Severus nie należał do ludzi, którzy okazują emocje, cieszą się albo nie mogą się czegoś doczekać. Perspektywa spędzenia wieczoru z Fede była mu miła, owszem, ale nie wytrąciła go z równowagi. Nie był zakochanym nastolatkiem, który szaleje z nerwów przed spotkaniem z ukochaną i nie może sobie znaleźć miejsca. Toteż po kolacji wrócił do swojego gabinetu i zajął się tym, czym zajmował się zazwyczaj wieczorami – sprawdzaniem prac uczniowskich. Pióro biegało po pergaminach, gdy z ponurą satysfakcją wykreślał poszczególne zdania, dopisywał zjadliwe komentarze i stawiał oceny, uczciwie dopasowane do domu, z którego był autor danej pracy. A wisienką na torcie było najzupełniej sprawiedliwe „T" dla Pottera. Ponury uśmiech pojawił się na twarzy Severusa, gdy wreszcie uporał się ze stekiem bzdur, jakie powypisywał ten smarkacz. Odłożył pióro i rozprostowując palce, pomyślał, że wieczór zapowiada się całkiem interesująco. Najpierw wlepił Potterowi najniższą ocenę, a potem, o jedenastej…
Rzucił okiem na stojący na kominku zegar. Dziewiąta osiemnaście.
Severus wstał od biurka i zaczął spacerować po gabinecie. Mimochodem przytknął ucho do zegara (chodził) i sprawdził jego zgodność z tym kieszonkowym, który zawsze nosił przy sobie. Dziewiąta dwadzieścia. Nie to, żeby nie mógł się doczekać, po prostu był punktualny i nie lubił się spóźniać. A ponieważ miał jeszcze mnóstwo czasu, zaczął niespiesznie porządkować gabinet, przeglądając poustawiane na półkach zbiory, notując w myślach, które należy uzupełnić i wyrzucając kilka słoików z przeterminowaną zawartością.
Za minutę jedenasta niespiesznie odstawił słoik z marynowanymi gumochłonami na swoje miejsce. Obciągnął rękawy czarnej koszuli, rzucił okiem na biurko, upewniając się, że różdżka leży na swoim miejscu (w końcu nie szedł na wojnę, a do kochanki), po czym podszedł do kominka i bez chwili wahania przeniósł się do sypialni Fede.
W momencie, kiedy dotknął stopami puszystego, kremowego dywanu, zrozumiał, że coś jest nie tak.
Był tu już dwukrotnie. Za każdym razem ogień trzaskał w kominku, oświetlając pokój ciepłym blaskiem. Uśmiechnięta Fede czekała w fotelu, zapraszając go gestem, aby usiadł koło niej. Na stoliku stała butelka Ognistej Whisky i dwie szklanki, a on miał wrażenie, że jest tu najbardziej oczekiwanym gościem.
Dzisiaj ogień w kominku był niemal wygaszony, przez co pomieszczenie spowijał półmrok. Delikatne płomyki pełzały po szczapach drewna, rzucając karykaturalne cienie na ściany i zaciągnięte szczelnie kotary. Severus lekko się wzdrygnął, czując lekki chłód. Stolik był pusty, fotele również. Panującej tu ciszy nie mącił nawet najlżejszy dźwięk.
Severus poczuł, że coś ściska mu gardło. Zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę.
Jej tu nie ma, pomyślał. Wykiwała mnie.
Nie wiedział, czy to, co czuje, to zawód, żal czy też furia. Stał przy kominku z zaciśniętymi pięściami, oddychając szybko i nierówno.
Tego właśnie chciałaś. Abym przyszedł, kiedy tylko na mnie skiniesz. Tego chciałaś, Fede? Jeden-jeden, tak? Czy może dwa do jednego? Ty nie uznajesz remisów, nigdy nie uznawałaś. Zawsze musiałaś być górą. I masz, co chciałaś. Dwa do jednego. Kończysz z pięknym wynikiem, z wygraną. Teraz możesz przejść do, jak to określiłaś? - bardziej formalnych stosunków – z uczuciem satysfakcji. Bawi cię to, suko? Bawi? Z kim się teraz śmiejesz, co? Z kim pijesz swoją whisky? Kogo tej nocy zaprosisz do swojego łóżka?
Upokorzenie dławiło go niczym knebel. Jakże znajome było to uczucie, które towarzyszyło mu przez lata nauki w Hogwarcie. Do dziś pamiętał każde słowo, każdą scysję czy bójkę, każdy drwiący uśmiech na twarzach Pottera, Blacka i ich oddanych wielbicieli. Później już nikomu na to nie pozwalał. Nikt nie ośmielił się więcej drwić z Severusa Snape'a, a ci, którzy próbowali, dostawali bolesną nauczkę.
Dopiero ona…
Severus zamknął oczy i usiłował się uspokoić, choć ogarnęła go taka pasja, że miał ochotę chwycić fotel i roztrzaskać nim ten pieprzony stolik. Zerwać zasłony, rozwalić kominek, zniszczyć ten wypieszczony, kobiecy spokój sypialni Fede. A przede wszystkim chwycić ją za ten dumny, kurewski kark i mocno nią potrząsnąć. Tak, aby w jej oczach pojawił się strach. Tak, aby nauczyła się nie igrać z ludźmi. Tak, jak powinien to zrobić wiele lat temu, podczas tej pamiętnej nocy, kiedy…
Tak, jak to robił jego ojciec. Podnosił rękę i uderzał w twarz tak mocno, aż z rozciętych warg płynęła krew.
Z ust Severusa wydobył się głuchy jęk. Zimnymi jak lód dłońmi objął twarz i zatoczył się, opierając się plecami o gzyms kominka.
O, Merlinie. Nie był taki, jak jego ojciec. Nigdy, przenigdy, nie podniósłby ręki na Fede. Uderzyć ją? Chwycić za kark? Potrząsnąć? Zrobić jej krzywdę? O nie, nie, nigdy. Była taka drobna i delikatna, że mógłby skręcić jej kark jednym ruchem ręki, jak kurczakowi.
Zamrugał, usiłując się opanować. Jego wzrok przyzwyczaił się już do półmroku sypialni Fede. Severus dostrzegał teraz wyraźnie kontury mebli, zarysy dywanu, ozdobne nogi łóżka stojącego pod przeciwległą ścianą, a także… serce na moment mu zamarło. Pod satynową pościelą wyraźnie rysował się zarys leżącego w łóżku ciała.
Ona nie… ona nie… ona czekała!
Ulga, jakiej doznał w tym momencie, była tak silna, że na moment przestał oddychać. A po chwili ogarnął go palący wstyd. Gdyby jeszcze potrafił i pamiętał, jak się to robi, zapłakałby nad sobą, własną podłością i tym, jak nisko upadł. Podczas, gdy on w myślach obrzucał ją najgorszymi wyzwiskami i dyszał nienawiścią, ona na niego czekała. Ale dlaczego niemal wygasiła ogień w kominku? Dlaczego się położyła? Czemu nie odezwała się ani słowem? Przecież musiała go usłyszeć…?
Czyżby spała?
Wzięła od niego lekarstwo w czasie lunchu i od razu je zażyła. Podczas kolacji wyglądała znacznie lepiej, a jej głos wrócił do normalnego, niskiego tonu, pozbawionego śladu chrypki. Wzięła wtedy drugą dawkę eliksiru. Może jednak czuła się trochę gorzej i postanowiła się położyć, a wtedy zasnęła? Severus nadstawił uszu, ale w pokoju panowała absolutna cisza. Fede leżała bez ruchu, cicho i spokojnie. Nie było nawet słychać jej oddechu.
- Fede? – serce zaczęło mu łomotać jak szalone. – Fede, śpisz?
Nadal cisza.
- Fede? – na Merlina, przecież nie mogła go nie słyszeć. Dlaczego ona tak cicho śpi? Eliksir był mocny, ale składniki obliczone proporcjonalne do jej wagi. Nic jej się nie mogło stać. Severus dwoma susami przemierzył pokój i stanął tuż przy jej łóżku. Fede leżała przykryta tak, że widać było tylko jej brązowe włosy, spoczywające na poduszce. Mężczyzna wyciągnął rękę, aby ściągnąć z niej kołdrę i odsłonić twarz, ale jego dłoń zatrzymała się kilka centymetrów od chłodnej, cienkiej satyny. Nadal nie słyszał jej oddechu.
W tym momencie Fede zsunęła nieco kołdrę, odsłaniając twarz aż do brody. Spojrzała na Severusa wielkimi, brązowymi oczami, w których mimo ciemności, można było dostrzec malujące się figlarne iskierki.
- Jak zwykle punktualnie – powiedziała.
Severus wpatrywał się w nią, kompletnie osłupiały. Uśmiechała się jak zawsze, nie mając nawet pojęcia, co on przed chwilą przeżył, najpierw sądząc, że zakpiła sobie z niego, a potem, że coś jej się stało. Wysunęła jedno ramię spod przykrycia i machnęła różdżką. Ogień na kominku zahuczał, a silne, ciepłe światło nagle rozświetliło pokój. Severus na moment spojrzał odruchowo w stronę kominka, a gdy znów odwrócił się do Fede, dostrzegł, że jednym ruchem odrzuca ona przykrycie. Była zupełnie naga, nie licząc wisiorka ze złotym krzyżykiem, który spoczywał teraz na jej prawej piersi. Leżała na prawym boku, bez skrępowania odsłaniając przed nim swoją nagość. Światło ognia nadawało jej skórze ciemnozłoty, ciepły odcień.
Severus bezwiednie przesunął wzrokiem po jej ciele, od ramion, poprzez piersi i płaski brzuch, aż do podbrzusza i ud. Nie mógł nic poradzić na to, że jego ciało spina się w skurczu pożądania, a na twarz wypływa gorąco.
- O ile wzrok mnie nie myli, uśmiechasz się – odezwała się Fede, bawiąc się niedbale krzyżykiem i przesuwając dłoń po czubkach piersi. – A przynajmniej unosisz nieco kąciki ust. Czyżby to, co widzisz, było aż tak rozkoszne?
Niedoczekanie twoje.
- Jak zwykle wyciągasz błędne wnioski – odparował Severus, który zdążył się już opanować. – I widzisz to, co chcesz widzieć. Owszem, uśmiecham się, ale z nieco innego powodu. Mniemam, że czujesz się już doskonale, a czym świadczy twoja mina i twój… hmm, strój. A raczej jego brak. Wiedz zatem, że eliksir, który dzisiaj zażywałaś, jest moim wynalazkiem. To absolutna nowość. Nie znają go nawet magomedycy ze Świętego Munga,a uśmiecham się, gdyż właśnie się upewniłem, że mój eliksir, jak zresztą każdy, który kiedykolwiek uwarzyłem, jest doskonały. Satysfakcja naukowca, moja droga.
- Ach tak? – uśmiech Fede stał się jeszcze słodszy. Wolnym ruchem chwyciła kołdrę i naciągnęła ją na siebie tak, że widać było tylko jej oczy, nos i usta. – W takim razie może usatysfakcjonowany badacz wróci do swojego gabinetu i będzie z lubością przypatrywał się swemu cudownemu wynalazkowi, ciesząc oczy widokiem i dotykiem… fiolki?
Severus nachylił się nad Fede, której oczy błyszczały psotnie, jak u małego dziecka. Chwycił chłodną warstwę satyny i jednym ruchem posłał kołdrę na środek pokoju.
- Może i jestem badaczem, dla którego praca naukowa i zadowolenie z własnych osiągnięć to sprawa priorytetowa. Może i brak mi romantyzmu, przez co nie możesz liczyć ani na kwiaty, ani na herbatki w Hogsmeade. Ale jednego nie możesz mi zarzucić.
- Tak…?
- Nie jestem idiotą.
Fede wyciągnęła ramiona i objęła go za szyję. Severus poddał się jej uściskowi i ze zduszonym westchnięciem opadł na jej nagie ciało. Wyczuł delikatny zapach lawendowego mydła i nieco ostrzejszą woń tytoniu i wiśni. Palce Fede zaczęły mu rozpinać koszulę, podczas gdy on szarpał się z paskiem spodni. Powinien był rozebrać się wcześniej, zamiast kłaść się do łóżka w ubraniu. Koszula wylądowała na podłodze. Drobne, kobiece dłonie przesunęły się po jego klatce piersiowej i zsunęły się najpierw na brzuch, a potem niżej, w kierunku podbrzusza. Severus jęknął, gdy zwinne palce objęły jego nabrzmiałą męskość. Och tak, Merlinie, był gotowy już od dłuższej chwili, ale dotyk palców Fede sprawiał mu rozkosz tak silną, że niemal na granicy bólu. Powstrzymując się, aby nie krzyknąć z podniecenia, zaczął całować szyję leżącej pod nim kobiety, kreśląc na niej wzory koniuszkiem języka. Fede odrzuciła głowę do tyłu, pomrukując niczym zadowolona kotka.
- Myślałam, że wyjdziesz – szepnęła mu do ucha.
- Wyjdę…?
- Kiedy sądziłeś, że mnie nie ma. No wiesz… kiedy tu wszedłeś. Myślałeś, że znowu z ciebie zakpiłam. Tak jak poprzednio…
Severus zesztywniał. Spojrzał Fede w twarz, a ona zerknęła na niego filuternie i – na Merlina, uśmiechnęła się. Tak po prostu.. Leżała pod nim i uśmiechała się głupio, sądząc najwyraźniej, że była to świetny dowcip. Po chwili jednak wyraz rozbawienia zniknął jej z twarzy. Najwyraźniej zorientowała się, że coś jest bardzo nie tak.
- Severusie, coś się stało? Co…?
Puścił ją i usiadł, czując, jak całe podniecenie znika jak za dotknięciem różdżki, a w jego miejsce pojawia się złość. Ona najwyraźniej niczego nie rozumiała. Dla niej była to świetna zabawa, nie pojmowała jednak, co on wtedy czuł.
- Czy coś się stało? – zadrwił. – Fede, może dla odmiany ja ci zadam pytanie. Czy jesteś naprawdę aż tak tępa?
Jej oczy rozszerzyły się z urazy. Dźwignęła się na łokciach i również usiadła, oddychając ciężko. Złoty krzyżyk pobłyskiwał między jej drobnymi piersiami.
- Tępa? Tępa? – jej głos wzniósł się nieco i stał się piskliwy, jak zawsze, kiedy była zdenerwowana. – Jak śmiesz mnie obrażać?
- Obrażać, dobre sobie – warknął Severus. – Przyszedłem do ciebie, sądząc, że mnie zapraszasz. Wchodzę i widzę ciemny, pusty pokój. Myślałem, że ustaliliśmy, że zaczynamy wszystko od nowa, tak, jakby nie było tych nieszczęsnych dwóch poprzednich spotkań. A gdy tu wszedłem, sądziłem, że wystawiłaś mnie do wiatru. A ty się uśmiechasz, zupełnie, jakby był to świetny dowcip. Bawiło cię to, Fede? Niezły miałaś ubaw? Bo wyobraź sobie, mi wcale nie było do śmiechu. A twoje przypomnienie, jak zakpiłaś ze mnie ostatnim razem, tym bardziej mnie nie rozbawiło.
Fede otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Severus miał wrażenie, że dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Tyle, że jej skruszona mina nie ułagodziła go, a wręcz przeciwnie, rozwścieczyła jeszcze bardziej. W tym momencie miał ochotę mocno nią potrząsnąć, aby zmazać ten głupkowaty wyraz z jej twarzy.
- Ja… eee… - zaczęła Fede niepewnie. Wielkie, brązowe oczy wpijały się niespokojnie w jego ściągniętą gniewem twarz. Nerwowym ruchem zmięła skraj pościeli. – Jeśli nie chcesz się dzisiaj ze mną kochać, to ja rozu…
- Nic nie rozumiesz – przerwał jej zimno Severus. Oczy płonęły mu furią. – Przyszedłem tu w bardzo konkretnym celu i nie zamierzam z tego zrezygnować.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuł, że traci nad sobą kontrolę. Owładnął nim tak silny gniew, że przestał logicznie myśleć. Chwycił Fede za ramiona i tak mocno pchnął, że z rozmachem uderzyła o poduszki i sapnęła. Próbowała się podnieść, ale przycisnął ją całym ciałem, uniemożliwiając tym samym jakiekolwiek próby ucieczki.
- Zbyt wiele razy igrałaś z ogniem – warknął. – Więc teraz się przekonasz, jak to jest się poparzyć.
Nachylił się i zdusił jej protesty pocałunkiem tak brutalnym, że poczuł w ustach smak krwi z przeciętej wargi. Jej serce łomotało jak szalone, ale niewiele go to obchodziło. Nie myślał w tym momencie logicznie. Nie obchodziło go, że robi – lub też zamierza zrobić – coś, co nie leżało w jego charakterze i czym zawsze się brzydził. W tym momencie wściekłość pomieszana z żądzą wzięła górę. Kolanem rozwarł jej uda, wiedząc doskonale, że ją posiniaczy i wcale o to nie dbając.
- Tak! – krzyknęła Fede, z trudem łapiąc oddech. Oswobodziła dłonie i przejechała mu paznokciami po plecach, rysując na nich krwawe ślady. Severus syknął z bólu i odruchowo chwycił ją za włosy tak mocno, że głowa odskoczyła jej do tyłu. Jej ciało wygięło się w łuk, a z ust wybiegło błagalne: - Sev, błagam, zrób to. Zrób to!
A więc TO ci się podoba, przemknęło przez rozgorączkowane myśli Severusa. Ty to lubisz, prawda? To nie miły seks cię podnieca, ty po prostu wolisz zwykłe, brutalne pieprzenie? Na Merlina, gdybym cię teraz sprał, błagałabyś o jeszcze…
Przed oczami mu pociemniało. Fede jęczała, a z jej ust spływały prośby, jakich nigdy nie spodziewałby się od niej usłyszeć. Nigdy nie uważał Fede za grzeczną dziewczynkę, zbyt dobrze ją znał. Nawet widując ją w prostych, skromnych sukniach i z gładko upiętymi włosami nie porównałby jej do oschłej McGonagall, prostodusznej Sprout czy pogodnej Sinistry. Zawsze było w niej coś, co wyróżniało ją na tle pozostałych nauczycielek. Czerwone szpilki, wyłaniające się spod długiej sukni? Odsłonięta kostka, gdy obracała się tak szybko, że spódnica wirowała wokół niej? Jakiś niesforny kosmyk, który wymykał się z gładkiego upięcia? To wszystko intrygowało, kusiło, podniecało męskie zmysły. Ale wulgarność i rynsztokowe słownictwo, jakie płynęło z jej ust, o nie, tego się po niej nie spodziewał. To go zaskoczyło i przywiodło na myśl te wszystkie prostytutki z Nokturnu, w których ramionach szukał kiedyś zapomnienia. One również wyrażały się w ten sposób, sprowadzając wszystko do wulgarnej i pozbawionej czułości zmysłowości, otumaniając mężczyzn i spełniając ich marzenie o dziwce w łóżku. A teraz miał pod sobą jedną z nich. Zmysłową i słodką, która teraz dyszała pod nim, cala rozgorączkowana, i błagała, aby pieprzył ją jak sukę.
Puściły mu hamulce. Chwycił Fede za kolano i rozkładając szeroko jej nogi, wdarł się w nią jednym ruchem. Z ust wyrwał mu się niemal zwierzęcy skowyt. Fede również krzyknęła, ale nie wiedział, ile było w tym bólu, a ile rozkoszy. Wycofał się i pchnął jeszcze raz, z całej siły. Ponownie krzyknęła, ale tym razem bardziej żałośnie.
I wtedy w głowie Severusa rozbrzmiało echo dawnego krzyku sprzed lat.
X X X X X
Czarnowłosy chłopczyk kulił się na łóżku, z całej siły zatykając palcami uszy. Nie chciał słyszeć tych odgłosów, dobiegających z sypialni rodziców. Budziły w nim wstręt i odrazę, ale również śmiertelnie przerażały.
Jako kilkulatek sądził, że ojciec robi krzywdę mamie.
Gdy był już nieco starszy, pojął, że owe zduszone krzyki i jęki mogą tez oznaczać rozkosz, jaką dają sobie wzajemnie mężczyzna i kobieta. I że owa rozkosz może być tak silna, że ociera się czasem o granicę bólu.
Wtedy był już jednak na tyle duży, by rozumieć, że to, co dzieje się między ojcem a matką, nie ma nic wspólnego z miłosnym uniesieniem i cielesną przyjemnością.
X X X X X
Severus znieruchomiał i na moment przestał oddychać. Wspomnienie krzyków matki nałożyło się na krzyk Fede. W jednej chwili wrócił do rzeczywistości, do sypialni Fede, do jej ciała, w które wdarł się w odruchu żądzy, a które z całej siły przyciskał teraz do łóżka.
Nie wierzył temu, co właśnie zrobił. O nie, nie, to niemożliwe. Merlinie, niech to będzie tylko sen. Niech to nie będzie prawda. Ja nigdy... nigdy wcześniej nie... bogowie, co ja zrobiłem...
Dolna warga Fede krwawiła. Uczucia, jakiego doznał na ten widok, nie był nawet w stanie opisać. Ogarnęło go przerażenie i wstyd, jakiego nigdy wcześniej nie odczuwał. I nie wiedział już, co jest gorsze – świadomość tego, że był gotów zmaltretować to drobne, kruche ciało, czy to, że robił dokładnie to, co każdej nocy Tobiasz Snape robił jego matce.
Zawsze wiedział, że jest podobny do ojca. Z wyglądu. Dawno temu poprzysiągł sobie, że nigdy, przenigdy, nie stanie się taki jak on z charakteru. A teraz... Severus poczuł, że drży. Był dokładnie taki sam, jak ojciec, którego nienawidził i którym się brzydził. Dokładnie taki sam. Twarz Tobiasza Snape'a uśmiechała się do niego szyderczo.
Bezwiednie rozluźnił uścisk na ramionach Fede i opadł na jej ciało, trzęsąc się przy tym jak w malignie. Był słaby, chory z upokorzenia, bezbronny. Gdyby w tym momencie Fede wymierzyła w niego różdżką, nie byłby w stanie się obronić. I nawet by nie próbował. Mogłaby go ogłuszyć, a nawet zabić. Nie broniłby się. Czuł, że przyjąłby nawet najgorsze, najbardziej bolesne zaklęcie, a nawet śmierć. Byłoby to dla niego jak wybawienie.
I wtedy usłyszał cichy szept. Jej oddech musnął mu policzek tak delikatnie, niczym pieszczota.
- Severusie...
Zatopił się w jej czułym dotyku. Szczupłe ramiona objęły jego barki, a kobieca dłoń zaczęła łagodnie gładzić czarne, splątane włosy.
- Severusie... - usta Fede zbliżyły się do jego policzka, tak blisko, że niemal czuł muśnięcia pełnych warg na swojej rozpalonej, napiętej skórze. - Severusie, dlaczego... co się stało? Przecież to nic...
Dlaczego dopiero teraz uświadomił sobie, że Fede lekko sepleni? Nigdy wcześniej tego nie zauważył, dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wypowiada – i zawsze wypowiadała – jego imię bądź nazwisko w dość specyficzny sposób. To niezbyt zgrabnie brzmiące "s" w jej ustach byłoby skazą, gdyby wypowiadał je ktoś inny. Ale nie ona.
- Ja... - wykrztusił i zamilkł, kryjąc twarz w zagłębieniu szyi Fede. Dotyk jej skóry przynosił ukojenie. - Ja tak nie chcę. Nie tak. Nie w ten sposób. Nie tak, jak on...
- On?
- Mój ojciec...
Słowa te wypłynęły z jego ust zupełnie nieświadomie. Nie chciał tego powiedzieć. Nigdy nikomu nie wyznał, jakim naprawdę człowiekiem był jego ojciec. Och, oczywiście, parę osób wiedziało, jak wyglądało życie rodzinne w domu Snape'ów, że Tobias Snape jest porywczy, chętnie zagląda do kieliszka i nie dba o żonę ani syna. Ale nikt nie wiedział o katordze, jaką przeżywała jego rodzina, ani o zimnej, zawziętej nienawiści, jaką odczuwał Severus na każde wspomnienie ojca., ani o jego strachu, że stanie się kiedyś taki sam, jak on.
A teraz to powiedział. Po raz pierwszy w życiu wyznał na głos to, czego się tak bardzo bał. Odsłonił się przed Fede, ujawnił jej swoje najskrytsze lęki. On, tak dumny ze swojej samokontroli, kryjący swoje uczucia i emocje nawet przed Albusem, który znał go jak nikt inny, zwierzył się Fede. Runął mur jego kamiennej obojętności. W walce takie odsłonięcie kart przed przeciwnikiem oznaczało porażkę. Dla niego samego była to porażka. W nagłym przebłysku paniki pomyślał, że teraz Fede go odepchnie. Jej oczy spojrzą na niego z pogardą – ona nie uznawała słabości – jak na żałosnego faceta, który tuli się do jej ramienia jak przerażone, bezbronne dziecko.
Ale ona go nie odepchnęła. Zamiast tego przytuliła się do niego jeszcze mocniej i zaczęła mu coś szeptać do ucha. Nie wiedział co, nie rozpoznawał słów, ale to nie było ważne. W tonie jej głosu była czułość, łagodność i ciepło. Poczuł, że dłużej tego nie zniesie. Z gardła wydobył mu się suchy szloch. Chciał uciekać, uniósł się na ramionach, szarpnął, próbując wyzwolić z jej objęć, ale ona go nie puszczała, cały czas przemawiając do niego uspokajająco i tuląc go do siebie.
- Severusie, mój drogi...
I wtedy się poddał. Z oczu pociekły mu łzy.
Leżał tak, wstrząsany bezgłośnym łkaniem, a dotyk ciała Fede koił jego cierpienie. Jej uścisk i niema pieszczota była niczym… nie wiedział, jak to opisać. To było jak dawne wspomnienie, kiedy w objęciach matki poznawał otaczający go świat. Jak letnia łąka, na której lubił leżeć i przyglądać się płynącym po niebie obłokom. Jak słodki smak miodu prosto ze słoika, który z upodobaniem wyjadał, będąc dzieckiem. Jak para, unosząca się znad kociołka z warzonym właśnie eliksirem. Jak wartki i chłodny nurt rzeki w upalne popołudnie.
To Fede wykonała pierwszy ruch, chwytając jego dłoń i kładąc ja na swojej piersi. Severus podniósł na nią wzrok.
- Chcesz…? – wychrypiał. Nie miał odwagi uwierzyć, że po tym, co zrobił…
Skinęła głową. Jej duże, brązowe oczy przywodziły mu na myśl ufny wzrok sarny. A ponieważ nadal się wahał, to ona go pocałowała.
Wspomnienie Tobiasza Snape'a odpłynęło w niepamięć i nie powróciło tej nocy. Tym razem robili to wolno i czule, bez rozmów, wzajemnych uszczypliwości czy ironii. Severus nie spieszył się, pieszcząc każdy skrawek jej ciała z taką delikatnością, jakby miał przed sobą kruchą figurkę z porcelany. Tej nocy po raz pierwszy odważył się zabłądzić ustami między uda Fede, a ona nie broniła mu dostępu. Zanurzając język w jej wilgotnej kobiecości, wsłuchiwał się w przyspieszony oddech kochanki i nie wiedział, komu ta niezwykle intymna pieszczota sprawia większą przyjemność. Gdy kobieta zaczęła drżeć, mocno przytrzymał jej biodra i nie przestał drażnić jej nabrzmiałej łechtaczki, dopóki Fede na fali orgazmu nie zaczęła wykrzykiwać jego imienia. Dopiero wtedy położył głowę na jej łonie, dysząc chrapliwie i napawając się ciepłem jej rozgrzanej skóry.
- A ty? – wymruczała po chwili Fede, wtapiając palce w jego głosy. – Sev, przecież ty nie…
- Nie dzisiaj – odmruknął, nie zmieniając pozycji i przesuwając palcami po jej biodrze. – Nie dziś…
Leżeli tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, a Fede nie nalegała. Przytuliła tylko udo do jego policzka, a on pocałował jej gładką skórę. Dziś nie chciał tego zrobić. Nie mógł. Raz, że czuł się nadal podle, dwa, że słowa Fede wzbudziły w nim niepokój ,który rozwiać mogła tylko szczera rozmowa i wiedział, że bez tego się nie obędzie.
X X X X X
- Fede, czy ty…?
Niedokończone zdanie zawisło w powietrzu, co nigdy się Severusowi nie zdarzało, nie miał bowiem wcześniej żadnych oporów przed wypowiedzeniem tego, co chciał, nawet, jeśli miałoby to być coś wyjątkowo nieprzyjemnego. Nie bał się mówić szczerze i bez ogródek. A jeśli o czymś mówić nie chciał, to nie odzywał się w ogóle.
Fede strzepnęła popiół do kryształowej popielniczki. Wiedziała, że wcześniej czy później padnie to pytanie. Pewnych rzeczy nie dało się uniknąć. Odpowiedziała więc, nie czekając, aż Severus dokończy zdanie.
- Zależy – odparła. Zaciągnęła się dymem, zastanawiając się, jak zgrabnie ująć całość w słowa, tak, aby zrozumiał. Nie chciała niedomówień. – To nie tak, jak myślisz. Że podnieca mnie tylko ból i że lubię, jak traktuje się mnie jak szmatę. To jest po prostu… och, no… inne.
- Kiedy robiliśmy to po raz pierwszy – głos Severusa brzmiał głucho – było inaczej. Nie zadałem ci wtedy bólu, a mimo wszystko miałem wrażenie, że jest ci dobrze. Nie, kurwa, nawet nie dobrze. Wiłaś się pode mną i miałaś orgazm. A teraz prosiłaś mnie, abym brał cię jak sukę. Nie wiem, co mam o tym myśleć, Fede. Nie siedzę w twojej głowie.
Fede westchnęła.
- To nie jest łatwo wytłumaczyć – przyznała. – Lubię się z tobą kochać. Kiedy robiliśmy to po raz pierwszy, było mi tak dobrze, że gdybyś wziął mnie po raz drugi, nie protestowałabym. Sev, jak myślisz, dlaczego po tej pierwszej nocy nie wyrzuciłam cię z hukiem, tylko walczyłam o to, abyśmy znowu byli razem? Bo to, co wtedy robiliśmy, było cudowne. Wiedziałam, że byłabym idiotką, gdybym wiedziona honorem kazała ci zjeżdżać.
- Po prostu daj mi jasną odpowiedź. Podnieca cię, kiedy ktoś się nad tobą pastwi?
- Jasna odpowiedź, mówisz. Dobrze. Nie. Nie lubię.
- To dlaczego…
- Nie chodziło mi o ból ani o to, abyś mnie pobił. To było po prostu inne. Widzisz – Fede zgasiła cygaretkę, po czym oparła się na łokciu i spojrzała Severusowi prosto w twarz. – Nie lubię stagnacji. Nie pociąga mnie to, co nazywa się potocznie obowiązkiem małżeńskim, a co w przełożeniu na nasze wygląda tak, że ja kładę się na plecach, a ty uprzejmie wykonujesz kilkadziesiąt ruchów, spuszczasz się, pytasz, jak mi było i całujesz na dobranoc. Potem zasypiasz, a ja osiągam orgazm dzięki własnym palcom, zagryzając wargi, abyś nie usłyszał, jak jęczę. Ja nie chcę w ten sposób. Lubię, jak za każdym razem jest inaczej. Raz wolno i niespiesznie, innym razem szybko i bez zbędnych filozofii. To, co dzisiaj zrobiłeś, było odskocznią. Nie chodziło mi o to, aby mnie bolało. Po prostu było inaczej. A kiedy patrzyłam na twoja twarz…
- Tak…?
- Pamiętam cie jeszcze ze szkolnych czasów. Zawsze byłeś tak opanowany, tak kurewsko opanowany, że miałam wielką ochotę zobaczyć, jak cała twoja samokontrola idzie w cholerę. Kiedy patrzyłam dzisiaj na twoją twarz, widziałam, jak twoje słynne opanowanie wreszcie znika. To mnie podnieciło, Sev. Nie brutalność czy ból. To, że wreszcie przestałeś nad sobą panować, bo nawet kiedy się kochaliśmy po raz pierwszy, nie dałeś się ponieść emocjom. Może w pewnym stopniu… chyba nikt nie jest w stanie panować nad sobą, kiedy ma orgazm, ale to nadal byłeś dawny ty. A dzisiaj przeszedłeś samego siebie – Fede musnęła ustami policzek Severusa. – I nie mówię o twoim napadzie szału. Mówię o tym, co było później. Wiesz, że pieścić kobietę i przerywać na chwilę tuż przed tym, jak ona zacznie szczytować, jest naprawdę cholerną torturą?
- Hmm..
- Aleś ty rozmowny…
- Przykro mi – odparł Severus bez cienia skruchy w głosie i potarł kciukiem sutek Fede, czując, jak pod jego dotykiem ciemnoróżowy guziczek powoli twardnieje i słysząc ciche westchnienie.
W tym momencie na środku pokoju coś błysnęło i rozległo się głośne pyknięcie. Oboje zareagowali w tej samej chwili. Severus usiadł z rozmachem na łóżku, ale w tym momencie Fede była już na równych nogach, trzymając w dłoni różdżkę. Coś świetlistego spłynęło prosto na dywan.
Severus zamrugał. Fede zareagowała tak błyskawicznie, że tego by się po niej nie spodziewał. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę z jej refleksu. Do tej pory nie był przekonany o jej wybitnych umiejętnościach, mimo posiadanego przez nią dyplomu aurora. A teraz przyszło mu do głowy, że Fede jest niesłychanie szybka, szybsza niż on.
- To wiadomość – odezwała się Fede, podnosząc kawałek pergaminu z dywanu. – To pismo McGonagall…
Wyraz jej twarzy przypominał Severusowi tę dawną, kilkunastoletnią Fede, która mało czego się bała, ale przed McGonagall zawsze czuła ogromny respekt.
- Tak? – Severus wstał i zaczął się pospiesznie ubierać.
- 'Fede, proszę bezzwłocznie stawić się w moim gabinecie." – odczytała Fede. Jej oczy szeroko się rozszerzyły. – Sev, czy ona… ona o nas wie?
Severus zamarł w bezruchu z butem w dłoni. Poczuł, jak po karku przebiega mu zimny dreszcz, a żołądek wiąże się w ciasny supeł.
- Sev? – głos Fede dobiegał jakby z oddali.
Potrząsnął głową i spojrzał na nią wzrokiem, w którym malowało się ogromne napięcie i powaga.
- A więc to się stało dzisiaj – wyszeptał, bardziej do siebie niż do niej.
- O czym ty mówisz? – głos Fede wzniósł się do pisku.
- O ucieczce z Azkabanu – głos Severusa był niemal bezdźwięczny. – Wiedziałem, że to się zdarzy lada dzień, ale nie wiedziałem, że dzisiaj…
- Ucieczka z… Azkabanu? – Fede niemal się zachłysnęła. – Sev, o czym ty mówisz? Jaka ucieczka, kto… przecież dementorzy…
- Przeszli na stronę Czarnego Pana – głos Severusa drżał lekko. – To było planowane już od kilku miesięcy. Nikt nie wiedział, kiedy to się stanie, nawet ja… najgorsi śmierciożercy. Lestrange'owie, Jugson, Rookwood…
- Wiedziałeś o tym???
- Wiedziałem! – wrzasnął Severus. – I Dumbledore też o tym wiedział! Jak sądzisz, dlaczego cię tu ściągnął? Bo wiedział, co się stanie. Miałaś wzmocnić szeregi Zakonu Feniksa, Fede. Dlaczego Hagrid wraz z Madame Maxime pojechali rozmawiać z olbrzymami? Dlaczego właśnie teraz?
Fede wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami.
- To oznacza… - zaczęła cicho.
- Wojnę – dokończył Severus ponuro.
Zapadła martwa cisza. Fede stała jak sparaliżowana. Pamiętała dobrze czasy poprzedniej wojny. Miała kilkanaście lat, kiedy Voldemort został pokonany przez własną pychę i odbite zaklęcie. Była wtedy jeszcze nastolatką, która nie brała udziału w wojnie, ukryta bezpiecznie za starymi murami Hogwartu jak inni uczniowie i do pewnego momentu nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę dzieje się na zewnątrz, dopóki nie zaczęli ginąc ludzie, których znała. Pamiętała, jak po wakacjach wróciła do Hogwartu, aby rozpocząć trzeci rok nauki i z utęsknieniem wypatrywała w pociągu swojej najbliższej przyjaciółki, z którą kilka dni wcześniej wymieniały listownie wrażenia z wakacji i obiecały opowiedzieć sobie resztę na miejscu. Nie spotkała jej w pociągu. Ani w Hogwarcie. Tam czekał na nią profesor Slughorn, który natychmiast zaprowadził ją do swojego gabinetu. Fede nie rozumiała, o co chodzi i szła dość niechętnie, nie chcąc się spóźnić na Ceremonię Przydziału.
Nie poszła na tę ceremonię. Opiekun domu wyjaśnił jej łagodnie i dość ogólnikowo, co stało się z Tiną Danvers i jej rodziną. Fede nie pytała o szczegóły, ale wiele lat później udało jej się wyciągnąć wszystkie informacje od pewnego niemłodego już aurora, który był jednym z wezwanych na miejsce zdarzenia. Żałowała potem gorzko, że zapytała, bo smaku żółci w gardle nie dawało się spłukać nawet najmocniejszą whisky, pitą w otępieniu przez kilka kolejnych dni w przepoconej, zmiętej pościeli w obskurnym motelowym pokoju. Miała niejasne wrażenie, że pamięta dotyk dłoni starszego aurora na swoim ciele i że przez te kilka dni pozwalała się mu się obojętnie i po pijacku pieprzyć.
- Zidentyfikowano ją po znamieniu na nadgarstku. Miała tak zmasakrowaną twarz, że nawet ciotka nie była w stanie powiedzieć, czy to ciało siostrzenicy…
- Miała jasnorude włosy, w niespotykanym odcieniu…
- Mała, z jej włosów nic nie zostało, wszystkie zostały doszczętnie spalone, razem ze skórą twarzy. A i rękę znaleziono pod przeciwległą ścianą. Bydlaki oderwały jej całe ramię – nie, nie odcięły, oderwały. Dawno nie widziałem takiej jatki, ech, magomedycy mówili, że żyła, kiedy wyrywali jej rękę…
Fede poczuła, że drży. Wspomnienia napłynęły do niej falą, uderzając ją niczym obuchem. Wtedy poczuła, że Severus chwyta ją w objęcia i z całej siły przytula do swojej piersi, przemawiając łagodnie i uspokajająco.
- Już w porządku – wymamrotała po dłuższej chwili. Drżenie ustąpiło i znów była w stanie logicznie myśleć. – To nic takiego. Zbierajmy się lepiej. Minerwa kazała pojawić się u niej natychmiast.
- Wrócę do siebie – odparł Severus, wypuszczając Fede z ramion – i przejdę do Minerwy przez kominek w swoim gabinecie. Lepiej będzie, jeśli nie pojawimy się u niej razem…
- Masz rację – Fede pozwoliła sobie na słaby uśmiech.
Severus odwrócił się, stojąc już w kominku. Fede pospiesznie zakładała na siebie mugolskie dżinsy i sweter. Wyglądała na opanowaną, ale jeszcze przed chwilą drżała jak osika. Co będzie, jeśli znajdzie się w ogniu walki? Miała umiejętności, ale co z jej doświadczeniem w walce? W prawdziwej walce, w której giną ludzie?
Severus wiedział, że Fede nie jest strachliwa i gdyby miała stanąć twarzą w twarz z najgorszym śmierciożercą, walczyłaby zajadle i bez lęku. Co jednak, jeśli przyjdzie jej walczyć w prawdziwej bitwie, kiedy jej przyjaciele lub uczniowie będą padać martwi tuż obok? Czy da radę zacisnąć zęby i walczyć dalej, skupiona na właściwym celu, czy też rozpłacze się nad umierającymi i w chwili słabości opuści różdżkę, wystawiając się tym samym na cel?
X X X X X
Przeraźliwy wrzask dobiegający z kominka poderwał Umbridge z fotela, w którym drzemała. Zerwała się na równe nogi, nie wiedząc, co się dzieje i kto tak krzyczy.
- Dolores! Dolores, nieszczęście!
Głowa Knota tkwiła w płomieniach, a wyraz jego twarzy zdradzał wręcz obłędne przerażenie. Rozbiegane oczy, trzęsące się wargi. Wyglądał, jakby był na granicy histerii.
- Uciekli… uciekli…
- Na Merlina! – warknęła Umbridge, opadając w powrotem na fotel. Jakimś cudem udało jej się nie upuścić filiżanki, którą trzymała w dłoniach, zasypiając. – Aleś mnie wystraszył! Co się stało? Kto uciekł?
Lewą dłonią przygładziła starannie ufryzowane loczki.
- Odbito śmierciożerców z Azkabanu! – zawył minister. - Lestrange'owie, Rookwood, wszyscy jego poplecznicy z czasów ostatniej wojny! Uciekli!
- Co ty wygadujesz? – dłoń Umbridge zastygła nad jej głową. – Opanuj się, człowieku i przestań bredzić! Jaka znowu ucieczka? Dementorzy pilnują Azkabanu, niemożliwe, aby…
- Dementorzy opuścili Azkaban! – Knot szczękał zębami tak, że ledwo mówił. – Więzienie jest obecnie niestrzeżone. Wszyscy dementorzy przyłączyli się do Sama-Wiesz-Kogo! Dolores, co ja mam robić, rano wszyscy się dowiedzą! A przecież cały czas zaprzeczaliśmy, że on wrócił, jak my teraz będziemy wyglądać? Stracimy twarz, wszyscy zwrócą się ku Dumbledore'owi…
Umbridge zacisnęła prawą dłoń w pięść, krusząc tym samym delikatne ucho filiżanki, która z głuchym łoskotem upadla na ziemię. Na dywan zaczęła się sączyć ciemnobrązowa ciecz. Knot cały czas zawodził.
- Zamknij się! – warknęła. Czuła, że serce podchodzi jej do gardła. Ale Dolores zawsze szczyciła się opanowaniem. Zachowywała zimną krew w sytuacjach, gdy inni tracili głowy i nie zamierzała tego zmieniać. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, co oznacza ucieczka śmierciożerców i utrata dementorów. Nie była głupia i musiała przyznać, że odczuwa lęk. Jednak w sytuacjach takich, jak ta, histeria i panika były wysoce niewskazane. Tu należało szybko myśleć i równie szybko działać. – Korneliuszu, przestań histeryzować. Czy możesz mi powiedzieć, kto konkretnie uciekł?
Knot wymieniał nazwiska, a żołądek Umbridge ściskał się w supeł. Jednocześnie jej umysł gorączkowo pracował.
- Co my teraz zrobimy? – wyjęczał minister. – Lada chwila wiadomości przenikną do prasy. Wszyscy zgodnie stwierdzą, że Sam-Wiesz-Kto powrócił i odbił swoich zwolenników. Co wtedy z nami? Przecież cały czas usilnie zaprzeczałem Dumbledore'owi i Potterowi, zniszczyłem wiarygodność tego chłopca… Co teraz? Wszyscy się od nas odwrócą i uwierzą Potterowi! Wyleją mnie ze stanowiska!
- Bzdura! – syknęła Umbridge. W jej głowie zdążył już się skrystalizować wspaniały plan. – Posłuchaj mnie uważnie, Korneliuszu. Nie po to pracowałam tyle lat, aby teraz wylecieć z ministerstwa. Oficjalna wersja, której się trzymamy, pozostaje bez zmian: Sam-Wiesz-Kto NIE WRÓCIŁ. Potter łże jak pies.
- I sądzisz, że ktokolwiek w to uwierzy? – głos Knota był piskliwy jak u małego dziecka.
- Ależ oczywiście – Dolores była już całkowicie spokojna. – Natychmiast zwołaj konferencję prasową. Nikt nie może nam zarzucić, że ukrywamy jakiekolwiek informacje. Podczas konferencji wygłosisz oficjalne oświadczenie.
Twarz Knota przybrała wyraz bezgranicznej tępoty. Umbridge westchnęła. Co ty byś beze mnie zrobił, kretynie, pomyślała z irytacją.
- No dobrze – powiedziała. – Rozumiem, że możemy swobodnie rozmawiać?
- Tak, to bezpieczny kominek… ale co ty…
- Powiem ci, co masz wygłosić w oświadczeniu. Zapamiętasz, czy mam ci to zapisać?
X X X X X
Kingsley Shacklebolt był jednym z pierwszych, którzy otrzymali informację o ucieczce z Azkabanu. Lata doświadczenia i wrodzony spokój nie pozwoliły mu stracić opanowania. Podczas, gdy większość pracowników ministerstwa krzyczała i biegała w panice, on szybko skreślił kilka słów na kawałku pergaminu i przesłał wiadomość bezpieczną drogą Minerwie McGonagall.
- Powiadomiłem, kogo trzeba – szepnął w przelocie Arturowi Weasleyowi, który właśnie wysiadał z windy.
X X X X X
Alastor Moody otrzymał wiadomość w chwili, gdy unosił do ust szklaneczkę z whisky. Błysk światła i ciche pyknięcie spowodowały, że szklanka poleciała na dywan, a stary auror zerwał się na równe nogi i z wyciągniętą różdżką przyglądał się podejrzliwie spadającemu wprost do jego dłoni kawałkowi pergaminu.
Przebiegł wzrokiem po dwóch zwięźle napisanych zdaniach. Czoło przecięły mu głębokie zmarszczki, a serce przyspieszyło swój bieg.
Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, pomyślał ponuro, kuśtykając do przedpokoju i biorąc z wieszaka wysłużony, ciemnozielony płaszcz.
Moody zawsze miał opinię brutalnego, ale nawet jego najzagorzalsi przeciwnicy musieli przyznać, że nigdy nikogo nie zabił, jeśli nie musiał. Gdy przeciwnik się poddawał, Moody brał go żywcem. I choć często buzowała w nim czysta nienawiść, mając przed sobą śmierciożercę, który wymordował niejedną rodzinę, nigdy nie dał się ponieść emocjom.
Czy teraz też będzie w stanie się opamiętać?
Pamiętał doskonale, jak wpajał młodemu narybkowi aurorskiemu, jak ważne jest oddzielenie osobistych emocji od wykonywanego zadania. – Wielu z was – powtarzał – straciło z rąk śmierciożerców swoich bliskich. Można zrozumieć, że mając jednego z nich na końcu różdżki, poczujecie ochotę, aby dokonać egzekucji. Tego wam nie wolno. Nawet mając przed sobą mordercę waszych żon, matek czy dzieci, nie wolno wam stracić nad sobą panowania. A jeśli kiedyś poczujecie, że perspektywa zabicia śmierciożercy zaczyna was cieszyć, wtedy nadszedł czas, aby zmienić zawód.
Pogwizdywał z cicha, nakładając płaszcz i wracając przed kominek.
Nie, nie cieszyła go perspektywa zabicia kilku śmierciożerców. To raczej pragnienie walki i przełamania nudnej, nieco bezczynnej egzystencji emerytowanego autora rozpalała w nim krew.
X X X X X
Tonks właśnie szykowała się do snu. Stojąc nago przed lustrem w łazience, myła zęby, starając się za wszelką cenę pozbyć kwaśnego, wódczanego oddechu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu pozwoliła sobie na wypad do pobliskiego baru, planując wypić jednego drinka i wrócić do mieszkania, aby jak zwykle ugotować coś pospiesznie, zjeść, poczytać gazetę i położyć się spać. Zawód aurora był dość specyficzny. W każdej chwili mogła otrzymać pilne wezwanie, musiała więc być wypoczęta i w pełni sił przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. A na ewentualne szaleństwa mogła sobie pozwolić na urlopie.
Biorąc pod uwagę jej pieskie szczęście, niemal natychmiast napatoczył jej się amant. Młody, zapewne przed trzydziestką. Przysiadł się do niej i zaczął zagadywać, nie zważając na jej raczej obojętną minę. A ona była tak zajęta chłodny spławianiem natręta, że z tego wszystkiego zamówiła sobie drugiego drinka. I świat od razu stał się bardziej kolorowy, a jasnowłosy natręt wydał się nawet sympatyczny.
Przy trzecim drinku stwierdzili, że lepiej im się będzie siedziało przy osobnym stoliku, a nie przy barze. Czwartego drinka wypili niemal równocześnie z piątym, a po szóstym facet usiłował wprosić jej się do mieszkania. Tonks momentalnie wytrzeźwiała i czym prędzej ulotniła się z baru. Wróciła do mieszkania z uczuciem zażenowania. Skąd ono się brało? O, dobrze wiedziała, skąd. Przez jedną krótką chwilę miała ochotę zaprosić faceta do siebie, aby w jego ramionach zapomnieć o dotychczasowych nieudanych związkach, ale wiedziała doskonale, że rano czułaby się jeszcze gorzej. To nie było dla niej.
Rozbłysk światła i ciche pyknięcie sprawiło, że upuściła szczoteczkę do zlewu. Z ustami pełnymi piany odczytała pospiesznie skreślone słowa. Cholera! Dobrze, że zdążyła się wykąpać, przynajmniej nie cuchnie wódką. Potrząsnęła głową, susząc włosy i zaczęła się ubierać w wielkim pośpiechu, jedną ręką naciągając majtki, drugą usiłując przecisnąć sweter przez głowę.
X X X X X
Mundungus Fletcher otrzymał wiadomość w chwili, kiedy siedział w jednej ze spelunek na Nokturnie i ubijał właśnie interes swego życia. Udało mu się wytargować naprawdę świetną cenę, kiedy tuż przed jego twarzą rozbłysło światło i kawałek pergaminu wylądował mu niemal na nosie.
Wyjaśnił rozeźlonym współinteresantom, że dostał właśnie cynk o zbliżającym się nalocie Oddziału do Spraw Nielegalnego Handlu, powodując tym samym nagłą ewakuację około piętnastu osób. Dopiero wtedy rozwinął pergamin i klnąc cicho, zaczął go czytać. Po chwili jego mina zrzedła.
- No żesz kurwa! - warknął, czując, jak oblewa go zimny pot. Tylko tego brakowało. NIE CHCIAŁ dołączać do Zakonu Feniksa. Mówił zupełnie uczciwie, że się do tego nie nadaje. Ale jak zwykle, nikt go nie słuchał, no i oto są efekty: zamiast zarabiać na życie, będzie musiał się deportować na Grimmauld Place. Pięknie! Mundungus był tak zirytowany, że przeniósł się do kwatery głównej, zostawiając wszystkie kociołki na miejscu. Zupełnie o nich zapomniał.
X X X X X
Molly Weasley obudziła się, gdy mąż delikatnie dotknął jej ramienia. Otworzyła oczy. Znajoma sylwetka Artura majaczyła w ciemnościach sypialni.
- Wróciłeś już? - wymamrotała, rejestrując półprzytomnie, że księżyc nadal świeci jej w okno, a więc jest nadal środek nocy.
Artur usiadł na łóżku i cichym głosem opowiedział jej, co się wydarzyło. W miarę, jak mówił, cała senność opuszczała Molly. Usiadła na łóżku, nie wierząc własnym uszom. Usta zaczęły jej drżeć.
- Och, Arturze... dzieci!
Mąż wziął ją w objęcia, jak zawsze, kiedy napływały złe wspomnienie. Gdy Molly rzucała się przez sen, brał ją w ramiona i przemawiał do niej uspokajająco, dopóki znów nie pogrążyła się we śnie. Wiedział, że oprócz strachu o niego i o dzieci, jest coś jeszcze. Wspomnienie jej braci, Gideona i Fabiana, zamordowanych przez śmierciożercę Dołohowa. Tego samego, który właśnie znajdował się na wolności razem z całą kompanią morderców.
X X X X X
- A więc mamy wojnę – powiedział Syriusz.
W jego głosie zabrzmiało coś na kształt dzikiej zawziętości. Stojący obok Remus zmarszczył brwi.
- To cię nie powinno cieszyć – zauważył cicho.
- Cieszyć? A kto mówi, że mnie to cieszy? - Syriusz odrzucił głowę w tył i upił duży łyk piwa z butelki. - Nikogo przy zdrowych zmysłach nie może cieszyć perspektywa grupy śmierciożerców hulających sobie na wolności. Ale to nie ty siedzisz w tym cholernym, ponurym domu wraz ze zbzikowanym skrzatem. Oszaleć można. Kurwa, uciekłem z jednego więzienia, a teraz siedzę w drugim!
- Co ty zamierzasz? - Remus spojrzał na niego uważnie. Oczy Syriusza wyrażały wręcz anielską niewinność, co było znakiem, że trzeba bardzo uważać. Już w szkole takie spojrzenie zapowiadało nowy, „genialny" plan, który z reguły gwarantował wpakowanie siebie i przyjaciół w spore kłopoty.
- Nic – ziewnął Syriusz. - Nic nie mogę zrobić, póki tu siedzę. Jakoś powstrzymam swoją żądzę walki i gdy inni będą chodzić na akcję, ja tu będę grzecznie siedział.
Remus nie odezwał się ani słowem. Przez dłuższą chwilę w kuchni domu na Grimmauld Place panowało milczenie, przerywane tykaniem stojącego w kącie zegara. Stojąca na stole świeca rzucała odrobinę światła na stół i dłonie siedzących przy nim ludzi, kryjąc jednocześnie ich twarze w półmroku. W pewnym momencie płomień niespodziewanie zamigotał i zgasł. Ciemność otoczyła ich tak nagle i niespodziewanie, że obaj mężczyźni wydali z siebie jednoczesne westchnienie.
- No, Remusie – odezwał się drwiącym głosem Syriusz. - Czyja świeczka właśnie zgasła?
