Tym razem nie miał na sobie płaszcza. Ubrany był w lekką koszulę (czarną, oczywiście), ale na Merlina, rozpiętą pod szyją.
Fede zamrugała, zdając sobie sprawę z tego, że gapi się na niego baranim wzrokiem.
- A jednak przyszedłeś – zauważyła, starając się zachować lekki ton.
Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego twarz.
- Zwykłem służyć pomocą, widząc damę w potrzebie – odparł.
Przyganiał kocioł garnkowi, pomyślała Fede, uśmiechając się prowokująco.
- Nie jestem damą – odpaliła, wygładzając dłońmi koszulę na biodrach i gestem zapraszając go do stolika.
Usiadł we wskazanym przez nią fotelu, a jego wzrok błądził po jej ciele.
- A więc jednak przygotowałaś whisky – zauważył.
- Umowa to umowa – Fede pochyliła się i otworzyła butelkę. Czuła wzrok Severusa omiatający jej ramiona i dekolt. Zręcznym ruchem nalała whisky do dwóch szklanek i jedną z nich podała swemu towarzyszowi. Przyjął szklankę i przez moment ich palce się musnęły. Fede poczuła przyjemny dreszcz. Opadła na swój fotel i uniosła szklankę w geście toastu. Severus powtórzył jej ruch, a ich spojrzenia się spotkały. Czarne oczy wbijały się uporczywie w brązowe, a żadne z nich nie chciało pierwsze odwrócić wzroku. Wypili jednym haustem i w tym samym momencie odstawili szklanki. Fede delikatnie, Severus tak, że stolik aż zadrżał.
- Jeszcze jedną whisky? – Fede nie planowała upić Severusa, ale podejrzewała, że większa ilość alkoholu dobrze mu zrobi. Jej zresztą też. Nie czekając na odpowiedź, wstała i sięgnęła po butelkę. W tym momencie dłoń Severusa objęła jej nadgarstek. Było to tak niespodziewane, że Fede dziękowała w duchu, że nie zdążyła chwycić butelki, bo z pewnością by ją upuściła. Swoją drogą, nie spodziewała się, że ktokolwiek jest w stanie wykonać tak szybki ruch.
Severus bez słowa pochylił głowę i dotknął ustami jej nadgarstka. Oszołomiona Fede zastygła w bezruchu i pochylała się nad stolikiem, pozwalając, aby wargi i język Severusa muskały jej ciało, najpierw pieszcząc delikatną skórę nadgarstka, tam, gdzie pulsowała krew, a następnie przesunęły się nieco wyżej, w kierunku zgięcia łokcia. Ten gest wydał jej się tak intymny, że aż zadrżała. Severus chyba to wyczuł, bo uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy.
Przez chwili tylko na siebie patrzyli, a potem zareagowali jednocześnie, jakby na komendę. Fede zrobiła dwa kroki, obchodząc stolik, a Severus wstał, nie puszczając jej ręki. W jednej chwili stanęli naprzeciwko siebie, tak blisko, że bliżej nie można. Piersi Fede opierały się o koszulę Severusa, a jego oddech muskał jej czoło. Nagle poczuła, że dłonie mężczyzny zsuwają z niej szlafrok i pozwalają mu opaść na podłogę.
Zareagowali zupełnie instynktownie. Fede objęła szyję Severusa, a jego dłonie chwyciły ją w pasie. Dotyk jego palców był delikatny, czego Fede zupełnie się nie spodziewała. Podejrzewała, że ich zbliżenie może być raczej brutalne, przypominające walkę. Delikatność nie leżała raczej w naturze Severusa. Tym bardziej zaskoczył ją pocałunek. Nie było zaborczego języka, wdzierającego się między wargi i tamującego oddech. Usta Severusa były miękkie i ciepłe. Całował ją delikatnie, jakby igrając z jej pożądaniem, a jego język muskał i pieścił. Fede przylgnęła całym ciałem do Severusa, a twardy kształt wbijający jej się w udo powiedział jej, że jego opanowanie jest tylko pozorne. Zuchwale przesunęła prawą dłoń niżej, biegnąc wzdłuż żeber i brzucha mężczyzny, aż dotknęła nabrzmiałej wypukłości w jego spodniach. Severus na moment stracił oddech, a w chwilę potem jego dłonie wsunęły się pod jej koszulkę i objęły pośladki. Nie przerywając pocałunków, Fede zręcznym ruchem rozsunęła rozporek spodni Severusa i wsunęła dłoń do środka. On nie ma nic pod spodem, przemknęło jej przez myśl. Jej palce objęły jego członek i zaczęły się powoli poruszać.
Z ust Severusa wydobył się gardłowy jęk. Przerwał pocałunki i podciągnął jej koszulkę do pasa. Fede z żalem puściła jego męskość i uniosła ręce do góry, pozwalając, aby ją rozebrał. Teraz stała przed nim zupełnie naga i z dziką radością przyjmowała jego wzrok, błądzący po jej ciele, ramionach, piersiach, podbrzuszu. Wiedziała, że jest zbyt szczupła i ma mały biust, ale nigdy nie miała z tego powodu kompleksów. Zresztą wyraz oczu Severusa mówił wszystko. Dygotała z podniecenia, a jej nabrzmiałe sutki nie pozostawiały pola do domysłów.
- Chodź – szepnęła i ująwszy go za rękę, poprowadziła w stronę łóżka. Poszedł za nią bez wahania.
Położyła się na łóżku, patrząc zachłannie, jak Severus się rozbiera. Najpierw zdjął koszulę, potem buty, a na końcu spodnie, nie przestając przyglądać się Fede. Ona pożerała wzrokiem każdy szczegół jego ciała, które widziała po raz pierwszy – szczupłe, choć nieźle umięśnione ramiona, niezbyt mocno zarośniętą klatkę piersiową, płaski brzuch, naprężony członek. Na myśl o tym, że za chwilę będzie w niej, w środku, i będzie się w niej poruszał, jęknęła. I wyciągnęła do niego ramiona.
- Chodź – powiedziała cicho.
Położył się na niej, a ona natychmiast oplotła nogami jego biodra. Oboje wydali z siebie jednoczesne westchnienie, a ich usta natychmiast rozpoczęły wzajemne igraszki. Fede bez wahania poddawała się pieszczotom Severusa. Rozpalał ją dotyk jego warg, języka, dłoni. Westchnęła, kiedy przygryzał płatek jej ucha, całował szyję, przesuwał koniuszkiem języka po obojczyku, ssał sutki. Jego dłonie badały jej ciało śmiało i bez wahania, a ona otworzyła się przed nim, nie odczuwając nawet odrobiny wstydu, pozwalając, aby niecierpliwe palce zsuwały się coraz niżej.
Nie mogła się powstrzymać od krótkiego krzyku, gdy jego palce dotarły do puszystego trójkąta jej podbrzusza i odnalazły ten najczulszy punkt. Fede z całej siły zacisnęła palce na ramionach Severusa i oddychając ciężko, odrzuciła głowę do tyłu, zamykając oczy. Nie chciała patrzeć, chciała tylko odczuwać. Splątane myśli wirowały jej w głowie. Po raz kolejny zadziwiła ją delikatność, z jaką ten mężczyzna dotykał jej ciała. Przez moment przyszło jej nawet na myśl, że wbrew pozorom, nie jest on aż tak doświadczonym kochankiem. Potrafiła bowiem wyczuć wprawę i rutynę, z jaką pieścili ją mężczyźni, którzy znali na pamięć mapę ciała kobiety i mieli na podorędziu zestaw sprawdzonych chwytów. Tu nie było rutyny, ale pasja, z jaką Severus badał każdy skrawek jej ciała oraz precyzja smukłych palców, którymi bezbłędnie odważał składniki eliksirów, nie roniąc ani kropli. Była to zachłanna wręcz ciekawość odkrywcy, który krok po kroku bada nieznany sobie ląd, bacząc, by nie uronić ani kropli słodyczy.
- Sev, proszę... – jęknęła, unosząc nieco biodra. Nie była w stanie dłużej się hamować. Z trudem powstrzymywała się od krzyczenia w głos.
Bez słowa ujął dłonią jej pośladki i wsunął się w nią jednym ruchem. Fede ugryzła go w ramię, czując, jak w jej podbrzuszu rozpalają się iskry. Była tak wilgotna, że przyjęła go bez najmniejszego trudu, niemal w całości. Oddychając ciężko w zagłębienie jego szyi, nie zauważyła, że twarz Severusa przebiega skurcz, a jego wargi poruszają się, jakby coś do niej szeptał. Położyła dłonie na jego biodrach, dając mu znak, aby nie był aż tak delikatny. Severus przylgnął do niej całym ciałem i poruszał się w niej rytmicznie. Jego włosy opadły jej na twarz. Fede wsunęła w nie palce i w ten sposób jego przyspieszony oddech owiewał jej ucho oraz szyję, co w połączeniu z ruchami jego członka potęgowało jej podniecenie.
- Pachniesz... lawendą... – wychrypiał. Każdemu słowu towarzyszyło mocne pchnięcie.
- A ty... a ty... – umysł Fede pracował gorączkowo. – Ty pachniesz... o Boże... piżmem... ambrą... i nie wiem... czym jeszcze...
Odrzuciła do tyłu głowę, jej na wpół otwarte oczy błądziły w przestrzeni. Severus spojrzał na jej twarz i nagle zastygł w bezruchu. Z napięciem śledził każde drgnienie jej powiek, każdy ruch warg. Wtedy Fede spojrzała prosto na niego. Severus aż się zachłysnął na widok wyrazu jej oczu.
- Dlaczego... przerwałeś? – wymamrotała, kręcąc się niespokojnie. – Nie teraz, proszę...
- Fede, Fede – mruknął Severus, muskając palcami jej policzek. Jego usta przybrały nieco ironiczny wyraz. – Ambra i piżmo, zgadza się. I co jeszcze? Arcydzięgiel. Cedr. Odrobina cynamonu. Nigdy się nie zmienisz, Fede. Zawsze byłaś marna z eliksirów, nie odróżniałaś zapachów...
Wyraz oczu Fede nagle stał się znacznie bardziej przytomny.
- Czy ty, do cholery, udzielasz mi korepetycji z eliksirów? – błogi wyraz jej oczu zniknął, ustępując miejsca niedowierzaniu, a zaraz potem nadchodzącej furii. – Jesteś WE MNIE i zamiast się ze mną kochać, rozkładasz na czynniki pierwsze swoją WODĘ PO GOLENIU??? TY...
Severus roześmiał się gardłowo na widok jej oburzenia, które znał tak dobrze i które tak często prowokował. Zdusił jej protesty brutalnym, niemal miażdżącym usta pocałunkiem i wbił się w nią z całej siły, poruszając się szybciej, niż do tej pory. Jak było do przewidzenia, uciszyło to Fede, która nie była już w stanie powstrzymać się od bynajmniej nie udawanych jęków. Członek Severusa ocierał się o ścianki jej pochwy, odnajdując ten najwrażliwszy punkt, który były w stanie pobudzić nawet delikatne pieszczoty, a co dopiero nabrzmiały, męski organ. Fede czuła, że zbliża się do orgazmu i że nie jest już w stanie zahamować nadpływającej fali rozkoszy. Błagając, aby nie przestawał, odrzuciła głowę do tyłu i w tym momencie skurcz rozkoszy wstrząsnął jej ciałem. Nie dała rady powstrzymać się od głośnego krzyku, wbijając paznokcie w ramiona Severusa. Nie dbała o to, że na jego ramionach pojawiają się krople krwi, a i on niczego nie zauważył. Rozkosz płynąca z podbrzusza falowała i unosiła ją niczym fale oceanu, a ona niemal dławiła się, nie mogąc złapać powietrza inaczej, niż urywanymi haustami. W tym momencie ciało Severusa zesztywniało, jego dłoń mocno chwyciła jej włosy, a coś ciepłego wypełniło podbrzusze Fede, która chwyciła biodra swego kochanka i przyciągnęła go do siebie jak mogła najmocniej, pragnąc, aby wszedł w nią tak głęboko, jak to tylko możliwe. On poddał się jej pragnieniu, wbijając się w nią jeszcze jeden raz i zamarł w bezruchu na dłuższą chwilę, aż w końcu ich oddechy zaczęły się powoli wyrównywać.
Przez dłuższą chwilę leżeli tak, wciąż złączeni w najintymniejszy ze wszystkich sposób. Fede z przerażeniem zauważyła, że ramiona Severusa noszą krwawe ślady jej paznokci. Ogarnęła ją nieprzeparta chęć, aby polizać te drobne skaleczenia, ale w tym momencie Severus wysunął się z niej jednym ruchem i przewrócił na plecy, w milczeniu wpatrując się w sufit. Ciepły, lepki płyn spłynął na uda Fede, która nadal drżała tak mocno, że nie byłaby w stanie się podnieść. Zapanowało milczenie, którego się spodziewała, ale które przyprawiło ją jednocześnie o uczucie goryczy.
Błagam, tylko nie zepsuj wszystkiego, pomyślała.
Milczenie przedłużało się. Żadne z nich nie miało ochoty odezwać się pierwsze. Fede czuła, że prowadzą między sobą jakąś ponurą grę, w której przegrywa ten, który złamie się i odezwie jako pierwszy. Z trudem uniosła się na łokciu i sięgnęła po leżące na nocnym stoliku cygaretki i różdżkę.
- Chcesz? – było jej wszystko jedno, czy wygra, czy przegra. Zresztą nie uznawała tego typu gierek.
Zaprzeczył ruchem głowy. Fede wsunęła cygaretkę do ust i ze zdumieniem zauważyła, że je dolna warga szczypie i krwawi. Wzruszyła ramionami i skrzesała ogień końcem różdżki, po czym znów się położyła i paliła w milczeniu, nie dbając o to, że leży zupełnie naga, a popiół osypuje się powoli na jej ciało i pościel.
- Spalisz się kiedyś we własnym łóżku – burknął Severus, podnosząc się i wstając. Fede zignorowała go, ale momentalnie odechciało jej się palić. Zgasiła ledwo co napoczętą cygaretkę w popielniczce i bez słowa obserwowała ubierającego się mężczyznę. Jego ruchy były pospieszne i zdecydowane. Ani razu na nią nie spojrzał. Czując narastającą irytację, Fede również wstała i naga podeszła do stolika, schylając się i podnosząc porozrzucane po dywanie czekoladowe fragmenty satynowego stroju nocnego.
Severus kilkoma krokami przemierzył pokój i podszedł do kominka. Fede nie odezwała się ani słowem.
- Jeszcze jedno – Severus odwrócił się, stojąc już jedną nogą w kominku.
- Tak? – odparła Fede niezbyt zachęcającym tonem, czując, że za chwilę usłyszy coś, co jej się nie spodoba. I miała rację.
- Czy ty wiesz, jak w tej chwili wyglądasz?
Złośliwy uśmieszek sprawił, że osłupiała Fede spojrzała w lustro. To co zobaczyła, niemal ją sparaliżowało. Ujrzała bowiem ze zgrozą, że część jej włosów poddana jest nadal działaniu Ulizanny, podczas gdy reszta fruwa wokół jej głowy niczym oszalały tapir. Słynna Gorgona wyglądałaby przy niej, jakby dopiero co wyszła od fryzjera. Fede nie mogła się powstrzymać od jęku.
- Według producenta, Ulizanna działa przez dwadzieścia cztery godziny, „niezależnie od sytuacji i warunków, w jakich się znajdujesz" - kontynuował Severus drwiąco, cytując znany z reklamy slogan. - Powinnaś zareklamować swoją butelkę, moja droga.
- Kretyn! – rozdarła się Fede, dygocąc z pasji. Severus tylko się roześmiał, pochylił głowę i wszedł do kominka. Rozwścieczona Fede wbiła w niego wzrok, próbując zamordować go spojrzeniem, gdyż na jej nieszczęście różdżka została przy łóżku. Przynajmniej nie podziękował, pomyślała rozgoryczona, gdyż „dziękuję" po stosunku dzierżyło jej zdaniem niechlubną palmę pierwszeństwa wraz z niezdejmowaniem skarpetek do łóżka i natychmiast kwalifikowało kochanka do grona „wieśniaków". Nie mówiąc o tym, jak psuło nastrój.
- Aha, byłbym zapomniał – uśmiechnął się paskudnie Severus. - DZIĘKUJĘ!
Po czym jednym susem przeskoczył przez kominek do swojego gabinetu, w duchu gratulując sobie refleksu.
Jeszcze przez dobre pięć minut Fede miotała się po pokoju, rzucając najgorszymi przekleństwami, jakie tylko przychodziły jej do głowy. W końcu poczuła, że zaraz zachrypnie. Ze złością rzuciła się na fotel, nie troszcząc się o nałożenie choćby szlafroka i drżącą z gniewu dłonią nalała sobie sporą porcję whisky.
- Głupi cham! - warknęła i przechyliła szklankę, pozwalając, aby ostry trunek zaszczypał ją w gardło i spłynął do żołądka. Pijąc niespiesznie, stukała palcami o poręcz fotela i rozmyślała. Severus Snape był skończonym chamem, to nie ulegało wątpliwości. Problem w tym, że ten cham zafundował jej rewelacyjny orgazm, na wspomnienie którego nadal uginały się jej nogi. I tu pojawiał się problem. Czy wybrać kolejne orgazmy za cenę wysłuchiwania złośliwości, czy też unieść się honorem, kazać osłu spadać i gryźć zębami ścianę?
Głupie pytanie. Fede miała swój honor. Ściany gryźć nie będzie.
x x x x x
W tym samym momencie Severus Snape siedział w fotelu, wpatrując się w dogorywający w kominku płomień.
Przed jego oczami przesuwał mu się wciąż jeden i ten sam obraz. Wyraz bezbronności i całkowitej uległości, kiedy w pewnym momencie Fede otworzyła oczy i spojrzała na niego na pół przytomnie. Trwało to może kilka sekund, ale pamiętał wyraźnie każdy szczegół, zupełnie, jakby w tej chwili stała przed nim i na niego patrzyła. Zamarł wtedy w bezruchu, nie mogąc uwierzyć, że wreszcie to zobaczył. Po tylu latach oporu wreszcie się poddała.
Wiele razy patrzył Fede w oczy, ale dostrzegał w nich to samo. Spokój, ironię, zuchwałość, oburzenie, wściekłość, zadowolenie, radość, złośliwość. Czasem spuszczała wzrok w dół i żadna siła nie była jej wtedy w stanie zmusić, aby podniosła głowę. Potrafiła tkwić niezłomnie w swoim uporze i zacięciu. I to go drażniło. Powoli zaczęła rodzić się w nim chęć, aby złamać upór tej durnej dziewczyny. Sprawić, by ugięła kark.
Jego złośliwości spływały po niej początkowo jak woda po kaczce. Najpierw marszczyła brwi i przyglądała mu się bez słowa, nie pokazując, że cokolwiek, co on powie lub zrobi, jest w stanie ją dotknąć. Czasem spuszczała głowę i odwracała wzrok, w którym jednak nie było – tego był pewien – łez, strachu czy uległości. Dopiero potem zaczęła się stawiać – gdy miała już jakieś czternaście, piętnaście lat i świeżo nabytą świadomość, że nie jest już dzieckiem. To wtedy jej ruchy, postawa, charakterystyczne odrzucanie głowy w tył, spojrzenia z ukosa, zaczęły nosić znamiona kobiecej pewności siebie. Wtedy już nie spuszczała głowy. Wręcz przeciwnie, patrzyła mu prosto w oczy i rzadko kiedy pierwsza odwracała wzrok. A jeśli już, to nie ze strachu czy wstydu, ale na zasadzie „a co mi tam".
Jej bezczelne spojrzenia irytowały go do tego stopnia, że sam nie wiedział, kiedy przekroczył granicę zwyczajowej dla opiekuna domu dyscypliny i zaczął traktować ją bardziej ostro i brutalnie, niż jakiegokolwiek innego podopiecznego. Nie odbierał jej punktów, ale za byle przewinienie dawał szlabany i z satysfakcją kazał jej szorować zapuszczone kociołki bez użycia magii, patrząc, jak krwawią jej dłonie. Na lekcjach eliksirów stawał za nią i za satysfakcją mruczał prosto w jej kark „żałosne, ale czego można się było po tobie spodziewać?". A ona nadal wbijała w niego dumne spojrzenie i wciąż nie zginała karku.
Wciąż toczył z nią zaciekłą walkę, którą bezskutecznie usiłował wygrać. Gdy któregoś wieczoru przyniosła mu do gabinetu swoją pracę semestralną, podarł ją i na jej oczach wrzucił do ognia, mówiąc, że nie będzie tracił czasu na czytanie czegoś, co do niczego się nie nadaje. Wiedział doskonale, że ślęczała nad tą pracą przez kilka tygodni, ale nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia. Miał nadzieję, że wreszcie zobaczy coś, na co tak długo czekał – łzy, upokorzenie, rozpacz. Zamiast tego na jego biurku wylądował gruby rulon pergaminu. Zrobiła kopię. W jej oczach dostrzegł pogardę, a następnie zobaczył jej dumnie wyprostowane plecy, kiedy bez słowa pożegnania wyszła z jego gabinetu.
Jeden, jedyny raz zobaczył coś zgoła innego, co jednak nie sprawiło mu satysfakcji. Pewnego listopadowego wieczora siedział w gabinecie i ze znużeniem poprawiał sprawdziany, kiedy dobiegły go odgłosy awantury z korytarza. Najpierw były to dość odlegle krzyki, które z każdą sekundą przybierały na sile. Severus zamarł, a z końca jego pióra spłynęła pokaźna kropla atramentu. Rozgniewany głos profesor McGonagall odbijał się echem od ścian, a w chwilę później drzwi otworzyły się i do środka wpadła wicedyrektorka, ciągnąc za sobą wyrywającą się i rozszlochaną Fede.
Severus osłupiał. McGonagall była czerwona z wściekłości, a jej głos drżał z tłumionej pasji.
- Tego już za wiele! – wrzasnęła. – To już kolejny raz i ostatni! Do diabła, czy ty nie umiesz zapanować nad uczniami własnego domu? Idziemy do dyrektora, natychmiast! A co do ciebie, moja panno, to dopilnuję, aby relegowano cię z Hogwartu! Mam dosyć twoich wybryków!
Fede szlochała histerycznie, a łzy spływały jej ciurkiem po twarzy. Severus nie mógł w to uwierzyć. Czy była aż taka głupia? Kilka miesięcy temu cudem udało mu się ugłaskać rozwścieczoną McGonagall, a po tej małej kretynce spłynęło to jak woda po kaczce? Wicedyrektorka była tak rozsierdzona, że już nie panowała nad sobą. Widząc, że Fede próbuje wyrwać ramię z jej silnego uścisku, potrząsnęła nią tak mocno, że dziewczyna aż zaskomlała z bólu.
- Nie szarp jej! – Severus zerwał się z krzesła. Na widok jego twarzy McGonagall opuściła ręce. Severus stanął między wicedyrektorką a Fede, która ryczała w głos za jego plecami.
- Nawet nie waż się jej bronić! – Minerwa McGonagall sprawiała wrażenie, jakby miała rozszarpać Severusa. – Powiedziałam, idziemy do dyrektora. To moje ostatnie słowo! Fedele, na korytarz! Natychmiast!!!
- Daj mi pięć minut – warknął Severus, który nie widział sensu w prowadzeniu rozhisteryzowanej dziewczyny do dyrektora. – Pójdziemy do Albusa, ale bądź tak uprzejma i zaczekaj chwilę na korytarzu, Minerwo. Pięć minut!
McGonagall zawahała się, ale Severus nie ustąpił. Wicedyrektorka wzruszyła ramionami i trzaskając drzwiami, wypadła na korytarz. Fede wyła coraz głośniej i dygotała jak w gorączce, najprawdopodobniej ze strachu, że zostanie wyrzucona. I pewnie na tym się skończy, pomyślał Severus, którego zaczął ogarniać gniew. Niemal przemocą posadził Fede w fotelu i podał jej silny specyfik uspokajający. Nie było mowy, aby w takim stanie ciągnąć ją przez cały zamek. Musiał wlać jej eliksir na siłę do gardła, ponieważ Fede trzęsła się tak, że chyba nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Gdy w końcu wypiła cała dawkę, zaczęła się powoli uspokajać i w końcu jej szlochy ustały.
I wtedy Severus po raz pierwszy zobaczył w jej wzroku to, czego nigdy wcześniej nie widział. Bezbronność. Strach. Niemą prośbę.
Pomógł jej. Po dwugodzinnej, nieprzyjemnej rozmowie z McGonagall i Dumbledorem, udało mu się wyprosić u tego ostatniego szansę dla Fede. Nie wyrzucono jej, ale nie była to łatwa przeprawa. Po wszystkim Severus odprowadził Fede pod drzwi jej dormitorium i dał jej jedyną radę, jakiej mógł jej udzielić.
- Na przyszłość nie daj się złapać.
Nie widział już więcej tego błagalnego spojrzenia i bezbronności w jej oczach. Ale zniknęła z nich również zadziorność i bezczelna arogancja. Gdy Fede opuszczała Hogwart po ukończeniu siódmego roku, pożegnała go uściskiem dłoni, a on życzył jej powodzenia. Nie widział jej przez następnych siedem lat, aż do dnia, kiedy wmaszerowała do Wielkiej Sali i zasiadła przy stole nauczycielskim jako świeżo mianowana profesor od obrony przed czarną magią. Jej dumne spojrzenie zdradzało, że nie dba o to, co zdarzyło się prawie dziewięć lat temu.
A jego opanowało dawne pragnienie, aby zobaczyć jej ugięty kark. Aby ujrzeć w jej oczach to, czego tak naprawdę nigdy nie widział – całkowite oddanie. Tak, jak wiele lat temu, kiedy była jeszcze drobną, chudą dziewczyną w mundurku Slytherinu.
Oddanie. Uległość. Całkowita uległość.
Nie, nie chodziło mu o taką uległość. Nie pożądał jej fizycznie. Nie wtedy. A przynajmniej nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Była uczennicą, a on nauczycielem. Ale pamiętał. Pamiętał widok jej drobnych piersi pod rozpiętym mundurkiem i nieduży pieprzyk tuż obok sutka. Była uczennicą, a on nauczycielem. Opiekunem jej domu. Nie powinien był na nią patrzeć i nie patrzył, jedynie przez chwilę. Nie powinien był jej dotykać. Trzymał ją w ramionach tylko przez chwilę. To nic nie znaczyło.
Severus z rozmachem chwycił kałamarz i z całej siły cisnął nim o ścianę. Serce łomotało mu jak po szybkim biegu.
Była uczennicą. A on nauczycielem. Jasna cholera!
