Harry z trudem otworzył oczy.

Powieki ciążyły mu jakby były z ołowiu. Ziewnął szeroko i wtedy dostrzegł, że jest już dzień. Dormitorium zalane było blaskiem słońca. W jego promieniach dało się dostrzec unoszące się w powietrzu pyłki kurzu. Musiało być jednak dosyć wcześnie, ponieważ z sąsiedniego łóżka dochodziło chrapanie Rona, a poza tym panowała absolutna cisza.

Harry leżał jeszcze przez chwilę. Pamiętał o ostrzeżeniach pani Pomfrey, że po Eliksirze Słodkiego Snu może być mu ciężko się wybudzić. Toteż nie wyskoczył od razu z łóżka, czekając, aż minie atak ziewania. Dopiero po dłuższej chwili rozsunął zasłony i wstał.

Był wyjątkowo piękny poranek. Harry podszedł do okna i z radością przyglądał się bezchmurnemu niebu o wyjątkowo intensywnej, błękitnej barwie. Mimo, że była druga połowa października, Szkocję nawiedziła iście wiosenna pogoda. Stał przez chwilę przy oknie, rozkoszując się bijącym od szyby ciepłem i przeciągnął się, aż kości zatrzeszczały.

Uśmiechnął się do siebie.

Był szczęśliwy. Przespał całą noc bez jakichkolwiek snów, a pod poduszką miał zapas eliksiru, który powinien mu starczyć na kilka kolejnych nocy. Dumbledore w końcu wróci do Hogwartu, a wtedy będzie mógł mu opowiedzieć o swoich snach i dowiedzieć się, co one oznaczają oraz skąd się biorą. Bo rozumiał doskonale, że nie będzie mógł brać Eliksiru Słodkiego Snu w nieskończoność.

Poszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Włosy miał jak zwykle potargane i sterczące na czubku głowy, ale zniknęły ciemne kręgi pod oczami, a białka oczu nie były już przekrwione od niewyspania. Wreszcie wyglądał normalnie.

Miał ochotę krzyczeć z radości. W nagłym przypływie energii zrzucił piżamę i wszedł pod prysznic. Przymknął oczy, rozkoszując się igiełkami zimna, kąsającymi jego ciało. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, opierając się dłońmi o ścianę, pozwalając, aby chłodny strumień lał mu się po głowie i spływał po całym ciele. Szum lejącej się wody uspokajał go, pozwalał wyłączyć umysł i nie myśleć o niczym.

Po raz pierwszy od wielu dni miał poranną erekcję.

Na ogól ignorował ten fenomen, gdyż we wspólnej łazience było dość trudno o prywatność, a świadomość, że z drugiej strony zasłony prysznica czekają koledzy, mogła zgasić największe nawet podniecenie. Nastawiał wtedy najzimniejszy strumień wody i problem znikał. Tak też zrobił i tym razem. Aż syknął, kiedy arktyczna fala oblała go od stóp go głów, ale nie wyłączył wody. Stał pod prysznicem, póki nie poczuł, że nasiąkł niczym gąbka. Wtedy zakręcił kurek i zorientował się, że nie zabrał ręcznika ani szlafroka.

Otrząsając się jak pies, wyżął włosy i wyszedł spod prysznica. Czuł się tak wspaniale, że chciało mu się śpiewać z radości. Założył z powrotem piżamę i wrócił do dormitorium. Ron wciąż chrapał w najlepsze, ale Neville leżał już z otwartymi oczami. Harry skinął mu głową i ukryty za zasłonami łóżka zaczął się ubierać.

Gdy w niecałą godzinę później pięciu Gryfonów zeszło do Wielkiej Sali, dostrzegli, że ponury nastrój z poprzedniego dnia ulotnił się. Uczniowie posilali się, rozmawiali z ożywieniem, a całe pomieszczenie skąpane było w blasku słońca, wpadającym przez wysokie okna. Siadając koło Hermiony, której mina zdradzała dobry humor, Harry zerknął na stół nauczycielski. Poczuł lekki ucisk w żołądku. Krzesło Dumbledore'a wciąż było puste.

Postanowił, że nie pozwoli sobie zepsuć tak dobrze zapowiadającego się dnia. Była sobota, dzień wolny od zajęć. Wymarzona pogoda na przechadzkę nad jezioro. Odwrócił się i zerknął w kierunku stołu Krukonów. W tym samym momencie Cho, jakby wyczuwając jego wzrok, również się odwróciła i ich spojrzenia się spotkały. Harry uśmiechnął się i powiedział bezgłośnie: „Porozmawiamy później", na co Cho skinęła głową.

Ha! Randka!

Zaczął nakładać bekon na talerz, dziwiąc się w duchu swojemu zachowaniu. Wcześniej nie było mowy o swobodnym zachowaniu w obecności Cho. A teraz proszę, umówi się z nią na randkę, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Bez skrępowania i zażenowania zaprosi ją na spacer nad jezioro. Chyba mu nie odmówi…

Poczuł lekki niepokój i natychmiast skarcił się w duchu.

Pojawiły się sowy. Harry rozejrzał się uważnie, ale w masie fruwającego ptactwa nie dostrzegł Hedwigi. Duża, szara sowa przyniosła Neville'owi spory pakunek, a przed Hermioną wylądował „Prorok Codzienny", który prenumerowała od momentu, gdy się dowiedziała o umieszczeniu Umbridge w Hogwarcie. „Trzeba być na bieżąco", odpowiadała niecierpliwie, gdy chłopcy pytali ją, czemu czyta gazetę, która ewidentnie popiera poczynania Ministerstwa i nie dba o obiektywizm.

Harry przełknął kawałek bekonu i sięgnął po pucharek z sokiem. Właśnie miał zamiar pociągnąć solidny łyk, gdy Hermiona wrzasnęła przeraźliwie:

- NIE!

Harry upuścił puchar, który odbił się od stołu i z brzękiem upadł na kamienną podłogę Wielkiej Sali. Gwałtownie odwrócił się do Hermiony.

- Co się stało?

- Miona! – siedzący z drugiej strony Ron zerwał się na równe nogi i z przerażeniem pochylał się nad Hermioną.

Harry zauważył, że wiele osób usłyszało ten krzyk. Dały się słyszeć niespokojne okrzyki, gorączkowe pytania, kilka osób zaczęło wstawać z miejsc i zbliżać się do miejsca, gdzie siedziała Hermiona. Ona zaś wpatrywała się w pierwszą stronę „Proroka Codziennego" z taką miną, jakby została spetryfikowana. Na jej twarzy malował się szok.

Harry nie pytał dłużej. Nachylił się i zerknął na czytany przez Hermionę artykuł. Pierwsze, co zobaczył, to ogromny tytuł, zajmujący chyba pół strony:

„MASOWA UCIECZKA Z AZKABANU"

Poczuł, jakby dostał cios prosto w żołądek. Litery zaczęły mu skakać przed oczami. Jak przez mgłę usłyszał okrzyki i piski od strony stołu Krukonów. Najwidoczniej ktoś z Ravenclawu także dostał „Proroka". I nie tylko stamtąd, bo przy drugim końcu stołu Gryffindoru również zapanowało zamieszanie. Jedna z Gryfonek wybuchnęła płaczem i wybiegła z Sali, a po kolorze włosów Harry rozpoznał Susan Bones.

- Tu piszą… tu piszą… - Hermiona ze zdenerwowania nie mogła mówić. Wreszcie poddała się i rozłożyła gazetę na stole, wskazując palcem wybrany fragment. – O, tu.

Harry i Ron pochylili się jednocześnie nad „Prorokiem", omal nie strącając przy tym Hermiony z ławki. W chwilę później obaj zastygli w bezruchu.

- Na Merlina… - jęknął Ron.

Harry nawet go nie usłyszał, w osłupieniu wpatrując się w wytłuszczony podtytuł artykułu:

„SYRIUSZ BLACK ODPOWIEDZIALNY ZA UCIECZKĘ NAJGROŹNIEJSZYCH SMIERCIOŻERCÓW"

- Oni piszą – Hermiona odzyskała mowę – że to Syriusz zorganizował ucieczkę. Do tej pory był jedynym, któremu udało się uciec z Azkabanu…

- Bzdura! – wrzasnął Harry, tracąc nad sobą panowanie.

- Harry, błagam! – Hermiona szarpnęła go za rękaw, posyłając ostrzegawcze spojrzenie. Zniżając głos do szeptu, aby nikt z sąsiadów jej nie usłyszał, dodała: - Przecież wiemy, że to nieprawda, nie krzycz, nikt się nie może dowiedzieć, że wiesz cokolwiek na temat Syriusza…

Harry ledwo ją słyszał. Był tak wściekły, że przed oczyma zaczęły mu latać czerwone plamy. Serce biło mu tak mocno, jakby miało wyskoczyć z piersi. Opanuj się, pomyślał, opanuj się, do cholery! Odetchnął głęboko i powiódł wzrokiem po Wielkiej Sali; mało kto siedział na swoim miejscu, a chyba nikt już nie jadł. Uczniowie zbili się w mniejsze i większe grupki, chodzili między stołami, rozmawiali z ożywieniem i niepokojem w głosie. Kilka osób wybiegło na korytarz. Harry spojrzał na stół nauczycielski. Profesorowie nawet nie próbowali uciszać swoich podopiecznych, zajęci ożywiona wymianą zdań. Profesor Trelawney siedziała ze splecionymi dłońmi i zamkniętymi oczami, a jej usta poruszały się, jakby się modliła, natomiast Pani Sprout i profesor Flitwick niemal wyrywali sobie gazetę. Zaś profesor McGonagall… w chwili, gdy Harry na nią spojrzał, ich oczy się spotkały. Na twarzy wicedyrektorki malował się głęboki niepokój, ale nie zaskoczenie. W tym momencie Harry zrozumiał, że McGonagall już o tym wiedziała. Nikt nie byłby w stanie zachować całkowitego opanowania, nie będąc przygotowanym na taką wiadomość.

Nagle Harry zauważył kątem oka, że Neville wstaje od stołu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż robiło się coraz większe zamieszanie, jednak Neville nie podszedł do żadnej z grup uczniów ani nie wyszedł z Sali. Przez chwilę stał między dwoma stołami, jakby zbierając odwagę, po czym ruszył w kierunku stołu nauczycielskiego.

- Neville? – zawołał Harry. – Neville, co robisz?

W wyprostowanych plecach i energicznym kroku było coś niezwykłego. Neville zazwyczaj poruszał się wolno, lekko się przy tym garbiąc. Teraz jednak szedł w kierunku nauczycieli z taką pewnością siebie, jakby miał zamiar przemawiać. Nie tylko Harry odniósł takie wrażenie. Niezwykłe zachowanie kolegi przyciągnęło uwagę wielu uczniów, którzy przerywali rozmowy i w milczeniu przyglądali się idącemu Neville'owi. Po chwili również pozostali zrozumieli, że dzieje się coś dziwnego. W Wielkiej Sali powoli zapadła cisza.

Harry wyskoczył zza stołu i nie wiedząc czemu, ruszył za Nevillem. Ten, nie zwalniając kroku, podszedł wprost do profesor McGonagall. Harry zatrzymał się. Był jakieś dziesięć metrów od kolegi, ale w tym momencie panowała taka cisza, że usłyszałby przelatującą muchę.

- Gdzie jest profesor Fedele? – zapytał Neville. Jego głos zabrzmiał wyjątkowo ostro i donośnie. Nozdrza McGonagall drgnęły. Bez wątpienia nie spodobał jej się ton, jakim zwracał się do niej uczeń.

Harry zamrugał. Dopiero teraz zauważył, że przy stole nauczycielskim brakowało nie tylko Dumbledore'a. Również krzesło profesor Fedele stało puste.

- Panie Longbottom, proszę się uspokoić – odezwała się wicedyrektorka.

- Gdzie jest profesor Fedele? – w głosie Neville'a brzmiała nieustępliwość. Harry nigdy nie słyszał, aby kolega odezwał się do kogokolwiek takim tonem, a już tym bardziej do nauczyciela.

- Panie Longbottom…

- Muszę porozmawiać z profesor Fedele – Neville stał sztywno wyprostowany, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Harry dostrzegł, że jego ramiona drżały z napięcia. – Pani profesor, to bardzo ważne. Ja naprawdę muszę poroz…

- Jakiś problem? – w tym momencie na scenę wkroczyła Dolores Umbridge. Harry był tak skoncentrowany na koledze i McGonagall, że nie zauważył nawet, jak Umbridge obeszła stół i stanęła przy Neville'u, który odwrócił się i patrzył teraz wprost na nią.

- Ależ nie – ton wicedyrektorki zdradzał jasno, co myśli o wtrącaniu się wizytatorki w nie swoje sprawy. – Nie ma żadnego problemu. Może pani spokojnie wrócić na swoje miejsce.

- Odnoszę inne wrażenie – Umbridge uśmiechnęła się słodko. – Jak widzę, nie tylko ja zauważyłam nieobecność drogiej pani profesor od obrony. Ufam, że nic jej się nie stało? Jak dotąd zawsze była na śniadaniu…

- Profesor Fedele miewa się bardzo dobrze – ucięła McGonagall. – Panie Longbottom, zechce pan udać się ze mną…

- A więc gdzie ona jest?

Wicedyrektorka się zawahała i Harry czuł, że nie ma ochoty udzielić odpowiedzi na to pytanie. Zdawał sobie jednak sprawę, że Umbridge nie odpuści, dopóki się nie dowie i domyślił się, że McGonagall również o tym wie.

- Profesor Fedele wyjechała wczoraj wieczorem do swojej poprzedniej szkoły, do Beauxbatons, skoro pani pyta. A teraz, panie Long…

- Wyjechała? Profesor opuszczający szkołę w czasie roku szkolnego? – Umbridge uniosła brwi. – Cóż to za zwyczaje! Kto na to pozwolił? Jak można tak samowolnie…

- Profesor Fedele nie wyjechała bez uprzedzenia – głos McGonagall mógłby kroić szkło, a szczęki zaczęły jej nerwowo drgać. – Wczoraj wieczorem otrzymała list od dawnej, aktualnie ciężko chorej uczennicy, która była bardzo przywiązana do swojej nauczycielki. Udzieliłam profesor Fedele zgodę na wyjazd, w końcu to nie więzienie.

- A co z lekcjami? Przecież to niepoważne, aby profesor od obrony…

- Och, na Merlina! Jeszcze pani nie zauważyła, że w weekendy nie odbywają się w Hogwarcie żadne zajęcia? Profesor Fedele nie wyniosła się do Francji na stałe, a pojechała w krótkie odwiedziny. Wróci najpóźniej w niedzielę wieczorem, więc wszystkie poniedziałkowe zajęcia odbędą się zgodnie z planem.

Harry nie rozumiał, dlaczego wicedyrektorka tłumaczy się przed Umbridge. W końcu każdy z nauczycieli mógł wziąć sobie urlop i nie opowiadać się nikomu, jak zamierza go wykorzystać. McGonagall najwyraźniej powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia. Niestety, Umbridge jeszcze nie skończyła.

- Jeśli masz jakiś problem lub chcesz się kogoś poradzić, mój drogi, to może ja ci pomogę – zwróciła się fałszywie uprzejmym tonem do Neville'a. Ten zmierzył ją ponurym spojrzeniem i hardo uniósł głowę.

- Dziękuję bardzo, ale wolałbym porozmawiać z profesor Fedele.

- Jestem wykwalifikowanym pracownikiem ministerstwa – czyżby w głosie Umbridge zabrzmiały złowróżbne nuty? - i jestem pewna, że będę w stanie udzielić ci odpowiedzi w zastępstwie nieobecnej pani profesor.

- Nie sądzę.

Wszyscy wstrzymali oddech. Neville nie spuścił głowy ani się nie wycofał. Stał wyprostowany jak struna i z ponurym uporem wpatrywał się w twarz wizytatorki.

- Pytam po raz ostatni, o co chciałeś zapytać profesor Fedele? - oczy Umbridge zwęziły się w szparki.

Harry dostrzegł, że na twarzy McGonagall maluje się niepokój. Neville jakby podjął decyzję. Uśmiechnął się grzecznie i odpowiedział:

- Skoro chce mi pani pomóc, to może udzieli mi pani odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie. Czy wykonując jogińską pozycję Wiszącej Małpy stopę należy trzymać na poziomie ucha, czy nieco powyżej?

X X X X X

Po śniadaniu Harry stanął z Ronem i Hermioną w rogu dziedzińca i w spokoju pochylili się nad gazetą. Harry'emu dopiero teraz udało się przeczytać cały artykuł. Czuł, jak wzbiera w nim złość.

- Pięknie to sobie wymyślili – mruknął. - A więc Volde... przepraszam, Sami-Wiecie-Kto, nie wrócił, a ucieczka śmierciożerców to dzieło Syriusza...

Ze zdjęć szczerzyły się do niego okrutne twarze.

Bellatriks Lestrange... Rabastan i Rudolf Lestrange... Antonin Dołohow...

Najgorsi z najgorszych. Ci, którzy torturowali i mordowali bez zmrużenia oka, za to z wielką uciechą. Harry zacisnął pięści w bezsilnej złości. Kogo dorwą tym razem? Członkowie Zakonu Feniksa na pewno już działają. Śmierciożercom nie będzie łatwo. Jednak to szaleńcy, desperaci, którzy nie ugną się, póki nie zginą. Kogo pociągną za sobą? Harry wiedział, że kilkanaście lat temu Zakon Feniksa poniósł ogromne straty w walce ze sługami Voldemorta. Zginęło wielu wspaniałych czarodziejów. Kto tym razem...? Łagodny Remus? Beztroska Tonks? Zdziwaczały Moody? Małomówny Kingsley? O nie, nie, to nie może być nikt z nich. Myśl, że ktoś, kogo zna, ceni i lubi, mógłby zginąć, była dla Harry'ego nie do zniesienia. Strach o bliskie mu osoby uderzył ze zdwojoną siłą.

- Neville pięknie się postawił – mruknął Ron, przerywając ciszę, jaka między nimi zapadła. Czubkiem buta trącił stertę zeschłych liści. - Nie wiem, o co mu chodziło z tą małpą, ale McGonagall omal się nie roześmiała, jak to usłyszała. Widzieliście, jak prędko wyciągnęła go z sali?

- A ja nie rozumiem, czemu Neville szukał profesor Fedele – odezwała się Hermiona, skubiąc nerwowo kawałek gazety. - Rozumiem, że mógł się zdenerwować i przestraszyć tym artykułem, ale co ma do tego profesor Fedele?

Harry tylko wzruszył ramionami. Nie chciał wywoływać kłótni z Hermioną, której niechęć do nowej nauczycielki obrony wydawała mu się całkowicie nieuzasadniona. On sam podejrzewał, że Neville po prostu chciał się zwrócić do nauczyciela, którego lubił i któremu ufał – profesor Fedele była zdecydowanie bardziej przystępna od McGonagall. Może chciał ją wypytać, czy w związku z masową ucieczką z Azkabanu zmieni się program zajęć? Prosić o dodatkowe lekcje? A może po prostu chciał porozmawiać z kimś, o kim wiedział, że go wysłucha?

Poczuł, że siedzenie w towarzystwie milczącego Rona i nadętej Hermiony przekracza jego psychiczną wytrzymałość. Wyjaśnił więc przyjaciołom, że obiecał Cho spotkać się z nią po śniadaniu (Ron mrugnął porozumiewawczo) i pospiesznie wrócił do zamku, niemal biegnąc do wieży Ravenclawu.

Harry nie miał oczywiście wstępu do wieży Krukonów, musiał więc czekać, aż pojawi się ktoś z Ravenclawu i wywoła Cho na korytarz. Upłynęło chyba z dziesięć minut, zanim Cho wyszła. Harry od razu zauważył, że nie wygląda na zbyt zadowoloną.

- Tak? - powiedziała.

Harry znów poczuł się niepewnie.

- Chciałem zapytać, czy nie wybrałabyś się ze mną na spacer nad jezioro – powiedział cicho. O co jej chodzi, u licha?

- Cóż, wyszedłeś po śniadaniu razem ze swoimi przyjaciółmi, nie racząc się nawet przywitać – odparła chłodno Cho. - Uznałam więc, że nie planujesz żadnego spotkania ze mną i że nie mam na dzisiaj żadnych planów. Obiecałam Marietcie pomóc jej w referacie z eliksirów.

Harry nie mógł uwierzyć własnym uszom. Obraziła się o taką głupotę?

- Cho, chyba wiesz, co o czym pisali w „Proroku" - powiedział z niedowierzaniem. - Uciekli najgroźniejsi śmierciożercy, tymczasem ministerstwo zaprzecza oczywistym faktom. Mówiłaś, że mi wierzysz, gdy opowiadałem, co się stało z Cedrikiem. Skoro tak, to chyba rozumiesz, co to wszystko oznacza? Śmierciożercy uciekli, aby przyłączyć się do Czarnego Pana, tymczasem świat czarodziejski jest przekonany, że Sama-Wiesz-Kto nie wrócił. To kolejny artykuł, który daje jasno do zrozumienia, że kłamałem pod koniec zeszłego roku. I dziwisz się, że akurat w tamtej chwili miałem co innego na głowie?

Cho zamrugała. Harry miał wielką ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Wiedział jedno – nie będzie za nic przepraszał.

- Harry, daj mi dwie minuty – odezwała się wreszcie Cho. - Powiem Marietcie, że pouczymy się po lunchu...

Zniknęła za drzwiami, a Harry stał na korytarzu, czując, że odeszła go cała ochota na spacer. No ale teraz nie wypadało się wykręcić. Po chwili Cho znów się pojawiła. Uśmiechała się przepraszająco.

- Idziemy? - zapytała.

Harry skinął głową i udali się nad jezioro. Przechadzali się niespiesznie i rozmawiali, ale mimo pięknej pogody, nie był to udany spacer. Rozmowa, co było nieuniknione, zeszła na ucieczkę śmierciożerców, a Cho zastanawiała się, jaki udział miał w tym Syriusz Black. Harrym aż trzęsło, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że Cho wierzy w winę Syriusza, a nie mógł przecież zaprzeczyć. Nie wolno mu było zdradzić, jak bliska więź łączy go z ojcem chrzestnym. Czuł się bardzo dziwnie. Z Ronem i Hermioną mógł rozmawiać o wszystkim, tymczasem z Cho, z którą... no, chodził – już nie. Dawniej każda rozmowa czy samo przebywanie w jej towarzystwie sprawiało mu ogromną radość. Obecnie szli trzymając się za ręce, a on czuł dotyk jej ciepłej, drobnej dłoni i miał tylko jedno marzenie – aby ten spacer wreszcie się skończył.

Gdy wrócił do pokoju wspólnego Gryfonów, jakieś pół godziny przed lunchem, powitało go milczenie. Atmosfera przygnębienia wydawała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Uczniowie siedzieli w mniejszych lub większych grupkach, jakby szukając w ten sposób bezpieczeństwa. Parvati i Lavender trzymały się za ręce i z ponurymi minami wpatrywały się w wydanie „Proroka". Fred i George siedzieli w kącie, rozmawiając przyciszonymi głosami, ale na ich twarzach malowała się niezwykła powaga. Harry szybko podszedł do siedzącego w fotelu Rona.

- A gdzie Hermiona? - zapytał.

- Poleciała do McGonagall, jak to ona – odparł Ron.

- Niezbyt przyjemna atmosfera, co? - mruknął Harry. - Chyba na pogrzebie byłoby weselej. Wszystkimi nieźle trzepnęło...

- Nawet na własnym pogrzebie byłoby weselej – przyznał Ron. - A jeśli chcesz wiedzieć, kim naprawdę trzepnęło, to spójrz tam.

Harry zerknął we wskazanym przez Rona kierunku. W odległym kącie pokoju, za fotelem z wysokim oparciem, stał Neville. Harry wytężył wzrok. Wtedy dostrzegł, że Neville rzuca jakieś zaklęcia. Nie wiedział jakie, ani na co. Faktem było jednak, że było coś przerażającego w widoku jego sztywno wyprostowanych pleców oraz determinacji, z jaką chłopak machał różdżką.

- Co on robi? - wyszeptał Harry.

- Nie uwierzysz, jak ci powiem – Ron pokręcił głową z dezaprobatą. - Ćwiczy Drętwotę. Na Krzywołapie.

- Cooo?

- I to jeszcze jak ćwiczy... trzaska w kota bez pudła. Na zajęciach mało komu z nas udawało się trafić Drętwotą stojącego bez ruchu partnera, a ten nie dość, że nie pudłuje, to jeszcze strzela do ruchomego celu. Raz trafił go zaklęciem w połowie skoku. Szczęście, że Hermiona tego nie widzi, bo by go chyba zabiła. Neville'a, nie kota. Chociaż – Ron uniósł brwi – po tym, co dzisiaj wyczynia Neville, prędzej bałbym się o Hermionę.

Harry nie wiedział, co powiedzieć. To, co robił Neville, było zwykłym dręczeniem zwierzęcia i normalnie nie pozwoliłby na to nikomu. Ale był tak odrętwiały, że nawet nie ruszył się z miejsca. Tego dnia wszystko było zupełnie inaczej. Niczym zły sen. Ucieczka śmierciożerców, zagrożenie dla całego czarodziejskiego świata, nieuchronne walki i starcia, nieobecność Dumbledore'a i Fedele, dziwne zachowanie kolegi. Harry patrzył na sztywno wyprostowane plecy Neville'a i poczuł lęk. Przyjaźnił się z nim od ponad czterech lat, a teraz odnosił wrażenie, że tak naprawdę wcale go nie znał.

Nie wiedział, czemu, ale przyszła mu na myśl rozmowa w gabinecie profesor Fedele, gdy nauczycielka obrony opowiadała mu o różnicach między poszczególnymi domami i tłumaczyła, jakie cechy bierze pod uwagę Tiara Przydziału. Przypomniał sobie, że wiele osób dziwiło się, dlaczego nieśmiały i mało pewny siebie Neville trafił do Gryffindoru. W nagłym przebłysku zrozumienia Harry pojął, że w sytuacji zagrożenia człowiek potrafi pokazać cechy, o które nikt by go nie podejrzewał. I zrozumiał, że w tym zahukanym chłopcu zawsze była determinacja i odwaga.

Harry po raz pierwszy poczuł, że Hogwart stał się nagle obcym miejscem. Nic nie było już takie, jak dawniej.

- Ej! -rozległo się od progu.

Wszyscy jak na komendę odwrócili głowy. Do pokoju wspólnego wpadła zdyszana Angelina. Wyglądała na zaaferowaną.

- Jesteście wszyscy? - rzuciła. - To świetnie. Słuchajcie, właśnie rozmawiałam z kapitanem Puchonów. Ich ścigający wylądował nagle u pani Pomfrey i nie ma szans, aby wziął udział w dzisiejszym treningu. W związku z tym Puchoni pytają, czy nie moglibyśmy się zamienić. To znaczy, zamiast trenować jutro, o szesnastej, zrobić trening dzisiaj o trzeciej. Co wy na to? Nikt nie ma w tym czasie szlabanu?

Ton głosu Angeliny, która zachowywała się tak, jakby dzisiejszego ranka nic dziwnego się nie wydarzyło, wprawił wszystkich w konsternację. Bliźniacy wymienili między sobą dziwne spojrzenia. Katie i Alicja spoglądały na Angelinę w lekkim osłupieniu. Harry zerknął na Rona, który uniósł brwi, a następnie pokiwał głową.

- W zasadzie – George odezwał się jako pierwszy – nie widzę przeszkód. Wszyscy wiemy, co się wydarzyło, ale z tego powodu nie będziemy przecież odwoływać treningów. Życie toczy się dalej, nie?

Harry w milczeniu pokiwał głową. W gruncie rzeczy George miał rację. Nie było sensu siedzieć w pokoju wspólnym niczym na pogrzebie. Nagle poczuł, że pęd powietrza i świst wiatru w uszach jest tym, czego w tej chwili potrzebował. Wskoczyć na miotłę, odbić się od ziemi i poszybować w górę, zapominając na chwilę o wszystkich troskach i zmartwieniach.

- No to świetnie! - ucieszyła się Angelina, widząc, że cała drużyna kiwa głowami. - W takim razie widzimy się za kwadrans trzecia w szatni. Idę poinformować Puchonów, że się zamieniamy. - I z rozradowaną miną wymaszerowała z pokoju.

Atmosfera nieco się rozluźniła. Harry dostrzegł, że zniknęło gdzieś to obezwładniające wszystkich, nieprzyjemne napięcie. Uczniowie zaczęli się powoli rozchodzić. Mignął mu w przelocie ogon Krzywołapa, uciekającego w popłochu do żeńskiego dormitorium. Harry nie miał odwagi patrzeć na Neville'a, który wyszedł z kąta i wolnym krokiem opuścił pokój wspólny.

Punkt trzecia drużyna Gryfonów rozpoczęła trening. Już po kilku minutach Harry stwierdził, że wszystkim to dobrze zrobiło. Trybuny były pełne widzów, a zawodnicy grali tak dobrze, jakby walczyli o Puchar Anglii. Ron bronił wyśmienicie. Harry widział jego rozradowaną twarz, gdy raz za razem wybijał kafla sprzed obręczy, a każda jego akcja nagradzana była oklaskami ze strony kibiców.

On sam siedział natomiast na miotle, czekając, aż Angelina wypuści znicza. Powoli zaczynało go to nudzić. Dobiegające z dołu okrzyki zlały się w jeden szum – monotonny, szemrzący pomruk.

Ziewnął.

Przed oczyma zaczęły mu się przesuwać twarze z dzisiejszej gazety. Wychudzone oblicza o zapadniętych policzkach i oczach, w których czaiło się zło lub szaleństwo. Jedno zdjęcie zapadło mu szczególnie w pamięć. Czarnowłosa kobieta o dziko splątanych, kręconych włosach i ciężkich powiekach. Bellatrix Lestrange. Patrzyła prosto w obiektyw aparatu, a w jej wzroku widać było najgłębszą pogardę.

Tak, ona z całą pewnością należała do najbardziej oddanych zwolenniczek Voldemorta. Lata spędzone w Azkabanie mogły odebrać jej urodę, ale nie zmieniły poglądów. Żadna z twarzy śmierciożerców nie przykuwała uwagi tak, jak Bellatrix Lestrange. Za co właściwie została osadzona w Azkabanie? Każde zdjęcie było dokładnie opisane…ach tak, torturowanie zaklęciem Cruciatus dwójki aurorów i spowodowanie tym nieodwracalnych uszkodzeń mózgu. Oraz kilka morderstw, w tym jakiegoś mugola.

To niebezpieczna przeciwniczka. Nie chciałby się z nią spotkać w jakimś ciemnym korytarzu.

Korytarz...?

Czy to przypadek? Powracające wciąż sny o dziwnym miejscu i drzwiach, które napełniały go przerażeniem.

Znów stał w korytarzu, wpatrując się w drzwi, zza których wydobywało się dziwne, jasne światło. I znowu do jego uszu dobiegł kuszący, łagodny szept.

Chodźchodźchodź...

Dlaczego ja tutaj jestem? pomyślał Harry. Przecież brałem eliksir... nie powinienem mieć żadnych snów...

Chwileczkę, a jakim cudem ja śnię? To niemożliwe, przecież siedzę właśnie na miotle i wypatruję znicza...

Ale ja śnię. To jest fakt. Czuję chłód korytarza, zimny pot spływający mi po karku. I ten obezwładniający strach, którego nie da się pomylić z żadnym innym.

A skoro siedzę w tej chwili na miotle i śnię...

To oznacza, że...

jasne cholera!

W tym momencie korytarz rozpłynął się w jasnym blasku i eksplozji bólu, a potem zapadła ciemność.

X X X X X

Nadzorująca trening pani Hooch siedziała na ławce, obserwując trening. Co chwila kiwała głową z aprobatą, myśląc, że w tym roku Gryfoni będą zdecydowanymi faworytami w walce o puchar. Nie, żeby Ślizgoni byli o wiele gorsi. Ale patrząc na zajadłość, z jaką trenowały Lwiątka, nie miała złudzeń, że finałowy mecz dostarczy wszystkim wielu emocji.

To, co nagle zobaczyła, zaparło jej dech w piersi. Ale tylko na moment. Lata treningów wyrobiły w niej znakomity refleks. W ułamek sekundy później, przy chóralnym krzyku przerażenia z trybun, wyrwała różdżkę zza paska.

- Impedimento! - ryknęła.

Trafiła idealnie, wprost w plecy spadającego chłopca. Jednak nawet refleks i celność pani Hooch nie były w stanie uczynić cudu. Prędkość, z jaką spadał Harry, była zbyt duża, aby zatrzymać go w powietrzu. Jego ciało zwolniło, owszem, ale odległość od ziemi była zbyt mała.

Przy akompaniamencie głośnych wrzasków paniki, bezwładne niczym szmaciana lalka ciało uderzyło o ziemię.

X X X X X

Nie wyróżniała się z tłumu.

Idąca jedną z uliczek mugolskiego Londynu kobieta nie rzucała się w oczy. Nad miastem powoli zapadał zmrok i chodniki zapełniły się ludźmi, korzystającymi z uroków pięknego, sobotniego wieczoru. Roześmiani ludzie spieszyli do kawiarń, parków, kin lub pubów, sami bądź w towarzystwie partnerów.

Nikt nie zwracał uwagi na kobietę w czarnym płaszczu, czarnych szpilkach i kręconych, upiętych w surowy kok włosach.

Ona również nie zwracała uwagi na innych. Miała do wykonania zadanie, które pochłaniało wszystkie jej myśli.

Londyn cuchnął. Smród spalin mieszał się z wyziewami ludzkich ciał i oparami mdląco kwiatowych perfum, modnych tej jesieni. Toteż, gdy skręciła w jedną z bocznych uliczek, zbliżając się do celu, odetchnęła z ulgą. Tu powietrze było znacznie świeższe, a wielkomiejski zgiełk nie wwiercał jej się w uszy.

Po chwili była już prawie na miejscu.

Zwolniła kroku, rozglądając się uważnie dokoła. Po obu stronach ulicy wznosiły się parterowe domki z ogródkami, wszystkie niemal identyczne. Ale nie musiała nawet patrzeć na numerację, by wiedzieć, który dom jest właściwy.

Policjant, pilnujący wejścia, bez wątpienia wskazywał dobry adres.

Kobieta zwolniła kroku, rozglądając się uważnie. Teraz! Rzucone niewerbalnie Zaklęcie Kameleona zmieniło ją momentalnie w przezroczysty, nieco falujący obłok, dopasowujący się barwą do tła.

Wiedziała, że to nie wystarczy. Wpatrującemu się w nią człowiekowi mogła się wydać czymś w rodzaju złudzenia optycznego, nie była jednak w stu procentach niewidzialna. A nikt nie mógł jej zobaczyć. Nikt nawet nie mógł podejrzewać, że tu była. Dlatego podchodząc do policjanta, szła tak wolno, aby nie usłyszano stukotu jej szpilek o chodnik.

Gdy była już tak blisko, że mogłaby go dotknąć, zacisnęła mocniej palce na różdżce. Policjant właśnie wyciągał z kieszeni papierosy. Był młody, miał może ze dwadzieścia lat. Na jego twarzy można było dostrzec ślady trądziku młodzieńczego.

Confundo.

Policjant zamrugał oczami, wyraźnie zdezorientowany, po czym zaczął się przyglądać trzymanym w ręku papierosom. Oglądał je tak, jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Kobieta błyskawicznie go wyminęła i weszła na podwórko, a stamtąd do domu. Wstrzymując oddech, zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się dokoła.

Bez wątpienia była na miejscu.

Powoli i metodycznie zaczęła przetrząsać mieszkanie. Szuflada po szufladzie, pokój po pokoju. Nie zaniedbała niczego. Zajrzała w każdy kąt, otworzyła każdą szafkę, bacznie przyjrzała się wszystkim książkom na półkach. To była żmudna robota, zwłaszcza, że musiała poruszać się bezszelestnie i niemal po ciemku. Jedynym światłem był delikatny ognik, który wyczarowała, a który unosił się nad jej prawym ramieniem.

Gdy skończyła, dochodziła północ. Była absolutnie pewna, że niczego nie pominęła. Nadal nie rozumiała, dlaczego wybrano właśnie ten dom – oprócz tego, że był to dom mugoli. No cóż, powie po prostu, jak wygląda sprawa.

Zdeportowała się z cichym trzaskiem. Tu, wewnątrz domu, była sama. Nie było ryzyka, że ktoś ja zobaczy czy usłyszy.

Wylądowała dokładnie tam, gdzie chciała. Na środku salonu innego domu.

Przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając, by jej oczy przywykły do ciemności. Zasłony były szczelnie zaciągnięte, a ponieważ okna wychodziły na ogród z tyłu domu, żadne światła ulicy nie rozpraszały mroku.

Było tak cicho, że słyszała bicie własnego serca.

W ciemnościach rysowały się kontury mebli, tak dobrze jej znanych. Wysokie półki z książkami. Elegancki stolik, przy którym siadywała jej matka z przyjaciółkami, delektując się najlepszą kawę i małą przekąską. Mahoniowe biurko z rzeźbionymi nogami. Wszystko urządzone starannie i z takim luksusem, jaki można było kupić za pieniądze. Matka bardzo dbała o takie szczegóły, twierdząc, że elegancja i szyk powinny zawsze stać na pierwszym miejscu.

Kobieta z westchnieniem ulgi rozpuściła ciasno upięte włosy, które opadły jej na plecy. Uśmiechnęła się ironicznie.

Droga mamo, gdybyś zobaczyła, co ja robię z tym twoim wypieszczonym domem, to byś mnie wyklęła.

Kopnięciem zrzuciła buty, pozwalając, aby stopy utonęły w miękkiej puszystości dywanu. Podeszła do kominka i machnęła różdżką.

- Incendio.

Zapłonął ogień, wydobywając z ciemności kontury mebli. Kobieta przyklęknęła i w umówiony, bezpieczny sposób nawiązała połączenie.

- Udało się – zaraportowała, gdy w płomieniach pojawiła się głowa mężczyzny. – Nikt mnie nie widział. Zaklęcie Kameleona i Confundus wystarczyło na policjanta, pilnującego domu. Przeszukałam wszystko, każdy kąt.

- I jaki wniosek?

- To stuprocentowi mugole. Nie mają najmniejszych nawet związków z magią. Żadnych różdżek, czarodziejskich ksiąg, składników eliksirów, notatek na temat magii. Wprawdzie w sypialni chłopaka trafiłam na książkę o voodoo, ale sam wiesz, że ma ono tyle wspólnego z magią, co kot napłakał. Taki mit dla mugoli, którym się wydaje, że kupią książkę i już mogą czarować…

- A więc mugolska rodzina – mężczyzna zmarszczył brwi. – Niedobrze. Nadal nie wiemy, w jaki sposób wybrano właśnie tych ludzi, a nie innych. Miałem nadzieję, że twoje poszukiwania dadzą nam jakąś odpowiedź…

- A może to zupełny przypadek? – zasugerowała kobieta. – Może to mieli być po prostu mugole, obojętnie jacy. To żaden problem, aportować się w mugolskiej dzielnicy i wpaść do tego domu, który jest najbliżej.

Twarz mężczyzny sposępniała. Przez chwilę dało się słyszeć tylko trzaskanie ognia i dwa przyspieszone oddechy.

- Jeżeli masz rację – powiedział wolno – to bardzo niedobrze. Nie będziemy w stanie przewidzieć, kto będzie następny, a to będzie mógł być każdy. W Londynie czy poza miastem. Nie damy rady ostrzec zawczasu potencjalnych ofiar.

- To prawda – potwierdziła kobieta.

- No cóż, wykonałaś zadanie. Wracaj więc do kwatery i złóż pełen raport. A tak przy okazji, jutro skoro świt musisz wracać do Hogwartu. Umbridge dopytywała o ciebie. Lepiej, aby nie zaczęła cię naprawdę szukać.

- Już się zbieram – Fede leniwie podniosła się z dywanu. Od kilkugodzinnego schylania się bolały ją plecy.

- To ja zwalniam kominek.

Głowa Albusa zniknęła z cichym pyknięciem. Fede odczekała parę sekund, po czym sypnęła w płomienie odrobinę proszku Fiuu i przeniosła się na Grimmauld Place.

Zniknęła, a wraz z nią zgasł ogień.

X X X X X

Harry obudził się późnym wieczorem. Gdy otworzył oczy, w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje. Wszystko go bolało, a w głowie mu szumiało. Na pewno nie był w dormitorium. Leżał na łóżku. Ale gdzie… co się stało…?

- Harry! Obudził się, Ron! Otworzył oczy!

Hermiona. To jej głos. Zamrugał i wtedy wzrok mu się wyostrzył. Dostrzegł twarze przyjaciół, wpatrujących się w niego z wyrazem ulgi w oczach.

- No, stary, aleś nas wystraszył! – Ron starał się mówić spokojnie, ale Harry słyszał, że głos mu drży. – Nie, nie podnoś się… leż. Pójdę do pani Pomfrey, powiem, że się obudziłeś.

- Co się stało? – wymamrotał Harry. I nagle wszystko sobie przypomniał. Zasnął podczas treningu, siedząc na miotle. Znowu śnił mu się korytarz. Oślepiająca jasność, straszny ból. Spadł… uderzył o ziemię.

- Już wszystko w porządku – powiedziała cicho Hermiona. – Zemdlałeś i spadłeś na ziemię. Na szczęście zauważyła to w porę pani Hooch, rzuciła na ciebie Impedimento, to trochę zwolniło upadek…

- Dlaczego nie mogę się ruszać? – nagle mózg Harry'ego tknęła straszna myśl. – Hermiono, ja… nie mogę… nie mogę ruszać nogami…

- Spokojnie, to tylko bandaże – Hermiona najwyraźniej odgadła, o czym właśnie myślał. - Pani Pomfrey musiała cię unieruchomić. Masz złamanych wiele kości, a nie mogła ci zaaplikować Szkiele-Wzro, skoro byłeś nieprzytomny. Nie bój się, nie jesteś sparaliżowany. Leż, proszę, zaraz przyjdzie… o, już są.

W zasięgu wzroku Harry'ego pojawiła się jednak nie pani Pomfrey, a profesor McGonagall, za która dreptał z niepewną miną Ron. Gdzieś w oddali zamajaczył biały czepek pielęgniarki.

- Potter? – głos McGonagall był bardzo dziwny. Harry'emu przyszło do głowy, że opiekunka Gryffindoru musiała się bardzo o niego niepokoić. – Pan Weasley powiedział, że odzyskałeś przytomność. Jak się czujesz?

- Dziwnie – wymamrotał Harry. Poobijane i połamane ciało nadal go bolało. – Ale chyba będę żył…

Profesor McGonagall nawet się nie uśmiechnęła.

- Wiem od pani Pomfrey, że wczoraj wieczorem wziąłeś od niej Eliksir Słodkiego Snu – powiedziała. – Nie wnikam w to, dlaczego zdecydowałeś się prosić o tak silny środek ani dlaczego Poppy dała ci całą fiolkę, zamiast położyć cię w skrzydle szpitalnym i sama podać ci odpowiednią dawkę. Teraz chciałabym zapytać, ile kropli zażyłeś. Pani Pomfrey mówiła ci wyraźnie, że wystarczy jedna.

Harry wbił wzrok w poręcz łóżka.

- Dwie – odpowiedział cicho.

- Dwie?

- Niechcący, chlapnęło mi się za dużo…

Profesor McGonagall dostała furii.

- Potter, jesteś nieodpowiedzialny! NIEODPOWIEDZIALNY! Wziąć beztrosko dwukrotną dawkę tak silnego środka? Mimo ostrzeżeń pani Pomfrey? Co to znaczy, „chlapnęło mi się za dużo"? Czy ty nie potrafisz dozować lekarstwa? Co to za filozofia, nalać sobie JEDNĄ kroplę? Nie przyszło ci do głowy, aby wylać eliksir, skoro nalało ci się za dużo i zażyć dokładnie tyle, ile kazała ci pani Pomfrey?

Harry doskonale wiedział, że wicedyrektorka ma słuszność i jej wściekłość jest jak najbardziej uzasadniona. Powinien był dawkować eliksir dokładnie, jak mu przykazano. Zachował się bezmyślnie, to prawda. A jednak… profesor McGonagall nie wiedziała, jak to jest, kiedy człowiek wciąż śni ten sam koszmar, coraz bardziej przerażający, a potem budzi się zlany potem i z bijącym ze strachu sercem. To nie ona spędziła samotne lato na Privet Drive, w przekonaniu, że wszyscy, nawet przyjaciele, zapomnieli o niej. To nie ona próbowała szukać pomocy u Dumbledore'a, który zniknął z Hogwartu nie wiadomo na jak długo. To nie ona została ofuknięta za zawracanie ludziom głowy. Dlatego Harry nie zdobył się na przeprosiny, których bez wątpienia oczekiwała McGonagall. Był zły i czuł, że ma do tego prawo. Guzik go obchodziło, czy zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak. Wiedział, że McGonagall jest obecnie ostatnią osobą, której z czegokolwiek się zwierzy, nie zdobył się więc nawet na jedno słowo wyjaśnienia czy skruchy. Zamiast tego zamknął oczy i naciągnął kołdrę pod samą brodę, ignorując ostry ból promieniujący ze złamanego ramienia.

- Ach tak – odezwała się zimno wicedyrektorka. – Widzę, że postanowiłeś się obrazić i nie raczysz nas zaszczycić choćby słowem wyjaśnienia. Skoro tak, nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Być może w obecności dyrektora będziesz bardziej rozmowny, bo zamierzam mu dokładnie opowiedzieć całą sytuację.

- Profesor Dumbledore wrócił? – Harry zapomniał, że miał się nie odzywać.

- Wróci jutro – odparła McGonagall – i zapewniam cię, że dowie się o twoim zachowaniu, Potter. Panie Weasley, panno Granger, wychodzimy. Ani słowa! Skoro Potter jest już przytomny, pani Pomfrey może się wreszcie nim zająć.

Harry czuł się strasznie głupio wobec pani Pomfrey, która z pewnością musiała nasłuchać się wielu nieprzyjemnych słów ze strony McGonagall. Posłusznie wypił kilka dość obrzydliwych mikstur, kończąc na sporym kubku Szkiele-Wzro, pozwolił sobie zmierzyć temperaturę i nie protestował, gdy pielęgniarka dość ostrym tonem kazała mu leżeć bez ruchu i nie próbować wstawać.

Znużenie, ból i otępienie szybko go zmogły i wkrótce zasnął. Na szczęście tej nocy oszczędzono mu koszmaru tajemniczego korytarza. Coś mu się śniło, ale były to raczej splątane urywki sennych widziadeł, tak zagmatwane i splątane, że po obudzeniu nie mógł ich sobie przypomnieć. Miał tylko niejasne wrażenie, że ktoś pochylał się nad nim i całował go w czoło, a potem trzymał za rękę.

X X X X X

Zgodnie z instrukcją otrzymaną w krótkim liście od ojca, Draco zszedł do pokoju wspólnego za dziesięć druga w nocy. O tej porze wszyscy już spali, nie było więc ryzyka, że ktoś z kolegów go zobaczy. A profesor Snape nie miał w zwyczaju wizytować lochów o tej godzinie.

Serce mocno mu biło. Domyślał się, o czym chce z nim rozmawiać ojciec – konieczność zachowania najwyższej dyskrecji była zrozumiała. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że odczuwał niepokój, a dłonie miał pokryte zimnym potem. Draco żywił wobec ojca głęboki respekt, gdyż tak go wychowano, więc było nie do pomyślenia nie stawić się na rozmowę, jeśli tego życzył sobie ojciec. Jednak doświadczenia Draco bywały różne, bo czasem owe rozmowy były niemal życzliwymi, przyjacielskimi pogawędkami i wtedy chłopak się odprężał, czując dumę, że rozmawia się z nim jak z dorosłym. Jak ojciec z synem. Często jednak nie było tak przyjemnie - gdy zdarzyło mu się coś przeskrobać lub zrobić coś, z czego ojciec był niezadowolony, oczy Lucjusza Malfoya przybierały barwę stali. Draco jako dziecko bardzo bał się tego wyrazu oczu, gdyż towarzyszyły mu ostre słowa i kary. Pamiętał doskonale uczucie zdenerwowania, gdy wzywano go do gabinetu ojca. Teraz, choć miał już piętnaście lat i nie był małym dzieckiem, wciąż reagował tak samo. Zimny, lepki pot na dłoniach i mocno bijące serce.

Gdy twarz ojca pojawiła się w kominku, Draco drgnął lekko. Cała siłą woli powstrzymał się od pytań, które cisnęły mu się na usta. Nie był już małym dzieckiem i oczekiwano od nieco dorosłego zachowania.

- Jesteś sam? – upewnił się Lucjusz Malfoy, rozglądając się dokoła.

- Tak, ojcze. Wszyscy śpią – zapewnił go Draco.

- To dobrze – odparł ojciec. Zauważywszy niecierpliwość w zachowaniu syna, dodał pospiesznie. – Nie, Draco, o TYM porozmawiamy innym razem. Powiedziałem, INNYM RAZEM! To nie jest rozmowa na kominek. A ponieważ wiem, o co chcesz mnie zapytać, odpowiedź brzmi: tak. A teraz słuchaj uważnie. Nie mamy wiele czasu, dlatego oszczędźmy sobie jałowych dyskusji. Chcę wiedzieć, co zaszło między tobą a panną Parkinson.

Draco zaniemówił.

- Między mną a Pansy? – wymamrotał, próbując zyskać na czasie. Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mu jednak do głowy.

Oczy Lucjusza Malfoya zwęziły się w szparki.

- A znasz inną pannę Parkinson? – spytał szyderczo.

- Skarżyła się?

- Nie – głos ojca był zimny i oschły. – Jestem pewien, że nie poskarżyła się nikomu. Wbij sobie jednak do głowy, synu, że wiem o wszystkim, co tutaj robisz. Incydent, do którego doszło między tobą a tą dziewczyną jest mi doskonale znany. Możesz mi wyjaśnić, co cię opętało? Uczyłem cię, aby nigdy i pod żadnym pozorem nie tracić opanowania i zimnej krwi. To, co zrobiłeś, było niegodne arystokraty. Żądam wyjaśnień. Co między wami zaszło?

Draco myślał szybko.

- Głupia sprzeczka – odparł niechętnie. – Zrobiła mi awanturę o jakąś dziewczynę, której nawet dobrze nie kojarzę. Trochę mnie poniosło, ojcze. Wyjaśnimy to sobie, jak już się przestanie nadymać.

- Przeczytała któryś z listów?

Draco zamarł.

- Synu, jeśli mówię, że wiem o wszystkim, co się u ciebie dzieje, to znaczy, że wiem o WSZYSTKIM. Okłamujesz mnie, a to mi się bardzo nie podoba – głos Lucjusza przeszedł w syk. – Pytam po raz ostatni, a jeśli spróbujesz mnie znowu okłamać, gorzko tego pożałujesz. Czy panna Parkinson przeczytała którykolwiek z listów?

- Nie – odparł Draco, patrząc ojcu prosto w oczy. Tym razem mówił prawdę. – Nie zdążyła. Zabezpieczyłem listy tak, jak mi kazałeś. Dorwałem ją, kiedy rozcięła już sznurek, w ostatniej chwili. Ale nie otworzyła nawet jednego. I głowę dam, że więcej nie tknie moich rzeczy.

- Lepiej, żeby tak było – w głosie ojca zabrzmiały złowróżbne nutki. – Bo inaczej...

Draco nie mógł się powstrzymać od zadania pytania, które cisnęło mu się na usta.

- Skąd o tym wiesz, ojcze? – zapytał, usiłując zachować spokój. – Ktoś mnie szpieguje i o wszystkim ci donosi, prawda? Nie masz do mnie zaufania? Kto ci donosi? Kto?

Lucjusz uśmiechnął się ironicznie.

- Chyba nie sądzisz, że odpowiem ci na którekolwiek z tych pytań – odparł. – Pytasz, kto? Ktoś, do kogo mogę mieć pełne zaufanie, a kto nigdy mnie nie okłamie. Ktoś, kto jest blisko ciebie, na tyle blisko, aby wiedzieć o wszystkim, co się dzieje w twoim życiu. Zwłaszcza prywatnym. Nie musisz wiedzieć nic więcej.

- Zabini... – wymamrotał Draco.

Ojciec nie odpowiedział. Uśmiechnął się szyderczo jeszcze raz i nie żegnając się, zniknął.

Draco siedział nieruchomo przed kominkiem. Czuł narastającą wściekłość - a więc tak to wyglądało. Ojciec nie ufał mu za grosz. Do tego stopnia, że znalazł tu, w Hogwarcie, szpiega, który śledził każdy ruch jego własnego syna. Kogoś, kto na co dzień uśmiechał się do niego, rozmawiał z nim, może nawet kolegował, a później obłudnie opowiadał o wszystkim jego ojcu.

Szpicel. Kapuś. Donosiciel.

Pieprzony Zabini...

To musiał być on. Kto inny był świadkiem tej sceny z Pansy? Pamiętał wyraz jego twarzy, gdy wpadł do dormitorium.

Ciekawe, co za to dostawał. Pieniądze? Zabini był bogaty z domu, nie potrzebował pieniędzy. Chociaż... matka od jakiegoś czasu wydzielała mu kieszonkowe. Zabini strasznie na to narzekał.

Pieprzony Zabini. Taki życzliwy, uprzejmy. Draco zawsze sądził, że może mu ufać. Mimo wpajanej mu od dziecka zasady „ufaj tylko sobie".

A może to nie Zabini? Draco uczepił się tej myśli niczym tonący brzytwy. Tak bardzo nie chciał uwierzyć, że to mógłby być on. Z twarzy ojca nie dało się niczego wyczytać. Ktoś inny? Ale kto, cholera, kto? Crabbe, Goyle? Flint? Dziewczyny chyba nie wchodziły w grę, w końcu skąd mogłyby wiedzieć, co robił albo mówił w dormitorium?

Draco siedział skulony, bijąc się z własnymi myślami. Wściekłość mieszała się w nim z poczuciem zdrady. Wiedział, że nie mając pewności, nie będzie w stanie spojrzeć na nikogo bez podejrzliwości „a może to ty?". Nie będzie w stanie rozmawiać z Zabinim tak, jak dotychczas.

Mogli mówić ze sobą o wszystkim. No, prawie o wszystkim. Były sprawy, o których Draco nie mógł powiedzieć nikomu, nawet Blaise'owi. Ale czasem, późnym wieczorem, zdarzało im się siadywać w opustoszałym już pokoju wspólnym, czasem w towarzystwie butelki wina, które Zabini jakimś cudem przemycał do Hogwartu. Świadomi tego, że łamią regulamin szkolny i że nawet profesor Snape nie potraktowałby ich pobłażliwie, przyłapując ich z alkoholem w dłoni, rozkoszowali się aromatycznym trunkiem i rozmawiali. Gdy nachodził ich refleksyjny nastrój, mówili o swoich rodzinach. Mogli być ze sobą szczerzy, ponieważ domy obojga dalekie były od normalności i od tego, co nazywa się „szczęśliwą rodziną".

Czasem snuli dalekosiężne plany na przyszłość. Marzyli o podróżach i szalonych przygodach. Blaise z zapałem uczył się francuskiego, ponieważ marzył o Paryżu, a gdy alkohol uderzał im nieco do głów (wino Zabiniego było na ogól mocne), przeskakiwali na temat dziewczyn. W takich rozmowach prym wiódł zawsze Draco, Blaise natomiast stawał się bardziej małomówny. Raz tylko przyznał, że podobają mu się drobne blondynki o niezbyt bujnych kształtach. W tym różnił się od Dracona, którego erotyczne fantazje zapełniały ciemnowłose dziewczęta o ponętnych piersiach i wygolonym łonie.

Pansy nie była ideałem. Ale ze wszystkim dziewcząt, które go otaczały, była najbardziej do tego ideału zbliżona. No i była chętna. Dość chętna. Nie na tyle, aby rozłożyć nogi i pójść z nim na całość, ale lepsze to niż zabawianie się samemu ze sobą pod kołdrą. Draco wiedział, na czym zależy Pansy; chciała oficjalnie zostać jego dziewczyną. On miał na ten temat inne zdanie. Nie zniósłby ciągłego towarzystwa Pansy, jej szczebiotu, maślanych spojrzeń, wieszania się na ramieniu i popatrywania na inne dziewczyny z miną zwyciężczyni.

Nie zamierzał być, kurwa, żadnym trofeum, którym można się pochwalić przed koleżankami.

Niemniej jednak lubił ją na tyle, aby nie życzyć jej źle. Tamtego feralnego dnia, gdy wpadł do dormitorium i zobaczył ją pochylającą się nad kopertami, żołądek ścisnął mu się ze strachu. Gdyby Pansy przeczytała którykolwiek z tych listów, nie umiałaby zachować sekretu. Prędzej czy później wygadałaby się przed kimś, a wtedy nie byłoby zmiłuj. Dziewczyna podpisałaby na siebie wyrok śmierci.

Wiedział, że musi ją nastraszyć na tyle skutecznie, aby powstrzymać jej niepohamowaną ciekawość i chęć do grzebania w jego rzeczach. I udało mu się. Ściskając jej gardło widział w oczach Pansy panikę i rozumiał, że wystraszył ją tak, że nigdy więcej nie ośmieli się wejść do jego dormitorium.

Od tamtej pory go unikała. I dobrze. Draco uśmiechnął się ponuro. Duszenie jej nie sprawiło mu najmniejszej przyjemności, wręcz przeciwnie, kosztowało go bardzo wiele samozaparcia – ale opłaciło się. Przynajmniej miał pewność, że była bezpieczna.

A on został sam. Bez Pansy, bez Zabiniego. Nie miał nikogo, komu mógłby zaufać.

A komu do tej pory mogłeś?

Kuląc się z zimna, siedział w bezruchu przy wygasającym ogniu.