— Profesor Fedele!

Co u licha…? Dziwnie znajomy głos docierał powoli do świadomości Fede. Z trudem otworzyła jedno oko i dostrzegła, że coś przesłania jej pole widzenia. Coś miękkiego, łaskoczącego w nos…

— Profesor Fedele! Proszę się natychmiast obudzić!

Aha, włosy. Cholerne kudły, ale co one robią na jej twarzy? Fede poruszyła ustami i natychmiast wypluła z nich grube pasmo. Ktoś ją budzi, znajomy głos… to dziwne, co ona robi w jej sypialni? Zamrugała. Przez gęstwinę skudlonych włosów dostrzegła sylwetkę stojącej naprzeciwko profesor McGonagall.

— Profesor Fedele! — W głosie wicedyrektorki brzmiała wściekłość. — Proszę natychmiast oprzytomnieć! W trakcie zajęć weszła do mnie dwójka uczniów z pytaniem, czy zajęcia obrony zostały odwołane, bo czekają na panią od dwudziestu minut! Stukali do drzwi gabinetu, ale bezskutecznie! Od pół godziny powinna powinna pani być na zajęciach!

Zajęcia… o cholera, zajęcia! Zasnęła! Fede momentalnie oprzytomniała, zupełnie jakby ktoś chlusnął jej w twarz wiadrem lodowatej wody. Teraz już pamiętała. Po powrocie z patrolu usiadła na moment w fotelu i przymknęła oczy. Co za głupota! Pospiesznie odgarnęła włosy z twarzy, starając się jakoś ogarnąć.

— Strasznie przepraszam — wymamrotała. McGonagall była wściekła i trudno jej się było dziwić. Jeśli Fede liczyła, że stosunki między nią a surową wicedyrektorką ulegną kiedyś ociepleniu, to właśnie chyba straciła wszelkie szanse. — Sama nie wiem, jak to się mogło stać. Wróciłam z patrolu, przysiadłam na moment w fotelu…

We wzroku wpatrującej się w nią McGonagall odmalowało się coś na kształt przerażenia. Wicedyrektorka wciągnęła gwałtownie powietrze i cofnęła się o krok.

— Na Merlina, co się pani stało? — jęknęła.

Fede zamrugała, nie rozumiejąc, skąd ta reakcja. I nagle sobie przypomniała. Biegnąc korytarzem, zderzyła się ze ścianą z takim impetem, że omal nie straciła przytomności. Uniosła dłoń i dotknęła czoła. Zabolało. Pewnie ma niezłego siniaka.

— To nic takiego — powiedziała, starając się zbagatelizować sprawę. — Drobiazg. Wczoraj podczas patrolu miałam drobny wy…

— Nic takiego? — McGonagall podniosła głos niemal do krzyku. — Nic takiego? Niech się pani przejrzy w lustrze, to sama pani zobaczy, czy to nic takiego!

Nieco zdumiona przesadną jej zdaniem reakcją wicedyrektorki Fede wstała i powlokła się do toaletki. Gdy zerknęła do lustra, momentalnie przestała się dziwić, gdyż omal nie wrzasnęła na widok swego odbicia. Czoło miała sinofioletowe, co nadawało jej wygląd ofiary ciężkiego pobicia.

— O matko! — Nie mogła się powstrzymać od jęku. Gdyby położyła się teraz w kostnicy, mogłaby zapewne zmylić nawet doświadczonego patologa.

— Profesor Fedele, czy ktoś na panią napadł? — zapytała wciąż wstrząśnięta profesor McGonagall. Ponieważ Fede nie odpowiadała, wpatrując się w swoje odbicie z takim wyrazem twarzy, jakby została spetryfikowana, starsza kobieta podeszła i delikatnie położyła dłoń na ramieniu profesor obrony. Jej głos nagle złagodniał i pojawiła się w nim nuta zatroskania. — Fede, co się stało?

Fede wolno odwróciła się i wlepiła w McGonagall zdumione spojrzenie, uświadamiając sobie, że surowa i niechętna jej wicedyrektorka właśnie okazała troskę. Zapanowało niezręczne milczenie. Fede doskonale wiedziała, że Minerwa McGonagall jej nie lubi; pamiętała też, że swego czasu to właśnie ona postulowała u Dumbledore'a o usunięcie przyszłej profesor obrony z Hogwartu. Fede nie miała o to pretensji, gdyż jej szkolne ekscesy przekraczały czasem wszelkie granice. Mimo to liczyła, że po dziesięciu latach ich stosunki ulegną poprawie. Niestety, najwyraźniej nawet nowo objęte przez Fede stanowisko nie przekonało McGonagall. Wicedyrektorka odnosiła się do młodszej koleżanki z chłodną uprzejmością i nic nie wskazywało, by miała zmienić zdanie.

A teraz w jej głosie brzmiało szczere zatroskanie. Fede odchrząknęła i poczuła, że coś drapie ją w gardło. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że oczy Minerwy McGonagall są przyjazne i ciepłe.

Starsza kobieta wpatrywała się w nią łagodnie, nie mówiąc ani słowa. Po chwili wyciągnęła dłoń i delikatnie odsunęła na bok opadające na czoło loki Fede.

— Byłam na patrolu. — Nagle Fede uświadomiła sobie, że wyrzuca z siebie bezładne zdania. — Szłam korytarzem, było spokojnie… Pogoniłam dwójkę uczniów spod posągu Godryka Grubego. I wtedy… usłyszałam ten dźwięk. Nie wiem, co to było, nie potrafię go określić… dobiegał z bocznego korytarza…

McGonagall słuchała uważnie.

— Weszłam do korytarza. Było ciemno, wyjęłam różdżkę. Korytarz skręcał w prawo, tam był kolejny… paliły się w nim pochodnie. Czułam, że nie powinnam tam wchodzić, ale coś pchało mnie do przodu. Szłam, pochodnie za mną gasły… zaczęłam się bać, ale nie mogłam zawrócić. Ja… nie panowałam nad swoim ciałem! Nie mogłam się wycofać, szłam jak kukiełka! — Fede zadygotała. — Moja różdżka oszalała. Zaczęła wibrować, prawie wyrywała mi się z dłoni… A na końcu korytarza były drzwi, za nimi coś się znajdowało… To było straszne. Tak się bałam… A potem to przyciąganie ustąpiło i wtedy rzuciłam się do ucieczki. Pochodnie nagle zgasły, biegłam po ciemku… i wtedy uderzyłam w ścianę.

— Na Merlina! — Minerwa McGonagall była wstrząśnięta. — Trzeba natychmiast poinformować o tym Albusa! Fede, co to mogło być?

— Nie wiem — odparła Fede, która dopiero teraz zdała sobie sprawę, że szczęka zębami. — Nie dotarłam do drzwi, uciekłam najszybciej, jak tylko mogłam. Ale to musiał być jakiś artefakt o niezwykle potężnej mocy. Moja różdżka silnie reaguje na wszelkiego rodzaju oddziaływania magii…

Minerwa przyglądała się Fede z namysłem.

— Czy mogłabyś mnie zaprowadzić w tamto miejsce? — zapytała.

— Chce pani tam iść? — osłupiała profesor obrony.

— Oczywiście. Trwają lekcje, więc korytarze powinny być puste, uczniowie nie będą nam przeszkadzać. Będziemy mogły sprawdzić, co tak cię wystraszyło. Z Albusem porozmawiam później.

— Pani raczy żartować! — wybuchnęła Fede.

— Jestem absolutnie poważna. — Minerwa uśmiechnęła się łagodnie. Jej twarz wyrażała zdecydowanie. — Trochę więcej zaufania do mojego zdrowego rozsądku, Fede. Zamierzam po prostu przyjrzeć się bliżej temu korytarzowi. Na Merlina! Ci biedni uczniowie czekają pod gabinetem, zupełnie o nich zapomniałam… — Potarła dłonią skroń. — Fede, zrób coś z tym siniakiem. Zaczekam na ciebie na zewnątrz.

Starsza kobieta opuściła pokój, a Fede zadrżała lekko. Nie miała najmniejszej ochoty wracać do tamtego korytarza, ale profesor McGonagall mogłaby tam nie trafić bez jej wskazówek. Poza tym czuła, że byłoby świństwem pozwolić jej iść samej. Niechętnie sięgnęła po różdżkę i za pomocą silnych maskujących zaklęć aurorskich zatuszowała poobijane czoło. Potem wyszła na korytarz, czując, że najchętniej zakopałaby się pod kołdrą i przespała dzień czy dwa, budząc się tylko na posiłki i znowu zasypiała, czując silny uścisk ramion Severusa i jego usta na swej skórze.

Chryste…! Aż się wzdrygnęła. Dotyk Severusa wydał jej się nagle tak realny, tak prawdziwy. Ile by dała, aby był teraz przy niej.. Naglący głos McGonagall wyrwał ją z odrętwienia. Pospiesznie założyła włosy za uszy i obie kobiety ruszyły pustymi korytarzami zamku.

— Już niedaleko. — Fede poczuła znajomy zimny dreszcz, przebiegający jej po kręgosłupie. Nie czuła się najlepiej. — Przy zbroi Godryka Grubego przyłapałam dwójkę uczniów, potem poszłam przed siebie. To musiało być gdzieś blisko… zaraz! Herbowa tarcza Slytherina! To zaraz za nią, tam jest korytarz… — Fede przyspieszyła kroku, zupełnie zapominając o lęku. Teraz już prawie biegła. — Zaraz za wyłomem muru, o tutaj!

Obie kobiety zatrzymały się we wskazanym przez Fede miejscu. Zapadła cisza. Fede miała wrażenie, że nogi wrastają jej w posadzkę. Minerwa McGonagall wolno się odwróciła i spojrzała prosto w twarz profesor obrony.

— Ale… to było tutaj! — wydusiła z siebie Fede. — Na… naprawdę!

— Jest pani pewna? — Głos McGonagall stracił wiele ze swojej niedawnej serdeczności. — Tutaj, czyli gdzie? Bardzo mi przykro, ale ja nie widzę żadnego korytarza. A pani?

— Był tutaj! — wybuchnęła Fede. — Nie mogłam się pomylić! Tarcza Slytherina, wyłom muru i korytarz! ON TU BYŁ! WIDZIAŁAM GO!

— Proszę nie krzyczeć — odezwała się szorstko wicedyrektorka. Jej wzrok nie wróżył niczego dobrego. Zrozpaczona i niczego nie rozumiejąca Fede spojrzała na McGonagall i dostrzegła, że w jej oczach maluje się lodowaty chłód i… pogarda? I wtedy zrozumiała. Miała wrażenie, że właśnie dostała w twarz.

— Nie wierzy mi pani, prawda? — spytała tak spokojnym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć. Czuła, że cała się trzęsie, a policzki płoną żywym ogniem.

— Ujmijmy to tak. — Profesor McGonagall mówiła wolno, zupełnie, jakby zastanawiała się nad każdym wymawianym słowem. — Twierdzi pani, że wczoraj w nocy był tu korytarz, do którego pani weszła i w którym tak mocno się pani poobijała.

— Tak. — Fede zaczynało brakować tchu. Jednocześnie czuła, że wzbiera w niej złość. Spojrzała wyzywająco w twarz wicedyrektorki, próbując nie wybuchnąć. — Tu był korytarz. Jestem tego pewna. I nie ma mowy o żadnej pomyłce.

McGonagall bez słowa wyciągnęła różdżkę i lekko nią machnęła. Znajdujące się naprzeciwko drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Osłupiała Fede dostrzegła kilka mioteł, kubły, jakieś stare szmaty i niedużą, składaną drabinę.

— Jeden ze schowków pana Filcha — odezwała się wicedyrektorka. — Czy mam rozumieć, że podczas patrolu weszła pani do składzika i uderzyła głową o ścianę?

— Tego tu nie było… — wybełkotała Fede, która niczego już nie rozumiała. Zdawała sobie sprawę, że jej tłumaczenia brzmią absurdalnie. Zdesperowana przejechała dłonią po włosach. — Przysięgam, że tu nie było żadnego składzika!

McGonagall wydawała się teraz chłodna i wyniosła niczym sfinks. Z gardła Fede wyrwało się chrapliwe:

— Pani mi nie wierzy, prawda? Uważa pani, że kłamię?

Zadała to pytanie, próbując sprowokować wicedyrektorkę do szczerej odpowiedzi, którą tamta i tak miała wypisaną na twarzy. Fede zawsze podejrzewała, że gdyby McGonagall choć raz pozbyła się swego dystyngowanego opanowania i wywrzeszczała jej w twarz, co o niej sądzi, to może ostra kłótnia pozbawiłaby je wzajemnego dystansu. Niestety, Minerwa McGonagall była damą w każdym calu.

— Sądzę, że powinnyśmy odłożyć tę rozmowę na później — rzekła wolno. — Inaczej jedna z nas może powiedzieć o jedno słowo za dużo.

— Ja nie kłamię! — oświadczyła wyzywająco Fede.

Przez moment miała wrażenie, że profesor McGonagall tym razem naprawdę puszczą nerwy. Niestety przeliczyła się.

— Ujmijmy to tak, profesor Fedele. — Chłodny głos Minerwy smagał niczym bicz. — Pamiętam panią doskonale z czasów, gdy była pani jeszcze uczennicą. I chyba obie doskonale wiemy, że bardzo często zdarzyło się pani mijać z prawdą.

Fede stała nieruchomo, mając wrażenie, że wzrok wicedyrektorki miażdży ją na drobne kawałki. Nagle poczuła się słaba, upokorzona i bezbronna, jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Głos Minerwy dochodził do niej jakby z oddali:

— Poinformuję o wszystkim dyrektora. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, gdzie pani była w czasie patrolu ani co pani robiła. Nie będę też wnikać, w jaki sposób doprowadziła się pani do tak godnego pożałowania stanu. O wyciągnięciu konsekwencji zdecyduje Albus Dumbledore. Ja natomiast oczekuję, że zjawi się pani na kolejnych zajęciach.

McGonagall oddaliła się, a po jej ruchach dało się wyczuć, że jest wyjątkowo rozgniewana. Fede chwyciła się za głowę, czując pulsowanie tak silne, jakby miała pęknąć jej czaszka. Miała wrażenie, że cała płonie. W dodatku było jej słabo.

Jak otępiała wpatrywała się w drzwi do składzika, których tu wczoraj nie było. Po chwili z wahaniem wyciągnęła rękę i dotknęła drzwi. Pod palcami wyczuła stare, nieco zmurszałe drewno. Drzwi były realne. Prawdziwe. Podobnie, jak realny był wczorajszy korytarz, którym biegła, o którego ścianę uderzyła, który…

… nie istniał.

X

W połowie lekcji zaklęć profesor Flitwick przypomniał sobie o zadanych na dzisiaj pracach domowych i zaczął zbierać pergaminy. Harry sięgnął do swojej torby, ale wypracowania w niej nie było.

Lekko zdenerwowany — przyłożył się do zadania wyjątkowo skrupulatnie, w duchu licząc na bardzo dobrą ocenę — zaczął nerwowo przerzucać znajdujące się w torbie rzeczy. I w tym momencie sobie przypomniał. Wraz z Ronem zaspali nieco na śniadanie, zeszli do Wielkiej Sali w momencie, gdy większość uczniów skończyła już jeść, a potem trochę zmarudzili przy stole. Gdy wpadli pędem do dormitorium, okazało się, że muszą się jeszcze spakować. W ferworze pakowania Harry położył wypracowanie na szafkę nocną, aby włożyć je na samą górę i przypadkiem o nim nie zapomnieć.

Podszedł do biurka nauczyciela i przyznał, że zapomniał zabrać wypracowanie. Profesor Flitwick spokojnym tonem polecił mu je przynieść, więc Harry opuścił klasę i pobiegł w kierunku dormitorium. W pewnym momencie zwolnił nieco, czując, że się trochę zasapał i jednocześnie dostrzegł stojącą na środku korytarza samotną postać.

Dopiero po chwili Harry rozpoznał profesor Fedele. Szedł teraz wolno, uważnie się jej przyglądając. Nie zdziwił się, że w pierwszej chwili jej nie poznał. Włosy profesor obrony, zawsze starannie upięte, spływały jej teraz na plecy skłębioną, puszystą masą, zasłaniając profil. W jej nieruchomej sylwetce było coś bardzo dziwnego. Harry ostrożnie podszedł bliżej.

— Dzień dobry — powiedział.

Nie odpowiedziała, wpatrując się dziwnie otępiałym wzrokiem przed siebie. Harry miał wrażenie, że w ogóle go nie usłyszała. Zdumiony jej niezwykłym zachowaniem spojrzał przed siebie i zobaczył drzwi do schowka jakich wiele w Hogwarcie, w dodatku niczym się nie wyróżniających. Nagle Harry poczuł się dziwnie skrępowany. Powoli wycofał się, mając wrażenie, że nie powinien oglądać profesor Fedele w takim stanie. Zabrał wypracowanie z dormitorium i wrócił tą samą drogą.

Profesor Fedele już nie było. Harry nie mógł się oprzeć ciekawości. Podszedł do drzwi schowka i uważnie im się przyjrzał — wyglądały całkiem zwyczajnie — a potem je otworzył. Pobieżna inspekcja nie wykazała niczego nadzwyczajnego. Marszcząc brwi Harry wrócił ślimaczym tempem do sali zaklęć, oddał wypracowanie i pogrążył się w rozważaniach do tego stopnia, że zirytowany kompletną nieuwagą ucznia profesor Flitwick zadał mu dodatkowe zadanie domowe.

X

To był kiepski dzień. Fede ochlapała twarz zimną wodą, spięła włosy i rzuciła dodatkowe zaklęcie maskujące na czoło, po czym poszła na zajęcia. I chociaż bardzo się starała, to czuła, że po raz pierwszy od tygodni prowadzi lekcje bez entuzjazmu. Jak na złość uczniowie dali jej również nieźle popalić. Fede miała wrażenie, że jakieś licho wstąpiło w te dzieciaki. Już na pierwszych zajęciach przyłapała dwójkę Puchonów z końcowej ławki na graniu w okręty, a gdy się tylko odwróciła, niespeszeni reprymendą smarkacze natychmiast wrócili do zabawy. Zaś pod koniec lekcji między jednym z Puchonów a Krukonem doszło do jakiejś sprzeczki, zakończonej celnie wymierzonym ciosem prosto w nos Puchona. W dodatku chłopak poleciał do tyłu tak pechowo, że uderzył głową o parapet — Fede, która akurat była odwrócona do nich plecami, nie zdążyła zareagować na czas. Gdy odprowadziła już słaniającego się na nogach chłopca do skrzydła szpitalnego, a następnie wróciła i nawrzeszczała na jego przeciwnika, lekcja dobiegła końca. Kiedy uczniowie wyszli, Fede oparła czoło o biurko i wydała z siebie rozpaczliwe westchnienie.

Chcę, aby była już wiosna, pomyślała bez związku. Czuła się wyczerpana, znużona i poirytowana. Wszystko wydawało jej się nudne — uczniowie, zajęcia, perspektywa dalszej wytężonej pracy przy organizacji halloweenowej zabawy. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej jest szare — twarze uczniów, drobinki nieruchawego powietrza, unoszący się z podłogi kurz.

Gdy nadeszła pora lunchu, wróciła do siebie i poprosiła skrzaty o przyniesienie jej posiłku do pokoju. Siedziała później nad talerzem, patrząc z niechęcią na stygnącą porcję jagnięcej pieczeni z sosem miętowym.

X

Minerwa McGonagall z trudem panowała nad sobą. Szczególnie irytowała ją świadomość, że okazała współczucie Fede, ulitowała się nad nią, a ta zwyczajnie ją okłamała. Zgodnie z obietnicą tuż przed lunchem udała się do Albusa i opowiedziała mu o całym zajściu.

Ku jej zaskoczeniu Albus nie wydawał się być zgorszony ani nawet zdumiony. Przez chwilę patrzył spokojnie prosto w twarz Minerwy, a następnie wolnym ruchem zaczął bawić się maleńkim, elegancko rzeźbionym kałamarzem. Minerwa wiedziała, że dyrektor zastanawia się nad odpowiedzią.

— Powiedz mi, Minerwo, ale tak zupełnie szczerze — zaczął Albus. Profesor McGonagall uniosła lekko brwi. — Rozumiem, że jesteś oburzona zachowaniem Fede i dlatego przyszłaś z tym do mnie.

— Owszem — odparła chłodno Minerwa. — A słowo „oburzenie" uważam w tym przypadku za eufemizm.

— A czy gdyby chodziło o kogoś innego, na przykład o profesor Sinistrę, Sprout albo Hooch, czy również przyszłabyś do mnie ze skargą?

Minerwa wzięła głęboki oddech.

— Żadna z wyżej wymienionych pań... — zaczęła.

— Ale gdyby tak się zdarzyło, czy w przypadku którejś z nich również pojawiłabyś się tutaj z żądaniem wyciągnięcia konsekwencji, czy byłabyś raczej skłonna puścić to zdarzenie w niepamięć?

— Czy sugerujesz, że... powiadomiłam cię o wszystkim tylko dlatego, że chodzi o Fede? — Minerwa niemal uniosła się z fotela.

— A czy nie mam racji?

Minerwa otworzyła usta, aby zaprzeczyć i w tym momencie poczuła, że zastyga w bezruchu, niezdolna do wypowiedzenia choćby słowa. Słowa Albusa, choć łagodne, oskarżały ją jednak o niesprawiedliwość. Minerwa zawsze uważała, że przy podejmowaniu decyzji oraz w osądach nie kieruje się sentymentami. I nie, nie przyszła ze skargą dlatego, że chodziło o Fede. To nie była niesprawiedliwość! A mimo to pamiętała, jaka była jej pierwsza myśl, gdy rozgniewana zostawiła profesor obrony stojącą jak słup soli na środku korytarza:

Tym razem się doigrałaś, moja panno.

Bez wątpienia nie mogła udać, że nic się nie wydarzyło; poinformowanie Albusa było jej obowiązkiem. A mimo to poczuła się dziwnie nieswojo. Odruchowo uniosła dłoń i poluzowała nieco zapięty przy samej szyi kołnierzyk sukni, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czy na pewno postąpiła sprawiedliwie? Czy nie dała się ponieść własnym uprzedzeniom, tracąc przy tym zdrowy i chłodny osąd sytuacji? Czy na pewno nie kierowała nią niechęć do Fede i podświadome pragnienie ukarania dziewczyny, której nigdy nie lubiła, do której nie miała zaufania i której widok działał na nią wybitnie irytująco? Nagle zdała sobie sprawę z tego, że milczy. I to była odpowiedź. Gdyby miała pewność, że jej intencje były absolutnie czyste, nie zastanawiałaby się ani przez chwilę.

— Minerwo. — Głos Albusa wyrwał ją z zamyślenia. — Minerwo, spójrz na mnie.

Podniosła wzrok.

— Masz rację — przyznała. Och, jak trudno było się przyznać do błędu! — Tak, masz absolutną rację. Nie sądziłam… — dłonie zacisnęły się mocno na poręczach fotela — … że jestem taka… małostkowa. — Nagle w przypływie rzadko spotykanej pasji uderzyła dłonią o kolano. — Zrozum mnie, Albusie! Przecież doskonale pamiętasz, jaka ona była lata temu. I wiesz, ile mieliśmy z nią problemów! Tak, przyznaję, nigdy nie lubiłam tej dziewczyny i wciąż jej nie lubię. Te jej wieczne kłamstwa, wykręty, brak dyscypliny… ale wiesz, co było najgorsze? To, że nigdy nie miała cywilnej odwagi, by się przyznać. A gdy już nie mogła wykręcić się łgarstwami, sądzisz, że miała tyle przyzwoitości, by w końcu przestać iść w zaparte? Nie! Ona nigdy się nie przyznała! Patrzyła wtedy na mnie tym swoim baranim wzrokiem i udawała głupią! I to mnie w niej najbardziej denerwowało! Ten jej wzrok, głupia mina, to… to… tchórzostwo!

Dopiero teraz Minerwa zorientowała się, że krzyczy.

— Nie sądziłem, że jesteś aż tak nieprzejednana — powiedział wolno Albus. — Czy ty naprawdę widzisz w Fede tylko to, co najgorsze?

— To, co najgorsze? — Minerwa próbowała się uśmiechnąć, ale wargi miała jak zdrętwiałe. — Nie. Nie jestem aż tak zaślepiona. Dziewczyna przerabia z uczniami solidny, dobrze zaplanowany program. Młodzież za nią przepada. Doskonale dogaduje się z resztą kadry… No dobrze. Nie mogę jej niczego zarzucić, jeśli chodzi o kompetencje. Pomijając oczywiście dzisiejszy poranek.

— Ach tak. Sprawa korytarza, który widziała tylko Fede — skinął głową Albus. — Przyznam, że dziwię się wam obu. Zarówno Fede, jak i tobie. Obie doskonale wiecie, że Hogwart to magiczne miejsce, którego sekretów nikt tak do końca nie odkrył. Wiesz doskonale, ile razy schody zmieniały swoje położenie, jak często portrety przenosiły się w tajemniczy sposób z jednego piętra na drugie. Mogę naturalnie zrozumieć, że pod wpływem emocji Fede straciła zdolność logicznego myślenia i dała się ponieść emocjom, ale ty, Minerwo? Czy naprawdę nie przyszło ci na myśl, że Hogwart posiada wiele tajemnic, które zdradza wtedy, gdy sam tego chce?

— Chcesz powiedzieć… — Profesor McGonagall poczuła, że głos więźnie jej w gardle.

— W miejscu, które dziś rano oglądałyście wraz z Fede, znajduje się korytarz. Z jakichś powodów pozostawał on zawsze w ukryciu przed ludzkimi oczami. Sądzę, że taki był cel założycieli Hogwartu — stworzenie miejsca, w którym można coś ukryć bądź się w nim schować. To nieistotne, w jaki sposób odnalazłem je wiele lat temu. Opieczętowałem je dodatkowymi zaklęciami i byłem pewny, że to wystarczy, by korytarz pozostał w ukryciu. Najwidoczniej jednak z jakichś powodów postanowił on ujawnić się przed Fede. A dokładnie mówiąc, nie tyle on, co ukryty na jego końcu artefakt.

Minerwie zrobiło się słabo. Przed oczami stanęła jej blada ze strachu twarz Fede, a potem jej ogłupiałe, niczego nie rozumiejące spojrzenie. Posądziła ją o bezczelne kłamstwo i zagroziła konsekwencjami, tymczasem okazało się, że biedna dziewczyna mówiła prawdę. Jej przerażenie nie było udawane.

— Dlaczego mi o niczym nie powiedziałeś? — jęknęła. — Albusie, jestem wicedyrektorem, powinnam była wiedzieć… Oskarżyłam Fede o kłamstwo i zostawiłam ją, obiecując wyciągnięcie konsekwencji. A ona była wystraszona! Powinnam jej była pomoc, a zamiast tego…

— Cóż, być może dałaś jej małą nauczkę — odparł Albus, ukrywając uśmiech. — Ktoś, komu dawniej zdarzało się kłamać, powinien liczyć się z tym, że w oczach niektórych może nie być wiarygodną osobą. Znasz tę mugolską bajeczkę o chłopcu, który dla żartu krzyczał „Wilki, wilki!", a gdy któregoś razu wybuchł pożar…

— Co ty opowiadasz? — wybuchnęła Minerwa. Zerwała się z fotela i zaczęła krążyć po gabinecie, nerwowym gestem chwytając się za głowę i targając gładko upięte włosy. — Nie miałam zamiaru dawać jej nauczki! Posądziłam ją o kłamstwo, a nie miałam racji! Powinnam była wiedzieć o tym korytarzu. I… — tu wicedyrektorka zatrzymała się w pół kroku — … chcę wiedzieć, co tam ukryłeś. Czy to coś potencjalnie niebezpiecznego? Mogło zrobić krzywdę Fede? Mamy zamek pełen uczniów, gdyby któryś z nich przypadkiem odkrył ten korytarz…

— To tylko Zaklęcie Wielkiej Grozy, skutecznie odstraszające ciekawskich — uspokoił ją Albus. Gdyby Minerwa nie była tak oburzona, zapewne dostrzegłaby w jego oczach wesoły błysk. Widok nieprzejednanej wicedyrektorki, stającej teraz w obronie niewinnej profesor obrony niczym rozjuszona lwica, cieszył jego serce. — To dlatego Fede tak spanikowała. Swoją drogą, wyrazy uznania dla odwagi młodej damy, która doszła aż tak daleko. Sam artefakt nie jest niebezpieczny. To po prostu bardzo cenna rzecz. Niemniej jednak to istotnie zastanawiające, dlaczego…

— Co „dlaczego"? — zapytała cierpko profesor McGonagall, wciąż wściekła na Albusa i na samą siebie. — A Fede doszła, jak to określiłeś, tak daleko, ponieważ nie była w stanie się wycofać.

— Artefakt przyciągał ją do siebie — wyjaśnił Albus. — Nie chciał dłużej spoczywać w samotności. Jego przyciąganie przebiło zaklęcia założycieli Hogwartu, a także moje. To potężna moc. Tyle, że zawsze przywoływał tych, którym mógłby dobrze służyć. I to mnie właśnie zastanawia.

— Czemu? — Minerwa wciąż była poirytowana.

— Ludzie potrafią nas naprawdę zaskakiwać — uśmiechnął się Albus. — Wydaje ci się, że kogoś dobrze znasz, a potem okazuje się, że to nieprawda. Ten artefakt mógłby wezwać wiele osób. Ale ostatnią, którą bym o to podejrzewał, byłaby właśnie Fede.

X

Minerwa wypatrywała Fede podczas lunchu, licząc na chwilę rozmowy. Po wyjściu z gabinetu Albusa była kompletnie rozbita i zła na samą siebie. Wspomnienie przerażonych oczu młodej kobiety nie dawało jej spokoju.

Niestety, Fede nie zeszła na lunch. Minerwa zerkała na drzwi wejściowe, ale profesor obrony w ogóle się nie pojawiła. Jej krzesło pozostało puste. Wicedyrektorka zaczęła się zastanawiać, czy zmęczona Fede nie wróciła do siebie i przypadkiem znowu nie zasnęła. Ale gdy po lunchu wyszła na korytarz, dostrzegła profesor obrony pogrążoną w rozmowie z dwójką Krukonów z siódmego roku.

Minerwa postanowiła podejść i poprosić Fede o rozmowę na osobności. Niestety, w tym samym momencie z Wielkiej Sali wypadł Severus, omal nie rozdeptując stojącej w drzwiach wicedyrektorki. Odszedł bez słowa przeprosin, powiewając połami płaszcza i sprawiając wrażenie wyjątkowo rozeźlonego.

A tego co ugryzło? pomyślała McGonagall zirytowana. Zapowiadała się kolejna lawina szlabanów i masowa utrata punktów na eliksirach. Odwróciła się w kierunku Fede i stwierdziła, że profesor obrony już zniknęła. Nie było sensu jej szukać. Minerwa potarła pulsujące lekko skronie. Co za dzień. Chyba będzie musiała wziąć podwójną dawkę kropli od bólu głowy.

X

Fede odpuściła sobie również kolację. Przez cały dzień czuła się senna, a hektolitry wypitej kawy sprawiły, że serce łomotało jej jak szalone. Wykąpała się, zamówiła przez skrzata lekką przekąskę do pokoju i usiadła w fotelu, ubrana jedynie w szlafrok i z ręcznikiem na głowie. Po całodniowym poście (nie miała czasu na śniadanie, a jagnięciny z obiadu nawet nie tknęła) rzuciła się na jedzenie jak szalona. Gdy skończyła, poczuła się znacznie lepiej. I nawet była w stanie zacząć logicznie myśleć.

Pojawiające się i znikające przejścia, drzwi, korytarze, zmieniające położenie portrety. Jak mogła o tym zapomnieć? Hogwart był tak przesycony magią, że zdawał się czasami żyć własnym życiem. A skoro tak, korytarz nie musiał być wytworem jej umysłu. I do cholery, nie był! Fede z pasją wyrżnęła dłonią o stół. Dyplom aurorski, praktyka w nauczaniu, a rozumowanie godne dupy wołowej.

Posiniaczone i wciąż bolące czoło było dowodem, że to, co widziała, nie było złudzeniem. Istniała oczywiście możliwość, że iluzja danego miejsca lub przedmiotu jest tak silna, że znajdujący się pod jej wpływem człowiek może sobie zrobić fizyczną krzywdę — przyciąć drzwiami rękę albo rozbić czoło o ścianę. Jednak w momencie gdy iluzja ustępowała, znikały również jej efekty. A ponieważ czoło wciąż miała sinofioletowe, korytarz nie mógł być złudą. Istniał — być może w wymiarze niedostępnym ludzkiej świadomości, ale istniał!

Fede zerwała się z fotela. Rzuciwszy nieco tęskne spojrzenie na pusty talerz, usiadła przy toaletce i zaczęła suszyć włosy. Dochodziła dziewiąta. Ubrała się pospiesznie i podeszła do kominka, zdecydowana załatwić tę sprawę najszybciej, jak się da.

— Dobry wieczór — powiedziała, gdy głowa McGonagall pojawiła się w ogniu. — Muszę z panią porozmawiać.

Spodziewała się, że będzie zmuszona nalegać, ale ku jej zdziwieniu McGonagall skinęła przyzwalająco.

— Naturalnie. Wejdź, proszę.

Marszcząc czoło i zastanawiając się, skąd ta uprzejmość, Fede przeniosła się kominkiem do gabinetu wicedyrektorki. Minerwa siedziała za ogromnym dębowym biurkiem, na którym spoczywały ułożone w schludne stosiki pergaminy, trzy kałamarze ustawione w prostej linii, pięć piór. Tuż obok dłoni gospodyni stała malutka buteleczka z jakimś eliksirem. Gabinet pachniał niczym apteka. Fede zmarszczyła nos, bo cokolwiek zażywała McGonagall, śmierdziało jak waleriana.

— Usiądź, proszę. — Minerwa wskazała stojący po drugiej stronie biurka fotel. Fede nie ruszyła się z miejsca. Stojąc cały czas przy kominku, rzuciła wyzywająco:

— Nie kłamałam. Korytarz istnieje i ja to pani udowodnię.

— Nie trzeba. — Minerwa spuściła wzrok, spostrzegając, że zaczyna wyłamywać sobie palce. Rozmowa nie zapowiadała się przyjemnie. Ale przynajmniej Fede odzyskała już swój rezon. Po raz pierwszy w życiu Minerwa była zadowolona z tego, że na twarzy panny Fedele maluje się zaciętość i buta. — Ja wiem, że mówiłaś prawdę. I bardzo mi przykro, że posądziłam cię o... kłamstwo.

— Jak to, pani wie? — Fede była zaskoczona. — On się znowu pojawił?

— Nie, rozmawiałam na ten temat z Albusem i to on mi wyjaśnił, że korytarz istnieje... Nie miałam o tym pojęcia. Albus powinien był mi powiedzieć, wtedy nie doszłoby do tej sytuacji...

— Rozmawiała pani z dyrektorem? — Fede zmarszczyła czoło. — Kiedy?

— Tuż przed lunchem. Ja...

— Przed lunchem? — Młoda kobieta zrobiła krok w przód, a jej twarz wykrzywiła się z gniewu. — Zaraz. Chwileczkę. Jest godzina dziewiąta wieczór. I nic mi pani nie powiedziała? Przez dziewięć godzin nie znalazła pani chwilki czasu, aby ze mną porozmawiać? Rozumiem, że gdybym sama się tu nie zjawiła, to nie zostałabym o niczym poinformowana?

— Ależ Fede... — Minerwa była zaskoczona ostrymi słowami profesor obrony. — Chciałam z tobą porozmawiać, ale nie było cię na lunchu. Na kolacji również nie. Widziałam cię na korytarzu, ale odeszłaś, zanim zdążyłam do ciebie podejść...

— Nieprawda. — Fede podeszła do biurka i oparła się o nie dłońmi. Jej oddech był chrapliwy. — Chciała mi pani dać nauczkę, prawda? Pokazać, gdzie jest moje miejsce? Jeśli tak, to świetnie się to pani udało. Gratuluję. Przez cały dzień byłam przekonana, że uległam halucynacji. Albo, że zwariowałam.

— Fede! — Minerwa była zaszokowana słowami oraz tonem, w jaki zwracała się do niej profesor obrony. — Jak możesz tak myśleć? — Nagle doznała wrażenia, że siedzi na ławie oskarżonych. Odruchowo przeszła do kontrataku: — I nie życzę sobie, abyś mnie osądzała czy oceniała! Jakim prawem…?

— Przecież pani robi dokładnie to samo — odpaliła Fede. — Oceniła mnie pani już dawno temu, a teraz cały czas mnie osądza. Wciąż jestem dla pani tą samą osobą, która byłam kilkanaście lat temu. Jestem traktowana z chłodnym dystansem i choć w życiu się do tego pani nie przyzna, najchętniej usunęłaby mnie pani ze szkoły. Och tak, ja to widzę. Ta pogarda w oczach, ten pełen wyższości ton, który daje mi do zrozumienia, kim jestem. Tyle, że nigdy nie zniży się pani do tego, by mi to powiedzieć wprost.

— Fede, ja… — Minerwie zabrakło słów. Bo cóż miała powiedzieć? Że pochylona nad biurkiem niczym wściekły huragan Fede trafiła w samo sedno? Obnażyła jej małostkowość? Spojrzała w płonące gniewem brązowe oczy profesor obrony i szepnęła słabym głosem: — Nie wiedziałam, że tak wyjdzie… Dosyć! — krzyknęła tak niespodziewanie, że Fede aż podskoczyła. — Doskonale wiesz, że korytarze, schody czy obrazy w Hogwarcie często żyją własnym życiem! Dlaczego nie przyszło ci to do głowy? Że masz przed sobą korytarz, który zwyczajnie zmienił swoje położenie?

— Gdyby to pani ojciec spędził pół życia w szpitalu psychiatrycznym, widując ogromne pająki i drzwi na suficie, też by to pani nie przyszło do głowy! — wrzasnęła Fede, a jej głos wzniósł się do histerycznego pisku.

Zapadła cisza. Minerwa uniosła dłoń do ust. Jedynym odgłosem był ciężki, chrapliwy oddech profesor obrony.

— Och, nie… Fede, ja nie wiedziałam…

Nikt o tym nie wiedział — warknęła Fede. Oddychała ciężko i widać było, że próbuje się opanować. Na jej policzkach wykwitły czerwone plamy. — I byłabym bardzo wdzięczna, gdyby tak zostało.

— Oczy… oczywiście… — wyszeptała Minerwa.

Fede gwałtownie odepchnęła się od biurka i rzuciła się w kierunku kominka. Starsza kobieta siedziała jak sparaliżowana, patrząc bezradnie, jak profesor obrony wskakuje w zielone płomienie. Nie odwróciła się, ale mimo to do uszu Minerwy doleciało wypowiedziane z niemal dziecięcą zawziętością:

— Nigdy pani tego nie zapomnę. Nigdy.

Ostatnie słowo wypowiedziane było z mocą, siłą przypominającą uderzenie w twarz, ale Minerwa wychwyciła w nim jeszcze coś. Łkanie. Było w tym coś tak żałosnego, że chciała natychmiast biec do Fede, porozmawiać z nią, wyjaśnić… ale nie ruszyła się z miejsca. Jeśli Fede teraz płacze — a tego była pewna — to nie chciałaby, aby ktokolwiek oglądał ją w tym stanie. A już najmniej ona.

Minerwa opuściła wzrok i dostrzegła, że trzęsą jej się dłonie. Mocno splotła palce, ale nie była w stanie się uspokoić.

Zdawała sobie sprawę, że poniosła największą pedagogiczną porażkę w swojej karierze. Teraz. I kilkanaście lat temu.