Syriusz otrzymał list od Harry'ego w momencie, gdy na Grimmauld Place zaczęli się już powoli zbierać członkowie Zakonu. Zawahał się nieco, rozdarty między chęcią natychmiastowego rzucenia się do czytania a odpowiedzialnym podejściem do spraw Zakonu. Doszedł jednak do wniosku, że ponieważ na miejscu obecni są tylko państwo Weasley, Remus i Tonks, to zdąży przeczytać list dziesięć razy, zanim zbierze się reszta. Poprosił więc Remusa, aby na niego krzyknął, gdy będzie się zaczynać zebranie i pospieszył na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz.
Nie miał ochoty czytać listu od chrześniaka pośród kręcących się ludzi. Harry był jedyną osobą, która do niego pisała, a trzeba przyznać, robił to w miarę regularnie, choć nie tak często, jak by sobie tego Syriusz życzył. Nie miał o to do niego pretensji, w końcu będąc w jego wieku też miał na głowie inne sprawy niż codzienne pisanie listów, ale każda wiadomość od chrześniaka, nawet ta najkrótsza i najbardziej zdawkowa była dla byłego więźnia czymś tak cennym, że wolał celebrować chwile czytania w samotności.
W zaciszu swojego pokoju usiadł na przykrytym czerwoną kapą łóżku i niecierpliwie rozerwał kopertę. List był długi, kilka zapisanych drobnym pismem kartek wysypało się na łóżko. Syriusz niecierpliwie rzucił się do czytania.
Znów zatopił się w hogwarckim świecie, pełnym codziennych zajęć, utarczek, przyjaźni i narzekań na profesorów oraz prace domowe. Uśmiechnął się przy fragmencie: „… wciąż nie udaje mi się transmutować kałamarza w szczura. Jak do tej pory udało mi się jedynie przyprawić kałamarzowi ogon, w dodatku Hermiona twierdzi, że to nawet nie jest ogon szczura."
Przy kolejnym fragmencie uśmiech spełzł mu z twarzy.
„Na życzenie dyrektora zaczynam uczyć się oklumencji. Dumbledore twierdzi, że to bardzo przydatna umiejętność, dzięki której Sam-Wiesz-Kto nie będzie w stanie zajrzeć mi do umysłu. Dzisiaj zaczynam pierwszą lekcję ze Snape'em. Ciekawe, jak mi pójdzie. Postanowiłem, że dam z siebie wszystko. Zobaczymy, jak to będzie."
— Cholera jasna! — warknął Syriusz, czując, jak ogarnia go gniew. Śmiecierus ma uczyć Harry'ego? O nie, porozmawia dziś z Dumbledorem. Przecież to absurd. Ten tłustowłosy kretyn wykorzysta każdą okazję, aby podręczyć dzieciaka. A, właśnie… Przez twarz Syriusza przemknął złośliwy uśmiech. Smarkerus też będzie na dzisiejszym zebraniu. No, to już sobie pogadają.
Zgrzytając zębami z irytacji, wrócił do listu.
„Rozmawiałem też z profesor Fedele. Powiedziała mi, że robię duże postępy w obronie przed czarną magią. W tym roku poziom zajęć jest bardzo wysoki. Przez cały czas powtarzamy wcześniej przerabiane zaklęcia i uczymy się nowych."
— Też mi opiniodawca się znalazł — mruknął Syriusz, przewracając oczami. — Głupia krowa zna się na obronie przed czarną magią jak kura na pieprzu.
Nie cierpiał Fede. Wiedział, że należy do ludzi, którzy łatwo się do kogoś uprzedzają i rzadko kiedy zmieniają zdanie na czyjś temat, co nie było zbyt dobrą cechą, ale na widok tej kobiety miał ochotę zatrzasnąć jej drzwi przed nosem. Nie, nie był do niej uprzedzony, zanim ją poznał. W przeciwieństwie do niektórych starszych datą czarodziejów nie uważał, aby obrona przed czarną magią czy eliksiry zarezerwowane były dla mężczyzn. Wiedział, że babka jest dyplomowanym aurorem i ma kilkuletnią praktykę w szkole Beauxbatons.
Gdy zobaczył ją na Grimmauld Place po raz pierwszy, wrażenie było całkiem, całkiem. Prawdę mówiąc, nawet lepsze. Najpierw zobaczył starannie upiętą burzę ciemnych włosów, które mimo wysiłków właścicielki usiłowały się zbuntować i krok po kroku wymykały się z koka, kręcąc się nad czołem i na skroniach. Potem jego wzrok zbiegł niżej, notując duże, równie ciemne oczy. Jeszcze niżej. Nietknięte szminką wargi układały się w uprzejmy, acz pełen rezerwy uśmiech. To mu się spodobało — nigdy nie lubił kobiet, które na przywitanie prezentowały całe uzębienie. Znowu niżej. No, uff, nikt nie jest doskonały. Uścisnęli sobie dłonie i Syriusz zaprosił Fede gestem do stołu, oferując coś do picia. Gdy kobieta go wyminęła, błyskawicznie obejrzał ją sobie również z tyłu.
No, zdecydowanie lepiej, niż z przodu. A najlepiej było chyba po bokach, tak nieco poniżej talii.
Fede usiadła, pozbawiając go widoku całkiem zgrabnych, podkreślonych przez obcisłe dżinsy pośladków. Przyjęła szklaneczkę brandy, po czym zaczęli rozmawiać. W ciągu jakichś dziesięciu minut, bo rozmowa nie mogła trwać dłużej, Syriusz zmienił zdanie o nowej członkini Zakonu o sto osiemdziesiąt stopni. Prawdę mówiąc, jego stopień irytacji był bardzo zbliżony do tego, co odczuwał, patrząc na Smarkerusa.
Znielubił Fede za chłodny głos, kamienne opanowanie i sposób wyrażania się, który sugerował, że wszystko, co ona mówi, powinno być uważane za pewnik. Syriusz miał wrażenie, że nigdy wcześniej nie spotkał tak zadufanej w sobie osoby. Czuł, że we wszystkim, co mówi ta kobieta, kryje się drwina. Pełen rezerwy uśmiech już nie wydawał mu się pociągający.
Cóż, nie wypadało tego mówić Harry'emu, w końcu to jego nauczycielka. Zresztą może i jest kompetentna, cholera wie. Syriusz, jak każdy, kto nie lubi danej osoby, nie chciał się przyznać, że bez względu na antypatię, nie może odmówić Fede umiejętności. Dumbledore był bardzo zadowolony, że Zakonowi udało się ją pozyskać. A Tonks wręcz promieniała radością, bo okazało się, że obie panie doskonale się znają, a co więcej, przyjaźnią. Pozostało mu zatem unikać towarzystwa ciemnowłosej profesorki i ignorować jej obecność.
Wrócił do dalszego czytania. W pewnym momencie wyprostował się, a serce zaczęło mu bić szybciej.
„A, byłbym zapomniał. Z okazji Halloween Dumbledore urządza nam zabawę…"
Syriusz przeczytał kilkakrotnie opis planowanej zabawy i bezwiednie odłożył list na kolana, choć to jeszcze nie był koniec. Harry nie wydawał się być nastawiony zbyt entuzjastycznie do tego pomysłu, on zaś wręcz przeciwnie.
Halloweenowa zabawa kostiumowa. Czyli tłum uczniów, przebranych za kościotrupy, poowijanych w prześcieradła i z atrapami dyni na głowach. W tak poprzebieranym zbiegowisku trudno jest rozpoznać, kto jest kim.
A zatem…
Syriusz uśmiechnął się do siebie. Już wiedział, co zrobi.
W przebraniu nikt go nie rozpozna.
x x x x x
Gdy członkowie Zakonu Feniksa zasiedli przy kuchennym stole domu na Grimmauld Place, głos zabrał Dumbledore.
— Moi drodzy — rozpoczął poważnym tonem. — Wybaczcie tak nagłe wezwanie, ale dzisiejsza wiadomość od Kingsleya była bardzo niepokojąca.
Siedząca po prawej stronie Dumbledore'a Tonks skinęła głową i na moment kuchnia pogrążyła się w ciszy. Zazwyczaj zebrania członków Zakonu były znacznie bardziej liczne, ale wezwanie Dumbledore'a było tak nagłe, że nie każdy miał możliwość pojawienia się. Brakowało między innymi Kingsleya, który drugi dzień z rzędu miał nocną służbę, Charliego i Billa oraz Mundungusa (ale jego nieobecnością nikt się akurat nie przejął). Nie było również Fede.
— Śmierciożercy znów zaatakowali mugolską rodzinę — podjął Dumbledore po przerwie.
Ktoś zaklął paskudnie.
— W taki sam sposób? — Głos Remusa zdradzał napięcie.
— Niestety tak.
Spojrzenie Dumbledore'a powędrowało w kierunku Tonks, która skinęła głową, odczytując niemą prośbę dyrektora.
— Nad ranem z niedzieli na poniedziałek grupa pod dowództwem Kingsleya otrzymała informację o pojawieniu się Mrocznego Znaku w jednej z mugolskich dzielnic Londynu — zaczęła. Ze złością zauważyła, że lekko drżą jej dłonie. Mocno splotła palce, starając się złożyć profesjonalny raport. W końcu była aurorem, a nie płochliwą siksą. — Trzech aurorów natychmiast udało się na miejsce zdarzenia. Śmierciożercy naturalnie zdążyli już zniknąć, pozostawiając po sobie zwłoki zamordowanej mugolskiej rodziny. Rodzice i dziecko.
— Dziecko? — odezwał się ostrym tonem Severus. Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem, gdyż Severus zabierał głos tylko wtedy, gdy ktoś go o coś pytał.
Tonks skinęła głową, wpatrując się we własne paznokcie.
— Jakiej płci? I w jakim wieku?
— Chłopiec, na oko cztery, pięć lat — odparła Tonks.
— Czy dziecko było torturowane?
Tonks przełknęła ślinę. Siedzący naprzeciwko Syriusz zareagował gniewem:
— Po co pytasz? Chyba widzisz, że mówienie o tym sprawia Tonks trudność.
— Nimfadora jest aurorem. — Głos Severusa był tak cichy, że ledwo słyszalny. Można było odnieść wrażenie, że odpowiadanie Syriuszowi to dla niego strata czasu. — Skoro tak, mam prawo oczekiwać, że złoży formalny raport.
— Ty… — Syriusz poderwał się z krzesła.
— Syriuszu, usiądź. — Dumbledore nawet nie podniósł głosu, jednak było w jego tonie coś, czego nie można było zlekceważyć. Syriusz spojrzał na Severusa z nienawiścią, ale usłuchał. Mistrz Eliksirów zdawał się nie zwracać uwagi na niechętną atmosferę.
Dumbledore zwrócił się do Tonks:
— To bardzo istotne informacje, moja droga.
— Wiem. — Dziewczyna już się opanowała. Spojrzała wyzywająco w oczy Severusa. Miał rację. Był aurorem, a nie płochliwą panienką. — Ze względu na konieczność natychmiastowego zawiadomienia mugolskiej policji, Kingsley dokonał tylko pobieżnych oględzin zwłok. Protokół sekcji zdobędziemy później. Cała trójka była torturowana. Według Kingsleya, matka i dziecko zmarli na skutek wykrwawienia. Ojciec najprawdopodobniej nie wytrzymał rzucanych na niego licznie Cruciatusów. Żadne z nich nie zginęło od Avady…
— To ja ci powiem więcej — przerwał Severus. — Jako pierwsze zginęło dziecko, czemu zmuszeni byli przyglądać się rodzice. Nie padła żadna Avada, ponieważ nie chodziło tutaj o samo zabójstwo, ale o pastwienie się do momentu, w którym ofiara nie wytrzymuje bólu bądź wykrwawia się na śmierć. To ma być rozrywka. Torturowanie dziecka wskazuje na Dołohowa.
— Wiedziałeś o tym? Wiedziałeś? — Tonks pobladła z gniewu i zacisnęła pięści. — Ty sukinsynu, wiedziałeś, jaki był przebieg zdarzenia, kto brał w nim udział, a mimo wszystko kazałeś mi to opowiadać?
— Nie wiedziałem — warknął Severus. — Wywnioskowałem. Śmierciożercy, którzy wyrwali się z Azkabanu, zamierzają jakoś odbić sobie lata posuchy, kiedy nie wolno im było nawet posiadać różdżki.
— Musisz nam powiedzieć wszystko co wiesz — odezwał się Remus. — To już kolejne morderstwo mugoli, a my nadal nie wiemy, gdzie i kiedy śmierciożercy uderzą po raz kolejny…
— Ja też tego nie wiem. — Głos Severusa brzmiał chłodno i obojętnie. Tonks nie mogła zrozumieć, jak można mówić tak beznamiętnie. — Grupka śmierciożerców zorganizowała sobie zabawę, w której szczegóły nie zamierzają mnie wtajemniczać. Bellatrix Lestrange, Antonin Dołohow, rodzeństwo Carrow, zapewne również Thorfinn Rowle. I Fenrir Greyback, chociaż on zawsze wolał działać sam. Niewykluczone, że podczas najbliższej pełni wybierze się na polowanie.
— To odrażające — wykrztusiła Minerwa McGonagall, która z trudem zachowywała jako taki spokój.
— Owszem — odpowiedział spokojnie Severus. — Z tego, co się orientuję, zabójstwa mugoli przybrały formę zawodów. Bella na pewno działa razem z Dołohowem. Carrowowie trzymają się jak zwykle razem. Jeśli bierze w tym udział Rowle, to zapewne współdziała z Carrowami. Podejrzewam, że każda z tych dwóch grup stara się przejść samych siebie w okrucieństwie, aby potem chwalić się przed rywalami.
Pani Weasley bez słowa wstała i z nieco pobladłą twarzą opuściła kuchnię. Jej mąż rzucił wszystkim przepraszające spojrzenie, po czym podążył za żoną.
— Innymi słowy — powiedziała z niedowierzaniem Minerwa — te wszystkie zabójstwa to zwyczajna zabawa w „kto lepszy"?
Severus skinął głową.
— Na to wygląda. Należy jednak wziąć pod uwagę, że moje informacje mogą nie być w stu procentach pewne. To w dużej mierze wnioski płynące z obserwacji. Bella i jej klika nie zwierzają mi się ani nie zapraszają do udziału w zabawie.
— A czy nie mógłbyś się jakoś dowiedzieć…?
— Nie, Minerwo — uciął Severus szorstko. —Niebezpiecznie jest być zbyt wścibskim w towarzystwie śmierciożerców. Ponadto istnieje ryzyko, że komuś przyjdzie do głowy zaprosić mnie do udziału. Odmowa mogłaby zostać potraktowana z dużą podejrzliwością, więc o nic nie pytam i nie zamierzam. Jeśli złożą mi propozycję, nie będę mógł odmówić. Wolę im się nie przypominać.
Tonks zadrżała i otuliła się szczelniej puszystym swetrem. W tonie głosu tego zazwyczaj obojętnego i zimnego mężczyzny pobrzmiewały teraz nutki pasji, o jaką nigdy by go nie podejrzewała. A jednak coś jest w stanie wyprowadzić go z równowagi.
— Z tego powodu nie jestem w stanie powiedzieć, czy wybierają swoje ofiary według jakiegoś planu, czy na chybił trafił — kontynuował Severus, wracając do swojego zwykłego, obojętnego tonu. — Podejrzewam, że to drugie. Dotychczasowymi ofiarami są zupełnie przypadkowe rodziny, niepowiązane ze sobą w żaden sposób. Nie ma śladów świadczących o jakichkolwiek związkach z magią. Nie są to osoby zajmujące ważne stanowiska państwowe. A nie podejrzewam, aby Bella, Carrowowie czy Dołohow znali prywatnie jakichś mugoli. Sadzę, że teleportują się na chybił trafił i wpadają do pierwszego lepszego domu.
— A więc nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie i kiedy uderzą po raz kolejny — mruknął Remus ponuro.
Severus pokręcił tylko głową.
— Nie muszę chyba wspominać, że to, o czym mówiłam, jest ściśle tajne — mruknęła Tonks. — Mamy absolutny zakaz udzielania jakichkolwiek informacji na ten temat. O atakach na mugoli wie tylko minister oraz Biuro Aurorów. Nawet prasa niczego jeszcze nie wywęszyła…
— Istotnie, w gazetach nie ma nawet najmniejszej wzmianki o zabójstwach mugolskich rodzin — odezwał się Dumbledore, gładząc w zamyśleniu brodę. — Ministerstwo zapewne nie chce wzbudzać paniki, która niechybnie by wybuchła, gdyby społeczeństwo dowiedziało się, że śmierciożercy już zaczęli działać.
— Wielu czarodziejów zapewne mało obszedłby los mugolskich rodzin — stwierdziła kwaśno profesor McGonagall. — Niektórzy wyszliby nawet z założenia, że jeśli śmierciożercy mają mordować, to niech to robią wśród mugoli. Ale w ten sposób daje się ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa. A przecież jesteśmy w stanie wojny!
Tonks wzruszyła ramionami.
— I tak nie mamy szansy, aby zapobiec kolejnym atakom — przyznała ponuro. — Jedyne, co nam pozostaje, to pojawiać się na miejscu zbrodni po fakcie.
— Co nie zmienia faktu, że ukrywanie tych wydarzeń pozwala czarodziejskiemu społeczeństwu mniemać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. — Minerwa zastukała palcami o blat stołu. — Jak ministerstwo może być tak ślepe? Ten cały Knot, uff, za mojej pamięci nie było chyba bardziej niekompetentnego i bezradnego ministra niż on…
— Knot! — wykrzyknęła nagle Tonks. Oczy wszystkich zwróciły się ku niej. — Właśnie sobie przypomniałam! Kilka dni temu był u nas w biurze z nieoficjalną wizytą. A w zasadzie przyszedł do Scrimgeoura. Gdybym nie przechodziła wtedy korytarzem, to nawet bym się o jego odwiedzinach nie dowiedziała.
— Ach, tak? — odezwał się Dumbledore. — Pewnie nie wiesz, o czym rozmawiali?
— Przykro mi. Siedzieli jakieś pół godziny w gabinecie szefa, nie miałam możliwości podsłuchania rozmowy. Wszystkie pomieszczenia są u nas zabezpieczone przed nadsłuchem. Ale Scrimgeour sprawiał wrażenie wściekłego, gdy potem wpadł do nas do biura. Porozstawiał wszystkich po kątach, nawrzeszczał, że się obijamy i wyszedł jak chmura gradowa.
— Zapewne nasłuchał się od Knota, że śmierciożercy są wciąż na wolności, a aurorzy nic z tym nie robią — zasugerował Remus. — Nasz drogi minister ma w zwyczaju oczekiwać niemożliwego.
— Czy ja wiem? — zamyśliła się Tonks. — Szczerze mówiąc, to sądzę, że ścięli się o coś innego. Słyszałam od Kingsleya, że Scrimgeourowi bardzo nie podobał się odgórny nakaz ukrywania faktów o zabójstwach mugoli. Knot może chcieć utajniać te morderstwa w obawie przed wybuchem paniki, a Scrimgeour uważa, że społeczeństwo powinno znać prawdę. Ale cóż, rozkaz ministra to rozkaz, nawet szef Biura Aurorów musi się z nim liczyć. Tajemnicą poliszynela jest, że Scrimgeour uważa Knota za niekompetentnego osła.
— Bez wątpienia nasz drogi Rufus jest o wiele bardziej operatywny od Korneliusza. — Dumbledore uśmiechnął się lekko. — I nie można odmówić mu sprytu oraz przenikliwości. A skoro już o tym mowa, czy Rufus wciąż jest taki dociekliwy? Kingsley mówił, że zadawał wam obojgu dość dziwne pytania…
— A, o to chodzi. Nie. — Tonks potrząsnęła głową. — Przestał pytać. W ogóle ostatnimi czasy większość czasu spędza albo w swoim gabinecie, albo dokądś wychodzi razem z Robardsem. Wczoraj tylko wezwał mnie na chwilę, aby poinformować, że z początkiem listopada nasz zespół zwiększa się o jedną osobę. Jakaś aurorka z Manchesteru, podobno bardzo dobra. Będzie dzielić ze mną biuro.
— Ach tak? — Dumbledore wyprostował się i zmarszczył lekko czoło. — No cóż, Tonks, zapamiętaj sobie, że Rufus Scrimgeour tak łatwo się nie poddaje. Przestał was wypytywać, ale ściąga nowego pracownika, który będzie z tobą dzielił biuro.
— Myśli pan — Tonks aż się zachłysnęła — że ta nowa to szpicel?
— Nie określałbym tego aż tak dosadnie, w końcu i Rufus, i Zakon walczą po tej samej stronie… ale namawiałbym cię do dużej ostrożności.
— O cholera! Jasne, dyrektorze. Będę się pilnować.
Po chwili zaczęto zastanawiać się na głos, czy można w jakikolwiek sposób ochronić bezbronnych i nieświadomych niebezpieczeństwa mugoli. Ponieważ jednak ministerstwo tuszowało zbrodnie, a aurorzy nie mieli możliwości podjęcia jakichkolwiek akcji prewencyjnych, wszyscy czuli, że ta dyskusja prowadzi donikąd. Zebranie zakończyło się więc w atmosferze bezsilności i przygnębienia.
Syriusz czujnie obserwował Severusa. Gdy wszyscy zaczęli wstawać, zbliżył się do niego i rzucił tak cicho, aby nikt inny nie usłyszał:
— Musimy pogadać.
— Doprawdy? — odparł ozięble Severus. — A niby o czym?
— Nie udawaj idioty. Chociaż nie, tego akurat nie musisz udawać… Mówię o lekcjach oklumencji z Harrym.
— Cóż za troska! — zadrwił Severus. — Zapewne boisz się, abym przypadkiem nie obdarł ze skóry twojego ukochanego chrześniaka? Refleks godny podziwu, pchlarzu. Gnojek ma już pierwszą lekcję za sobą.
Syriusz wyprostował się.
— Wiem. I jak mu poszło? — zapytał, zapominając, że rozmawia ze swoim śmiertelnym wrogiem.
— Och, znakomicie — odparł niedbale Severus. — Poradził sobie wyjątkowo dobrze.
Syriusz zamrugał.
— Naprawdę?
— Oczywiście, że nie, idioto. Żartowałem. Ale — tu w oczach Mistrza Eliksirów zamigotał złośliwy błysk — jeśli chcesz mi coś powiedzieć, załatwmy to jak najszybciej. Bądź tylko łaskaw się streszczać. Nie, nie tutaj. Idź do salonu, czy jak tam nazywasz to załadowane obrzydliwymi gratami pomieszczenie i poczekaj na mnie. Mam jeszcze do zamienienia parę słów z Albusem.
Syriusz spojrzał na niego z nienawiścią, ale usłuchał. Żegnając się pospiesznie z pozostałymi członkami Zakonu, opuścił kuchnię i po chwili Severus usłyszał skrzyp otwieranych, a następnie zamykanych drzwi salonu. Znakomicie. Uśmiechając się mściwie, pożegnał wszystkich skinieniem głowy, po czym za pomocą proszku Fiuu opuścił dom przy Grimmauld Place.
Ciekawe, kiedy ten zapchlony kretyn zorientuje się, że znowu został wystrychnięty na dudka.
Uśmiechając się pod nosem, otrzepał szaty z popiołu, po czym zerknął na zegar. Za dwadzieścia trzecia. Jego wzrok powędrował w kierunku kominka, a ciało przeszył lekki dreszcz.
Nie był zmęczony.
Fede zapewne już spała. Nocne patrole nie trwały przecież całą noc, kończyły się zwykle o północy, czasami o pierwszej. Pewnie zeszła z dyżuru dwie godziny temu, wykąpała się, a teraz śpi. Chociaż… może siedzi w tej chwili w łóżku i coś czyta? Może sprawdza uczniowskie prace? A może leży w pościeli, zupełnie naga i czeka, aż zakończy się zebranie Zakonu? Może przewraca się z boku na bok, mając nadzieję, że tej nocy nie będzie jednak spać samotnie?
Cholera. Severus podszedł do kominka z wahaniem. Nie znał jej na tyle dobrze, aby wiedzieć, o której chodzi spać. Poza tym nie miał pojęcia, czy jeśli zawita do jej sypialni o trzeciej nad ranem, nie wywoła ataku furii, gdy ją obudzi. Do licha, ona była nieprzewidywalna. Może się wściec, rzucić w niego poduszką, zwymyślać go i kazać się wynosić. A równie dobrze może zamruczeć przez sen, gdy jego usta dotkną szczupłego, obnażonego ramienia i przesuną się w stronę szyi. Zamruczeć i wciąż w półśnie obrócić się na plecy, pozwalając mu położyć się na niej, na jej ciepłym ciele i oplatając nogami jego biodra.
Severus podjął decyzję. Zaryzykuje. Co najwyżej Fede go wyrzuci, ale jej gniew nigdy nie trwał długo. Gdy była wściekła, wybuchała jak fajerwerk, ale szybko się uspokajała. W najgorszym wypadku będzie na niego obrażona do lunchu, a do jedenastej na pewno już jej przejdzie. Severus uśmiechnął się w duchu, wyciągnął różdżkę i wykonał kilka gestów, mamrocząc pod nosem inkantacje.
Nie miał zamiaru pakować się kominkiem do pokoju profesor obrony, nie upewniwszy się zawczasu, czy nałożone przez Fede bariery ochronne nie spłatają mu brzydkiego psikusa. Wprawdzie jakiś czas temu uprzedziła go, że zabezpieczyła kominek na wypróbowany aurorski sposób, ale dała mu uprawnienia do odwiedzania jej tą drogą. Wrodzona ostrożność Severusa nakazywała mu jednak nie włazić do kominka na ślepo i za każdym razem upewniał się, czy Fede coś się aby nagle nie odmieniło.
Najwyraźniej niczym jej się nie naraził, gdyż wciąż miał swobodny dostęp. Bez wahania wszedł do kominka i przetransportował się do sypialni Fede. Ogień na kominku był niemal wygaszony, w pokoju panował chłód. Było ciemno i cicho. Severus rzucił okiem na łóżko i poczuł, że robi mu się zimno. Fede tu nie było. Nie chowała się pod kołdrą — łóżko było starannie zaścielone i na pewno nikt w nim nie spał.
Severus opadł na fotel, starając się zdusić dziwne uczucie, jakie go opanowało — niepokój? Irytację? Nie wiedział. Staroświecki zegar na kominku tykał miarowo i dziwnie usypiająco. Severus wyciągnął nogi, zauważając, że fotel jest wyjątkowo wygodny. Potarł nasadę nosa, zdecydowany poczekać na Fede.
Różne rzeczy mogły się wydarzyć podczas nocnego patrolu. Przyłapanie pętających się po korytarzach i schowkach uczniów często skutkowało natychmiastową wizytą u opiekuna domu. Niewykluczone, że Fede siedzi u Sprout albo Flitwicka. Lub też czeka na McGonagall, która przecież dopiero co wróciła z zebrania Zakonu. Tak, to było logiczne wyjaśnienie. Severus usadowił się wygodniej. Naprawdę komfortowy ten fotel…
… otworzył oczy i zorientował się, że zasnął. Jak długo spał? Rzucił okiem na zegar i cos ścisnęło mu gardło. Czwarta trzydzieści jeden. Fede wciąż nie było. Cokolwiek się wydarzyło, niemożliwe, aby wyciąganie konsekwencji wobec niesfornych uczniów trwało do tej godziny.
Wstał, spoglądając jeszcze na łóżko (wciąż nietknięte, idealnie zaścielone) i już wiedział, że dalsze czekanie jest stratą czasu. Gdzie ona była, do ciężkiej cholery? Nie było sensu czekać, aż wróci. Zły jak diabli Severus teleportował się z powrotem do siebie. Przez chwilę stał przed kominkiem, czując wściekłość i… zawód? W końcu odwrócił się i z całej siły wyrżnął pięścią o obudowę kominka.
Zabolało. Ale tylko trochę. Rozcierając obolałe kostki dłoni, usiadł na łóżku. W jego głowie galopowały tysiące myśli, a każda gorsza od poprzedniej.
Gdzie ona jest?
Zacisnął dłonie w pięści i w ubraniu położył się na wznak, nie trudząc się nawet zdejmowaniem butów.
I… z kim?
x x x x x
Fede lubiła noc.
Gdy poszła do Hogwartu, nocna pora była dla niej nie tyle czasem snu, co wypoczynkiem i możliwością upajania się ciszą i spokojem, jakie zapadały wraz z nadejściem zmroku. Za dnia korytarze, klasy i pokoje wspólne pełne było gwaru, śmiechu i krzyków. Wieczorami przenosiło się to dormitoriów, aby po zgaszeniu światła trwać jeszcze przez chwilę i wkrótce rozpływać w ogarniającej dziewczęta senności.
Gdy było już ciemno i zupełnie cicho, a jedynym odgłosem był równy oddech uśpionych współlokatorek, Fede czuła, że wreszcie ma czas dla siebie. Lubiła leżeć na plecach z rękoma założonymi pod głowę i pozwalać pędzić rozhukanym myślom. Bywało, że zegar na wieży dawno wybił północ, a ona wpatrywała się w ciemność dormitorium, zaś sen wciąż nie nadchodził. To nocami poznawała swoje ciało, stopniowo nabierając wprawy w sprawianiu sobie przyjemności. Zanim nauczyła się przydatnego Zaklęcia Wyciszającego, robiła to ukradkiem, pod kołdrą, wstrzymując oddech i starając się nie wydawać żadnych dźwięków, mogących obudzić współlokatorki.
Często wymykała się ukradkiem i wędrowała korytarzami uśpionego zamku, odkrywając nowe, niezbadane dotąd zakątki Hogwartu. Wkrótce znała zamek jak własną kieszeń, a była na tyle bystra, aby prawie nigdy nie dać się złapać. Sprytnie unikała patrolujących korytarze nauczycieli, choć parę razy zdarzyło jej się uciekać co sił w nogach, machnięciem różdżki gasząc wszystkie świece i lawirując w ciemnościach pomiędzy zbrojami i zdradzieckimi chodnikami. Znajomość topografii zawiodła ją tylko raz, kiedy zapadła jej się noga na znikającym schodku. Na szczęście goniącym okazał się dobroduszny profesor Flitwick, który ogromnie się przejął udawanymi jękami bólu rzekomo potłuczonej Fede, w związku z czym ograniczył się tylko do słownej reprymendy.
Oprócz nauczycieli korytarze patrolowały również duchy, które były o tyle groźniejsze, że wyłaniały się bezszelestnie zza ściany, ale ich Fede się nie obawiała. Krwawy Baron nigdy nie donosił na uczniów Slytherinu, a Prawie Bezgłowy Nick bardzo lubił Fede, która zawsze zwracała się do niego per „Sir Nicholasie" z należnym arystokracie szacunkiem, toteż przymykał oko na jej nocne wędrówki. Zdarzało się, że dołączał do niej, sunąc bezszelestnie tuż obok i opowiadając przyciszonym głosem historie mijanych na obrazach ludzi. Wystrzegać należało się jedynie Irytka. Fede unikała go jak ognia, znając jego podłość i wiedząc, że marny byłby z niego sojusznik.
Naturalnie nie tylko ona wałęsała się nocami po zamku. Starsi wiekiem uczniowie często wymykali się po ciszy nocnej, szukając jakiegoś ustronnego zakątka, aby móc się miziać na osobności. Fede, która w wieku kilkunastu lat zmieniała chłopaków jak rękawiczki, doświadczyła wielu randek o północy.
A teraz, mając dwadzieścia osiem lat, spacerowała nocą po korytarzach zupełnie legalnie, płosząc amatorów przygód i zakochane parki. To był trzeci patrol, podczas którego przyłapała Stebbinsa i Fawcett, jak wciśnięci między zbroję Godryka Grubego a ścianę z zapałem badali sobie językami migdałki. Z uśmiechem przyglądała się, jak spłoszeni uczniowie uciekają w popłochu do swoich dormitoriów, zastanawiając się jednocześnie, jak można być aż tak głupim. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, aby znaleźć sobie inne miejsce.
Szła wolno, rozkoszując się ciszą i spokojem. Nagle do jej uszu dobiegł dziwny, nieco przytłumiony dźwięk. Natychmiast wyostrzyła czujność, zatrzymując się w pół kroku. Ów dźwięk, który wydał jej się znajomy, ale którego nie potrafiła zidentyfikować, dobiegał z bocznego korytarza.
Fede bez wahania skręciła w lewo, odruchowo wyjmując różdżkę zza paska sukni. Nie bała się, ale wrodzona czujność oraz twarde aurorskie szkolenie wyrobiły w niej instynkt chwytania za różdżkę w sytuacji, której nie była pewna. Nie uważała tego za zbytek ostrożności.
Korytarz był dość słabo oświetlony, a delikatne płomyki świec trochę ją oślepiały, nie pozwalając dostrzec, co znajduje się przed nią. Fede machnęła więc różdżką, mrucząc: — Nox. — Natychmiast zapadła ciemność. W tym momencie Fede zorientowała się, że teraz nie widzi absolutnie niczego. I znów to usłyszała — tym razem dźwięk dochodził z jej prawej strony.
Kolejny korytarz.
Fede zawahała się, ale nie skręciła. Przed sobą miała nieprzeniknioną czerń następnego bocznego korytarza. Przyszło jej do głowy, że popełniła błąd, nie gasząc światła zaklęciem niewerbalnym — lub też błędem było samo zgaszenie świec. Ktoś lub coś znajdowało się w tym korytarzu, a ona właśnie ujawniła swoją obecność.
Jedna z zasad, których nauczył ją Alastor Moody, było słuchanie własnego instynktu. Stary auror miał ogólnie opinię paranoika, a z jego „stałej czujności" podśmiewali się i uczniowie, i profesorowie, jednak Fede rozumowała inaczej. Jeśli ktoś tak doświadczony jak Moody wielokrotnie ocalił życie dzięki podszeptowi swojego wewnętrznego głosu, który nakazywał mu się wycofać, to nie interesowało jej, jaką ten człowiek miał opinię. To była jedna z tych sytuacji, w których instynkt nakazywał jej zawrócić.
A z drugiej strony coś ją kusiło, aby tego nie robić. Takie ryzykanctwo i szukanie guza nie leżało w jej naturze, a na spontaniczność pozwalała sobie jedynie wtedy, gdy miała pewność, że mimo wszystko będzie w stanie kontrolować sytuację. Tym razem miała przed sobą ciemny korytarz, w którym znajdowało się coś — lub ktoś — czego nie znała i co mogło być potencjalnie niebezpieczne. Rozum nakazywał jej się wycofać. A mimo to po chwili uświadomiła sobie, że skręciła w prawo. Nogi niosły ją przed siebie, a miękki chodnik tłumił stukot jej szpilek.
Nagle zapłonęły światła. Fede odruchowo obróciła się wokół własnej osi, gotowa do ataku. Czuła, jak serce łomocze jej jak szalone. To była skrajna bezmyślność, wiedziała o tym, a jednak… Jej wzrok powędrował w lewo, w kierunku, w którym przed chwilą szła. Teraz widziała wyraźnie. Ściany były zupełnie puste, pozbawione charakterystycznych dla Hogwartu obrazów czy tarcz. Miała przed sobą długie metry chodnika, a na samym jego końcu…
Fede przełknęła ślinę i poczuła, że poci się na karku. To było bardzo nieprzyjemne wrażenie, zupełnie, jakby po jej skórze przebiegł pająk. Nagle przypomniała sobie sny, o których mówił jej Harry. Wiedziała naturalnie, jakie drzwi widywał on w swoich koszmarach, ale w tym momencie zrozumiała lęk, jaki wtedy odczuwał.
Rzuciła złożone zaklęcie niewerbalne. Różdżka nie zareagowała, spoczywając spokojnie w jej dłoni, zatem nie wykryła żadnej obcej istoty w pobliżu. Fede oblizała wyschnięte wargi i ruszyła przed siebie, nadstawiając uszu, gotowa do obrony.
Co ty wyprawiasz, idiotko? pomyślała. Wynoś się stąd jak najprędzej!
I choć strach jeżył jej włosy na karku, a racjonalny umysł kazał się wycofać, coś pchało ją do przodu. Fede miała wrażenie, że ciało przestało jej słuchać. Jak zahipnotyzowana posuwała się krok po kroku w kierunku drzwi. Przez korytarz przeszedł lekki podmuch, a świece, które znajdowały się za jej plecami, zgasły. W miarę, jak Fede szła do przodu, gasły kolejne, zupełnie jakby to coś wyznaczało jej kierunek marszu.
Bliżej, coraz bliżej. Teraz Fede była naprawdę przerażona. Ręka w której trzymała różdżkę drżała, ale nie ze strachu. Przez jej dłoń zdawały się przebiegać dziwne impulsy, jakby wibrowanie. Jako aurorka, Fede wiedziała, co to oznacza. Różdżka, której rdzeń stanowił cedr i włos jednorożca, była stworzona do rzucania zaklęć i reagowała na bardzo silne impulsy magiczne.
Za drzwiami znajdował się więc obiekt o tak potężnej mocy, że różdżka zaczęła wysyłać sygnały ostrzegawcze. Fede przymknęła oczy, czując, jak przerażenie ściska jej gardło. Za wszelką cenę musi to przerwać, nie wolno jej, nie może…
NIE!
Nagle zatoczyła się, czując, jak wrażenie przyciągania znika. Cofnęła się gwałtownie i omal nie upadła, ale po chwili odzyskała równowagę. Nie wahając się ani chwili dłużej, rzuciła się do ucieczki. W tym momencie wszystkie świece zgasły i wokół zapanowała ciemność. Fede biegła przed siebie na oślep.
Nagle silne uderzenie sprawiło, że przed oczami zawirowały jej wszystkie gwiazdy, a głowę przeszył straszny ból. Ze zdławionym krzykiem runęła na ziemię, zdając sobie sprawę, że wbiegła prosto na ścianę. Z trudem otworzyła oczy i w tym momencie dostrzegła dobiegające z lewej strony słabe światło.
Główny korytarz.
Podniosła się z jękiem, czując, że świat wiruje wokół niej, a nogi się uginają. Na szczęście nie wypuściła różdżki z dłoni. Powoli podreptała w kierunku światła, świadoma, że przerażające uczucie przyciągania, które na dłuższą chwilę opanowało ją do tego stopnia, że aż odebrało jej zdolność panowania nad sobą, zniknęło. Gdy wreszcie znalazła się w głównym korytarzu, pospiesznie oddaliła się na uginających nogach o dobrych kilkaset metrów i dopiero wtedy się zatrzymała.
Czoło piekło żywym ogniem. Fede oparła się plecami o ścianę i przymknęła oczy, pozwalając, aby walące jak oszalałe serce zwolniło nieco swój rytm.
Co to do cholery było?
Strachu, który wtedy czuła, nie sposób było opisać. A najbardziej przerażające było to, że owo coś odebrało jej całą siłę woli.
Fede z wolna się uspokajała. Wiedziała, że dzisiejszej nocy nie będzie w stanie przejść koło tamtego bocznego korytarza. Ruszyła więc przed siebie, kontynuując powolny obchód zamku, ale wydarzenia sprzed kilku minut wstrząsnęły nią na tyle, że nie była w stanie rozkoszować się ciszą i spokojem nocy.
Hogwart nocą nie wydawał jej się już taki bezpieczny.
Wałęsała się tak bez celu aż do świtu. Gdy słońce już wzeszło i napełniło korytarze jasnym blaskiem, a pierwsi uczniowie zaczęli udawać się na śniadanie, Fede wróciła do siebie. Ze zmęczenia kręciło jej się w głowie i czuła piasek pod powiekami. Czoło bolało jak diabli. Cud, że nie rozbiła sobie głowy.
Nie rozbierając się, zwinęła się w kłębek na fotelu. Było jej zimno i czuła się nieco otępiała, jak to zwykle bywa po nieprzespanej nocy. Wstrząsana dreszczami, oparła głowę o wezgłówek i przymknęła oczy.
Nie miała już siły myśleć.
Chciała tylko chwilę odpocząć.
