Harry pospiesznie wracał do skrzydła szpitalnego, nie zwracając uwagi na kręcących się po korytarzu uczniów, którzy ze zdziwieniem patrzyli na biegnącego w stroju do Quidditcha Gryfona. Wiedział, że za chwilę czekają go spore nieprzyjemności ze strony wściekłej pani Pomfrey, ale po rozmowie z profesor Fedele czuł się tak podniesiony na duchu, że nie dbał o konsekwencje. Dziarsko wszedł do skrzydła szpitalnego i od razu natknął się na komitet powitalny w osobach pielęgniarki, profesor McGonagall, Rona, Hermiony i… przełknął ślinę – Cho.
- Potter! – wykrzyknęła pani Pomfrey. – Chwała Merlinowi! Chłopcze, jak mogłeś wyjść ze skrzydła szpitalnego, w dodatku po Szkiele-Wzro? Czy ty wiesz, co ja przeżyłam, kiedy wróciłam i zobaczyłam, że cię nie ma? Myślałam, że coś ci się stało, że zasłabłeś i leżysz gdzieś w łazience, ty bezmyślny dzieciaku!
- Przepraszam – wymamrotał Harry, zerkając na profesor McGonagall. Twarz wicedyrektorki zdawała się ciskać pioruny i w najmniejszym stopniu nie wyglądała na ułagodzoną przeprosinami. Harry zdał sobie sprawę, że wszyscy patrzą na niego, oczekując wyjaśnień. Postanowił więc iść za radą profesor obrony i przyznał, czując, że takie tłumaczenie nie zadowoli McGonagall:
- Byłem u profesor Fedele.
- Słucham? – brwi McGonagall uniosły się w wyrazie niedowierzania. – Czy ja się nie przesłyszałam? Poszedłeś do profesor Fedele, wymykając się ze skrzydła szpitalnego, gdy pani Pomfrey poszła na śniadanie? Po co tam poszedłeś? Czy to ona wezwała cię do siebie?
- Nie! – zaprzeczył szybko Harry. Jeszcze tego by brakowało, aby McGonagall zrobiła nauczycielce obrony awanturę za rzekome wyciąganie pacjenta z łóżka szpitalnego. Ładnie by się odwdzięczył za pomoc! – Poszedłem do profesor Fedele, bo musiałem z nią pilnie porozmawiać. Czekałem pod jej gabinetem, aż wróci ze śniadania. To ja prosiłem o rozmowę.
- Ach tak – McGonagall nadal nie wyglądała na udobruchaną ani przekonaną. Jej wzrok wyrażał podejrzliwość i Harry'ego uderzyła dziwna myśl, że wicedyrektorka nie lubi profesor Fedele. Nie wiedział, dlaczego taka myśl przyszła mu do głowy, nie był przecież świadkiem żadnej scysji między obiema paniami. Jednak pospieszne założenie, że to nauczycielka wezwała do siebie ucznia, który po wypadku powinien przecież leżeć w łóżku, wskazywało na dość niechętny stosunek względem profesor obrony. I ten ostry ton, gdy wicedyrektorka wypowiadała jej nazwisko… Harry potrząsnął głową, zdumiony własnymi wnioskami.
Ku jego uldze, profesor McGonagall nie pytała, czego dotyczyła rozmowa.
- Wracaj natychmiast do łóżka, Potter – zarządziła swoim zwykłym głosem. – Panie Weasley, proszę pomóc koledze przebrać się w piżamę.
Wszyscy czekali w milczeniu, aż Harry przy pomocy Rona przebierze się za parawanem. Gdy wreszcie wsunął się do łóżka, wydał z siebie westchnienie ulgi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dzisiejsza wyprawa mocno go zmęczyła, a kości gwałtownie protestowały przeciwko dalszej ich eksploatacji.
- Poppy, mogłabyś nas zostawić na chwilę samych? – głos McGonagall był spokojny, ale Harry od razu wyczuł, co będzie za chwile i cały się spiął. – Panie Weasley, panno Granger, panno Chang, zaczekajcie na korytarzu.
Dały się słyszeć ciche kroki, otwieranie i zamykanie drzwi do skrzydła szpitalnego. Harry miał ochotę wsunąć się pod kołdrę i udawać, że go nie ma. Najwyraźniej się przeliczył, sądząc, że opiekunkę Gryffindoru zadowolą jego pobieżne wyjaśnienia. McGonagall odczekała, aż zostaną sami, po czym przysunęła sobie krzesło i usiadła obok łóżka Harry'ego. Ten lekko się skulił, oczekując wymówek, ale ku jego zdumieniu, po raz kolejny się pomylił.
- Potter, co się z tobą dzieje? – zapytała profesor McGonagall łagodnym, pozbawionym swej zwyklej szorstkości tonem. – Od jakiegoś czasu dziwnie się zachowujesz. Najpierw domagasz się rozmowy z dyrektorem, odmawiając mi jakichkolwiek wyjaśnień. Potem bierzesz od pani Pomfrey silny środek nasenny. Teraz znowu wymykasz się ze szpitala i udajesz na pogawędkę z profesor od obrony. W czym może ci pomóc profesor Fedele, w czym ja nie mogę?
Harry osłupiał. Łagodna wymówka w głosie McGonagall sprawiła, że poczuł wyjątkowo podle. O wiele łatwiej mu było, gdy wicedyrektorka złościła się na niego, gdyż wtedy mógł się obrazić i czuć, że ma do tego prawo. A teraz w jej głosie słyszał zmartwienie oraz troskę i nie wiedział, jak ma się zachować. Profesor Fedele prosiła, aby nie tłumaczył, w jakiej sprawie do niej przyszedł, uznał więc, że sama poinformuje o wszystkim Dumbledore'a i McGonagall. Bo chyba oczywiste było, że opiekunka Gryffindoru również dowie się o całej sprawie? Zaraz… a jeśli profesor Fedele zamierzała powiedzieć o wszystkim tylko Dumbledore'owi i z jakichś powodów pominąć McGonagall? Harry czuł się kompletnie ogłupiały, a niespójne myśli wirowały w jego głowie. Nie mówić o niczym McGonagall, to jakiś absurd! Moment, a może istotne było, aby o wszystkim dowiedział się najpierw Dumbledore, a potem McGonagall? Co dokładnie powiedziała profesor Fedele? Harry wytężył umysł, czując, że za chwilę zwariuje.
- Potter? – przynagliła go łagodnie McGonagall.
Harry, który nie był już w stanie przypomnieć sobie, co dokładnie powiedziała mu nauczycielka obrony, zdecydował się grzecznie wykręcić od odpowiedzi.
- Profesor Fedele będzie dzisiaj rozmawiać z dyrektorem Dumbledorem – odparł cicho – i z panią zapewne również. Wolałbym, aby to ona wszystko wyjaśniła… bo to trochę skomplikowana sprawa.
- Czy chodzi o to, co wydarzyło się w zeszłym roku, pod koniec Turnieju Trójmagicznego? – spytała cicho profesor McGonagall. – O śmierć Cedrika Diggory'ego? Czy to cię tak dręczy, Potter?
Harry spojrzał na nią ze zdumieniem i dopiero wtedy przypomniał sobie, że tej wymówki użył, aby wydębić od pani Pomfrey Eliksir Słodkiego Snu.
- Nie – przyznał, spuszczając wzrok.
- No więc co się dzieje? Potter, jestem opiekunką twojego domu. Jeśli miałeś jakiś problem, dlaczego nie zwróciłeś się z tym do mnie?
- Dlaczego? – Harry spojrzał McGonagall prosto w oczy. – Próbowałem, pani profesor. Chciałem porozmawiać z profesorem Dumbledorem, ale usłyszałem, że wyjechał, pamięta pani? Wtedy, kiedy przypadkiem spotkaliśmy się na korytarzu. Była pani wtedy bardzo zła, że ośmielam się prosić o spotkanie z dyrektorem, a przecież nie szedłbym do niego z jakąś błahą sprawą!
McGonagall wpatrywała się w niego z osłupieniem. Harry zdał sobie sprawę z tego, że podniósł głos, ale nie był w stanie przestać.
- Miałem zamiar wtedy porozmawiać z panią, ale była pani wtedy tak zirytowana moją bezczelnością, że nie miałem odwagi! Z kim więc miałem porozmawiać? Próbowałem sobie radzić sam z tym, że nie sypiam po nocach, a jak już zasnę, śnią mi się koszmary tak przerażające, że budzę się z krzykiem! Dlatego wziąłem od pani Pomfrey eliksir nasenny. Wiedziałem, że powinienem był wziąć jedną kroplę, ale było mi już wszystko jedno, chciałem po prostu zasnąć i przespać przynajmniej jedną noc! Dlatego wymknąłem się ze skrzydła szpitalnego i poszedłem do profesor Fedele. Ja… - tu Harry wziął głęboki oddech i kontynuował nieco spokojniejszym tonem – rozmawiałem już wcześniej z profesor Fedele i pamiętam, że mnie wysłuchała. Wiedziałem, że jeśli pójdę do niej i tym razem, nie wyśmieje mnie ani nie potraktuje jak głupiego dzieciaka, który sam prosi się o problemy. I tak było. Powiedziałem profesor Fedele o wszystkim, a ona naprawdę się przejęła i przyrzekła, że mi pomoże i porozmawia dzisiaj z dyrektorem. I wie pani co? – Harry'emu zaczynało już brakować tchu. - Ona naprawdę mnie zrozumiała.
Coś w twarzy McGonagall drgnęło.
- Och, Potter – powiedziała stłumionym głosem. – Tak mi przykro… Nie przyszło mi do głowy…
- To nieważne – przerwał Harry, któremu na widok wyrazu twarzy opiekunki Gryffindoru zrobiło się ogromnie wstyd. Nie mógł zaprzeczyć – był na nią zły za tak bezceremonialne odprawienie go na korytarzu, ale gdy patrzył teraz w jej zmartwioną twarz, poczuł się wyjątkowo podle. Złość złością, ale przecież zawsze lubił McGonagall. Bywała ona surowa, oschła i szorstka, ale bardzo troszczyła się o swoich Gryfonów. Harry mógł sobie wyobrazić, jak zareagowała, kiedy dowiedziała się o jego upadku z miotły. Z pewnością pobiegła natychmiast do skrzydła szpitalnego, być może nie wiedząc nawet, czy jej podopieczny jeszcze żyje. A to, że później dostała ataku szału na wieść o jego bezmyślnym zachowaniu przy zażywaniu leku… cóż, musiała jakoś odreagować swój strach i nerwy. Harry nie miał o to do niej żalu. Już nie.
- Wszystko w porządku, pani profesor – powiedział z bladym uśmiechem. – Naprawdę. Dostałem nauczkę i obiecuję, że na przyszłość dwa razy pomyślę, zanim coś zrobię.
Profesor McGonagall pokręciła głową, ale i na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.
- Och, Potter, Potter – westchnęła. – Gdzie ty masz głowę? Piętnaście lat, a rozum jak u pięciolatka.
- Wiem – odparł skruszonym tonem Harry.
- Cóż, zapewne usłyszę całą historię dziś wieczorem od profesor Fedele – McGonagall wygładziła rękaw szaty i wstała. – Wobec tego nie będę cię dłużej męczyć. Twoi przyjaciele już pewnie niecierpliwią się za drzwiami.
Harry'emu nagle przyszła do głowy nieprzyjemna myśl.
- Mam nadzieję, że profesor Fedele uda się porozmawiać z dyrektorem – powiedział niespokojnie. Poczuł się lekko zmieszany pod bacznym spojrzeniem opiekunki domu, ale ciągnął dalej. – Bo… eee… dyrektora ostatnio nie było i mam nadzieję, że nie wyjedzie… to znaczy, ja rozumiem, że może mieć do załatwienia jakieś sprawy, ale…
- Profesor Dumbledore nigdzie nie wyjeżdża – przerwała profesor McGonagall łagodnie. – Rozumiem twoje obawy, Potter, ale jeśli profesor Fedele obiecała, że porozmawia z dyrektorem na twój temat, to tak będzie.
Harry skinął głową, ale pamiętając, jak nieuchwytny był ostatnio Dumbledore, zaczął powoli tracić wiarę w swoje szczęście. Najwyraźniej powątpiewanie musiało odbić się na jego twarzy, ponieważ McGonagall delikatnie poklepała go po ramieniu.
- Bądź pewny, że jeśli profesor Fedele coś ci obiecała, to dotrzyma słowa. To bardzo stanowcza osoba i… hmm, zawsze przeprowadza swoją wolę.
- Chyba, że u dyrektora pojawi się sam minister – nie mógł się powstrzymać Harry.
Profesor McGonagall uniosła brwi.
- To poczeka. Minister, oczywiście.
Harry wyobraził sobie Knota, jak z melonikiem w rękach czeka pokornie pod drzwiami, aż profesor Fedele skończy rozmawiać z Dumbledorem i dostał takiego ataku śmiechu, że aż się rozkaszlał. McGonagall posłała mu wyrozumiały uśmiech i bezszelestnie opuściła skrzydło szpitalne. Harry usłyszał, że rozmawia z kimś w drzwiach, po czym do środka weszła Cho. Natychmiast spoważniał i poczuł, że serce zaczyna mu szybciej bić. Nerwowym ruchem przygładził włosy i z zażenowaniem podciągnął wyżej kołdrę.
- Harry! – powiedziała Cho, siadając koło niego na łóżku i nie zwracając uwagi na to, czy pani Pomfrey jest obecna, czy nie, objęła go delikatnie za szyję. Harry poczuł lekkie, łaskotanie w miejscu, gdzie dziewczęce dłonie zetknęły się z jego skórą. – Ron i Hermiona powiedzieli, że skoro tu jestem, przyjdą do ciebie później, po lunchu. Och, Harry, to było straszne. Byłam na treningu, widziałam ten cały wypadek. Myślałam, że… - glos lekko jej się załamał i wzięła kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić.
- To wyglądało znacznie gorzej, niż było naprawdę – mruknął Harry, z zachwytem wpatrując się w oczy Cho, tak blisko jego twarzy. W tej chwili mógłby śmiało policzyć wszystkie drobne piegi na jej nosie. Dotyk palców Cho na karku i we włosach Harry'ego sprawił, że chłopaka przeszedł dreszcz, a jego dłonie bezwiednie objęły ją w talii. – Cho, wszystko ze mną w porządku. Przykro mi, że tak się wystraszyłaś.
Z przerażeniem dostrzegł, że oczy dziewczyny błyszczą od łez. Nie chciał, aby się rozpłakała, nie z jego powodu! Zaczął coś do niej mówić, jej twarz zbliżyła się niebezpiecznie blisko, poczuł zapach owocowych perfum, jego usta znalazły się na jej policzku i nagle zaczęli się całować. Harry zapomniał o wszelkiej nieśmiałości, gdy jego język pieścił wargi Cho, a dłonie przesuwały się po jej talii. Ona najwyraźniej nie miała nic przeciwko temu, gdyż odpowiadała z zapałem na jego pieszczoty i wtem Harry zorientował się, że już nie siedzi, a leży, a Cho pochyla się nad nim, jedną dłoń zanurzając w jego włosach, a drugą kładąc mu delikatnie na piersi. Jej palce wsunęły się w rozpięcie piżamy i dotknęły nagiej skóry chłopca, którego ciałem wstrząsnął lekki dreszcz. Zapomniał już, że znajdują się w skrzydle szpitalnym, do którego w każdej chwili może ktoś wejść. Przyciągnął do siebie Cho tak mocno, że leżeli teraz jedno na drugim, oddzieleni kołdrą, tak blisko siebie, jakby przyklejeni. Dłonie Gryfona wędrowały po plecach dziewczyny, a ta ochoczo poddawała się coraz śmielszym pieszczotom. Jej biust opierał się teraz o jego klatkę piersiową, a było to coś, czego Harry nigdy wcześniej nie doświadczył. Owszem, kiedy poprzednio się całowali, przyciskał ją do siebie z całej siły, ale to było co innego, wtedy stali, a teraz ona leżała na nim, wyginając plecy w łuk, jej piersi go dotykały, a on… o Merlinie, jego członek uniósł się nieco. Dyskretnie ugiął nieco kolana, mając nadzieję, że Cho nie zorientuje się, jak bardzo zareagował na jej dotyk.
- Co tu się dzieje? – głos pani Pomfrey brutalnie wdarł się w sielankę (i prawdopodobnie uratował Harry'ego przed kompromitacją, gdyby Cho przesunęła udo o kilka cali w lewo). Oboje natychmiast odskoczyli od siebie jak poparzone koty. – Doprawdy, panno Chang! Rozumiem, że chce pani pocieszyć chorego kolegę, ale bardzo proszę usiąść na krześle i zostać w nim do końca swojej wizyty!
Cho była czerwona jak wiśnia. Harry stłumił śmiech na widok zgorszonej miny pielęgniarki, która kręcąc głową z dezaprobatą, wróciła do swojego kantorka, zostawiając drzwi szeroko otwarte.
- Chyba nam nie ufa – mruknął cicho, w duchu błogosławiąc pojawienie się pani Pomfrey. Nie miał nic przeciwko dotykaniu Cho, o nie, ale wolałby, aby nie uznała go za napaleńca. Zwłaszcza, że pod cienką kołdrą trudno byłoby mu ukryć swój stan. Może innym razem… kiedyś… w głowie Harry'ego zamajaczyło wyobrażenie dziewczęcych dłoni, zsuwających się w dół jego brzucha i poczuł kolejne przyjemne naprężenie. Potrząsnął głową, starając się wygonić z niej te niewygodne, ale jakże podniecające myśli.
Cho, której twarz z wolna powracała do normalnego odcienia, usiadła na krześle. Zdaniem Harry'ego, bardzo niechętnie.
- A więc – odezwała się z błyskiem w oczach – porozmawiajmy na jakiś neutralny temat, aby nie gorszyć pani Pomfrey.
- Dobry pomysł – przytaknął skwapliwie Harry i przybierając minę, którą tak często widywał u Percy'ego Weasleya, zapytał: - Może przedyskutujemy najnowsze doniesienia ministerstwa w kwestii ustawowej grubości kociołków? Bardzo chciałbym poznać twoją opinię na ten temat, bo to zagadnienie bardzo mnie nurtuje.
Cho zrobiła komicznego zeza.
- Nie mam nic przeciwko wprowadzeniu pewnej innowacji, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, postęp nie jest rzeczą złą, o ile wdraża się go w sposób właściwy i zgodny z obowiązującymi wytycznymi.
Powiedziała to tonem tak doskonale imitującym skrzekliwy, napuszony głos Umbridge, że Harry zawył ze śmiechu. Zaniepokojona pani Pomfrey wyjrzała z kantorka. Nie zauważywszy niczego podejrzanego, wróciła do swojej pracy, przezornie zostawiając szeroko otwarte drzwi. Z młodzieżą nigdy nic nie wiadomo, a tej dwójki najwidoczniej nie powinno się spuszczać z oka. Ach, te szalejące hormony! Uśmiechając się pod nosem, wróciła do pracy, bacznie nasłuchując. Okazja czyni złodzieja, a ukochany, leżący w łóżku po ciężkim wypadku, może nasuwać dziewczętom bardzo romantyczne skojarzenia.
X X X X X
Fede obudziła się tak gwałtownie, jakby ktoś krzyknął jej prosto w ucho. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się tępo w sufit, zdając sobie sprawę z tego, że na wpół rozebrana leży w skłębionej pościeli, gorset boleśnie wrzyna jej się w ciało, a gardło ma tak suche i obolałe, że nie jest w stanie nawet przełknąć śliny.
W głowie jej wirowało.
Z jękiem zwlokła się z łóżka i na uginających się nogach dowlokła do nocnego stolika. Chwyciła stojącą na nim szklankę i napełniwszy ją przy pomocy Aguamenti, piła tak łapczywie, że omal się nie udławiła. Pomogło. Gardło nieco jej się rozluźniło, a zimna woda nieco ją otrzeźwiła, ale nadal czuła się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Powietrze w pokoju było obrzydliwie duszne i parne, oblepiało jej skórę niczym kokon i uniemożliwiało normalne oddychanie. Machnięciem różdżki otworzyła okno i usiadła na dywanie, opierając się plecami o brzeg łóżka. Chłodne, październikowe powietrze omiotło jej twarz, przynosząc uczucie ulgi.
Czuła, że z każdym oddechem wracają jej siły, ale i tak bardzo źle się czuła. Rzadko kiedy zdarzało jej się budzić w stanie kompletnego rozbicia, chyba, że była na ogromnym kacu. Może to efekt przemęczenia?
Do spotkania zostało czterdzieści pięć minut. Nie było mowy, aby przyjść w takim stanie – spocona, potargana, z twarzą zapuchniętą od snu. Z niechęcią powlokła się do łazienki i starając się nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze, odszukała w szafce eliksir wzmacniający o natychmiastowym działaniu, polecany w przypadkach przemęczenia i wyczerpania. Nie troszcząc się o odmierzenie dawki, przechyliła flakonik i upiła mały łyk. Efekt był natychmiastowy, zupełnie, jakby ktoś nacisnął włącznik. Jeszcze przed chwilą powłóczyła nogami, a po kilku sekundach znów była sobą. Nie czuła się zmęczona, nic ją nie bolało, a umysł pracował tak jasno, jak zazwyczaj.
Przysiadła na brzegu staromodnej, ogromnej wanny i odkręciła wodę, po czym z ulgą pozbyła się bielizny i pończoch. Łazienkę napełniły kłęby wodnej pary. W Hogwarcie, podobnie jak i w Beauxbatons, każdy z nauczycieli miał swoją prywatną łazienkę, ale nie dało się ukryć, że jej osobiste apartamenty we francuskiej szkole były znacznie większe i nowocześniejsze, niż tutaj. Fede jednak nie narzekała. Pokój miała wystarczająco duży, ładnie umeblowany, z widokiem na jezioro. Wystarczyło przywieźć ze sobą trochę prywatnych drobiazgów, aby poczuć się tu jak w domu. Co do łazienki, to system kanalizacyjny Beauxbatons był znacznie nowocześniejszy, dlatego obywało się bez wściekłego wycia, gdy odkręcała kurki. Tam woda z cichym szumem lała się do wanny, tu zaś odbywało się to przy akompaniamencie upiornego zawodzenia, jakby w rurach zagnieździła się banshee.
I co z tego? Mimo, że Beauxbatons oferowało większe wygody, to właśnie tutaj, w Hogwarcie, Fede czuła się jak u siebie. Od pierwszego października, gdy poranki bywały już chłodne, budziła się, słysząc trzaskanie ognia na kominku, rozpalanego przed skrzaty bladym świtem w pokojach nauczycieli. Wstawała, kąpała się, ubierała i schodziła na śniadanie. Gdy po posiłku wracała do siebie, aby zabrać teczkę z wszystkim, czego potrzebowała podczas zajęć, pokój był już wysprzątany, ogień przygaszony, wilgotne ręczniki uprzątnięte, a na ich miejsce pojawiały się nowe, pachnące świeżością, ogromne ręczniki kąpielowe w kolorach bieli i jasnej lawendy. Fede nie była wielce wymagająca, ale osobna łazienka bardzo ją cieszyła. Lubiła zanurzyć się w pachnącej wodzie, czasem z kieliszkiem wina w dłoni, i oddawać się rozmyślaniom.
Z niechęcią przypominała sobie szkolne czasy, kiedy wraz z innymi dziewczętami stała w kolejce do łazienki, często dygocząc z zimna, bo jesienne i zimowe poranki bywały wyjątkowo chłodne. Gdy wreszcie udawało jej się dostać pod prysznic, myła się pospiesznie, słysząc dobiegające zza zasłony glosy koleżanek: „Fede, pospiesz się, do cholery, nie jesteś tu sama". I te wieczne parady, rozpoczynające się w łazience, a kończące w dormitoriach, podczas których dorastające dziewczyny bez skrępowania epatowały swoją nagością, szukając bielizny, wciągając majtki, zapinając biustonosze, a wszystko to na oczach współlokatorek. Na nieszczęście wszystkie współlokatorki Fede zostały dość hojnie obdarzone przez naturę, co w ich mniemaniu uprawniało je do wygłaszania uszczypliwości wobec koleżanki. Drobna, koścista i dość płaska Fede nie miała się czym chwalić, co wprawdzie nie spędzało jej snu z powiek, bowiem uważała, że jędrny, nieduży biust jest o wiele wygodniejszy niż podskakujące na każdym kroku piersi. Niemniej jednak nie zamierzała chodzić nago między koleżankami i dlatego wynurzała się z łazienki owinięta szczelnie szlafrokiem, a przebierała za zaciągniętymi szczelnie zasłonami łóżka.
Ignorowała złośliwe docinki koleżanek, ale któregoś razu, gdy wróciła do dormitorium po jakimś szlabanie i zastała współlokatorki, wymachujące jej biustonoszem w rozmiarze A, który pod jej nieobecność wyciągnęły z szuflady, a potem usłyszała pytanie, czy to nie jest przypadkiem szalik, złość w niej zakipiała. Z bladym uśmiechem odebrała swoją własność, a następnego dnia wypatrzyła prowodyrkę całego zajścia, siedzącą w przerwie między zajęciami na ławce ogrodowej wraz ze swoim chłopakiem. Podeszła do nich, uprzejmie się przywitała i zagaiła koleżankę o jakąś pracę domową. Dziewczyna odpowiadała półsłówkami, kipiąc przy tym z wściekłości, albowiem dostrzegła to samo, co jej chłopak. Fede miała na sobie obcisły, biały podkoszulek, a ponieważ nie nosiła biustonosza, materiał podkreślał kształt jej piersi oraz sutków. Fede podziękowała za pomoc, świadoma tego, że chłopak pożera ją wzrokiem, po czym odeszła, aby przebrać się w coś stosowniejszego. Gdy wieczorem wróciła do dormitorium, nikt się do niej nie odzywał, ale przynajmniej miała święty spokój. I tak już zostało, aż do końca siódmej klasy.
Fede skrzywiła się i zakręciła kurki. Ostrożnie zanurzyła się w gorącej wodzie, sięgnęła po mydło i zaczęła nacierać przedramiona gęstą, pachnącą pianą. Mmm, jak dobrze. Zapach lawendy uspokajał ją i koił jej zmysły, a ona czuła się jak nowonarodzona, zmywając z siebie ślady wielogodzinnego snu. Miała ochotę umyć też głowę, ale wiedziała, że w przeciągu pół godziny nie zdoła wysuszyć i okiełznać niesfornej masy skręconych włosów. Dlatego oparła się wygodniej plecami o skraj wanny i pozwoliła sobie na dłuższe lenistwo, wpatrując się w przeciwległą ścianę i pływające po brzoskwiniowych kafelkach rybki.
Musiała uporządkować myśli przed spotkaniem. I nie chodziło tu o to, co powie Dumbledore'owi, kiedy poprosi go o chwilę rozmowy po zebraniu. Chodziło o to, że na spotkaniu będzie również Severus. A to wymagało przemyślenia sprawy.
Nie pojawił się dziś na śniadaniu. Po raz pierwszy, odkąd pamiętała, krzesło Mistrza Eliksirów świeciło pustką.
Gdy Fede zeszła rano na posiłek, miała nadzieję, że go zobaczy. Ostatnie półtorej doby upłynęło jej w szaleńczym tempie – pospieszna, burzliwa narada na Grimmauld Place, rewidowanie mugolskiego domu, składanie raportu przed wyjątkowo zirytowanym Moodym i głupia kłótnia z Syriuszem, która wybuchła o… właśnie, z jakiego powodu? Nie potrafiła sobie przypomnieć, ale atmosfera zdenerwowania udzieliła się wszystkim i wystarczyło jedno słowo, aby rozpętała się pyskówka, którą przerwała dopiero Tonks. Wkurwiona na cały świat Fede wróciła do Hogwartu i natychmiast poszła do pani Pomfrey, po czym przez kilka godzin tułała się po gabinecie, z nudów porządkując zawartość sekretarzyka. Wiedziała, że to głupie, ale porządki, polegające na układaniu piór i pergaminów, uspokajały ją i pozwalały się wyciszyć.
Jej myśli krążyły wokół ostatniej nocy spędzonej z Severusem. Chryste, to było coś. Nie narzekała wprawdzie na żadne z ich poprzednich spotkań (których zresztą nie było tak wiele), ale tym razem Severus przeszedł samego siebie. W jego wzroku po raz pierwszy w życiu ujrzała szaleństwo, które tak ją podnieciło, że straciła zupełnie głowę i zaczęła błagać, aby brał ją ostro i brutalnie, jak sukę. Chciała, aby przycisnął ją do łóżka tak mocno, że ledwo mogłaby złapać oddech. Aby jej nie pieścił, ale wykorzystał jej ciało i pieprzył tak, że skamlałaby z bólu, a potem krzyczała, czując, jak ból miesza się z rozkoszą. Aby wykręcił jej ręce, szarpnął za włosy, poznaczył siniakami. Aby nie przejmował się tym, czy ona ma orgazm, czy nie. Aby zmaltretował jej ciało tak, że następnego dnia z trudem zwlekałaby się z łóżka, czując tępy ból między nogami i widząc siniaki oraz zadrapania pozostawione przez jego palce.
Tymczasem wszystko poszło nie tak.
Severus stracił nad sobą kontrolę, owszem, ale nie w taki sposób, jak oczekiwała. Gdy rozpłakał się, Fede nie mogła uwierzyć własnym uszom. W jednej chwili zdała sobie sprawę, że dopiero w tym momencie poznała prawdziwego Severusa. Kompletnie bezbronny i zdruzgotany odsłonił się przed nią, a ona pojęła wszystko. Wszystko. Skąd bierze się w nim taka rezerwa i niemal chorobliwa chęć samokontroli.
Nie była osobą sentymentalną ani przesadnie wrażliwą. Niektórzy nazywali ją zimną suką i nie mogła się z nimi nie zgodzić. Opanowanie, chłodna kalkulacja, planowanie, wyrachowanie – to były główne cechy jej charakteru. Szła przed życie, nie żałując niczego, co kiedykolwiek uczyniła. Przypuszczała, że popełniła równie wiele dobrych uczynków, co złych, ale niewiele ją to obchodziło, gdyż nie miała zwyczaju oglądać się za siebie. Rozsądek mówił jej, że kiedyś przyjdzie jej zapłacić za swoją pychę i przekonanie o swojej nieomylności, ale póki żyła i miała się dobrze, nie zamierzała się zmieniać.
A jednak…
Miała silnie rozwiniętą empatię, która pozwalała jej zrozumieć innych. Potrafiła odczuwać ludzkie emocje, pojmowała też, dlaczego ludzie zachowują się w ten, a nie inny sposób. Choć nie wpadała w zachwyt na widok zachodu słońca, potrafiła docenić piękno tego zjawiska i rozkoszować się nim, niczym kolekcjoner, który widział w swoim życiu tyle dzieł sztuki, że były one dla niego chlebem powszednim, a mimo to podziwiał każdy nowy okaz w swojej kolekcji. Nie roztkliwiała się nad własnym życiem, ale potrafiła współczuć w obliczu cudzej rozpaczy. Mało ją obchodziło, że w szkole była obiektem drwin i pośmiewiska, ale wpadała w gniew na widok ucznia, dręczonego i wyśmiewanego przez innych. Nie znosiła chwil, w których zdarzało jej się okazać słabość, ale gdy widziała kogoś bezbronnego i słabszego, bez wahania spieszyła z pomocą. Nie miała złudzeń co do ludzi – egoistów i tchórzy, którzy myśleli przede wszystkim o sobie – ale nie mogłaby żyć na jakimś odludziu, na którym przez wiele dni lub tygodni nie widziałaby żadnej żywej istoty.
Nie zamierzała się zakochiwać ani wychodzić za mąż. Szukała natomiast partnera, którego priorytety byłyby identyczne z jej własnymi – związek dwóch silnych indywidualności, które szanowałyby wzajemnie swoją prywatność. Żadnego ślubu, dzieci, wspólnego domu. Zamiast tego dwa osobne mieszkania, wspólnie spędzane noce, czyli silny związek fizyczny i emocjonalny, ale nie uczuciowy. Nie była zakochana w Severusie i nawet jej to do głowy nie przyszło. To, co do niego czuła, było tak dalekie od miłości, jak księżyc od ziemi. Severus ją fascynował i intrygował, ale nie odczuwała potrzeby poznania historii jego życia, poprzednich związków (o ile takowe istniały) ani rodziny (jeśli ją miał). Nie miałaby nic przeciwko, gdyby opowiedział jej o swojej przeszłości, ale o nic nie wypytywała. Lubiła przyglądać się jego dłoniom i szczupłej sylwetce, gdy się poruszał. Jego badawczy wzrok wywoływał u niej przyjemne dreszcze, a dotyk dłoni sprawiał, że robiła się cała mokra. Gdy zaś się kochali, szczytowała, bo nawet, jeśli ich upodobania trochę się różniły, to sama świadomość, że on zagłębia się w niej, boleśnie twardy z podniecenia, wystarczała, aby traciła rozum. Na co dzień mogli się kłócić i prowadzić słowne utarczki, jednak bywały chwile, w których okazywał jej troskę. Potrafił ją objąć, pogładzić po policzku, przynieść lekarstwo. I choć te krótkie chwile intymności prowadziły jak na razie do jednego – do jej łóżka – to czuła, że Severus troszczy się o nią na swój chodny, sztywny sposób. W życiu nie kupi jej kwiatów ani nie zabierze na romantyczny spacer przy księżycu, ale będzie przy niej, gotów jej bronić w razie potrzeby. Mogłoby się wydawać, że takie zachowanie dyktuje mu poczucie obowiązku wobec kochanki, jednak Fede czuła, że takie zachowanie było dla Severusa czymś tak naturalnym i oczywistym, jak oddychanie.
Fede była osobą samodzielną i nie życzyła sobie, aby ktokolwiek wpływał na jej decyzje, doradzał wbrew jej woli albo traktował ją jako słabą kobietę, której trzeba bronić. Nie potrzebowała tego rodzaju opieki. Doceniała więc, że Severus nie próbował ingerować w jej życie. Był po prostu obok, a ona czuła, że gdyby znalazła się w kłopotach, mogłaby na niego liczyć. To było bardzo miłe uczucie.
Ona traktowała Severusa tak samo. Wiedziała, że jest mu potrzebna i nie zamierzała zostawić go samego sobie. Nie chciała go tak zostawić. Chciała być przy nim i wspierać go ze wszystkich sił, nie tylko teraz, ale zawsze, gdyby tego potrzebował. Na tym polegała jej idea związku – aby czuć, że tuż obok jest ktoś, komu można zaufać i na kogo można liczyć w trudnych chwilach. Czy byłaby w stanie stać u boku Severusa, wspierać go? Tak! Wiedziała, że tak. Problem w tym, że trzeba było jeszcze przekonać do tego pewnego upartego osła.
I w tym sęk.
Gdy zrozumiała, że Severus w ogóle nie pojawi się na śniadaniu, spochmurniała, a jedzony przez nią bekon stracił swój smak. Przeżuła apatycznie resztki jedzenia i wróciła do swojego gabinetu, pod drzwiami którego czekał na nią Harry. Rozmowa z chłopcem pozwoliła jej trochę oderwać się od nieprzyjemnych myśli, ale coś jej mówiło, że to może być koniec jej planów.
Tamtego wieczoru Severus pieścił ją czule, nie pozwalając jej jednak odwzajemnić się tym samym. Świadomość, że stracił nad sobą panowanie i rzucił się na nią, musiała go bardzo dręczyć. Fede mogła się tylko domyślać, że miał bardzo brutalnego ojca, który zmienił jego dzieciństwo w piekło. Jego przerażenie, kiedy zorientował się, że był w stanie ją zgwałcić – tak, jak jego ojciec matkę? – było wręcz namacalne. Ale potem okazał jej tyle delikatności, troszcząc się o jej satysfakcję i nie myśląc przy tym o sobie…
Czy powinna mu wtedy powiedzieć: „Nie jesteś taki jak ojciec"? Nie. Nie przyjąłby jej wyjaśnienia, nie wtedy. Jedyne, co mogła zrobić, to przytulić udo do jego twarzy i odpłacić mu czułością, której sama zaznała.
Kiedy zaczął płakać, zareagowała zupełnie instynktownie. Wyczuła, jak bardzo poczuł się upokorzony tym, że on, znany ze swojego opanowania, rozbeczał się jak dzieciak. Dlatego przytuliła go do siebie, gładząc po plecach i włosach, szepcząc mu do ucha słowa pocieszenia. Nie pamiętała już, co wtedy mówiła, ale nie puściła go, gdy chciał się jej wyrwać i nie pozwoliła mu odejść. Przytrzymywała go dopóty, dopóki nie poczuła, że się uspokaja, a wtedy dała mu jasny sygnał, że nadal go pragnie.
A później, gdy pod wpływem wspomnień dygotała i trzęsła się jak osika, to właśnie on przytulił ją do siebie gestem na wpół szorstkim, na wpół opiekuńczym, ale nie przesadnie czułostkowym. To był dziwny wieczór, kiedy oboje, na co dzień tacy silni, rozpaczliwie potrzebowali siebie nawzajem i szukali u siebie pocieszenia.
Co więcej mogła zrobić?
Przygryzła dolną wargę. Chyba nic. Podejrzewała, że to jedna z sytuacji, w których cokolwiek by zrobiła (lub czego by nie zrobiła), byłoby błędem.
Jeśli nie chciała stracić Severusa, musiała być bardzo ostrożna i ufać swojej intuicji.
Niechętnie wyszła z wanny i owinięta ręcznikiem kąpielowym, przeszła do sypialni. Rzut oka na zegar uprzytomnił jej, że zostało pięć minut do spotkania. Cholera! Klnąc pod nosem, zaczęła się pospiesznie ubierać, w efekcie czego pojawiła się w gabinecie Dumbledore'a w eleganckiej, czerwonej sukni, ale z niedbale upiętymi włosami i zaróżowionymi jak po biegu policzkami.
X X X X X
Severus siedział przy biurku w swoim gabinecie. Jego sztywno wyprostowane plecy nawet nie drgnęły, gdy sięgał po kolejne pergaminy z wypracowaniami, czytał uczniowskie wypociny, skreślał całe zdania i stawiał oceny. Migotliwy płomień świecy, jedynego źródła światła, wyostrzał rysy jego twarzy, zmieniając ją w upiorną, bezkrwistą maskę.
Potter. „T", oczywiście. Nie trudząc się, aby choć zerknąć okiem na wypracowanie, postawił najniższą ocenę i z obrzydzeniem odłożył pergamin na bok.
Czterdzieści minut do zebrania. Mówił Dumbledore'owi, że temat planowanej dyskusji go nie interesuje i wolałby poświęcić popołudnie na ocenianie uczniowskich prac, ale dyrektor uparł się, a on nie mógł odmówić. Nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć w tym nauczycielskim spędzie, a fakt, że pojawi się tam również Fede, utwierdzał go w tym przekonaniu.
Podjął bowiem decyzję, że od tej pory będą ich łączyć tylko i wyłącznie formalne stosunki. Tak, jak powinno być.
Ronald Weasley. „N". Jego wypociny są prawdopodobnie tak samo tragiczne, jak praca Pottera, a może nawet jeszcze gorsze, ale jeśli obaj dostaliby „T", Potter przejąłby się tym mniej, niż gdyby jego przyjaciel dostał lepszy stopień.
Nie unikał Fede dlatego, aby nie był w stanie powiedzieć jej prosto w twarz, że kończy ten żałosny romans. Nie miałby najmniejszych skrupułów, aby jasno i otwarcie zakomunikować jej, że to koniec. Po prostu nie chciał z nią rozmawiać. Nie było o czym.
Był podwójnym agentem. Na zlecenie Dumbledore'a, udawał najbardziej oddanego, najwierniejszego poplecznika Czarnego Pana. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego brak wrażliwości, emocjonalny chłód i opanowana do perfekcji umiejętność samokontroli są niezbędne, aby ciągnąć tę przerażającą, śmiertelnie niebezpieczną grę. Balansował na krawędzi, świadom tego, że Czarny Pan wprawdzie na nim polega, ale nie ufa mu do końca. Czasami, gdy przed nim stał, widział wyraz podejrzliwości w czerwonych oczach i czuł, że jego umysł poddawany jest działaniu zręcznej legilimencji. Nigdy, przenigdy, nie pozwolił, aby w jego mózgu zagnieździła się choćby jedna myśl, mogąca zrujnować cały plan. W wolnych chwilach okludował swój umysł, ćwicząc samokontrolę, boleśnie świadom faktu, że najmniejszy błąd oznaczać będzie śmierć. Nie dopuszczał do siebie wspomnień z przeszłości, nie odczuwał ciepłych uczuć wobec kogokolwiek lub czegokolwiek. Już jako dziecko był zamknięty w sobie, a w miarę dorastania otaczał się coraz większą warstwą chłodu, która obecnie przypominała lodową skorupę.
I wtedy wszystko zawaliło się z hukiem.
To przez nią, przez Fede, całe jego opanowanie poszło w cholerę. Przez cały czas uprawiała z nim okrutną grę, drażniąc jego zmysły. Prawdopodobnie sama nie miała pojęcia, jak to się skończy, nie wiedziała bowiem nic o demonach z jego przeszłości i lękach, które tak starannie wypierał ze swojej pamięci, że niemal uwierzył, iż nie istnieją. To przez nią przypomniał sobie o ojcu, jego ohydnych postępkach i o własnym strachu, że kiedyś stanie się taki, jak on. I to w jej ramionach rozpłakał się jak dziecko. To one przyniosły mu ukojenie, nie pozwalając uciec i przypominając o najszczęśliwszych chwilach jego marnego życia. To w nich czuł się…
Nawet nie zauważył, że z końca pióra spłynęła na pergamin pokaźna kropla atramentu.
Gdyby ktokolwiek pozwolił sobie na taki atak załamania w jego obecności, z pewnością by go wyśmiał. Gardził słabością. Opanowanie i samokontrola, oto, co cenił najbardziej. A Fede… była silna. Mimo, że miała porywczy charakter i dość łatwo było ją rozgniewać, to podobnie jak on nie uznawała słabości. Gdy była jeszcze uczennicą, wiele razy widywał w jej oczach wyraz zacięcia i hartu ducha, a wszelkie przeciwności losu wydawały się ją wzmacniać, zamiast załamywać. Już jako nastolatka miała ukształtowany charakter i wszystko wskazywało na to, że się nie zmieniła. Młodzieńcza buta przeszła w kobiecą pewność siebie i wyrafinowanie, ale poza tym pozostała dawną Fede, której łzy widział tylko dwa razy w życiu.
Może tamtej nocy okazała mu wyrozumiałość i czułość, ale co sobie wtedy pomyślała? Nie chciał tego wiedzieć. Nie chciał ujrzeć pewnego dnia pogardy w jej oczach, nie chciał, aby wypomniała mu tę jedną, jedyną chwilę słabości w momencie jakiejś kłótni.
Przymknął oczy, pozwalając, aby skapujący z pióra atrament tworzył na biurku małe, czarne kałuże.
Będąc jeszcze uczniem, był świadkiem pewnej sceny, która wryła mu się w pamięć i mimo usilnych starań, nie dała się z niej wyrzucić, powracając niczym ból nieustannie drażnionego zęba. To były kwalifikacje do puchońskiej drużyny Quidditcha. Brał w nich udział chłopak, który przez piąty rok nauki był kapitanem drużyny, później, na skutek wypadku odniesionego w wakacje, zmuszony został do zrezygnowania z gry, a na początku siódmego roku znów wziął udział w kwalifikacjach, mając nadzieję na powrót do drużyny i zapewne objęcie dawnego stanowiska (zeszłoroczny kapitan ukończył już Hogwart). Chłopak miał duży talent i zebrani na trybunach widzowie byli pewni, że wróci do drużyny, obejmując przywództwo. Tymczasem stało się inaczej. Chłopak grał tak, jakby nie był pewien swoich umiejętności, jego podania były niepewne i często niecelne. Nie pomagały okrzyki kibiców na czele z jego dziewczyną, która dopingowała go najgłośniej.
Severus, który siedział na najniższej trybunie, widział, jak po skończonym treningu chłopak schodzi z boiska, przybity i zrozpaczony. Przy silnej konkurencji, jaka stanowiła grupa uczniów z piątej i szóstej klasy, nie dostał się nawet do drużyny, nie mówiąc już o stanowisku kapitana. Podbiegła do niego dziewczyna, obejmując go ramieniem i coś do niego mówiąc, ale chłopak wydawał się jej nawet nie słyszeć. Oboje ramię w ramię opuścili stadion, a Severus, wracając później do zamku razem z innymi widzami, dostrzegł ich siedzących pod drzewem. Chłopak płakał, a dziewczyna próbowała go uspokoić i pocieszyć.
Pamiętał doskonale, że uśmiechnął się wtedy z pogardą wobec mazgaja, myśląc przy tym: No to się doigrałeś, bekso. Był święcie przekonany, że lada dzień zobaczy, jak beczący nieudacznik zostanie sam, podczas, gdy dziewczyna znajdzie sobie inny obiekt podziwu. Mijały jednak dni, a on widywał oboje razem – chłopak snuł się po zamku z przybitą miną, a ona nie odstępowała go ani na krok. I tak zostało do końca siódmej klasy, którą dwójka Puchonów ukończyła jako wciąż para.
Dopiero po latach przyznał w duchu, że jego niechęć wobec byłego kapitana Puchonów i jego dziewczyny wynikała z faktu, że zwyczajnie im zazdrościł. Zwłaszcza jemu, który w trudnych chwilach miał przy boku wspierającą go i podtrzymującą na duchu partnerkę. On sam rozpaczliwie tęsknił za takim wsparciem, ale od Lily go nie otrzymał. W miarę, jak on zbliżał się do przyszłych śmierciożerców, ona odsuwała się od niego, aż w końcu związała się z Jamesem Potterem, tym samym, który wyśmiewał się z niego od początku szkoły.
Jego palce zacisnęły się kurczowo na trzymanym w dłoni piórze.
Była jedyną bliską mu osobą, a mimo to go opuściła. Nie była w stanie trwać przy jego boku, nawet w charakterze lojalnej przyjaciółki.
Zawiodła go. Przez wiele lat walczył, aby nie dopuścić do siebie tej myśli, która wreszcie stała się dla niego oczywista.
Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu.
Fede. Lily i Fede. Porównanie nasuwało się samo.
Pierwsza, ciepła i przyjacielska, znała go od dzieciństwa. Wiedziała, jaka była jego sytuacja rodzinna, choć nie powiedział jej o wszystkim. Przyznał jej się tylko do tego, o czym wiedziała cała okolica – że państwo Snape wiecznie się kłócili. A gdy tak bardzo jej potrzebował, nie podjęła walki o ich przyjaźń, tylko się wycofała.
Druga, zimna i namiętna jednocześnie, poznała go dopiero, gdy został profesorem. Nie było między nimi przyjaźni, była jego uczennicą. I to właśnie przed nią się odsłonił, nie przed Lily, przyznając się do tego, czego przez całe życie tak bardzo się bał. Była wojownicza, nie poddawała się łatwo, sama zainicjowała ich związek. Potrafiła się upomnieć o to, na czym jej zależało, a nie miała w zwyczaju odpuszczać. Gdyby jej potrzebował, stałaby u jego boku z niewzruszoną pewnością siebie, nie dbając o konsekwencje i nie zniechęcając się, gdyż jednego był pewien – Fede była osobą lojalną, gotową walczyć o niego zębami i pazurami.
Dwie kobiety, obie tak różne. Tak odmienne od siebie.
Gdyby Czarny Pan dowiedział się o Fede…
Trzask! Ścisnął palce tak mocno, że złamał pióro, a atrament spływał teraz na pergaminy i biurko, brudząc przy okazji jego palce. Spojrzał beznamiętnie na łaciate prace uczniów, nie odkładając przy tym szczątków zmasakrowanego pióra.
Czarny Pan wiedział oczywiście, że w Hogwarcie pojawiła się nowa nauczycielka obrony, jednak dotychczas nie wykazywał większego zainteresowania jej osobą. Gdyby Severus dał po sobie poznać, że Fede obchodzi go choćby w minimalnym stopniu, wystawiłby ją tym samym na cel. Nie, aby Sam-Wiesz-Kto miał ją zabić - posłużyłaby mu raczej do trzymania Severusa w garści. Nie ma bowiem lepszego sposobu na zapewnienie sobie sojusznika, niż zagrozić komuś z bliskich w razie nieposłuszeństwa czy niepowodzenia.
A gdyby pewnego dnia usłyszał: „Przyprowadź mi Harry'ego Pottera, albo twoja Fede będzie miała długą i bardzo bolesną śmierć"…
Skulił się w fotelu, jakby dostał cios prosto w żołądek.
Nie, o nie. Nie mógł tego zrobić. Nie mógł wystawić jej Voldemortowi. Każdego, ale nie ją.
Musiał ją chronić ze wszystkich sił i za każdą cenę, nawet, jeśli miałoby to oznaczać koniec wspólnie spędzanych chwil, słownych utarczek, pieszczot i jej bliskości. Odepchnie od siebie Fede, ale ją ochroni. A z czasem wspomnienia zblakną i widok jej postaci nie będzie wzbudzał w nim żadnych emocji. Będą się mijać na korytarzu, spotykać podczas posiłków, wymieniać obojętne uwagi na temat uczniów bądź pogody.
Sięgnął po różdżkę i z obojętną miną zaczął usuwać ślady atramentu z biurka, pergaminów oraz własnych palców.
Tak będzie najlepiej.
Gdy w kilkanaście minut później opuszczał gabinet i udawał się na spotkanie do Albusa, miał wrażenie, że jego plecy przygniata jakiś ogromny ciężar.
X X X X X
- Czyżbym się spóźniła? – spytała niespokojnie Fede, wychodząc z kominka wprost na dywanik w gabinecie Albusa.
- Ależ skąd, moja droga – odparł Dumbledore z uśmiechem. – Zostały dwie minuty, poza tym nie ma jeszcze Severusa.
- Już jestem – cichy głos Mistrza Eliksirów tuż za plecami sprawił, że Fede omal nie podskoczyła ze strachu. Błyskawicznie usunęła się na bok, gdyż wychodzący z kominka Severus prawie na nią nadepnął. Spojrzała na niego, ale on tylko niemal niedostrzegalnie skinął jej głową i zajął miejsce w wysłużonym fotelu w rogu gabinetu. Cóż, nie było to w końcu odpowiednie miejsce do roztrząsania prywatnych spraw. Fede usiadła więc między Aurigą Sinistrą a profesor Sprout i zaczęła wymieniać półgłosem jakieś uwagi z nauczycielką astronomii.
- Skoro jesteśmy już wszyscy, możemy chyba zacząć – głos Dumbledore'a sprawił, że wszelkie rozmowy ucichły, a oczy zgromadzonych nauczycieli zwróciły się ku niemu. – Z oczywistych względów nie ma wśród nas Dolores Umbridge, ale ponieważ nie jest członkiem kadry nauczycielskiej, jej obecność nie jest tu konieczna.
Profesorowie zgodnie pokiwali głowami, gdyż wszyscy mieli już wystarczająco wiele do czynienia z urzędniczką ministerstwa i nie znosili jej w równym stopniu.
- Dwa tygodnie temu zrodził się pomysł zorganizowania balu halloweenowego dla uczniów – ciągnął dalej Dumbledore. – Do tej pory nie organizowaliśmy żadnych większych uroczystości z tej okazji, ale skoro w zeszłym roku uczniowie doskonale bawili się na Balu Bożonarodzeniowym, stwierdziłem, że może warto od czasu do czasu zaoferować naszym podopiecznym odrobinę rozrywki. Chciałbym jednak przedyskutować w naszym gronie jedną istotną kwestię. Wszyscy wiemy, co zdarzyło się w ostatnich dniach.
- Ucieczka z Azkabanu – mruknęła profesor Sprout.
- Zgadza się. To wydarzenie wstrząsnęło całym czarodziejskim społeczeństwem, w tym naszą szkołą. Kilkoro uczniów już zostało zabranych do domów przez przerażonych rodziców. Wielu z nich lata temu straciło swoich bliskich z rąk śmierciożerców. Dlatego chciałbym poznać wasze zdanie w kwestii, czy w obecnej sytuacji organizacja wesołej zabawy jest rzeczą stosowną, czy też nie.
Nauczyciele wymienili między sobą spojrzenia, po czym zaczęli cicho poszeptywać między sobą. Dumbledore usiadł za biurkiem, uśmiechając się na widok Fawkesa, który cichaczem usadowił się na oparciu fotela Fede i wbił wzrok w błyszczącą klamrę do włosów.
- Moim zdaniem nie powinniśmy rezygnować z organizacji balu – odezwała się profesor od obrony. Zręcznym ruchem chwyciła feniksa pod skrzydła i posadziła sobie na kolanach, nie zważając na jego protesty. – Rozumiem, że pana wahanie, dyrektorze, wynika z faktu, że organizacja balu w takim czasie mogłaby się komuś wydać niestosowna. Jestem innego zdania. To, co dzieje się poza Hogwartem, nie powinno w żaden sposób wywierać negatywnego wpływu na uczniów. Nie mówię oczywiście, by ich przekonywać, że wszystko jest w porządku, bo tak nie jest. Jednak wprowadzenie ponurej atmosfery w szkole z całą pewnością nie przysłuży się naszym podopiecznym. Walka ze śmierciożercami to nie jest ich sprawa. Niech więc bawią się wesoło w Halloween ze świadomością, że zagrożenie istnieje, ale na zewnątrz, zaś tu, w Hogwarcie, są absolutnie bezpieczni.
Profesor Flitwick pokiwał z aprobatą głową.
- Zgadzam się – powiedział. – Dobrze by było, gdyby dzieciaki oderwały się na chwilę od ponurych doniesień z gazet. Są młodzi, niech się bawią. Zwłaszcza, że wyprawy do Hogsmeade zostały zawieszone aż do odwołania.
Pozostali nauczyciele chóralnie wyrazili poparcie. Wyjątkiem był Severus, który wcisnął się głębiej w fotel ze wzrokiem wyrażającym absolutną obojętność wobec ważących się losów halloweenowej zabawy.
- Ja również jestem za – odezwała się McGonagall, zajmująca fotel tuż obok biurka dyrektora. – Zabezpieczyliśmy Hogwart na wszelkie możliwe sposoby, a odrobina rozrywki nie zaszkodzi uczniom. Jednak weźmy pod uwagę, że mamy bardzo mało czasu. Do Halloween zostało osiem dni. Czy zdążymy wszystko przygotować? I przede wszystkim, jak będzie wyglądała zabawa? Czy ma to być zwykła kolacja, a następnie bal?
- Och, to musi być coś związanego tematycznie z Halloween – wtrąciła się profesor mugoloznawstwa, Charity Burbage. – Czyli dynie, mroczne korytarze, nikłe światło świec, historie o duchach. Musimy zachować atmosferę tego święta.
- Jeśli mogę coś zaproponować – odezwała się Fede. Oczy wszystkich zwróciły się na nią. – W Beauxbatons co roku organizowane są bale halloweenowe, na które młodzież czeka z niecierpliwością przez cały październik. Przede wszystkim organizowane są dwie zabawy o różnym charakterze. Jedna dla młodszych dzieci, od pierwszej do trzeciej klasy. Nauczyciele wraz ze starszymi uczniami organizują bal przebierańców, w trakcie którego najmłodsi tańczą i biorą udział w różnych konkursach, dostosowanych oczywiście do wieku i umiejętności. Pierwszoroczni na przykład stają w kręgu, a nad na ziemi leżą setki różnokolorowych, zaczarowanych kul, z których jedna kryje w środku malutką czaszkę. Uczniowie rzucają zaklęcie Vingardium Leviosa, sprawiając, że trafiona nim kula unosi się do góry, a następnie otwiera. Wygrywa znalazca kuli z czaszką, która jest zresztą nagrodą dla zwycięzcy. Profesorze Flitwick, czy wszyscy pierwszoroczni opanowali już to zaklęcie?
- O tak, to pierwsza rzecz, jakiej uczę na swoich zajęciach – odpowiedział malutki profesor.
- Czaszka? – w głosie McGonagall brzmiało powątpiewanie. – Czy to aby nie za drastyczne? Któreś z dzieci może się przestraszyć!
- Przez pięć ostatnich lat żadne się nie przestraszyło – uśmiechnęła się Fede. – A dwa lata temu dwie pierwszoklasistki pobiły się o nagrodę. Jedna zarzuciła drugiej oszukiwanie i nim ktoś zdążył zainterweniować, obie zaczęły okładać się pięściami i szarpać za włosy. Niefortunna zwyciężczyni wyszła wprawdzie z walki z naderwanym uchem, ale czaszki nie oddała. Przeciągnęła łańcuszek przez oczodoły i nosiła ją na szyi.
Nauczyciele zaczęli chichotać.
- To niezły pomysł – zgodził się Dumbledore, również rozbawiony. – A jakie atrakcje przewiduje Beauxbatons dla nieco starszej młodzieży?
- Zabawa dla klas młodszych kończy się o osiemnastej trzydzieści, wtedy podawana jest kolacja, którą wszystkie roczniki jedzą wspólnie. Po kolacji, około dziewiętnastej trzydzieści lub dwudziestej, młodsi uczniowie udają się do swoich dormitoriów i mają zakaz ich opuszczania. Wtedy też rozpoczyna się zabawa dla starszej młodzieży, która w Beauxbatons przybiera formę poszukiwania skarbów.
- To brzmi ciekawie! – oczy profesor Sinistry błysnęły z entuzjazmem.
Fede założyła nogę na nogę, rozparła się wygodniej na fotelu i dała Fawkesowi delikatnego prztyczka w dziób, powstrzymując go przed oderwaniem guzika od sukni.
- Zabawa polega na tym, aby odnaleźć „skarb", ukryty gdzieś na terenie szkoły – podjęła opowieść. – O wyznaczonej godzinie uczniowie opuszczają jadalnię i wyruszają na poszukiwania. W całym zamku ukryte są wskazówki, które należy odnaleźć, a które prowadzą do skarbu. Czasem mają one formę sprytnie ukrytych notatek, czasem wskazówki udzieli jeden z duchów, obraz bądź zaczarowana zbroja. Nie trzeba oczywiście, odnaleźć ich wszystkich, to byłoby niemożliwe. Dlatego każda z nich w mniejszym lub większym stopniu pozwala zawęzić obszar poszukiwań, na przykład wskazać, w którym skrzydle zamku należy szukać. Zazwyczaj wskazówki podawane są w formie łatwiejszych lub trudniejszych zagadek, wymagających sprytu i umiejętności kojarzenia. Ale poszukiwanie skarbu utrudniane jest naturalnie przez różnego rodzaju pułapki. W końcu, co to za Halloween, podczas którego nikt się nie przestraszy?
- Pułapki? – oczy profesora Flitwicka lśniły ciekawością. – To brzmi interesująco!
- Nie ma tak łatwo, że wystarczy szukać wskazówek – roześmiała się Fede. Fawkes zrezygnował już z daremnej walki o wyprucie choćby jednej nitki z sukni i pokonany, przycupnął na kolanach profesor obrony, zamykając paciorkowate ślepka. – Korytarze oświetlane są jedyne nikłym światłem świec, ukrytych w dyniach i lewitujących pod sufitem. Tworzy to dość niesamowitą atmosferę, zwłaszcza w połączeniu z niespodziankami, jakie czyhają na biorących w zabawie uczniów.
- Samozaciskowe garoty, rzucające się ludziom do gardeł? – zajadowicił Severus ze swojego kąta. – Zapadnie z dnem wyłożonym nożami? Rzygające kwasem solnym gargulce? *
- Severusie! – McGonagall spiorunowała go wzrokiem. Nastąpiła chwilowa przerwa w opowiadaniu, spowodowana nagłym atakiem śmiechu szacownej kadry.
- Coś w tym stylu – przyznała Fede, kiedy już się uspokoiła i otarła załzawione oczy. – Lodowato zimne ręce, chwytające za kark. Kościotrupy, wyskakujące z upiornym wrzaskiem zza załomu muru albo ze schowka. Znacznie bezpieczniejsze niż twoje gargulce czy garoty, a uczniowie drą się jak opętani. Weźmy też pod uwagę pomysłowość osobników płci męskiej, którzy owijają się w prześcieradła i kryją po kątach, czekając, aż nadejdzie jakaś dziewczyna. Uprzedzam jednak, że to dość głośna zabawa.
- Spodziewam się, że wrzaski będzie słychać aż w Zakazanym Lesie – oczy Dumbledore'a błysnęły uciechą – i niewiele osób zazna snu tej nocy. Niemniej jednak pomysł jest bardzo interesujący. Drodzy państwo, co wy na to? Profesor Fedele zapoznałaby nas ze szczegółami organizacji takiej zabawy, a każdy z nas może dorzucić od siebie jakie pomysły. Pytanie brzmi: czy w przeciągu ośmiu dni uda nam się wszystko zorganizować?
- Oczywiście, że się uda! – profesor Flitwick aż promieniał optymizmem. – Jeśli podzielimy między siebie całą pracę…
- Ponurak! – odezwała się nagle profesor Trelawney.
Wszyscy zamilkli i spojrzeli na profesor wróżbiarstwa ze zdumieniem. Sybilla Trelawney słynęła z dość dziwnych i oryginalnych powiedzeń, ale tym razem przeszła samą siebie.
- Słucham? – Dumbledore uniósł brwi.
- Ponurak! – powtórzyła zdecydowanie profesor Trelawney.
- Ale co „ponurak"? – głos McGonagall zabrzmiał dość cierpko. – Chce pani powiedzieć, że widzi między nami ponuraka?
- Oczywiście, że nie! – oburzyła się nauczycielka wróżbiarstwa, nerwowym ruchem poprawiając opadającą jej na ramiona burzę skręconych loczków i podzwaniając przy tym licznymi bransoletami. – Proponuję, aby jednym z elementów zaskoczenia był wyskakujący ze schowka na miotły ponurak. To powinno przerazić uczniów, nie sądzi pani?
- O tak, przerazi, ale chyba na śmierć – odparła sztywno McGonagall. Fede stłumiła chichot i w tym samym momencie poczuła, jak wzrok wicedyrektorki niemal przepala jej głowę. Usiłując nie roześmiać się w głos, co bez wątpienia zostałoby bardzo źle odebrane, skoncentrowała się na drapaniu Fawkesa po karku. – Droga pani, nie jest naszym zamiarem zmniejszenie populacji uczniów w Hogwarcie. To ma być zabawa, a nie rzeź. Gdyby w ciemnościach wyskoczył na mnie olbrzymi ponurak, sama mogłabym umrzeć ze strachu.
- Doprawdy? – spytała profesor Trelawney, a jej zazwyczaj rozmarzony i cichy głos zabrzmiał nagle dość rzeczowo i złośliwie. – Sadziłam, Minerwo, że nie wierzysz w ponuraki. Czyżbyś zmieniła zdanie?
- Myślę, że profesor McGonagall miała na myśli coś innego – wtrącił Severus cichym głosem. – Jeśli uczniowie zobaczą wyskakujący z ukrycia szkielet, zapewne się wystraszą, ale będą wiedzieć, że to tylko magiczna sztuczka. Wiele osób jednak wierzy w ponuraki. Na widok dużego, czarnego psa skłonni będą pomyśleć, że to naprawdę omen śmierci.
Fede spojrzała na profesor Trelawney i dostrzegła coś, co ją nieco zdziwiło. Jak wszyscy, uważała nauczycielką wróżbiarstwa za osobę niezwykle roztrzepaną i jakby nie z tej ziemi, jednak nie mogła się oprzeć wrażeniu, że gdy pani Trelawney patrzyła na McGonagall, jej wzrok był bardzo przytomny i jakby… kalkulujący. Czyżby wspomnienie ponuraka nie była jedną z licznych gaf, jakie popełniała profesor wróżbiarstwa, a celową uwagą? Fede zamrugała i po chwili zobaczyła, że oczy pani Trelawney przybierają swój zwykły, nieobecny wyraz.
Hmm, pomyślała. To ciekawe. Czyżby ta kobieta nie była aż tak roztrzepana, jak wszyscy sądzą?
- Uważam, że dobrym pomysłem byłoby włączenie do tej zabawy jakichś mugolskich tradycji – odezwała się profesor Burbage łagodnie, przerywając niezręczną ciszę, jaka zapadła po scysji między McGonagall a panią Trelawney. – Fede, moja droga, pochodzisz z rodziny mugoli, musisz więc pamiętać, jak świętowałaś Halloween przed przybyciem do Hogwartu.
Fede zwykle reagowała niemal alergicznie, gdy ktoś mówił na nią „moja droga", jednak profesor mugoloznawstwa stanowiła jeden z nielicznych wyjątków. Jej siwe, starannie uczesane włosy, okulary na łańcuszku i unoszący się wokół niej zapach szyprowych perfum kojarzył się Fede ze starszą sąsiadką, która często zapraszała małą Eunice na szklankę kakao i cynamonowe ciasteczka.
- Oczywiście, że pamiętam. Włóczenie się po sąsiadach i wypraszanie cukierków. Wyławianie zębami jabłek z wiadra z wodą…
- Cudownie! – westchnęła zachwycona profesor Burbage. – Te jabłka powinny przypaść do gustu młodszym uczniom. Gdyby tak można im jeszcze puścić jakiś mugolski film, którego akcja działaby się w dzień Halloween…
- Może „Halloween" z Jamie Lee Curtis? – rzuciła niewinnym tonem Fede.
- Znakomity pomysł! – rozpromieniła się nauczycielka mugoloznawstwa. – I jaki adekwatny tytuł! Jak mniemam, ten film pokazuje, w jaki sposób mugole celebrują Halloween? Być może nasi uczniowie czegoś się z niego nauczą!
Inni nauczyciele również zaczęli zgłaszać własne propozycje i pomysły, z góry dzieląc między siebie zadania. Fede wykorzystała chwilowy gwar, aby wyjaśnić profesor Burbage fabułę „Halloween". Śmiejąc się w głos razem z nauczycielką mugoloznawstwa, dostrzegła kątem oka minę Severusa, wyrażającą głęboką dezaprobatę dla zadań, które komisyjnie mu przydzielono.
- A zatem, drodzy państwo – powiedział Dumbledore – widzę, że decyzja zapadła i urządzamy bal halloweenowy, a zadania są już rozdzielone. Znakomicie. Skoro stwierdzili państwo, że nie ma potrzeby wtajemniczania w organizację tej zabawy nikogo ze starszych uczniów, w takim razie proponuję, aby powiadomić jutro oficjalnie o zabawie. Dziś dwudziesty drugi października, do Halloween wszyscy zdążą przygotować sobie kostiumy i przebrania.
Zebranie powoli dobiegło końca. Profesorowie ustawili się w kolejce do kominka, rozmawiając z ożywieniem. Fede spojrzała na sztywno wyprostowane plecy Severusa, który nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem, westchnęła i zwróciła się półszeptem do Dumbledore'a:
- Czy mogłabym prosić o chwilę rozmowy? To naprawdę bardzo ważne.
X X X X X
Podczas kolacji Fede wrócił już apetyt. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż przespała lunch, a i śniadaniem niezbyt się pożywiła. Cala jej uwaga była skupiona jednak na siedzącym obok Severusie, który niewiele jadł i w ogóle się nie odzywał, sprawiając wrażenie, jakby jej nie dostrzegał.
- Wszystko w porządku? – spytała cicho, napełniając kieliszek wodą.
Prychnął tylko, ale nie odpowiedział. Fede poczuła lekki gniew, bowiem nie uważała, aby zasłużyła na takie traktowanie.
- Severusie, porozmawiaj ze mną – przechyliła się lekko w jego kierunku, udając, że sięga po półmisek. – Kiedy widzieliśmy się ostatnio, wszystko było dobrze. Nie rozstaliśmy się w gniewie, a ja wracałam do Hogwartu, ciesząc się, że się znowu zobaczymy. Co się stało?
Znowu brak odpowiedzi.
Fede miała ochotę wrzasnąć mu prosto w twarz, co sądzi o takim zachowaniu, nie mogla jednak zrobić sceny na oczach całej kadry i wszystkich uczniów. Przełknęła więc złość i popijając wodę, zaczęła intensywnie myśleć. Jakiekolwiek naciski z jej strony odniosłyby skutek odwrotny do zamierzonego, a dalsze próby rozmowy byłyby bezowocne.
Intuicja podpowiadała jej, że musi czekać, aż Severus wykona pierwszy krok. To on musi za nią zatęsknić i szukać jej towarzystwa.
Skrzywiła się. Nienawidziła sytuacji, kiedy zmuszona była oczekiwać bezczynnie na inicjatywę drugiej osoby. Kochała działać, lubiła mieć świadomość, że sprawuje kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Obecna sytuacja przypominała raczej impas, a ona tkwiła w zawieszeniu.
Chociaż…
Jeśli ktoś nie podejmuje działania zgodnego z naszymi oczekiwaniami, można go do tego nakłonić.
Fede uśmiechnęła się szeroko. O tak, to było to. Gdyby udało jej się sprowokować Severusa do działania, tak, aby sądził, że zrobił to z własnej woli, a nie dlatego, że został do tego zręcznie podpuszczony…
Każdego można skłonić do tego, aby tańczył, jak się mu zagra. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić.
Ukrywając uśmiech zadowolenia, Fede odwróciła się do profesor Sinistry i wdała z nią w cichą rozmowę.
