Około trzeciej w nocy niebo nad Hogwartem zasnuły burzowe chmury. Zaraz potem zerwał się wicher, który strącił z drzew ostatnie kolorowe liście i uderzył w mury zamku, jęcząc żałośnie w wykuszach okiennych.

A potem zaczęło padać.

Harry, który nie zmrużył oka przez resztę nocy, wsłuchiwał się w szum deszczu ze wzrokiem wbitym w przestrzeń. O piątej, gdy w dormitorium nieco pojaśniało, odrzucił kołdrę i drżąc lekko z zimna, podszedł do okna. Jak okiem sięgnąć, wszędzie było szaro, a pionowa ściana deszczu nie pozwalała nawet dojrzeć błoni.

Ubrał się pospiesznie i poszedł do łazienki. Przekrwionymi z niewyspania oczami spojrzał w lustro. Wyglądał tak, jak się czuł, a może nawet gorzej. Z rezygnacją ochlapał twarz i przeczesał sterczące na wszystkie strony włosy. Blada cera i ciemne kręgi pod oczami nadawały mu wygląd chorego. Splunął do umywalki i pobieżnie umył zęby, starając się pozbyć kwaśnego, nieprzyjemnego posmaku w ustach.

Gdy reszta dormitorium zaczęła się budzić, Harry był już całkowicie ubrany i siedział na łóżku, z ponurą miną przerzucając strony podręcznika do transmutacji.

- O mamo, co za pogoda! – jęknął Dean, z niechęcią zwlekając się z łóżka. – O, cześć, Harry, już nie śpisz?

Nastąpił zwyczajowy rytuał ustawiania się w kolejce do łazienki, poszukiwanie czystej koszuli i skarpetek, wyciąganie butów spod łóżka, staranne wiązanie krawatów, a wszystko to w wyjątkowo ślimaczym tempie i przy akompaniamencie ziewania. Paskudna pogoda miała najwyraźniej wpływ na wszystkich, gdyż piątka Gryfonów zeszła na śniadanie z wyjątkowo skwaszonymi minami, prawie ze sobą nie rozmawiając.

Harry wszedł do Wielkiej Sali, mając wrażenie, jakby wszystkie dochodzące go odgłosy – szczękanie sztućców i talerzy, rozmowy, stukot butów na kamiennej posadzce – były przytłumione. Nawet świece jakby przygasły. Sącząca się przez zimne, zamkowe mury wilgoć była ohydna. Wraz z Ronem zajęli miejsca po obu stronach Hermiony i jednocześnie sięgnęli po ten sam dzbanek kawy.

- Harry, wyglądasz okropnie – powiedziała Hermiona, czekając, aż chłopcy się obsłużą i odbierając dzbanek od Rona.

- Nie wyspałem się – mruknął Harry, z rozkoszą przełykając gorącą, aromatyczną kawę.

- To pewnie przez tę aurę – Hermiona masowała sobie prawą skroń i z niechęcią spoglądała na stojący przed nią talerz. – Mnie od rana boli głowa, aż mi niedobrze. Uff, nawet ta owsianka mnie odrzuca. Po śniadaniu chyba wrócę do dormitorium i wezmę parę kropli eliksiru…

Harry słuchał jej monologu jednym uchem, zastanawiając się, jak i kiedy ma zagadnąć Dumbledore'a. Nie wypadało przerywać mu posiłku, poza tym nie chciał zwracać na siebie uwagi całej szkoły, podchodząc do stołu nauczycielskiego w trakcie śniadania. Będzie więc musiał czekać, aż Dumbledore wstanie. Zerknął na stół nauczycielski i nagle osłupiał. Krzesło dyrektora było puste.

- Gdzie jest Dumbledore? – wyrwało mu się.

- Nie ma go? – Ron oderwał się na moment od bekonu. – O, faktycznie.

Stwierdziwszy ten oczywisty fakt, wrócił do jedzenia, nie wiedząc, że żołądek Harry'ego wywija właśnie koziołka ze zdenerwowania.

- Dyrektora nie ma – Prawie Bezgłowy Nick, sunący głównym przejściem, dosłyszał pytanie Gryfona i zawisł w powietrzu tuż za jego plecami. – Wyjechał w piątek wieczorem, a towarzyszył mu minister magii. Ważne sprawy państwowe, jak mniemam. W tych niespokojnych cza...

- Czy wiesz, kiedy wróci? – serce Harry'ego łomotało jak po szybkim biegu.

Prawie Bezgłowy Nick spojrzał na niego z ukosa, zirytowany tym, że przerwano mu w pół słowa.

- Nie – odparł wyniośle i odfrunął.

- Pięknie! – warknęła Hermiona, odsuwając na bok na wpół zjedzoną owsiankę. – Czy wy zawsze musicie być tak nietaktowni?

Harry zerwał się z miejsca, chwycił dwa tosty i wyszedł z Wielkiej Sali, czując, że na usta ciśnie mu się wyjątkowo nieparlamentarna odzywka.

x x x x x

- Fede?

Stukot jej obcasów, odbijający się echem od ścian korytarza, ucichł. Ich właścicielka zatrzymała się w pół kroku i odwróciła, mierząc Severusa niezbyt zainteresowanym spojrzeniem.

- Za kwadrans mam pierwsze zajęcia – westchnęła. – Czy to nie może pocze…?

- To zajmie tylko chwilę.

Z wahaniem skinęła głową i oboje skręcili w jeden z bocznych korytarzy. Fede podeszła do okiennego wykusza i oparła się plecami o parapet.

- Jeśli chcesz mi zrobić awanturę, to nie teraz. Jestem zbyt zmęczona, aby się kłócić – powiedziała.

Nie dostrzegał tego w półmroku korytarza, ale teraz, gdy stała bliżej szyby, zauważył, że mówiła prawdę. Jej twarz o ciemnej karnacji była teraz dość blada, a pod brązowymi, podkreślonymi starannym makijażem oczami rysowały się cienie. Przedzierające się przez warstwę deszczu promienie słońca uwydatniły drobne zmarszczki w kącikach oczu i ust, których nie były w stanie zatuszować najbardziej skomplikowane urodowe sztuczki. Przyszło mu na myśl, że po raz pierwszy Fede wygląda na swój wiek.

- Severusie…

Zamrugał i uświadomił sobie, że właśnie studiował każdy szczegół jej twarzy. Poczuł się tak, jakby przyłapała go na braku samokontroli, a tego bardzo nie lubił. Toteż jego głos zabrzmiał ostrzej niż planował.

- No to odpłaciłaś mi pięknym za nadobne – rzucił. – Jesteś usatysfakcjonowana?

Od razu zdał sobie sprawę z napastliwego tonu, z jakim wypowiedział te słowa, ale Fede najwyraźniej naprawdę była zbyt zmęczona na kłótnie.

- Usatysfakcjonowana? Nie – wzruszyła ramionami. Zakaszlała, oderwała się od parapetu i podeszła do Severusa, dźgając go palcem w pierś. – Wyjaśnijmy coś sobie. Nie żądam od ciebie Bóg wie czego. Nie chcę cię usidlić, zaobrączkować, nie oczekuję płomiennych wyznań ani deklaracji. Nie suszę ci głowy, abyś zabrał mnie na herbatkę do Hogsmeade i kupił kwiaty. Nie proszę, abyś został na noc i budził mnie co rano czułym pocałunkiem. Odpowiada mi to, że mamy własne życie, mieszkamy osobno i z niczego się sobie nie tłumaczymy. To, co ci zaproponowałam, a z czego tak chętnie skorzystałeś, jest chyba jasne. Chcę spędzić trochę czasu w twoim towarzystwie, rozmawiać, uprawiać zdrowy, przyjemny seks. Spotykać się wtedy, kiedy oboje mamy czas i ochotę. Nie zamierzam cię zmieniać ani doszukiwać się w tobie na siłę ukrytych gdzieś głęboko pokładów romantyzmu. Nie przeszkadza mi twój ironiczny i sarkastyczny stosunek do świata, nie rażą mnie twoje złośliwości, bo uwielbiam słowne dżudo…

- Fede, ja…

- … ale wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Wprost i bez owijania w bawełnę zaproponowałam ci seks, z czego powinieneś się cieszyć, bo większość kobiet czekałaby na twój ruch, strzelając do ciebie oczami, flirtując i zachowując się jak marcowe kotki. Ja wykonałam pierwszy krok, ułatwiłam ci sprawę i postawiłam sprawę jasno. Nie znaczy to, że pozwolę ci się obrażać i dam się traktować jak zwykła dziwka. Biorąc pod uwagę, jak mało od ciebie oczekuję, sądzę, że mam prawo wymagać przynajmniej odrobiny SZACUNKU. A ty zakończyłeś naszą pierwszą wspólna noc w taki sposób, jakby chciał się na mnie wyżyć. Trafiłeś więc pod zły adres, bo takie numery ze mną nie przejdą. Drwij, ironizuj, ale nie schodź poniżej pewnego poziomu. Należała ci się nauczka i podejrzewam, że teraz rozumiesz, jak to jest, kiedy najpierw ktoś cię rozpala, a następnie daje kopniaka. Jesteśmy więc kwita, Severusie. Jeden-jeden. Pytanie tylko, co dalej – głos Fede zabrzmiał nieco chrypliwie. – Czy cieszymy się wzajemnie swoim towarzystwem i spędzamy mile czas w łóżku jak dwoje dorosłych ludzi, czy też czujesz się urażony na tyle, że ogłaszamy koniec znajomości i od tej pory zaczynają nas łączyć tylko formalne stosunki?

Severus wziął głęboki oddech. Wyglądało na to, że Fede jeszcze go nie skreśliła i dawała mu właśnie kolejną szansę. Nie, nie jemu. Im. Pod wpływem impulsu zrobił krok w jej stronę. Fede uczyniła dokładnie to samo i Severus nagle spostrzegł, że jej broda dotyka jego ramienia. Przez ułamek sekundy stali w bezruchu. Po chwili Mistrz Eliksirów powoli, jakby z namysłem, wyciągnął rękę i położył dłoń na karku Fede. Poczuł bijące od jej skóry gorąco, a w chwilę potem opierający się na jego ramieniu policzek. Wsunął palce w bujne, brązowe włosy, nie dbając o to, że potarga schludne uczesanie. Fede oddychała szybko, przez nos, dmuchając mu prosto na szyję, czego bardzo nie lubił, a co mu teraz – o dziwo – nie przeszkadzało mu. Mało tego, sprawiało dziwną przyjemność. Przytulona do niego Fede wydawała się być teraz wyjątkowo krucha. Jej włosy pachniały migdałową Ulizanną.

- Jesteś cała rozpalona – mruknął Severus, muskając dłonią ciepły, kobiecy policzek.

- Źle spałam – odpowiedziała cicho Fede, nie zmieniając pozycji i nie próbując się wydobyć z jego objęć (nie wiedział, kiedy objął ją w pasie drugą ręką i przyciągnął do siebie). – To chyba przez tę pogodę. Ten deszcz mnie dobija, jestem wykończona.

- Masz lekką temperaturę – powiedział Severus. – Nie czujesz się źle z powodu pogody, po prostu się przeziębiłaś.

- Przed śniadaniem brałam aspirynę…

- Te twoje mugolskie środki – żachnął się Mistrz Eliksirów. – Przygotuję ci coś lepszego, po czym od razu lepiej się poczujesz. Nie, żaden Eliksir Pieprzowy, coś działającego znacznie szybciej i bez efektów ubocznych w postaci dymiących uszu.

Fede delikatnie pociągnęła Severusa za włosy.

- I zapewne przyniesiesz mi osobiście ten cudowny specyfik, punkt jedenasta wieczorem? – nie mogła się powstrzymać, aby go nie podrażnić.

- Bynajmniej – odparł wyniośle Severus. – Przygotuję go między zajęciami i dam ci podczas lunchu.

- Aha… - głos Fede nie zdradzał wielkiego entuzjazmu.

Severus nachylił się do jej ucha.

- Koło jedenastej wieczorem wpadnę, aby zobaczyć, czy eliksir poskutkował. No wiesz, skutki uboczne…

Poczuł usta Fede na policzku i podziękował w duchu Merlinowi za niebywałą wprost ilość bocznych i rzadko uczęszczanych korytarzy w Hogwarcie.

x x x x x

To nie był jego najlepszy trening. Szczerze mówiąc, nie pamiętał, kiedy szło mu tak kiepsko, jak dzisiaj.

Harry ze znużeniem omiatał wzrokiem boisko, wypatrując znicza. Oczy piekły go z niewyspania, co chwila przecierał je wierzchem dłoni, a silny wiatr powodował łzawienie. Ze zmęczenia nie mógł się skoncentrować i chyba po raz pierwszy, odkąd dosiadł miotły, miał ochotę jak najszybciej z niej zsiąść.

A ona właśnie dziś musiała przyjść na trening. Dlaczego akurat dzisiaj? Podczas treningów Quidditcha uczniowie innych domów mieli oczywiście wstęp na trybuny, co pozwalało nie tylko popatrzeć na grę znajomych czy przyjaciół, ale również podejrzeć taktykę i styl gry przeciwnika. Tylko, że Cho nigdy wcześniej nie przychodziła, gdy trenowali Gryfoni. A teraz siedziała na jednej z wyższych trybun wraz ze swoją kędzierzawą przyjaciółką. Nawet z dużej odległości Harry rozpoznał czarne, związane w kucyka włosy Cho. Dostrzegł, jak uważnie obserwuje boisko. I, o ile wzrok go nie mylił, jej spojrzenie wędrowało głównie w jego kierunku.

Każdego innego dnia ucieszyłoby go to tak, że ze szczęścia gotów byłby wywinąć koziołka w powietrzu. Ale teraz, kiedy nie był nawet pewny, czy dostrzegłby znicza, gdyby ten wylądował mu na nosie…

- POTTER!!!

Wrzask Angeliny momentalnie wyrwał go z odrętwienia. Kapitan drużyny Gryffindoru podleciała do niego z wyrazem wściekłości na twarzy. Wyglądała tak, jakby miała zamiar zrzucić go z miotły.

- Grasz czy śnisz na jawie?! – huknęła. – Do cholery, znicz przeleciał ci właśnie nad głową, a ty się nawet nie rozejrzałeś!!!

Harry zamrugał, czując, jak na jego policzki wypływa fala gorąca. Był pewien, że cała publiczność, łącznie z Cho, słyszała każde słowo Angeliny.

- Zacznij patrzeć na to, co się wokół ciebie dzieje! – warknęła Angelina i odleciała, zawracając tak gwałtownie, że uderzyła Harry'ego warkoczem. Czując, jak rumieniec spełza mu powoli z twarzy, chłopak wziął kilka głębokich oddechów, z postanowieniem, że nieważne, jak jest zmęczony, ale dotrwa z honorem do końca treningu.

Gdy w kilka minut później zręcznie zanurkował, chwytając znicza, poczuł, że się zrehabilitował. Oklaski dobiegające z trybun (Cho również klaskała) podniosły go nieco na duchu i dodały animuszu. Już nie odczuwał senności. Zatoczył zgrabne koło wokół jednej z pętli i znów uniósł się wyżej, aby mieć jak najlepszy widok na boisko.

Euforia po złapaniu znicza była jednak krótkotrwała i gdy w kwadrans później Angelina zarządziła koniec treningu, Harry przyjął to z wielką ulgą. Wylądował na ziemi prosto w błoto, potknął się i omal nie upadł na twarz. Zaklął cicho ze złości i poszukał wzrokiem Rona. Gryfoński obrońca wylądował kilka metrów od niego i natychmiast wdał się w rozmowę z Angeliną, która wydawała się być bardzo zadowolona.

Nic dziwnego. Ron na początku bronił dość drętwo, ale wkrótce nabrał animuszu i zaprezentował kilkanaście naprawdę dobrych obron. Harry mu nie zazdrościł, o nie, cieszył się, że przyjaciel zrehabilitował się po wpadkach z ostatniego meczu. Był po prostu niezadowolony z własnej, żałosnej gry.

Zaczął schodzić z boiska, z trudem stawiając kroki w lepkiej, błotnistej mazi. Uniósł wzrok i popatrzył na trybuny. Widzowie zaczynali się powoli rozchodzić. Dostrzegł, że Cho również opuszcza trybuny wraz z przyjaciółką. W pewnym momencie ich spojrzenia się spotkały. Serce Harry'ego zabiło mocniej. Cho uśmiechnęła się do niego, coś zawołała – nie dosłyszał co, gdyż była zbyt daleko – i zaczęła schodzić po schodkach. Harry natychmiast zwolnił i w tym momencie dogonił go Ron.

- To jak, do szatni? – spytał.

Harry zawahał się. Cho właśnie zeszła na ziemię i szła w jego kierunku. Kędzierzawa przyjaciółka podążała za nią krok w krok.

- Ahaaa… – powiedział Ron i uśmiechnął się znacząco. – To ja idę. Widzimy się później.

Harry skinął głową, zadowolony z obrotu sprawy i taktu przyjaciela. Nerwowo przeczesał dłonią potargane włosy i uśmiechnął się do Cho, czując, że usta zastygają mu w nienaturalnym grymasie.

- Cześć – powiedział. Czuł, że głos z trudem wydobywa mu się z gardła.

- Hej – Cho również się uśmiechała, ale zupełnie swobodnie. Miała lekko zarumienione policzki i błyszczące oczy. Harry patrzył na nią z zachwytem. – Widzę, że ostro trenujecie. Kolejny mecz macie dopiero w lutym, prawda?

- Eee… tak.

Co ty wyrabiasz, idioto! pomyślał z rozpaczą Harry. Powiedz coś, no, powiedz!

Wziął głęboki oddech i wypalił z desperacją: - Wracasz do zamku? Bo ja tak. Jeśli chcesz, możemy pójść razem…

No pięknie. Genialna odzywka. Teraz obejrzę sobie plecy Cho, która odwróci się, odejdzie i przestanie zawracać sobie głowę matołkiem, który nie potrafi inteligentnie zagadnąć dziew…

- Bardzo chętnie – uśmiechnęła się Cho. – Marietto, zobaczymy się w dormitorium, dobrze? Chodźmy, Harry. Ojej, na tej ścieżce pełno jest błota. Może pójdziemy okrężną drogą, koło jeziora? Tam jest znacznie bardziej sucho…

Lekko ogłupiały i niedowierzający własnemu szczęściu Harry skinął głową i oboje ruszyli w lewo, kierując się mniej uczęszczaną, wąską ścieżką w kierunku zamku. Serce chłopca skakało ze szczęścia.

Szli wolno, nie spiesząc się i nie rozmawiając. Harry nagle zdał sobie sprawę z tego, jak cudownie jest iść razem z Cho i nic nie mówić. Panujące między nimi milczenie nie miało nic wspólnego z niezręczną ciszą, kiedy każdy z rozmówców zdaje sobie sprawę z tego, że wypadałoby się odezwać, a potem rozpaczliwie rzuca jakąś banalną uwagę. Było wręcz przeciwnie. Zupełnie, jakby cisza zbliżała ich do siebie. Chyba po raz pierwszy Harry czuł się zupełnie swobodny w towarzystwie Cho. Było to tak wspaniałe uczucie, że odetchnął pełną piersią i uśmiechnął się.

- Spójrz, jaki ładny widok – odezwała się Cho.

Byli już prawie przy jeziorze. Zachodzące słońce przypominało ognistą, czerwoną kulę, malującą na niebie różnobarwne esy-floresy. Zatrzymali się i patrzyli, jak powoli chowa się za horyzontem. Harry po raz pierwszy naprawdę podziwiał zachód słońca. Widział to zjawisko wiele razy, ale nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że obserwowanie go może mu sprawić tyle przyjemności. Wielobarwne niebo przechodziło powoli w granat, a gdy odwrócił głowę i spojrzał w prawo, dostrzegł wyłaniający się zza zamkowych wież blady księżyc.

Cho podążyła za jego wzrokiem.

- Słońce i księżyc razem – roześmiała się. – To zabawne, ale czytałam kiedyś opowiadanie o dwojgu ludziach, którzy byli do siebie zupełnie niepodobni. Mieli odmienne charaktery, upodobania, po prostu różnili się od siebie we wszystkim. Autor stwierdził, że są jak słońce i księżyc, gdyż krążą po dwóch oddzielnych orbitach i dlatego ich drogi nigdy się ze sobą nie przetną. Osioł z tego pisarza. Chyba nigdy nie patrzył w niebo…

- I chyba nigdy nie uczył się astronomii – palnął Harry. – To księżyc krąży po orbicie, nie słońce.

Co ja robię, wygłaszam wykład? przeraził się, uświadamiając sobie, jak drętwo musiało to zabrzmieć. Ku jego zdumieniu, Cho roześmiała się głośno. Harry nie bardzo rozumiał, co w jego wypowiedzi ją rozbawiło, ale świadomość, że Cho uważa go za dowcipnego rozmówcę, podniosła go na duchu. Nagle całe jego zdenerwowanie prysło jak bańka mydlana i również zaczął się śmiać. To było wspaniałe uczucie, stać razem z Cho i zanosić się od śmiechu. Październikowy, wilgotny wieczór wydał mu się nagle wyjątkowo piękny.

- Chyba poszukam tej książki i napiszę list do jej autora – chichotała Cho. – I podpiszę się jako „oburzona Auriga Sinistra, wykładowca astronomii, która stwierdza, że szanowny autor jest niedouczonym osłem"…

Oczy łzawiły jej ze śmiechu. Harry otworzył usta, aby dodać „…oraz równie oburzony profesor Severus Snape, który na astronomii wprawdzie zna się, jak kura na pieprzu, ale nie mógł przepuścić okazji, by kogoś skrytykować" – i w tym momencie zaczął ziewać. Nie był w stanie się powstrzymać, a co gorsze, nie mógł również przestać. Wpatrywał się w Cho przerażonym wzrokiem, ziewając tak szeroko, że mógłby ją połknąć.

Twarz dziewczyny skamieniała, a uśmiech zniknął jak zdmuchnięty. Cofnęła się o krok, a jej nozdrza zadrgały.

- Och – powiedziała tonem, od którego powiało Grenlandią. – Przepraszam. Najwyraźniej nudzi cię moja gadanina.

- Nie! – krzyknął Harry, któremu udało się opanować nagły atak ziewania, ale chyba o kilka sekund za późno. Cho sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę go uderzyć. – To nie dlatego ziewam, że mnie nudzisz! Wręcz przeciwnie! Po prostu nie spałem przez pół nocy, jestem wykończony!

- Ależ oczywiście – głos Cho nadal zdradzał urazę. Harry czuł, że uznała jego słowa za zwykły wykręt i poczuł przypływ irytacji. Nikogo nie zabiłem, do diabła, tylko ziewnąłem! Głupio wyszło, ale zdarza się! Wziął głęboki oddech, próbując się opanować i zachować spokój. Czuł, że jeśli nie wyjaśni jak najszybciej tego idiotycznego nieporozumienia, to później… może nie być żadnego później.

- Posłuchaj, Cho. Nie spałem przez pół nocy. Miałem jakiś koszmar, obudziłem się i nie mogłem zmrużyć oka. Jak mi nie wierzysz, spytaj Rona albo Neville'a. Ledwo żyję ze zmęczenia, podczas treningu przysypiałem na miotle i z tego wszystkiego nie zauważyłem znicza, którego miałem prawie na nosie. Wiem, że głupio wyszło, ale mówię prawdę. Po prostu ostatnio bardzo źle sypiam.

Cho zamrugała.

- I taki niewyspany wsiadłeś na miotłę? – spytała z przerażeniem. Po Grenlandii nie pozostało nawet śladu. – Na Merlina, przecież mogłeś spaść! Mogłeś oberwać tłuczkiem, którego nawet byś nie zauważył!

Nagle wszystko wróciło do normy i znów rozmawiali ze sobą po przyjacielsku.

- Myślałem, że świeże powietrze i adrenalina trochę mnie ocucą – przyznał Harry, przecierając oczy wierzchem dłoni. – Pomyliłem się. Nieważne. Dzisiaj spróbuję położyć się wcześniej, może to coś da…

Nie przyznał się, jakiego rodzaju koszmary go dręczyły. Nie był na to jeszcze gotowy. Cho zbliżyła się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Pod wpływem jej dotyku przez ciało Harry'ego przebiegł dreszcz.

- Nie możesz grać, nie dosypiając.

- Przecież nie zrezygnuję z Quidditcha.

- Ale ja nie mówię, abyś rezygnował. Idź do pani Pomfrey po Eliksir Słodkiego Snu. Brałyśmy go z dziewczynami w czasie zeszłorocznej przedegzaminacyjnej nerwówki, kiedy z nadmiaru nauki i przemęczenia nie mogłyśmy spać.

Eliksir Słodkiego Snu? Harry kojarzył, że Snape wspominał coś na temat jego właściwości, kiedy warzyli go podczas jednych z zajęć, ale co to było? Coś dość istotnego, ale nie był w stanie sobie przypomnieć.

- To bardzo skuteczny środek – Cho nie odrywała dłoni od ramienia Harry'ego. – Bierzesz tylko odrobinę, wkrótce zasypiasz, nie masz żadnych snów i budzisz się wypoczęty. Jedna noc z tym eliksirem i wysypiasz się za cały tydzień.

- Żadnych snów? – Harry poczuł przyspieszone bicie serca.

- Absolutnie żadnych.

Odrobina eliksiru i będzie kładł się do łóżka bez obawy, że znowu zobaczy ten upiorny korytarz. A kiedy wróci Dumbledore, poprosi go o pomoc i wszystko wróci do normy. Zero koszmarów, nerwów, obaw. Dumbledore będzie wiedział, jak mu pomóc. Harry poczuł, że ogarnia go uczucie szczęścia. Wydał z siebie okrzyk radości, wyrzucając przy tym pięść w górę. Cho przyglądała mu się z niepewnym uśmiechem, który zdradzał, że nie bardzo rozumie, co go tak cieszy.

- Ale z ciebie wariat – powiedziała.

- A ty jesteś genialna! – Harry chwycił Cho wpół lewą ręką, zakręcił się z nią dokoła własnej osi, a następnie pod wpływem impulsu pocałował w policzek.

O... co ja zro... o rany... ja ją pocało...

Oboje zamarli bez ruchu. Harry był tak oszołomiony tym, co właśnie zaszło, że skamieniał. Trzymał Cho wpół, jej ręce obejmowały jego ramiona, a twarz dziewczyny znajdowała się tak blisko, że widział wyraźnie drobne piegi na jej nosie i ogromne, ciemne jak dwa węgle oczy. Patrzyła na niego bez słowa i Harry nie wiedział, czy jest wściekła, czy zadowolona.

- Harry... – glos Cho był bardzo cichy.

Poczuł, jak drobna, dziewczęca dłoń dotyka jego policzka. Palce Cho były ciepłe i bardzo delikatne. Przymknęła oczy i rozchyliła usta, a jej twarz niemal dotykała jego własnej. Delikatny zapach trawy cytrynowej musnął nozdrza chłopaka. Perfumy. Jej perfumy. Tak delikatne, subtelne i łagodne, jak...

Jak ona sama.

Nie wiedział, które z nich pierwsze dotknęło ust tego drugiego. Ale to nie było ważne. Błyskawica poleciała na ziemię, wprost w kępę ostu, a Harry obejmował Cho w pasie i całował, bardziej z pasją, niż wprawą. To ona dała mu delikatnie znak, aby nieco zwolnił, a potem wsunęła mu język do ust, powodując, że Harry aż zadrżał. Nigdy wcześniej z nikim tak się nie całował – w ogóle się wcześniej nie całował – ale gdy to sobie wyobrażał, podejrzewał, że może być właśnie tak. Nie, pomyłka. Tego, co czuł w tej chwili, nie był w stanie nawet sobie wyobrazić.

x x x x x

Wrócili do zamku, trzymając się za ręce. Palce Harry'ego oplatały drobną dłoń Cho, jakby w obawie, że gdy tylko ją puści, dziewczyna zniknie i wszystko, co się wydarzyło, okaże się tylko snem.

Nie puścił jej nawet wtedy, gdy weszli do zamku głównym wejściem. Nie dbał o to, czy ktoś ich zobaczy. On, który zawsze czerwienił się na myśl o Cho, a stojąc przed nią twarzą w twarz, zapominał języka w gębie i bełkotał coś nieporadnie, teraz czuł, że trzymanie się za ręce było czymś tak naturalnym, jak oddychanie. Nie było tu miejsca na wstyd czy zażenowanie.

Zatrzymali się u podnóża schodów.

- Muszę iść do szatni i się przebrać – powiedział Harry. – Nie obrazisz się, jeśli nie odprowadzę cię do wieży Ravenclawu?

- Jakoś trafię – uśmiechnęła się Cho. – Zobaczymy się na kolacji?

Harry skinął głową. Wymienili jeszcze jeden pospieszny pocałunek, po czym Cho zaczęła wspinać się po schodach, co chwila odwracając głowę i machając do niego. Harry poczekał, aż dziewczyna zniknie z jego pola widzenia, a następnie przymknął oczy i błogo się uśmiechnął. Serce łomotało mu jak po szaleńczym biegu.

- Co ty robisz, Potter?

Zimny, znienawidzony głos wyrwał go z błogiego odrętwienia. Harry poczuł, że mięśnie napinają mu się ze złości. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy stojącego za nim Severusa Snape'a.

- Stoję – wypalił z głupia frant.

Snape wykrzywił wargi w grymasie szyderstwa.

- Minus dziesięć punktów za bezczelność, Potter – warknął. – Widzę doskonale, że stoisz i wbijasz wzrok w swoją ukochaną, która właśnie odeszła.

Jak widzisz, to po co pytasz? Harry zacisnął pięści i choć aż nim trzęsło ze złości, postanowił, że nie da się sprowokować. Snape'owi tylko o to chodziło.

- Nie rozumiem, panie profesorze – starał się mówić tak grzecznym tonem, na jaki mógł się zdobyć.

- To dla mnie żadna nowina, że jak zwykle czegoś nie rozumiesz – Snape uśmiechnął się z ironią. – Może więc sprecyzuję moje pytanie, tak, żeby taki tępak jak ty był w stanie je pojąć. Masz na sobie strój do Quidditcha. Zawodnicy po zejściu z boiska mają obowiązek udać się do szatni i przebrać. Do tego służy boczne wejście. Czy będziesz łaskaw mi wyjaśnić, dlaczego zamiast pójść razem z innymi, wchodzisz do Hogwartu głównym wejściem, wnosząc tu piach i błoto?

Harry opuścił wzrok. Z przerażeniem dostrzegł, że w miarę czysta jak na tę pogodę posadzka upstrzona była błotnistymi śladami jego butów.

- Ja... eee...

- Natychmiast do szatni – rozkazał Snape krótko. – I nie korytarzami. Nie będziesz świnił po całym zamku.

Harry bez słowa wyszedł na dwór i zirytowany obszedł połowę Hogwartu, zanim doszedł do szatni. Przebieralnia była już pusta, zbliżała się bowiem pora kolacji. Pospiesznie zrzucił zabłocony strój i buty i założył codzienne ubranie. Wiążąc tenisówki starał się uspokoić. Spotkanie ze Snapem rozdrażniło go tak bardzo, że wcześniejsza radość ze spotkania z Cho wyparowała.

Harry oparł głowę o kamienną ścianę. Dotyk zimnych kamieni na jego czole pozwolił mu uspokoić rozbiegane myśli i przyniósł nadspodziewaną ulgę.

x x x x x

Po kolacji odprowadził Cho do wieży Ravenclawu i tam się pożegnali. Bez najmniejszej żenady pocałowali się na oczach sporej grupki Krukonów oraz pani Sprout, po czym Harry udał się pospiesznie do skrzydła szpitalnego.

Już od progu poczuł zapach ziół i apteki. Dwa łóżka przy oknie były zajęte przez parę trzecioklasistek z Hufflepuffu, które, jak głosiła plotka, próbowały na własną rękę powiększyć sobie usta, co nie mogło dobrze się skończyć. Na widok wchodzącego chłopaka obie dziewczyny wydały chóralny, zdławiony okrzyk i podciągnęły kołdry aż pod oczy. Harry skinął im głową i przeszedł na drugi koniec sali, gdzie znajdował się gabinet pielęgniarki.

Pani Pomfrey pisała coś zawzięcie, siedząc za biurkiem, na którym piętrzyły się stosy ksiąg i pergaminów. Na dźwięk otwieranych drzwi uniosła głowę. Wyglądała na zdziwioną. Jej dłoń zawisła na moment w powietrzu, a z końca pióra spłynęła pokaźna kropla atramentu.

- Potter? Coś się stało?

- Pani Pomfrey, chciałem zapytać, czy mogłaby mi pani dać trochę Eliksiru Słodkiego Snu.

Brwi pielęgniarki uniosły się tak wysoko, że niemal zniknęły pod białym czepkiem. Harry pomyślał, że chyba zbyt szybko przeszedł do rzeczy.

- Eliksir Słodkiego Snu? – powtórzyła. – Potter, to jest eliksir, a nie cukierki. Nie rozdaję go na prawo i lewo tylko dlatego, bo uczeń o to poprosi.

- Wiem, pani Pomfrey – odparł Harry ugodowo. Postanowił, że nie wyjdzie stąd bez eliksiru, choćby miał się włamać do zapasów szpitalnych. Pod warunkiem, że wiedziałby, gdzie szukać. – Ale ostatnio bardzo źle sypiam. Od kilku nocy prawie wcale. To znaczy zasypiam, potem śnią mi się koszmary, budzę się w środku nocy i nie mogę zasnąć aż do rana. Ja się zaraz wykończę.

Nie spuszczał wzroku z pani Pomfrey, wiedząc, że jego podkrążone i zaczerwienione oczy mówią same za siebie. Przybrał przy tym nieszczęśliwą minę, wiedząc, że pielęgniarka, choć zazwyczaj dość szorstka w obejściu, troszczyła się o swoich młodych pacjentów z wręcz macierzyńską czułością.

- No tak – głos pani Pomfrey był dość niepewny. – Rzeczywiście, wyglądasz na przemęczonego. Ale Eliksir Słodkiego Snu to dość silny środek. Powoduje, że zażywająca go osoba zapada w szybki, głęboki sen. Nie jest to standardowy środek nasenny. Zazwyczaj zaleca się go osobom, które na skutek traumatycznych przeżyć dręczą koszmary, gdyż eliksir ten gwarantuje całkowity brak marzeń sennych. Jednak, o ile twoje sny nie są wynikiem jakichś wspomnień i zdarzeń z przeszłości, proponowałabym coś lżejszego, na bazie wyciągów ziołowych. Na przykład pastylki na bazie melisy i...

- Śni mi się śmierć Cedrika Diggory'ego – wypalił Harry

Pani Pomfrey wydała z siebie krótki okrzyk i zatkała dłonią usta. Harry wpatrywał się w nią osłupiałym wzrokiem, przerażony tym, co powiedział. Nie chciał okłamywać pani Pomfrey, chciał ją uprosić, aby dała mu Eliksir Słodkiego Snu. Ale skoro już to powiedział, a nie zamierzał wyjść bez eliksiru...

- Cały czas śni mi się ta sama scena – wymamrotał i przełknął ślinę. – Zielony promień, krzyk i jego martwe ciało, leżące na trawie cmentarza.

W oczach pielęgniarki zabłysły łzy. Harry poczuł nagle ogromny wstyd. Wiedział, że był zdesperowany, ale żeby aż do tego stopnia? Tego się po sobie nie spodziewał.

- No tak... – pani Pomfrey pociągnęła nosem, usiłując się opanować. – Rozumiem. To musi być dla ciebie rzeczywiście straszne...

Podeszła do masywnej szafy z solidnym zamknięciem i otworzyła ją jednym machnięciem różdżki. Harry dostrzegł setki fiolek i flakoników różnej wielkości. Poczuł intensywny zapach, który nieodmiennie kojarzył mu się ze szpitalem i zmarszczył nos. Po chwili pani Pomfrey znalazła to, czego szukała.

- Dam ci ten eliksir – oświadczyła nieco roztrzęsionym głosem, zamykając szafę. – Musisz jednak bardzo uważać z dawkowaniem. To nie jest łagodny, ziołowy lek. Proszę – wetknęła Harry'emu fiolkę w dłoń. Fiolka była malutka, na długość jednej czwartej palca, wypełniona ciemnozielonym płynem. – Teraz słuchaj uważnie, Potter. Standardowa dawka to jedna kropla. Czasami dwie, ale to zależy od wzrostu, masy i budowy ciała. Sądząc po twojej posturze, jedna kropla wystarczy ci w zupełności. Eliksir ma dość nieprzyjemny zapach, ale jest bez smaku. Bierzesz jedną kroplę na łyżeczkę i połykasz, bez popijania. Nie wolno ci też dodać go do wody, soku czy innego napoju.

Harry skinął głową.

- Eliksir działa w przeciągu kilku minut, dlatego weź go dopiero wtedy, kiedy będziesz już w łóżku. Ma też działanie napotne, choć to akurat skutek uboczny, dlatego ubierz się ciepło i nie otwieraj okna do snu. Teraz najważniejsze. Oprócz nadmiernego pocenia się, mogą wystąpić takie objawy jak nudności, zawroty głowy oraz nagła senność w ciągu dnia. Zwykle dzieje się tak, gdy ktoś zażyje zbyt dużą dawkę, ale czasem zdarza się to i przy prawidłowym dawkowaniu. Są osoby, które zwyczajnie nie tolerują nawet najmniejszej dawki tego preparatu. Dlatego zalecam dużą ostrożność. Jeśli będziesz się źle czuł, natychmiast odstaw eliksir i przyjdź do mnie.

- Dziękuję – powiedział cicho Harry. – Będę bardzo uważał.

- I weź pod uwagę, że eliksir zapewnia sen nawet do dziesięciu godzin. Różnie to bywa, czasem jest ich siedem lub osiem, ale na wszelki wypadek oblicz, o której powinieneś jutro wstać i odejmij od tego, powiedzmy, dziesięć i pół godziny. Możesz potrzebować kilku minut na to, aby się dobudzić.

Harry jeszcze raz podziękował, zapewnił, że będzie bardzo uważał, po czym opuścił skrzydło szpitalne z ukrytą w kieszeni fiolką i płonącymi ze wstydu policzkami. Osiągnął to, co chciał, ale sposób, w jaki to zrobił oraz okłamanie pani Pomfrey budziło w nim uczucie wstrętu do samego siebie.

x x x x x

Zaczął szykować się do snu wcześniej, niż zazwyczaj, wyjaśniając współlokatorom, że jest bardzo zmęczony. Zgodnie z obietnica daną pani Pomfrey, obliczył godzinę, o której powinien zażyć eliksir. Założył ciepłą piżamę i zaczął się snuć po dormitorium, niemal odliczając minuty do godziny zero.

Wreszcie się położył, zaciągając starannie zasłony łóżka. Usiadł po turecku i wyciągnął spod poduszki owinięty w gryfoński szalik eliksir oraz małą łyżeczkę. Ostrożnie odkorkował fiolkę. W powietrzu rozszedł się zapach tak ohydny, że omal nie zwalił go z łóżka.

- Jasny szlag, co tu tak cuchnie? – ryknął Dean z drugiego końca sypialni. – Który zdjął skarpetki?

Harry zaczął się spieszyć. Trzęsącymi się rękoma zbliżył fiolkę do łyżeczki i ostrożnie przechylił. Ciemnozłota kropla skapnęła na łyżeczkę, a w ślad za nią poleciała druga. Harry się zdenerwował. Dean coraz głośniej i agresywniej poszukiwał sprawcy owej nieprzyjemnej woni. Powinien był iść do łazienki i tam zażyć to łajno (to nawet cuchnie jak łajno), ale trudno. W końcu to dwie krople, nie dziesięć. Chłopak zamknął oczy i dzielnie przełknął eliksir, mając nadzieję, że nie zwymiotuje.

O dziwo, eliksir faktycznie nie miał smaku. Harry pospiesznie zakorkował fiolkę, owinął ją w szalik i wcisnąwszy wszystko wraz z łyżeczką pod poduszkę, pospiesznie się położył i z uciechą nasłuchiwał, co się dzieje w dormitorium. Neville z oburzeniem odpierał właśnie podejrzenia o brak higieny. Dean szalał po dormitorium, domagając się otwarcia okna.

Nie, pomyślał Harry. Nie wolno otwierać okna, bo mnie przewieje.

Powieki zaczęły mu ciążyć.

Już? Tak szybko?

Z rozkoszą wtulił się w poduszkę i podciągnął kołdrę pod sama szyję. Ułożył się na boku i zwinął się w kłębek. Głos Deana dobiegał jakby z oddali. Harry ziewnął potężnie, zamknął oczy – i zasnął.

x x x x x

- To mi się nie podoba – mruknęła Dolores Umbridge.

Na twarzy chudego mężczyzny, którego głowa tkwiła w kominku Umbridge, nie było widać ani śladu skruchy.

- Uprzedzałem, że zebranie wszystkich informacji może potrwać nawet kilkanaście tygodni – wyjaśnił gładko. Miał miękki, jedwabisty głos, który powodował przyspieszone bicie serca u wielu kobiet. Efekt ten trwał do momentu, w którym zamiast słuchać, zaczynało się patrzeć na rozmówcę. Gładko ogolona, pociągła twarz o szpiczastym nosie, jasnoniebieskich, jakby wyblakłych oczach w kształcie migdałów i szczeciniastych, krótko ostrzyżonych włosach miała w sobie jakąś lisią chytrość.

- Ale tydzień temu twierdziłeś, że masz już skompletowane prawie wszystkie informacje! – syknęła Umbridge. Filiżanka w różowe wzorki zatrzęsła się niebezpiecznie w jej rękach.

- Na chwilę obecną mogę stwierdzić, że mam już wszystkie informacje, które mogłem zebrać – w oczach mężczyzny zamigotało rozbawienie. – Będę naturalnie szukał dalej, jeśli pani sobie tego życzy. Problem w tym, że wszystko, co do tej pory zebrałem, mam w formie zdjęć, zeznań, aktów, dokumentów, zeznań świadków. Gdybym dostarczył pani wszystkie dowody, miałaby pani nieco trudności z ich odczytaniem. Zamierzałem jak zawsze sporządzić pisemny raport dotyczący każdej z osób, a na potwierdzenie moich słów załączyć odpowiednie dokumenty.

- Hmm... – mruknęła Umbridge, stukając polakierowanymi na perłowy róż paznokciami o poręcz fotela. – Ile czasu zajmie ci sporządzenie pełnego raportu?

- Nie więcej, niż tydzień.

- Tydzień? Fil, zapłacę ekstra, jeśli dostanę raporty na jutro.

Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

- Na jutro się nie da, w żaden sposób. Na poniedziałek, owszem. Sto galeonów, płatność z góry, ta sama skrytka bankowa.

- Sto galeonów??? – wrzasnęła Umbridge.

- Jeśli nie, raporty będą nie wcześniej niż na piątek. Pani Umbridge, chyba zdaje pani sobie sprawę z istoty problemu. Materiału jest sporo. Dziesięć osób, z których każda, co do jednej, potrafi doskonale zacierać za sobą ślady, to ciężki orzech do zgryzienia, nawet dla mnie. Zwłaszcza, że wszystkie informacje, które zebrałem, są poparte dowodami. Żadnych plotek czy pogłosek. A sto galeonów to dla pani niezbyt wysoka suma.

Po dłuższej chwili Umbridge skinęła głową.

- Zgoda – powiedziała niechętnie. – Jutro będziesz miał swoje pieniądze w skrytce.

Fil zacmokał z uznaniem.

- Konkretnie i rzeczowo. To lubię – roześmiał się chrypliwie. – Zatem pozwoli pani, że się pożegnam. Czeka mnie dość pracowity weekend. A tak przy okazji. Jeśli ministerstwo dostanie informację o nielegalnym użyciu Obliviate na niejakim panu Creightonie z Liverpoolu, radziłbym nie wnikać w to, co się stało i dyskretnie wyciszyć sprawę.

Rozległo się ciche pyknięcie i głowa Fila zniknęła z kominka.