Drzwi jarzyły się silnym blaskiem, zupełnie, jakby ukryta za nimi jasność próbowała wydostać się na ciemny, ponury korytarz.
Harry stał nieruchomo, czując, jak pot spływa mu po karku. Bardzo chciał odwrócić się i uciec, ale nie był w stanie się ruszyć.
Wiedział, że to tylko sen. Za chwilę obudzi się we własnym łóżku. Ale nie był w stanie się uspokoić. Bał się, jak jeszcze nigdy dotąd. I co bardziej przerażające, nie pojmował, co wzbudza w nim ten lęk. Gdy stał twarzą w twarz ze smokiem czy Voldemortem, wiedział, z czym lub kim walczy. Niebezpieczeństwo przybierało wtedy realną postać.
Teraz było inaczej. Bał się czegoś nieokreślonego, czego nie znał ani nie widział. A to było znacznie gorsze.
Drzwi szeptały.
Chodźchodźchodź...
Szeptały. Kusiły. A on wiedział, że mu nie wolno.
Zrobił krok w przód.
- Nie – wyszeptał. – Nie mogę...
Kolejny krok. I następny. Nie był w stanie się zatrzymać. Powoli i nieubłaganie szedł w kierunku drzwi, których kontury rysowały się coraz wyraźniej. Przerażony Harry czuł się niczym marionetka, której wszystkie ruchy są sterowane przez lalkarza. Wykonał dwa kolejne kroki. Jego ciało go nie słuchało. Harry czuł, że zaczyna go ogarniać panika.
- NIEEEE! – zawył. – NIEEEE!!!
x x x x x
Swoim krzykiem obudził całe dormitorium. Ron pierwszy dopadł jego łóżka i jednym szarpnięciem rozsunął zasłony. W ręku trzymał różdżkę.
- Co się stało?! – krzyknął.
Harry patrzył na niego ogłupiałym wzrokiem, oddychając ciężko. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego sen się skończył, a on leży w bezpiecznym dormitorium, otoczony współlokatorami, którzy przyglądają mu się ze strachem lub zdziwieniem.
- Nic... – wymamrotał, przecierając oczy. – Przepraszam. Miałem zły sen. To nic takiego. Przepraszam, obudziłem was...
Ron przyglądał mu się sceptycznie. Pozostali chłopcy, najwyraźniej uspokojeni, wrócili do swoich łóżek. Od strony Seamusa doleciało stłumione mruknięcie:
- Jasne, kolejna historyjka...
Ron gwałtownie się odwrócił, ale Harry złapał go za ramię i w milczeniu pokręcił głową. Nie było warto zaczynać awantury w środku nocy. Cokolwiek by nie zrobili czy nie powiedzieli, nie zmieni to zdania Seamusa na temat śmierci Cedrika, wydarzeń pod koniec Turnieju Trójmagicznego i powrotu Voldemorta. Harry'emu było przykro, gdy kolega, którego zawsze bardzo lubił, unikał jego towarzystwa czy choćby spojrzenia. Czuł jednak, że sprzeczka, która najpewniej zakończyłaby się bijatyką (Ron bardzo porywczo reagował na wszelkie docinki pod adresem rzekomych kłamstw Harry'ego) nie polepszyłaby jego stosunków z Seamusem. Nie mówiąc o reakcji profesor McGonagall na bójkę między Gryfonami.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał cicho Ron.
- Tak, nie martw się – odpowiedział Harry, czując nagły przypływ wdzięczności do przyjaciela. Ron nadal przyglądał mu się z troską w oczach i Harry już miał zamiar opowiedzieć o snach, które dręczyły go przez ostatnie tygodnie, a których nie rozumiał. Otworzył usta – i w tym momencie Ron wymamrotał „no to dobranoc" i odszedł do swojego łóżka. Właściwy moment minął. Harry zaciągnął zasłony i opadł na poduszkę, wiedząc, że tym razem nie zaśnie tak prędko.
Do tej pory nie powiedział nikomu o swoich nocnych koszmarach. Najpierw uznał, że nie ma co panikować, składając wszystko na szok po śmierci Cedrika i wydarzeniach na cmentarzu. Później, kiedy przybył na Grimmauld Place i dowiedział się, że jego przyjaciele całe lato, poczuł się oszukany. Och, oczywiście, rozumiał, dlaczego się do niego odzywali. Bo nie mogli. Tłumaczyli mu to wiele razy, a w ich oczach widział, że naprawdę im przykro. Tyle, że... nadal miał do nich żal, którego nie były w stanie usunąć żadne tłumaczenia czy wyjaśnienia.
Bo nikt tak naprawdę nie wyjaśnił mu, dlaczego pozostawiono go na Privet Drive bez słowa wyjaśnienia. Istniały sposoby na bezpieczną komunikację. Gdyby Dumbledore chciał, mógł się z nim skontaktować i wyjaśnić całą sytuację. Wtedy przynajmniej nie siedziałby u wujostwa jak nikomu niepotrzebny śmieć, zastanawiając się, dlaczego nikt do niego nie pisze, co robią Ron i Hermiona, co się właściwie dzieje. Wiedząc, co się dzieje, byłoby mu łatwiej. Zamiast tego wracał myślami do tragedii na cmentarzu, budził się po nocach z bijącym sercem i czuł, że lada dzień oszaleje.
Nawet podczas pobytu na Grimmauld Place nie miał okazji porozmawiać z Dumbledorem. Może mu się wydawało, ale teraz, gdy o tym myślał, odnosił wrażenie, że dyrektor go unika. Nie zamienił z nim nawet jednego słowa po przesłuchaniu, choć Harry miał do niego tyle pytań.
W głębi serca czuł, że zachowuje się irracjonalnie, jak dzieciak, i ta świadomość gniewała go jeszcze bardziej. Ukryta głęboko uraza powstrzymywała go przed szczerą rozmową z przyjaciółmi. Pozornie wszystko było jak dawniej – rozmawiali, żartowali, śmiali się. Ale coś się zmieniło. W jego stosunki z Ronem i Hermiona wkradło się coś trującego, niczym jadowite żądło, które tworzyło między nimi jakąś nieprzekraczalna barierę.
Nie zwierzył się też Syriuszowi. Jego ojciec chrzestny również się z nim nie kontaktował, zapewne na polecenie Dumbledore'a. A kiedy to Łapa słuchał zakazów i nakazów? przeleciało przez myśl rozgoryczonemu Harry'emu.
Przestań, nakazał sobie w duchu. Syriusz nie mógł sprzeciwić się rozkazom Dumbledore'a. Na pewno się o niego martwił, ale nie wolno mu było zrobić niczego, co naraziłoby Zakon Feniksa na ujawnienie. Harry to rozumiał, nie zmieniało to jednak faktu, że było mu bardzo przykro. Nikomu nie życzyłby takiego lata, jakie miał na Privet Drive, siedząc tam jak w zamknięciu, znosząc Dursleyów i starając się nie zwariować.
Wyjaśnili mu wszystko. Szczerze i przekonująco. A on przyjął te wyjaśnienia.
Nieprawda.
Harry kręcił się na łóżku, zastanawiając się, czy nie kupić sobie myślodsiewni. Był tak zdenerwowany, że wiedział, iż nie zaśnie już do rana. W końcu zwinął się w kłębek i wtulił twarz w poduszkę. To zaszło już za daleko i musiał coś zrobić. Pytanie tylko, co?
I wtedy przyszła mu do głowy myśl tak oczywista i logiczna, że aż usiadł na łóżku, kręcąc głową nad własną głupotą.
x x x x x
Podczas śniadania jak zwykle pojawiły się sowy, powodując chwilową przerwę w konwersacjach i gwałtowne zasłanianie talerzy, z których niejednemu zdarzyło się już wyciągać ptasie pióra. Pansy Parkinson również osłoniła dłonią swoją owsiankę, ale tym razem na szczęście obyło się bez deszczu osypujących ją lotek.
Przy stole Ślizgonów panowała dość ożywiona atmosfera. Zawodnicy Quidditcha omawiali właśnie nową taktykę, którą zaproponował im wczoraj Marcus Flint, a która, jego zdaniem, miała roznieść w strzępy drużynę Krukonów w następnym meczu. Rozmawiali przyciszonymi głosami, więc do uszu Pansy docierały tylko urywki tej rozmowy, która zresztą niewiele ją interesowała. Dziewczyna zjadła jeszcze trochę owsianki, po czym rzuciła ukradkowe spojrzenie w prawo, gdzie dwa miejsca dalej siedział Draco.
Ku jej zdziwieniu, Draco nie brał udziału w rozmowie o nowej taktyce. Odwiązywał właśnie nieduży zwitek pergaminu od nóżki małej, szarej sowy. Pansy patrzyła, jak jego smukłe palce wkładają knuta do woreczka, zawieszonego na szyi ptaka.
Pewnie list z domu, pomyślała i pochyliła się znów nad owsianką, nieco rozczarowana tym, że Draco nie usiadł jak zwykle koło niej. Cóż, oto magia Quidditcha, pomyślała filozoficznie. A faceci, jak to faceci, tracą głowę dla sportów. Ona sama nie przepadała za Quidditchem, ale naturalnie kibicowała swojej drużynie.
Sięgnęła po puchar z sokiem dyniowym, ale w pewnym momencie uderzyła ją nieprzyjemna myśl. Jej dłoń zawisła w powietrzu.
Przecież sowa Draco jest jarzębata. To nie jest jego sowa. To nie jest list z domu. W takim razie... od kogo?
Ostrożnie, aby nie zwrócić na siebie uwagi, zerknęła na Dracona, który właśnie czytał list. Na widok jego twarzy Pansy zamarła. Draco najprawdopodobniej sądził, że nikt na niego nie patrzy. Pansy poczuła, że coś ściska jej serce. On... uśmiechał się. Tak, nie myliła się. Na jego twarzy malował się uśmiech zadowolenia.
Od kogo był ten list? Od... innej dziewczyny???
Pansy poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że może mieć rywalkę. Jej związek z Draco był wprawdzie dość luźny i raczej nieformalny – siadywali koło siebie podczas posiłków i wieczorami w pokoju wspólnym, kilkakrotnie wybrali się na kawę podczas wypadów do Hogsmeade, od czasu do czasu całowali się, a nawet trochę więcej. Na wspomnienie niecierpliwych dłoni Dracona dotykających jej skóry pod bluzką, Pansy zrobiło się gorąco. Nie, nie pozwoliła mu na to, o czym kilka razy rozmawiali. Nie była głupia. Draco nie zaproponował jej, aby została jego dziewczyną, a więc nie miała zamiaru posunąć się dalej. Odpowiadały jej ukradkowe spotkania w schowku na miotły i dotyk dłoni Draco na jej piersiach i udach (w końcu nie była dzieckiem i miała swoje potrzeby, do licha!), ale na razie nie planowała iść z nim na całość.
Najwyraźniej jednak znalazła się taka, która nie miała oporów.
- Pansy? – energiczne szturchnięcie z lewej strony wyrwało ją z odrętwienia. – Ty, co ci jest? Ej, odezwij się!
Pansy zorientowała się, że Millicenta dźga ją łokciem pod żebra z taką siłą, że pewnie zostanie jej kilka siniaków.
- Nic mi nie jest – odpowiedziała ostro. – I nie szturchaj mnie tak mocno. – W tym momencie przyszło jej do głowy, że być może uda jej się dowiedzieć czegoś od Millicenty. Otyła Ślizgonka wprawdzie nie grzeszyła inteligencją, ale była dość spostrzegawcza i niewiele dało się przed nią ukryć. – Mili, słuchaj, czy nie wydaje ci się, że Draco ostatnio zachowuje się trochę dziwnie?
Millicenta wychyliła się i rzuciła spojrzenie na Dracona, który właśnie z apetytem jadł śniadanie.
- Nie – odparła.
- Nie mówię o tym, jak się teraz zachowuje! – syknęła Pansy. Na Merlina, czy ta gruba idiotka naprawdę jest aż taka tępa? – Mówię ogólnie. No wiesz, w pokoju wspólnym lub po zajęciach. Nie zauważyłaś niczego dziwnego?
Szczęki Millicenty poruszały się miarowo.
- Nie – odpowiedziała i z entuzjazmem zaatakowała ogromną porcję jajecznicy na bekonie.
Ty głupia, przeżuwająca krowo, wściekła się Pansy. Widok zajadającej śniadanie Millicenty tak ją rozjuszył, że miała ogromną chęć rozwalenia jej na głowie talerza. Panna Bulstrode zaś, nieświadoma kipiącej z jej lewej strony agresji, połknęła ostatni kawałek jajecznicy i natychmiast zaczęła się rozglądać za dokładką. Pansy z obrzydzeniem zauważyła, że rękaw szaty koleżanki ubrudzony jest tłuszczem.
A potem będzie jęczeć, że jest za gruba, pomyślała z odrazą Pansy. Fenomenalny wprost apetyt Millicenty stanowił źródło nieustających docinków wśród Ślizgonów. Ta niewysoka, grubokoścista osóbka potrafiła zjeść więcej, niż którykolwiek z chłopaków, wliczając w to graczy Quidditcha, którzy z racji wyczerpujących treningów mieli spory apetyt. Na standardowe śniadanie Millicenty składała się jajecznica z boczkiem (jak się udało, to z dokładką), kilka tostów grubo posmarowanych dżemem oraz duża ilość piekielnie mocnej kawy, osłodzonej trzema łyżeczkami cukru. A jej ulubionym posiłkiem była kolacja, kiedy podawano desery. Jednego razu podpuszczona przez kolegów Millicenta zjadła na raz całą szarlotkę. Po czym, nie zwracając uwagi na osłupiałe miny sąsiadów, poprosiła o podanie jej talerza z sernikiem.
I co się dziwić, że jest gruba i ma pryszcze? pomyślała zjadliwie Pansy, która jako współlokatorka Millicenty, widziała, jak koleżanka smaruje każdego wieczora twarz maścią z dużą zawartością soku z czyrakobulwy, fenomenalnie działającej na trądzik. Ona sama również miała małe pudełeczko tej cudownej maści, ale stosowała ją punktowo i raczej zapobiegawczo. Ale też o siebie dbała. Na śniadanie jadała owsiankę, jednego tosta z dżemem i popijała to pucharkiem soku dyniowego. Unikała natomiast słodyczy. Obsesyjnie dbała o figurę, pielęgnowała włosy, tuszowała rzęsy, używała perfum, a w weekendy robiła staranny manicure.
I co z tego?
Pansy miała ochotę się rozpłakać. Przez moment zazdrościła Millicencie, która nie interesowała się swoim wyglądem, a mimo to była w tej chwili sto razy szczęśliwsza od niej. Pansy czuła, że musi coś zrobić. Przepytywanie chłopaków nie wchodziło w grę. Jeśli któryś z nich wiedział, z kim tak koresponduje Draco, na pewno jej nie powie, a co gorsza, gotów mu to powtórzyć. A ten nie będzie uszczęśliwiony, to pewne. Pamiętała, jak w zeszłym roku wrócił do pokoju wspólnego już po ciszy nocnej, zirytowany i w ubłoconym ubraniu. Gdy Pansy w dobrej wierze zapytała go, gdzie był, ten spojrzał na nią chłodno i nazwał ją „szpiegująca suką", dając tym samym dobitnie do zrozumienia, że nie życzy sobie takich pytań. Toteż Pansy nauczyła się nie wypytywać. Ale tym razem nie mogła tak tego zostawić. Musiała wiedzieć.
I w tym momencie spłynęło na nią olśnienie.
x x x x x
Millicenta skończyła śniadanie i opuściła Wielką Salę w otoczeniu grupki koleżanek. W połowie drogi do dormitorium nagle się zatrzymała i tłumacząc, że o czymś zapomniała, opuściła rozchichotane grono, które chyba nawet nie zdało sobie sprawy z jej odejścia.
Dziewczyna weszła do łazienki i rozejrzała się uważnie. Była sama. Wślizgnęła się więc do jednej z kabin, pochyliła nad muszlą i wsadziwszy dwa palce do gardła, pozbyła się zjedzonego właśnie śniadania. Potem przepłukała usta, rozgryzła miętowego cukierka i jakby nigdy nic, opuściła łazienkę, spiesząc do dormitorium.
x x x x x
Zirytowana profesor McGonagall szła korytarzem, mając ochotę warczeć na każdego, kto przypadkiem znalazł się w zasięgu jej wzroku. Właśnie spędziła dość nieprzyjemne czterdzieści pięć minut, wezwana przez Argusa Filcha, któremu dwóch drugorocznych Gryfonów wrzuciło łajnobombę do gabinetu. Na ich nieszczęście rozwścieczony woźny zdążył wyskoczyć na korytarz i złapać obu za kołnierze, po czym wezwał opiekunkę domu.
Całe zajście zakończyło się łączną utratą stu punktów dla Gryffindoru oraz dwutygodniowym szlabanem, polegającym na doprowadzeniu gabinetu woźnego do porządku oraz zrobieniem listy wszystkich odebranych uczniom zakazanych przedmiotów. Filch oświadczył, że trzeba spisać wszystko, co zostało zarekwirowane w przeciągu ostatnich pięciu lat. I choć McGonagall wiedziała, że podczas niezliczonych szlabanów u woźnego, powstało chyba pięćdziesiąt takich rejestrów, to głupawy uśmieszek na twarzy jednego z drugoroczniaków tak ją zirytował, że miała ochotę zaproponować, aby rozszerzyć ten spis o dwadzieścia lat wstecz.
Gdy dotarła pod drzwi swojego gabinetu, jej humor jeszcze bardziej się pogorszył, bowiem ktoś czekał na nią na korytarzu.
- Witam panią – uśmiechnęła się szeroko Dolores Umbridge. – Już myślałam, że się pani nie doczekam. O ile wiem, po śniadaniu ma pani wolną godzinę. Spodziewałam się, że zastanę panią w gabinecie punktualnie.
Minerwa McGonagall poczuła, że dostaje szczękościsku.
- Miałam coś do załatwienia – odpowiedziała chłodno, prostując się i mierząc nieżyczliwym spojrzeniem stojącą przed nią krępą kobietę. – A za dziesięć minut mam lekcję. Ma pani do mnie jakąś sprawę?
- Owszem, i znakomicie się składa, że za chwilę zaczyna pani zajęcia – uśmiech Umbridge stał się jeszcze szerszy. McGonagall miała wrażenie, że jeszcze jeden taki uśmiech, a przedstawicielce ministerstwa wypadną zęby. – Będę mogła od razu rozpocząć wizytację.
- Słucham?! – McGonagall oniemiała. – Wizytację?
- Nie wiedziała pani o tym? – twarz Umbridge wyrażała fałszywą konsternację. – Minister Knot jest właśnie u dyrektora. Zgodnie z wytycznymi, dostałam uprawnienia do przeprowadzania wizytacji podczas zajęć. O, proszę – podała McGonagall kawałek pergaminu z urzędową pieczęcią ministerstwa. - Postanowiłam zacząć od pani.
Wicedyrektorka machinalnie wzięła pergamin i dokładnie zapoznała się z jego treścią. Umbridge mówiła prawdę. Co gorsza, nie było możliwości odmowy wizytacji, skoro był to odgórny nakaz.
- A więc dobrze – odparła, zwracając Umbridge pergamin. – Zechce więc pani udać się pod klasę transmutacji i zaczekać tam na mnie. Nie, nie pójdziemy razem. Mam jeszcze do załatwienia jedną rzecz. Dołączę do pani pod klasą. A, jedno pytanie. Jak rozumiem, jest pani wizytatorem. Mniemam, że wobec tego nie będzie pani interweniować w przebieg zajęć?
- Ależ nie – odparła Umbridge. – Pani prowadzi lekcję, a ja tylko obserwuję. Wyniki wizytacji zostaną w odpowiednim czasie przesłane do ministerstwa.
Umbridge odeszła, a McGonagall zamknęła oczy i westchnęła ze złością. *Zaczyna się, pomyślała. Powinna od razu iść do Albusa, ale skoro był u niego minister, nie było szans na rozmowę. Postanawiając w duchu porozmawiać z Dumbledorem podczas lunchu, wyciągnęła różdżkę i zdjęła zaklęcie uniemożliwiające intruzom wejście do gabinetu podczas jej nieobecności.
- Pani profesor...
McGonagall aż podskoczyła.
- Potter? Co ty tu robisz?
Chłopak przestępował z nogi na nogę.
- Ja... – wymamrotał. – Chciałbym zapytać, czy profesor Dumbledore jest u siebie.
- Słucham? – Minerwa McGonagall oniemiała. – Tak, jest u siebie, ale w tej chwili rozmawia z ministrem Knotem. A mogę wiedzieć, czemu pytasz?
Harry zebrał się na odwagę, choć mina wicedyrektorki nie wróżyła nic dobrego.
- Bo chciałbym z nim porozmawiać – odparł stanowczo.
- Porozmawiać? – McGonagall uniosła brwi. – A o czym chcesz rozmawiać z dyrektorem?
Harry natychmiast poczuł, że to był duży błąd. Powinien był od razu udać się do gabinetu Dumbledore'a, najwyżej kazano by mu przyjść później.
- Potter, dyrektor nie jest od załatwiania uczniowskich spraw – warknęła McGonagall, zirytowana brakiem odpowiedzi ze strony Harry'ego. – Jeśli coś się stało albo masz jakiś problem, zwracasz się z tym do opiekuna domu, czyli do mnie. O co chodzi?
Już sama perspektywa zwrócenia się do Dumbledore'a kosztowała Harry'ego dużo odwagi. Nie byłoby mu łatwo wejść do gabinetu dyrektora i poprosić o radę (Dumbledore, choć życzliwy, był też onieśmielający). A na widok miny profesor McGonagall poczuł, że to był naprawdę kiepski pomysł. I stracił odwagę, którą w sobie zbierał.
- Nic, pani profesor – powiedział cicho. – Nic takiego.
- Potter, bo stracę cierpliwość! Chciałeś rozmawiać z dyrektorem, i mówisz, że to nic takiego? – uniosła się McGonagall. Czuła, że daje upust swojej złości, wyżywając się na niewinnym chłopaku, ale w tym momencie nie miała siły na dyskusje i rozmowy. Nie była nawet pewna, czy da radę na spokojnie poprowadzić lekcję pod ostrzałem spojrzeń Umbridge. – Jeśli masz jakąś sprawę, przyjdź do mojego gabinetu między zajęciami.
- Tak, pani profesor – Harry odwrócił się i odszedł. McGonagall patrzyła, jak znika za załomem korytarza i zrobiło jej się głupio. Potraktowała chłopca zbyt ostro, ale w końcu nie można dopuścić do tego, aby uczniowie chodzili stadami do dyrektora i zarzucali go pytaniami. Od tego jest opiekun domu. Pocieszając się, że na pewno nie stało się nic poważnego (Potter wyglądał całkiem normalnie), weszła do gabinetu, zabrała teczkę i pospieszyła na zajęcia.
x x x x x
Harry skręcił w jeden z bocznych korytarzy i zatrzymał się. Był tak wściekły, że z rozmachem uderzył pięścią w kamienną ścianę i zaklął paskudnie.
Po jaką cholerę zaczepił McGonagall? Powinien iść prosto do Dumbledore'a i z niczego się wicedyrektorce nie tłumaczyć. Co najwyżej dyrektor kazałby mu przyjść innym razem, ale przynajmniej wiedziałby, że on, Harry, chce z nim rozmawiać. A teraz przepadło. Za dziesięć minut miał kolejne zajęcia, na które nie powinien się spóźnić. Poza tym był tak zdenerwowany, że nie dałby rady spokojnie czekać przed gabinetem Dumbledore'a na wyjście Knota.
Poczuł w ustach gorzki smak i miał ochotę splunąć na posadzkę. Gniew i rozgoryczenie sprawiały, że cały się trząsł. Bezwiednie potarł czoło i w nagłym przypływie wściekłości jeszcze raz trzasnął pięścią w ścianę, nie zwracając uwagi na promieniujący do nadgarstka ból.
Jutro znowu pójdę do Dumbledore'a, postanowił w duchu. Niech mi powie, co się ze mną dzieje, bo, do jasnej cholery, oszaleję!
Harry nie wiedział, że w tym samym momencie Dumbledore opuszczał właśnie swój gabinet i udawał się wprost do ministerstwa w towarzystwie Korneliusza Knota.
x x x x x
O godzinie piątej po południu ślizgońska drużyna Quidditcha rozpoczęła trening. Pansy dla pewności odczekała kwadrans, a potem z sercem w gardle wślizgnęła się ostrożnie do dormitorium Dracona.
Wiedziała, które łóżko należy do niego, nie raz tu bywała. Wprawdzie dziewczętom nie wolno było wchodzić do męskich sypialni (i na odwrót), jednak nie istniały zaklęcia, które by to uniemożliwiały. W gorszej sytuacji byli chłopcy, którzy najwyraźniej zostali uznani za mniej godnych zaufania od dziewcząt i których drzwi damskich dormitoriów odrzucały na odległość kilku metrów, gdy tylko któryś dotknął klamki. *
Pansy ostrożnie podeszła do łóżka Dracona. Na pościeli leżała złożona w kostkę zielona piżama. Nie mogąc się powstrzymać, delikatnie ujęła piżamę w dłonie i przytuliła do niej twarz, wdychając zapach tak dobrze jej znanej wody po goleniu. Woń absyntu pieściła jej nozdrza i wywoływała wspomnienia. Czuła ją, kiedy usta Dracona wędrowały po jej szyi lub gdy kładła głowę na jego ramieniu. Od jakiegoś czasu lubiła, leżąc wieczorem w łóżku, popijać nielegalnie kupiony absynt. Nikt o tym nie wiedział, gdyż strzegła buteleczki jak oka w głowie.
Z niechęcią odłożyła piżamę i otworzyła kufer. Na stosie ubrań i osobistych drobiazgów leżała sporej wielkości paczuszka listów, związanych zielonym sznurkiem. Pansy poczuła, że łzy napływają jej do oczu.
Staranność, z jaką Draco ułożył i przewiązał listy, mogła oznaczać tylko jedno: było one dla niego ważne. A nawet bardzo ważne. W tym momencie Pansy się zawahała. Mogła zachować twarz, wyjść i nie zniżyć się do czytania cudzej korespondencji. Ale teraz była tu sama. Myśli galopowały jej w głowie. Jeśli teraz wyjdzie, nie dowie się, od kogo są te listy. A nie ośmieli się zapytać. Zatem...
Obmacywał ją, całował. Nie była dla niego TYLKO koleżanką. Zatem miała prawo wiedzieć, na czym stoi. Ilość listów wskazywała na to, że korespondencja ciągnęła się już od dłuższego czasu. A przecież jeszcze wczoraj poszła z Draco do schowka na miotły, krzywiąc się, kiedy jej nagie plecy zetknęły się z zimną ścianą, ale nie protestując. Nie sprzeciwiła się, kiedy kazał jej wziąć do ręki, chociaż nie miała na to ochoty. A teraz te listy? W Pansy się zagotowało. Chwyciła paczuszkę i zdecydowanie pociągnęła za sznurek.
W tym samym momencie poczuła, jak coś uderza ją po palcach. Było to tak niespodziewane, że aż pisnęła i z rozmachem usiadła na ziemi. Co to było? Ze strachem spojrzała na prawą dłoń, na której widniała czerwona pręga, zupełnie, jakby ktoś zdzielił ją z całej siły. Paczuszka, która wypadła jej z dłoni, leżała na dywanie. Sznurek był nietknięty.
Aha, zabezpieczył ją zaklęciem! pomyślała Pansy. No to zobaczymy! Rzut oka na zegar upewnił ją, że ma jeszcze dużo czasu.
Wyjęła różdżkę. – Specialis revelio – mruknęła.
Ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu, nic się nie wydarzyło. Spróbowała jeszcze raz - bezskutecznie. Zaklęcie, które zawsze jej wychodziło, tym razem zawiodło. Wiedziała, że nie popełniła błędu. Dlaczego więc...
To musi być bardziej złożony rodzaj magii, pomyślała, przypominając sobie wykłady profesora Flitwicka. Specialis revelio nie było uniwersalne i nie działało na bardziej skomplikowane zaklęcia. Zamrugała oczami. Skąd Draco mógł je znać? Piątoklasiści jeszcze ich nie przerabiali, ze złożonymi zaklęciami zapoznawali się dopiero szóstoklasiści.
Zagryzła wargi i postanowiła, że mimo wszystko się nie podda. Wykonując precyzyjne ruchy różdżką, zaczęła szeptać wszystkie zaklęcia, jakie znała. Tnące, Rozsupłujące, nawet Znikające. Wszystko na próżno. Poczuła, że ręce zaczynają jej drżeć, a po skroni spływa strużka potu. Wszystko na nic, a upłynęło już ponad dwadzieścia minut.
I wtedy przyszedł jej do głowy genialny pomysł.
Pochyliła się nad kufrem. Ostry, zdobiony herbem Malfoyów nóż do rozcinania papieru leżał na samym wierzchu. Uśmiechając się do siebie, Pansy wzięła nóż i zdecydowanym ruchem rozcięła zielony sznurek.
Listy wysypały się na podłogę. Usta Pansy rozciągnęły się w uśmiechu satysfakcji. Czasem najprostsze sposoby są najlepsze, pomyślała. No a teraz się przekonamy, kim jesteś, suko.
- Dobrze się bawisz?
Pansy skamieniała z listem w dłoni. Nie wierząc własnym uszom, odwróciła się. W drzwiach dormitorium stał Draco w stroju do Quidditcha. Jego ubranie było ubłocone, włosy potargane, a na twarzy malowała się wściekłość.
- A więc to tak – mruknął. Dyszał ciężko, jak po szybkim biegu. Pansy wstała, upuszczając list. Ze strachu zaschło jej w gardle.
- Jak... skąd wiedziałeś? – wykrztusiła. Draco wolno ruszył w jej kierunku. Wyraz jego oczu przeraził Pansy tak, że zaczęła dygotać. Cofała się, dopóki nie uderzyła plecami w ścianę. Teraz nie miała już możliwości ucieczki.
- Skąd wiedziałem? – Draco uśmiechnął się, obnażając zęby. Pansy widziała raz, jak uśmiechał się w ten sposób - wtedy, gdy pomstował w dormitorium na profesor Fedele. – Ty głupia cipo, a jak myślisz? Skoro zadałem sobie tyle trudu, aby zabezpieczyć swoje listy przed tymi, którzy wtykają nos w nie swoje sprawy, to chyba logiczne, że dociera do mnie informacja, gdy ktoś próbuje złamać Zaklęcie Pieczęci. Od razu zakończyłem trening i tu przybiegłem, na szczęście w ostatniej chwili. – Podniósł dłoń w rękawicy do twarzy skamieniałej ze strachu Pansy i przez moment wodził palcami po jej skórze. Nagle bez ostrzeżenia chwycił ją za gardło i ścisnął.
- Ja... przepraszam – wychrypiała Pansy, bezskutecznie próbując się uwolnić. Merlinie, on mnie udusi! – Draco, błagam... nie mogę oddychać...
Jasnowłosy Ślizgon zbliżył swoją twarz do twarzy Pansy, nie zwalniając przy tym uścisku. W jego szarych oczach malowała się chłodna ironia i przerażający spokój. Dziewczyna miała wrażenie, że Dracon doskonale się przy tym bawi. Miotała się bezradnie, czując, jak zaczyna jej brakować powietrza.
- Draco, proszę...
- CO TY WYPRAWIASZ???
Dłoń w rękawicy zsunęła się z szyi Pansy, która zaczęła kaszleć i spazmatycznie łapać powietrze. Na twarzy stojącego w drzwiach Blaise'a Zabiniego malowało się niedowierzanie.
- Nic – odwarknął Draco.
Blaise, podobnie jak jego kolega, miał na sobie zabłocony strój do Quidditcha. W ręku trzymał miotłę. Jego spojrzenie przesuwało się od Pansy do Dracona i z powrotem.
- Nic ci nie jest? – zapytał dziewczyny.
Pansy potrząsnęła głową i łkając ze strachu, uciekła z dormitorium. Gdy odgłos jej kroków ucichł w oddali, Blaise podszedł do Dracona i chwycił go za ramię. W jego oczach malował się lęk.
- Czyś ty oszalał? – warknął. – Co się z tobą dzieje? Odpowiedz!
- Wszystko w porządku – odpowiedział Draco, strząsając z ramienia dłoń kolegi. – Ta kretynka grzebała w moich rzeczach. Musiałem jej dać małą nauczkę, rozumiesz...
- Nauczkę?! – Blaise podniósł głos. – Kretynie, gdybym tu nie wszedł, udusiłbyś ją!
Draco uśmiechnął się. Na widok jego uśmiechu Blaise aż się cofnął.
- Chciałem ją tylko nastraszyć. Wiesz dobrze, że nie skrzywdziłbym Pansy. W końcu fajna z niej dziewczyna. No wiesz, jest niezła w te klocki... – jego usta rozciągnęły się w lubieżnym uśmiechu. Schylił się, zebrał wszystkie listy i mrucząc pod nosem zaklęcia, związał je tym samym zielonym sznurkiem, po czym wrzucił paczuszkę do kufra i zatrzasnął wieko. Blaise przyglądał się temu w ponurym milczeniu. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
- To jak, wracamy na trening? – rzucił Draco lekkim tonem. Sprawiał wrażenie, jakby nic się nie stało. Wyminął osłupiałego Blaise'a i opuścił dormitorium. Czarnoskóry Ślizgon jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, ściskając swoją miotłę, a na jego twarzy malował się szok. W końcu i on wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
x x x x x
„Dzisiaj u mnie, punkt jedenasta".
Taka wiadomość widniała na karteczce, którą Fede dyskretnie podsunęła Severusowi podczas kolacji. Mistrz Eliksirów uniósł lekko brwi, po czym zerknął na swoją sąsiadkę. Fede jadła spokojnie, nie rozglądając się na boki.
A więc jednak, pomyślał Severus. Poddałaś się.
Poczuł lekkie rozczarowanie. Nie tego się spodziewał. Fede, którą znał, nie darowałaby mu tego, jak zakończył ich pierwszy wspólny wieczór. Przez kilka ostatnich dni ignorowała go, kiwając głową ozięble, kiedy mijali się na korytarzu lub wpadali na siebie w pokoju nauczycielskim. Nie sprawiała wrażenia, aby była na niego wściekła, wyglądała raczej na głęboko dotkniętą. Severus zaczął się nawet zastanawiać, czy zostawić sprawy swojemu biegowi, czy też wykonać pierwszy ruch.
Nie mógł zaprzeczyć, że wiele razy wracał myślami do tamtego wieczoru. Kiedy zamykał oczy, widział twarz Fede, patrzącej na niego ufnie i z całkowitym oddaniem. To był jego triumf, na który czekał tak długo. Zadrapania zdążyły już zniknąć z jego pleców, ale pozostał ślad w miejscu, gdzie Fede go ugryzła. Ślad jej drobnych zębów, które w ekstazie wbiła mu w skórę ramienia.
- Jak widzę, nie lubisz pić w samotności – mruknął półgębkiem. Wiedział oczywiście, że przyjdzie do niej, tak jak poprzednio, ale nie mógł się powstrzymać od sarkazmu. Ryzykował przy tym, że zirytowana Fede odwoła spotkanie, ale musiał sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Był zwyczajnie ciekawy, jak skończy się ta rozgrywka.
- Zgadza się – Fede upiła łyk wody. Nie patrzyła na niego i przyglądający się stołowi nauczycielskiemu nie zdawali sobie sprawy, że między dwójką profesorów toczy się rozmowa. – Mam pewien drobny problem. Hmm. Jak by to wyjaśnić. Dość intymny problem, jeśli rozumiesz, o co chodzi.
- Rozumiem doskonale – Severus nie mógł się powstrzymać od uśmiechu satysfakcji. – I jak rozumiem, jestem jedynym, który jest w stanie pomóc ci, hmm, rozwiązać ten problem...
- No właśnie – Fede odstawiła kieliszek i zaczęła wstawać. – Bądź punktualny.
Severus przyglądał się ruchom jej bioder, kiedy niespiesznie szła w kierunku drzwi. Mógłby powiedzieć wprost, na czym, jego zdaniem, polega ten „drobny problem", ale wolał grę półsłówek niż dosadne „chcę się z tobą pieprzyć".
x x x x x
Przyszedł punktualnie. Uśmiechnięta Fede wskazała mu ruchem dłoni ten sam fotel, co poprzednio. Tym razem miała na sobie złotą koszulę nocną, sięgającą jej do kostek i kolorystycznie dobrany szlafrok z haftem na rękawach.
- Whisky? – zaproponowała.
- Jakże by inaczej? – Severus obserwował, jak hojnie nalewa whisky do obu szklanek. Przypuszczał, że tym razem nie pójdzie mu tak łatwo i że Fede go przetrzyma. Nie pomylił się. Po drugiej szklance Fede zaczęła niezobowiązującą rozmowę o szkolnych sprawach – najpierw ponarzekała na Umbridge, która podczas wizytacji chodziła za nią krok w krok i rozpraszała uczniów. Następnie wspomniała o tym, że profesor Flitwick planuje nabór do szkolnego chóru. Może Severus byłby tak uprzejmy i dał znać uczniom ze Slytherinu? A nuż ktoś będzie zainteresowany? Severus upił łyk whisky i już miał zamiar odpowiedzieć, że to problem Flitwicka, nie jego, kiedy poczuł, że stopa Fede dotyka jego kolana. Dziękując w duchu Merlinowi, że się nie zakrztusił, spojrzał na swoją towarzyszkę. Na jej twarzy malował się lekki uśmiech, niczym u zadowolonego kota.
Ach, więc to tak, pomyślał. Mała prowokacja?
Stopa Fede zaczęła masować jego udo, tymczasem jej właścicielka jakby nic roztrząsała problemy Flitwicka z naborem do chóru. Severusowi zaczynało się to podobać coraz bardziej, połączenie jej obojętnej miny z rozmową o codziennych sprawach oraz bynajmniej nie nieśmiałe drażnienie jego uda. Wbrew zasadom gościnności, dolał sobie jeszcze whisky, zapominając o pustej już szklance swojej towarzyszki.
- Może panna Bulstrode by się nadawała? – kontynuowała Fede. – Ma donośny głos, słyszałam raz, jak krzyczy na kogoś na korytarzu...
- Panna Bulstrode może by się i nadawała, ale pod warunkiem, że chcesz spłatać Flitwickowi wyjątkowo brzydki dowcip – zasugerował Severus.
Stopa Fede przesunęła się na krocze Severusa. Ten poczuł, że pod lekkim naciskiem jej stopy spodnie zaczynają mu się robić zbyt ciasne. Położył lewą dłoń na szczupłej kostce, zauważając przy tym pomalowane na czerwono paznokcie. Palce Fede zahaczyły o jego pasek i zatrzymały się. Najwyraźniej nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Miał ochotę rozpiąć spodnie, ale się powstrzymał. Fede najwyraźniej planowała przejąć inicjatywę i zamierzał jej na to pozwolić.
- Hmm... – najwyraźniej również Fede zdała sobie sprawę z problemu. Uśmiechnęła się do Severusa i chwyciwszy różdżkę, skierowała ją w stronę jego krocza. Zanim ten zdążył zareagować (różdżka w okolicy genitaliów, NA MERLINA!!!), poczuł, że pasek opada, a rozporek rozsuwa się z cichym zgrzytem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ta spryciara rozpięła mu spodnie za pomocą magii! Poczuł, jak ogarnia go nagłe podniecenie. Czuł, że Fede zaplanowała na ten wieczór coś specjalnego.
- Spokojnie – mruknęła, wodząc palcem wskazującym po brzegu szklanki. – Jestem wykwalifikowanym aurorem... wiem, jak to robić.
Zamknął oczy, starając się nie myśleć, ilu mężczyznom rozpinała spodnie w ten sposób. A ona wprawnymi ruchami stopy zaczęła masować jego członek, nie wykazując chęci, aby wstać z fotela. Na jej twarzy malowało się zadowolenie. W tej chwili miała go w garści, a wszystko dzięki delikatnym muśnięciom stopy. Była górą i Severusowi to odpowiadało. Siedział nieruchomo w fotelu, kurczowo ściskając szklankę i muskając palcami łydkę Fede.
- Podoba ci się? – spytała.
- Mhm...
- Wiesz, co jeszcze chciałabym z tobą zrobić?
Powiedziała mu wszystko, nie przerywając pieszczot. Severus nie mógł się nadziwić jej opanowaniu. Sprawiała wrażenie zupełnie spokojnej, z delikatnym uśmiechem szepcząc, gdzie i w jaki sposób mogłaby go pieścić. Nigdy jeszcze nie przeżył czegoś podobnego. Niski głos Fede drażnił jego zmysły, a jej opanowanie zaczynało go doprowadzać do szaleństwa. Pulsowanie członka stawało się coraz bardziej dokuczliwe, zaś ona wciąż kusiła lubieżnymi obietnicami i fantazjami, które sprawiały, że coraz trudniej było mu się kontrolować.
Nagle zrozumiał. A więc taki był plan tej lisiczki. Chciała doprowadzić go do wrzenia, aby mieć go tak, jak chce. Przez mózg Severusa przebiegło: *A niech jej będzie! Upuścił szklankę na dywan i wbił palce w poręcz fotela.
- Chodź do mnie – wychrypiał.
Fede posłusznie wstała i wolno obeszła stolik. Pochyliła się nad Severusem, który wyciągnął ręce i położył dłonie na jej biodrach. Miał wrażenie, że skóra kobiety jest rozpalona, mimo otaczającej ją chłodnej warstwy satyny. Serce zaczęło mu bić jak oszalałe, a oddech stał się szybki i urywany.
- Usiądź na mnie.
Fede uśmiechnęła się.
- Pamiętasz, co ci mówiłam podczas kolacji? – szepnęła. Szlafrok zsunął się jej z prawego ramienia, odsłaniając skórę i – *na Merlina, siniaki? Severus zmartwiał. Czy to on jej to zrobił, wtedy, podczas ich pierwszej nocy? Czy tak mocno ją chwycił? – Że jesteś mi potrzebny, bo mam pewien drobny, intymny problem.
- Uhm... – Severus z trudem oderwał wzrok od ramienia Fede.
- Mam nadzieję, że mi pomożesz...
- Czego tylko sobie życzysz...
- Bo widzisz, to bardzo dyskretny, kobiecy problem. I obawiam się, że tylko ty jesteś w stanie mi pomóc.
- Uhm...
Fede nachyliła się wprost do ucha Severusa, a bliskość jej ciała sprawiła, że mężczyznę przeszedł dreszcz.
- Właśnie dostałam okres – szepnęła – i mam cholerne skurcze. CHOLERNE. A na nieszczęście, nie mam już mugolskiego buscopanu, który najlepiej na mnie działa. Pomyślałam więc, że jako Mistrz Eliksirów mógłbyś mnie poratować jakimś specyfikiem...
x x x x x
Tej nocy Severus klął w żywy kamień, z wściekłością miotając się po swojej komnacie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zmuszony był ulżyć sobie w samotności, zresztą zgodnie z ironiczną radą Fede: „Masz dwie sprawne ręce, a do tego wystarczy ci jedna".
Gdy na uginających się nogach wyszedł z łazienki, drżał na całym ciele. Nie tylko z wściekłości, ale także z pożądania, jakie rozbudziła w nim ta kobieta. Rzucił się na fotel jak ogłuszony. Niewyraźne myśli kłębiły się w jego głowie.
Załatwiła go. A on, dureń, dał jej się podejść. Mało tego, nie przeczuł, że ta spryciara coś kombinuje. Poszedł do niej jak ostatni baran, przekonany, że ma ją w garści. Nawet nie przyszło mu do głowy, aby użyć legilimencji. Był tak pewny siebie, że nie spenetrował jej myśli, co przyszłoby mu z dziecinną łatwością. Fede zawsze była marnym oklumentą. Podczas końcowych egzaminów aurorskich to właśnie oklumencję zdała najsłabiej, omal nie oblewając przy tym całego kursu.
A jednak... krew w żyłach Severusa zaczęła żywiej krążyć. Kiedy podczas kolacji zaproponowała mu spotkanie, poczuł lekkie rozczarowanie. Pomyślał wtedy, że będzie to łatwa przeprawa i że Fede pójdzie z nim do łóżka, choć kilka dni wcześniej obraził ją i upokorzył.
A ona odwróciła całą sytuację, przejmując kontrolę i dając mu solidną nauczkę.
Powinien był to przewidzieć. Powinien, do licha, przecież znał Fede. Znał…? Severus westchnął w duchu, kręcąc głową nad własną głupotą. Przecież nawet kilkanaście lat temu łamał ręce nad jej zachowaniem i tokiem rozumowania, którego chyba nikt oprócz niej nie był w stanie pojąć. Już wtedy bywała nieprzewidywalna – jednego dnia potrafiła wykazać się zdrową logiką i błyskotliwym, chodnym rozumowaniem, a następnego robiła coś tak głupiego, że Severus miał wrażenie, że istnieją dwie Fede. Nadążyć za tą dziewczyną było równie proste, co złapać wiatr. Jedno musiał przyznać - nigdy nie była perfidna i nie uprawiała gierek.
Najwyraźniej nauczyło ją tego życie. Musiało do tego dojść. Ktoś taki jak ona na ogół otrzymuje niejednego kopniaka, aby zrozumieć, że nie będzie łatwo. Dumna dziewczyna, robiąca to, na co ma ochotę i odrzucająca wszelkie zasady czy zakazy musiała dostać niejedną bolesną nauczkę. Z jej brązowych oczu wyzierał teraz figlarny spryt oraz cynizm, który dostrzegł, zanim wściekły wyszedł przez kominek. O tak, Fede musiała przejść twardą szkołę życia.
Poczuł coś na kształt żalu.
Ale ze mnie skurwysyn, pomyślał, wpatrując się w ogień na kominku. Pieprzyłbym się z nią, a potem w duchu nazwałbym ją szmatą. Przychodziłbym do niej jak do pierwszej lepszej chętnej. Jak do taniej dziwki, którą ma się za nic. I ona o tym wiedziała. Żałosne. Mam, co chciałem.
Ruchem różdżki zgasił ogień. Komnata pogrążyła się w ciemnościach. Zegar na wieży wybił północ.
