Fede przebudziła się w środku nocy. Przez chwilę leżała zwinięta w kłębek, z nosem wciśniętym w poduszkę, nie wiedząc, co ją właściwie obudziło. Ogień na kominku był wygaszony, wokół panowała cisza… i nagle uświadomiła sobie, że nie jest sama. Ktoś był w jej pokoju.
W jednej chwili oprzytomniała. I nagle zdała sobie sprawę, że zostawiła różdżkę na stoliku, przy którym siedziała po powrocie od McGonagall, becząc ze złości, przeklinając i wypijając znacznie więcej whisky, niż powinna. Pamiętała, że dotarła do łóżka chwiejnym krokiem i zdjąwszy ubranie, padła w pościel w samych majtkach, nie mając siły nawet się wykąpać. A teraz leżała kompletnie bezbronna, podczas, gdy ktoś obcy był w jej sypialni. Teraz słyszała ciche, skradające się kroki. Serce podeszło jej do gardła. Ktoś zbliżał się do jej łóżka. Był blisko, coraz bliżej… Fede zacisnęła dłoń w pięść, świadoma, że jest obserwowana. A potem wyczuła, że ktoś się nad nią pochyla.
Teraz! Zamachnęła się z całej siły lewą pięścią i uderzyła zupełnie na ślepo. Trafiła prosto w twarz. Mężczyzna wydał z siebie okrzyk bólu i zaskoczenia, zatoczył się i omal nie upadł. Fede jednym susem wyskoczyła z pościeli, zamierzając zaryzykować i dopaść różdżki. W tym momencie doleciało ją wściekłe:
— Czyś ty do reszty zdurniała?
Zastygła niemal w połowie skoku, albowiem rozpoznała ten głos.
— Severus? — wykrztusiła.
— A kto inny, do cholery?
Ogień na kominku zapłonął. Fede stała jak wryta, przyglądając się Severusowi, którzy trzymał się za policzek i sprawiał wrażenie wyjątkowo rozwścieczonego. Temu akurat się nie dziwiła, w końcu dostał prosto w twarz. Nie bardzo natomiast rozumiała, czemu pojawił się u niej w środku nocy.
— Co ty tu robisz o tej porze? — zaczęła. W tym momencie wzrok Severusa spoczął na jej czole. W świetle ognia dostrzegła, że jego oczy zwężają się z gniewu. I nagle sobie przypomniała. Miała pozbyć się siniaka za pomocą zaklęć leczniczych, ale w ciągu dnia nie miała na to czasu — zaklęcia maskujące rzucało się szybciej i prościej — a potem zwyczajnie nie miała do tego głowy. A teraz zacznie się przesłuchanie. Pięknie! Tego jej właśnie było potrzeba — stawania przed ławą przysięgłych w środku nocy. Pospiesznie podreptała w kierunku stolika, aby wziąć różdżkę, mamrocząc jednocześnie lekkim tonem:
— A, to. Nic takiego, uderzyłam się…
Severus dopadł ją jednym susem, chwycił wpół i obrócił tak, że nagle znaleźli się twarzą w twarz. Fede wydała urywany okrzyk, zaskoczona jego gwałtownością, w której nie było jednak śladu brutalności. Zdawała sobie sprawę, że ma ręce przyciśnięte do boków i żadnej możliwości osłonięcia twarzy. W oczach Severusa pojawiło się coś dziwnego. Nagle uniósł lewą dłoń i delikatnie odsunął opadające jej na twarz włosy — tak ostrożnie, aby nie dotknąć czoła i nie sprawić bólu. Fede zadrżała lekko, nie próbując się wyrywać. W łagodnych muśnięciach palców Severusa było coś tak rozkosznego, że mogłaby tak stać godzinami, poddając się jego dotykowi.
— Co się stało? — powtórzył. W jego głosie brzmiała taka łagodność, że pod Fede niemal ugięły się nogi.
— To naprawdę nic takiego… wygląda strasznie, ale to drobiazg — wymamrotała, poddając się jego dotykowi. — Wpadłam na ścianę…
— Gdzie byłaś wczoraj w nocy? — W jego głosie pojawiły się nieco twardsze nutki, ale do Fede to nie dotarło.
— Przecież wiesz, że miałam patrol — odparła miękko, czując ogromną ochotę, aby objąć go za szyję.
— Nie kłam! — wrzasnął jej prosto w twarz. Fede drgnęła, czując na policzkach kropelki jego śliny. Przeraził ją jego wybuch. Szarpnęła się, chcąc się wyrwać, ale uścisk wokół pasa przypominał imadło. Nagle chwycił ją za włosy i jednym szarpnięciem odchylił jej głowę do tyłu. Fede krzyknęła, nie tyle z bólu, co ze strachu. W oczach Severusa czaiła się niepohamowana wściekłość i nagle przyszło jej do głowy, że zaraz ją zabije. Zamrugała, zdając sobie sprawę, że po tylu latach wodzenia mężczyzn za nos wreszcie się doigrała. Serce biło jej jak szalone.
— Nie kłamię — wychrypiała, starając się nie okazać lęku. Nagle poczuła, że narasta w niej wściekłość. O nie. Nie będzie błagać, choćby miała go rozwścieczyć jeszcze bardziej. — Miałam patrol i dobrze o tym wiesz.
— I podczas patrolu tak się poobijałaś? Przestać wreszcie łgać — warknął. — Przez całe życie kłamałaś bez mrugnięcia okiem, odgrywając pieprzone, skrzywdzone niewiniątko. Teraz dorosłaś, pozbyłaś się otoczki pokrzywdzonego biedactwa, ale wciąż kłamiesz tak łatwo jakbyś oddychała. Nie było cię w pokoju grubo po czwartej nad ranem. Gdzie byłaś? I z kim? — Szarpnął mocniej. Tym razem Fede pisnęła z bólu. — Pytam, z kim byłaś?
— Z nikim! Mówię ci, że z nikim! Do śniadania patrolowałam korytarze! — Nagle zaczęła krzyczeć. — Ty pieprzony, zazdrosny dupku! Uważasz, że cię zdradzam? Śmiechu warte! Nie sypiam z innym, jeśli tak cię to interesuje, ale nawet gdyby tak było, to nie masz prawa mi tego wypominać! Zaoferowałam ci uczciwy układ, w którym daję ci wolną rękę i w zamian oczekuję tego samego! Ale to wolny układ, rozumiesz? Możemy ze sobą sypiać, spotykać się, ale nie mamy siebie na wyłączność!
— Ach tak? — Usta Severusa znalazły się tuż przy jej uchu. — A więc gdybym przespał się z jakąś przygodnie poznaną panienką, byłoby to dla ciebie w porządku? Czy może owa wolność miałaby dotyczyć tylko ciebie?
— Obojga — wysapała Fede. — Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że ja nie jestem zazdrosna i nie chcę cię posiadać na własność? Chcesz się bzykać na boku, proszę bardzo. Ja jasno określiłam, czego chcę, a skoro przystałeś na moje warunki…
W tym momencie Severus puścił ją i zaczął się śmiać. Nie był to jednak wesoły śmiech. Brzmiała w nim taka dawka goryczy, że Fede poczuła, że robi jej się zimno. W jednej chwili zapomniała, że przed chwilą zachowywał się jak ogarnięty obsesją szaleniec. Stała nieruchomo, ze świadomością, że zapomniała o czymś istotnym. Severus przez całe życie żył samotnie, odpychając od siebie ludzi. Jak mogła sądzić, że nawiązanie choćby przelotnego romansu będzie dla niego łatwe?
— Ja chciałam tylko, abyś…
— Przestań — warknął Severus. — Czy ty jesteś ślepa? Nie widzisz, kim jestem? I jaki jestem? Spójrz na mnie. Spójrz na moją twarz. Nie widzisz, jak wyglądam?
— Widzę. — Fede zebrała się nieco w sobie. Jej głos zabrzmiał miękko. — Widzę. I nie przyszło ci do głowy, że mnie to nie obchodzi?
Severus wydał z siebie odgłos przypominający prychnięcie, ale nie odpowiedział.
— Wiem, jak wyglądasz, jaki jesteś i kim jesteś. Dałam ci do zrozumienia, że mnie interesujesz na samym początku mojego pobytu w Hogwarcie. Jako profesor — dodała pospiesznie, mają niejasne przeczucie, że nie powinna poruszać pewnych spraw z przeszłości. Niestety, Severus najwidoczniej pomyślał o tym samym, gdyż w jego oczach pojawił się błysk. — Do cholery — kontynuowała nieco już poddenenerwowana Fede. — Skoro wybrałam właśnie ciebie, to dla mnie jesteś atrakcyjny.
— A wtedy? — Severus patrzył na nią z napięciem. Zdawał się nie zwracać uwagi na jej poprzednie wyjaśnienia. — Odpowiedz mi. Czy wtedy też taki dla ciebie byłem? Choć trochę…? Czy tylko…
Fede położyła mu palec na ustach. Zamilkł.
— Jeśli chcesz koniecznie wiedzieć, to zawsze byłeś w moim typie. I pociągałeś mnie jak cholera. A wtedy… sam wiesz, jaka była sytuacja. Możesz więc uznać obie odpowiedzi za prawidłowe. Istotne jest to… — powoli przysunęła do niego twarz — … że teraz oboje jesteśmy dorośli. I skoro mimo braku jakiejkolwiek gwarancji wierności cały czas jestem ci wierna, to może czas nabrać o sobie lepszego mniemania.
Severus westchnął cicho. Jego usta zsunęły się na szyję Fede i zaczęły delikatnie muskać jej skórę.
— Tylko ja? — mruknął.
— Tak…
— Nie kłam.
— Nie kłamię…
Usta Severusa zaczęły pieścić ramię Fede, a dłonie objęły piersi. Nie protestowała, kiedy ją podniósł i przemierzywszy pokój kilkoma krokami, oparł plecami o zimną ścianę. A mimo to nie było to tak wspaniałe, jak do tej pory. Zabrakło czegoś istotnego, czego Fede nie potrafiła nazwać — iskier, ciepła bądź emocji — dość, że gdy Severus wyszedł, nie czuła się na tyle rozleniwiona, aby wrócić do łóżka i zasnąć. Pokręciła się po sypialni, posiedziała w fotelu, wreszcie wróciła do łóżka.
Nie spała dobrze tej nocy.

xxx

Zmiana pogody nastąpiła nagle i niespodziewanie. Mimo wyczuwalnego w powietrzu chłodu ostatnie dni października upłynęły pod hasłem pięknej aury. Młodzież chętnie korzystała z ostatnich ładnych dni tego roku, toteż w przerwach między zajęciami oraz w trakcie posiłków hogwarckie korytarze, dziedziniec oraz błonia pełne były opatulonych płaszczami uczniów. Tu i ówdzie widać było pełgające między dłońmi błękitne płomyczki.
Ron pospiesznie połknął lunch, po czym oświadczył, że obiecał poćwiczyć rzuty z Euanem. Niespodziewanie Hermiona wyraziła ochotę zaczerpnięcia świeżego powietrza, Ginny stwierdziła, że przy takiej pogodzie grzech gnić w zamku, więc i Harry skinął głową. Piątka Gryfonów wstawała już od stołu, gdy Harry'ego coś tknęło. Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał w kierunku stołu Krukonów.
Cho śmiała się wesoło w gronie koleżanek. Niespodziewanie uniosła głowę, zupełnie jakby wyczuła na sobie wzrok Harry'ego. Ten wskazał gestem na siebie, Rona i Hermionę, dając porozumiewawcze znaki, nie był bowiem pewien, czy Cho aby nie oczekuje, że wyjdą razem. Kilkakrotnie już zdarzyło im się opuszczać Wielką Salę i szukać jakiegoś odosobnionego miejsca, gdzie zarumienieni od chłodu mogli się beztrosko obejmować i całować. Tym razem Cho uśmiechnęła się i dała znak, aby na nią nie czekał. Harry nie myśląc więcej, pognał razem z przyjaciółmi na błonia.
Wraz z Hermioną przykucnęli przy jednym z drzew, obserwując, jak Ron, Ginny i Euan trenują wspólnie rzuty.
— Nie masz wrażenie, że Ron trochę się zmienił? — spytała nagle Hermiona.
— Zmienił? — Harry przez chwilę przyglądał się przyjaciółce z zaskoczeniem i nagle zrozumiał. — A, chodzi ci o to, że tak zajmuje się Euanem?
— To też. — Hermiona sprawiała wrażenie niepewnej. — To i w ogóle… Wiesz, że Ron zaczął bardzo poważnie podchodzić do obowiązków prefekta?
— Tak? — Harry zdał sobie sprawę, że w jego głosie zabrzmiało zdziwienie. — Cóż, chyba nie podejrzewałaś, że Ron przyjmie odznakę tylko po to, aby olewać obowiązki?
— Ja, uff… — Hermiona lekko się zaczerwieniła. — No dobrze, przyznam, że trochę się tego obawiałam. Ojej, nie rób takiej miny. Oboje wiemy, że Ron mało rzeczy traktuje poważnie. Ile razy wyśmiewał się z Percy'ego i jego odznaki? A jak ostatnio mieliśmy spotkanie z McGonagall w sprawie pomocy w przygotowaniach do Balu Bożonarodzeniowego, to Ron rzucił kilka bardzo dobrych pomysłów, zobowiązał się do kilku rzeczy i z tego co wiem, wywiązał się z nich co do joty.
Harry w duchu przyznał, że tego rodzaju skrupulatność była cechą Hermiony, ale Rona by o nią nigdy nie podejrzewał. Nagle pojął, czemu w ostatnich dniach tak rzadko widywał przyjaciela wieczorami w pokoju wspólnym.
— W ogóle stał się jakiś taki bardziej… odpowiedzialny — kontynuowała Hermiona. — Któregoś dnia na korytarzu zaczepiło nas kilku pierwszorocznych, chcieli rozmawiać z prefektem. Od razu zwrócili się do Rona, a on potraktował ich bardzo poważnie. Wiem, bo stałam obok i słuchałam.
Harry nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Mógł sobie wyobrazić minę Hermiony, która mimo wielu zalet lubiła jednak rządzić i czuć się za wszystko odpowiedzialna.
— Co cię tak śmieszy? — oburzyła się Hermiona. — Zaraz, ty chyba nie myślisz, że… że obraziłam się za to, że ktoś zwrócił się o pomoc do Rona zamiast do mnie? A więc takie masz o mnie zdanie, tak? Wielkie dzięki, naprawdę!
Policzki dziewczyny płonęły czerwienią. Harry momentalnie przestał się śmiać. Otworzył usta, ale Hermiona nie pozwoliła mu dojść do słowa.
— Nie, nie jestem zazdrosna o to, że Ron zebrał się w sobie i stał się odpowiedzialny! Bardzo mnie to cieszy, bo wiesz, jaki był jego problem? Nie wierzył w siebie! I zawsze, ale to zawsze miał kompleksy! Jak się ma kilku starszych braci, z których większość osiąga sukcesy, to można się podłamać. Dlatego tak kibicowałam Ronowi kiedy dostał się do drużyny. I dlatego się cieszę, że wreszcie okazał inicjatywę, zamiast chować się po kątach i wmawiać sobie, że się do niczego nie nadaje. Euan zaparzony jest w Rona jak w obrazek, a tego właśnie było mu potrzeba, przekonania, że może być dla kogoś autorytetem. — Hermiona traciła już dech, ale dzielnie dokończyła. — Po prostu nie pojmuję, skąd taka nagła zmiana, czy to samo się w nim stało, czy może pod wpływem kogoś, kto…
Tu urwała i zaczęła bardzo uważnie oglądać paznokcie. Harry'emu zrobiło się nagle strasznie głupio. Wprawdzie Hermiona lubiła być pierwsza i najlepsza we wszystkim, ale z drugiej strony zawsze pomagała jak tylko mogła. I choć wiecznie wściekała się na Rona za lenistwo, próbę spisywania prac domowych czy spóźnianie się, to podczas kwalifikacji do drużyny quidditcha denerwowała się chyba bardziej niż on. Bardzo się wtedy przejmowała. Jakaś myśl zaświtała w głowie Harry'ego, ale natychmiast mu umknęła.
— Słuchaj, ja… — zaczął pojednawczo.
Hermiona wpatrywała się przed siebie, nie zdradzając chęci do dalszej rozmowy. Harry wiedział, że jest bardzo urażona, choć stara się tego nie okazać. W tym momencie z boku dobiegł go znajomy głos:
— O, tu jesteście. Cześć, Hermiono. Mogę się przysiąść?
— Hej — odpowiedziała Hermiona dziwnym głosem, starając się nie okazywać wzburzenia. Cho przykucnęła przy Harrym z niepewną miną.
— Czy ja, hmm, nie przeszkadzam?
— Nie, skąd! — odparł Harry, zadowolony, że pojawienie się Cho przerwało niezręczną ciszę. — Masz tu moja torbę, możesz na niej usiąść.
Cho usiadła, ale nie dało się ukryć, że napięcie wisiało w powietrzu. Krukonka zagadywała Harry'ego, ten jej odpowiadał, usiłując nawiązać normalną rozmowę, ale cały czas czuł się nieswojo mając przed oczyma widok profilu Hermiony. Ta z kolei zamilkła zupełnie i nie zwracała uwagę na próby Cho wciągnięcia jej do rozmowy. Atmosfera stawała się coraz dziwniejsza.
Wreszcie Cho wstała.
— To ja zmykam — stwierdziła. — Bawcie się dobrze.
— Co? — spytał Harry, wyczuwając dziwny chłód w głosie dziewczyny. — Ale… nie posiedzisz jeszcze z nami?
— Nie. Muszę wracać do zamku.
Odwróciła się i odeszła bez słowa pożegnania. Zakłopotany Harry spojrzał na Hermionę.
— O co jej chodziło? — zapytał.
Hermiona wydawała się zbita z tropu.
— Chyba nieładnie wyszło — mruknęła. — Siedziałam tak i nie odzywałam się, pewnie zrobiło jej się głupio. Harry, leć za nią i wytłumacz, że się trochę posprzeczaliśmy. Mogła się poczuć dziwnie…
Harry zerwał się i ruszył za Cho. Dogonił ją tuż przed zamkiem. Dziewczyna szła szybko, a wyprostowane plecy świadczyły o tym, że nie jest w nastroju do rozmowy. Zatrzymała się dopiero, gdy Harry zastąpił jej drogę.
— Hej — zaczął nerwowo, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Wyraz twarzy Cho niczego mu nie ułatwiał. — Słuchaj, nie musiałaś odchodzić.
— Skoro moja obecność popsuła wam rozmowę, to nie było sensu zostawać — odparła dziewczyna.
— Popsuła? Nie, niczego nie popsuła! Wiem, że głupio wyszło, ale myśmy po prostu posprzeczali się nieco wcześniej z Hermioną.
— Tak, oczywiście. Jak zwykle zresztą.
Harry nie zrozumiał.
— Jak zwykle? My się czasami sprzeczamy, ale to nie jest nic wielkiego, po prostu zirytowałem czymś Hermionę…
— Nie o tym mówię. — Cho spojrzała mu prosto w oczy. W jej wzroku malował się chłód. — To się dzieje nie po raz pierwszy. Ilekroć jesteście razem, Hermiona, Ron i ty, milkniecie gdy do was podchodzę.
— My? — zdziwił się zupełnie szczerze Harry. — My?
— Tak, wy. I nie wypieraj się, bo dobrze to widzę. Rozumiem, że jako przyjaciele od pierwszego roku w Hogwarcie macie swoje sprawy i tajemnice, ale wiesz co? Jeżeli macie aż tyle spraw, które wykluczają mnie z jakiejkolwiek dyskusji, to dziękuję bardzo, wolę swoich przyjaciół.
Harry osłupiał.
— Ale ja… — zaczął. Czuł, że od tego co teraz powie może zależeć bardzo wiele. — Ja lubię Hermionę i Rona, przyjaźnimy się, ale ciebie też lubię. To znaczy bardziej niż lubię. Z nimi się po prostu przyjaźnię, a z tobą…
— Całujesz — wtrąciła zimno Cho.
— Tak, no właśnie. To znaczy nie! Nie tylko! Robimy przecież mnóstwo innych rzeczy… — ale przede wszystkim całujemy, masz rację, przemknęło mu przez myśl. Rzecz jasna nie powiedział tego na głos, nie był w końcu samobójcą. — Ron jest moim najlepszym kumplem, znamy się od początków nauki tutaj. Czasami gadamy sobie o różnych sprawach, no wiesz, quidditch i takie tam rzeczy które nie interesują dziewczyn.
— No faktycznie. — W tonie głosu Cho pobrzmiewała Arktyka. — Ze mną się nie da porozmawiać o quidditchu.
— Nie! — zawołał Harry, czując, że z każdym słowem pogrąża się coraz bardziej. — Nie to chciałem powiedzieć! Po prostu czasem chcę pogadać z kumplem tak samo jak ty z przyjaciółkami. No i Hermiona, z nią gadam na trochę inne tematy, ale mam do niej zaufanie, jest rozsądna, mądra, mogę jej o wszystkim powiedzieć.
— Zaufanie? — spytała Cho. — Pełne zaufanie?
— Tak. Hermiona nigdy mnie nie zawiodła, to moja najlepsza przyjaciółka.
— Cóż, w takim razie sugeruję, abyś zaczął umawiać się z mądrą, rozsądną i bliską twemu sercu Hermioną, skoro z nią możesz rozmawiać o wszystkim a ze mną nie! — wybuchnęła Cho.
Harry'ego ogarnęła złość. Miał dosyć tłumaczeń i kajania się za zbrodnię, której nie popełnił.
— A pewnie! Jak się interpretuje wszystko na nie i szuka się pretekstu do kłótni, to naturalnie, wszystko jest moją winą, nawet to, że mam bliskich przyjaciół! A o Hermionę jesteś po prostu zazdrosna!
Tyle wystarczyło. Cho odwróciła się na pięcie i odeszła. Harry stał na dziedzińcu wściekły, nie zamierzał jednak za nią iść. Wiedział, że wymsknęło mu się o kilka słów za dużo, ale… miał rację. Cokolwiek by nie powiedział, Cho odwróciłaby to przeciwko niemu. A on nie miał zamiaru wiecznie przepraszać. Na Merlina, nie chciał czuć się jak kompletny głupek, który ciągle popełnia gafy, ponieważ nie siedzi w głowie Cho.
Zniechęcony wcisnął ręce w kieszeń kurtki i z ponurą miną wszedł do zamku, nie patrząc nawet dokąd idzie.
Do tej pory nie przyszło mu to do głowy, ale teraz zaczął się zastanawiać, co jest nie w porządku. Nie była to jego pierwsza sprzeczka z Cho i zawsze chodziło o drobiazgi — o to, co zrobił lub powiedział. Zawsze potem czuł się jak ostatni osioł. Skąd więc to dziwne wrażenie, że powinno być… inaczej?
Czy był gorszy od Cedrika? Harry zadrżał, gdyż po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślał o Cedriku w kontekście Cho. Czy tamten był lepszy? A może również miewał mniejsze i większe utarczki takie, jak ta przed chwilą? Może każdy związek, zwłaszcza na początku tak właśnie wygląda? Dwoje ludzi dociera się, dyskutuje, kłóci, a potem nagle po prostu wiedzą co i jak?