Im bliżej halloweenowego balu, tym większe podniecenie dawało się wyczuć wśród uczniów. Trzydziestego października emocje niemal sięgały szczytu. W drodze na śniadanie Minerwa McGonagall przyłapała dwóch pierwszorocznych Gryfonów biegających po korytarzu z prześcieradłami narzuconymi na głowę. Co gorsza, dzieciaki wycięły w nich otwory na oczy, nie dbając o to, że niszczą własność szkoły. Wicedyrektorka dotarła więc na śniadanie kwadrans później niż zamierzała, niezadowolona, że dzień zaczął się od reprymendy.
Usiadła za stołem i natychmiast nalała sobie kawy. Nie spała dobrze tej nocy. Budziła się kilkakrotnie z dziwnym wrażeniem, że ktoś zagląda przez okno do sypialni. W końcu wstała i szczelnie zasunęła zasłony, ale sen który potem nadszedł był płytki i niespokojny. Nic więc dziwnego, że była zmęczona i w dość marnym humorze.
Sącząc kawę, pochyliła się w przód i dyskretnie omiotła wzrokiem stół nauczycielski. Jej spojrzenie powędrowało ku Fede, która spokojnie, choć bez większego zapału jadła śniadanie. Ze względu na zasnuwające niebo chmury w Wielkiej Sali zapalono świece i Minerwa mogła obserwować grę świateł na twarzy Fede. Przyszło jej do głowy, że profesor obrony również wygląda na zmęczoną. Zapewne pracowała do późnej nocy nad ostatnimi przygotowaniami do jutrzejszego balu.
Od pamiętnej rozmowy sprzed kilku dni obie panie nie rozmawiały ze sobą. Wprawdzie nie unikały się wzajemnie, a spotykając na korytarzu czy widując w pokoju nauczycielskim witały uprzejmie, jednak ze strony Fede dało się wyczuć wyraźny mur. I całkowitą obojętność, która nie mogła być naturalna.
Minerwa rozumiała doskonale, że profesor obrony wygadała jej się z czymś, o czym zapewne nie mówiła nikomu. Było dla niej oczywiste, iż nie powtórzy tego nikomu i Fede musiała o tym wiedzieć. Jednak dla dumnej i tak skrytej osoby jak ona świadomość, że ktoś wie o niej więcej niż by sobie życzyła, musiało być upokarzające.
Minerwa westchnęła, ściągając na siebie zdziwione spojrzenie sąsiadów. Stosunki międzyludzkie to dziwna sprawa, pomyślała. Wcześniej przecież odpowiadały jej formalne i raczej chłodne kontakty między profesor obrony a nią samą. Co więcej, zdarzało jej się obojętnie gasić życzliwe gesty ze strony Fede, będące uprzejmą, acz nienachalną próbą nawiązania przynajmniej nici porozumienia. A teraz, gdy między obiema paniami wyrósł mur, Minerwa wolałaby, aby jednak ich wzajemne stosunki były nieco bardziej życzliwe. Tyle, że dla odmiany Fede nie sprawiała wrażenia skłonnej do pojednania.
— Trzeba z tym skończyć — mruknęła pod nosem. Ta sytuacja zaczynała ją już męczyć i nie zamierzała ciągnąć tego dłużej.
— W pełni popieram…
Na Merlina, czy Albus musiał mieć aż tak dobry słuch?
— Mam wrażenie, że wiesz o wszystkim, co się dzieje w Hogwarcie — odmruknęła z irytacją Minerwa.
Albus zachichotał, co naturalnie wzmogło złość wicedyrektorki.
— Bardzo chciałbym wiedzieć o wszystkim, ale zarówno zamek jak i jego mieszkańcy mają swoje sekrety — wyznał. — Takie, których nikomu nie zdradzą. Pozostaje mi więc słuchać i obserwować.
— To, że profesor Fedele i ja nie jesteśmy w zbyt przyjacielskich stosunkach, nie jest chyba tajemnicą dla reszty kadry. — Minerwa z trudem powstrzymała się od iście kociego prychnięcia.
Albus skinął głową i lekko się uśmiechnął.
— Ale czasem trzeba przełamać pewne uprzedzenia, bo to one zaciemniają nam obraz widzenia.
— I zapewne powiesz mi teraz, że Fede to chodząca uczciwość i dobra dusza, której po prostu czasami zdarzało się zejść ze ścieżki prawego postępowania?
W głosie Albusa zabrzmiała powaga.
— Dodałbym jeszcze, że to bardzo zagubiona dusza, Minerwo. A ty masz w sobie mnóstwo zdrowego rozsądku. Po prostu z nią porozmawiaj.
Porównanie Fede do dobrej, zagubionej duszyczki tak wstrząsnęło Minerwą, że na dłuższą chwile odebrało jej mowę. I w tym momencie do Wielkiej Sali wleciały sowy pocztowe, co naturalnie przerwało konwersację. Kilka z nich podleciało do stołu nauczycielskiego. Przed Minerwą wylądowała nieduża, starannie opakowana paczka.
Fede właśnie kończyła jajecznicę na boczku, gdy na jej widelcu znalazł się zaadresowany dobrze jej znanym charakterem pisma list, a na kolanach podłużna paczka. Spokojnie odłożyła pakunek na stół i zaczęła obracać w palcach kopertę, zastanawiając się, czy przeczytać list od razu i od razu się zirytować, czy odłożyć tę wątpliwą przyjemność na dłużej nieokreślony czas.
— Skoro gapisz się jak cielę na malowane wrota i wzdychasz, to może po prostu otwórz i przeczytaj? — zaproponował zgryźliwie Severus.
— Gdybyś mi tego nie zasugerował, nie przyszłoby mi do głowy otworzyć listu — odparła Fede równie zgryźliwym tonem. — Postawiłabym go na kominku i przyglądała mu się w długie bezsenne noce.
— Nie miałem zamiaru cię urazić, droga Fede. Skoro jednak jakiś adorator wysilił się na tyle, aby do ciebie napisać, wypadałoby uszanować starania i chociaż udawać, że jest się zainteresowanym treścią listu. — Ton głosu Severusa był wyjątkowo napastliwy. — Ufam, że to nie kolejny długowłosy analfabeta, podobny do tego którego złowiłaś tuż po ukończeniu Hogwartu.
Fede spojrzała Severusowi prosto w twarz.
— Nie mów tak o nim! — warknęła. — Poza tym gdyby nadawca był analfabetą, to by żadnego listu nie napisał. Elementarne, drogi Watsonie. Zaraz… — brwi zmarszczyły jej się w skupieniu. — A skąd ty wiesz, co ja robiłam po skończeniu szkoły i kogo, jak to nieładnie określiłeś, złowiłam? Nie mieliśmy ze sobą kontaktu!
W oczach Severusa pojawił się wyraz, którego Fede prawie nigdy u niego nie widziała - świadczący o tym, że jej rozmówca nie wie co odpowiedzieć. I nagle coś zaczęło jej się przejaśniać.
— Ty… śledziłeś mnie?
Była absolutnie pewna, że po opuszczeniu szkoły nie kontaktowała się z nikim z dawnych nauczycieli. Nawet obecnie nie zwierzała się z tego, co wówczas robiła ani z kim się spotykała. Co nieco wiedziała madame Maxime, znacznie więcej serdeczna przyjaciółka Tonks, ale Severus? Odkąd pożegnali się w dniu ukończenia przez Fede Hogwartu, nie widzieli się nawet w przelocie do dnia, w którym wróciła do zamku jako nowo mianowany profesor obrony.
— Śledziłem? Masz chyba nieco za wysokie mniemanie o sobie — odpowiedział po dłuższej chwili Severus.
Fede, która nie lubiła niejasnych sytuacji, a sytuacji gdy ktoś wiedział o niej więcej, niż by sobie tego życzyła wręcz nienawidziła, momentalnie wpadła we wściekłość. Z pasją cisnęła list na talerz.
I w tym właśnie momencie zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Siedzący kilka miejsc dalej Filus Flitwick zerwał się od stołu, odsuwając krzesło tak gwałtownie, że z hukiem upadło na posadzkę. Wszyscy nauczyciele zamilkli i jednocześnie spojrzeli na stojącego profesora.
— Filiusie? — Do uszu Fede dobiegł zdumiony głos Minerwy McGonagall. — Wszystko w porządku?
Fede dostrzegła, że drobny profesor wygląda na bardzo wzburzonego, a jego twarz przybrała barwę popiołu.
— Tak, tak, w porządku — odpowiedział. Jednak ton jego głosu przeczył słowom. Niespodziewanie chwycił coś ze stołu i bez dalszych wyjaśnień pospiesznie opuścił Wielką Salę, jednocześnie chowając ową rzecz w kieszeni szaty. Fede dostrzegła, że nikt z uczniów nie zwrócił uwagi na dość dziwne zachowanie profesora — być może dlatego, że stół nauczycielski stał w wystarczająco dużej odległości od stołów uczniowskich, aby rozmowy między kadrą nie mogły być dosłyszane nawet przez najbardziej czujne, acz niepożądane ucho.
— Co u licha? — mruknęła, odruchowo zwracając się do Severusa. — Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało?
— Nadzieja matką głupich — odparł Severus. — Blady jak ściana Filius uciekł zza stołu, a to znak, że owszem, coś się stało. Nie przejąłby się mało znaczącym drobiazgiem. Widziałaś, co chował do kieszeni?
— Nie zwróciłam uwagi, ale skoro właśnie przyszła poczta, to zakładam, że otrzymał jakąś mało przyjemną wiadomość.
— Powiedziałbym, że wręcz cholernie nieprzyjemną.
Nagle od stołu wstała Minerwa McGonagall. Osłupienie Fede sięgnęło zenitu. Wicedyrektorka bez słowa wymaszerowała z Wielkiej Sali, trzymając w dłoniach nieduże szare pudełko. Oczom Fede przez moment mignął profil starszej kobiety. Tak mocno zaciśniętych w wąską linię ust jeszcze u niej nie widziała.
Teraz i pozostali nauczyciele zaczęli się niespokojnie rozglądać i szeptać. A w chwilę później kilkanaście par oczu skierowało się w kierunku profesor obrony i znów zapadła cisza. Fede poczuła się bardzo nieswojo.
— Możesz mi wyjaśnić, co się tutaj dzieje? — mruknęła półgębkiem do Severusa. — Zaczynam się czuć jak wystawiona na odstrzał.
— Podziwiam twą zdolność obserwacji i wyciągania logicznych wniosków — rzucił chłodno Severus. — A ponieważ nadal nie rozumiesz, co się dzieje, spróbuję nakreślić ci obraz sytuacji. Flitwick dostał list, po którym wybiegł z sali blady jak trup. A zatem to jakaś zła wiadomość. Zdarza się. Jednak w chwilę później z sali wychodzi zawsze opanowana Minerwa McGonagall, tym razem nie z listem a z paczką. To już jest wyjątkowo dziwne, zwłaszcza, że nie odezwała się przy tym ani słowem, a jej wyjście przypominało raczej ucieczkę. Wygląda na to, że mamy dziś dzień złych wiadomości. Wszyscy więc patrzą na ciebie, ponieważ dostałaś zarówno list, jak i paczkę.
— Och, na Merlina! Czysty przypadek, nic więcej! — zirytowała się Fede. — A list jest od mojej matki. Paczka pewnie też. Co się tak gapisz, to takie dziwne, że mam matkę, która pisze do mnie listy?
— I zapewne przesyła dorosłej już córce konfitury domowej roboty?
Fede nie mogła się nie uśmiechnąć.
— Czasami przesyła mi konfitury z pigwy. Wyjątkowo dobrze jej wychodzą.
Severus postukał palcem w leżący przed Fede list.
— Charakter pisma na kopercie jest zupełnie inny od tego, którym zaadresowano paczkę. Obstawiam, że tym razem nie chodzi o dokarmianie córki żadnym obrzydlistwem własnego wyrobu.
— Hmm… — Fede opuściła wzrok. Severus miał rację. Jej imię, nazwisko oraz adres wypisano na szarym papierze pakunkowym nieznanym jej charakterem pisma, w dodatku dużymi literami. — W takim razie nie mam zielonego pojęcia co to jest ani od kogo. Ale dowiem się, jak otworzę przesyłkę.
— Uważaj! — syknął Severus, pochylając się ku niej tak gwałtownie, że omal nie zrzucił jej z krzesła. — Czyś ty doszczętnie zgłupiała? Cholera wie co jest w środku. Nigdy nie otwieraj przesyłek nie wiadomo od kogo bez odpowiednich zabezpieczeń!
— Dziękuję za ostrzeżenie, ale jako profesor obrony i absolwent kursu aurorskiego jestem wyczulona na pewne rzeczy — odparła Fede, która miała zamiar po prostu rozerwać papier i zajrzeć do środka, jednak prędzej połknęłaby żabę, niż przyznała się do tego na głos. Wyciągnęła dyskretnie różdżkę i zaczęła sprawdzać przesyłkę, świadoma tego, że Severus dyszy jej w kark.
— Żadnych zaklęć ani przykrych niespodzianek — oświadczyła, wsuwając różdżkę za pasek sukni. — I nie, nie będziesz po mnie sprawdzał dla pewności. — Rozerwała papier, czując, że Severus wstrzymuje oddech. Jej oczom ukazało się podłużne pudełko z twardej tektury. Otworzyła je bez problemu i zajrzała do środka.
— O matko! — Nie mogła się powstrzymać.
— Co to jest? — Severus bezceremonialnie wyrwał jej pudełko.
— Jak mamę kocham, oryginalna jeżynówka!
— Oryginalne CO?
Fede z uśmiechem wyciągnęła zawartość przesyłki.
— Butelka jeżynówki — wyjaśniła. — Była szalenie popularna w czasach, gdy uczęszczałam do Akademii Aurorów. Mocna, dawała niezłego kopa, ale nigdy nie miewało się po niej kaca. Żadna impreza nie mogła się wówczas obejść bez jeżynówki. To były czasy, chlało się wtedy ten trunek na potęgę…
— A ja w swojej naiwności sądziłem, że poszłaś do akademii po to, by zdobywać wiedzę — zadrwił Severus.
— Odczep się, co? Potem niestety zmieniono recepturę i trunek bardzo się od tamtej pory skiepścił. Ale ta tutaj jest oryginalna, poznaję po etykiecie. Od paru lat nigdzie nie można jej dostać.
— W takim razie jakim cudem zdobył ją nadawca? — zapytał Severus, oglądając pudełko ze wszystkich stron.
— Najwyraźniej przechował gdzieś w piwnicy.
Severus powoli odłożył pudełko na stół, a następnie chwycił Fede za nadgarstek i ścisnął tak mocno, że profesor obrony omal nie krzyknęła z bólu.
— Czy ty naprawdę jesteś tak tępa, czy tylko świetnie udajesz? — zasyczał. — Dzieje się tu coś bardzo dziwnego, a ty zachowujesz się jak beztroski alkoholik, który dorwał się do butelki. Ktoś przysyła Flitwickowi dziwny list. Ktoś przysyła McGonagall dziwną paczkę. Być może ten sam ktoś anonimowo obdarowuje cię prezentem, który jak sama twierdzisz, w chwili obecnej jest nie do dostania. Rusz głową. I nie waż się otwierać tej butelki, póki jej dokładnie nie sprawdzę.
— Chyba nie sądzisz, że ktoś próbuje mnie otruć? — spytała Fede, ale w tym momencie zdała sobie sprawę z tego, że Severus może mieć absolutną rację. Wprawdzie myśl, że ktoś chciałby ją w ten sposób wykończyć wydawała się absurdalna, ale… Serce Fede przyspieszyło. Była w Zakonie. Tak samo, jak profesor Flitwick i McGonagall. No i nie miała pojęcia, kto mógłby być tak hojnym darczyńcą.
Severus puścił jej dłoń.
— Daj mi tę butelkę. Wieczorem sprawdzę, czy w środku naprawdę jest tylko niewinna jeżynówka z dawnych czasów.
Fede skinęła głową i bez słowa wręczyła mu swój tajemniczy prezent. Nagle zrobiło jej się lekko niedobrze. Severus miał absolutną rację, ona zaś… cóż, zachowała się tak, jakby nagle straciła całą wrodzoną ostrożność i nieufność. Głupota, piramidalna wręcz głupota kogoś, kto sam uczy innych. Starając się nie stracić opanowania, przymknęła oczy i chwyciła się krawędzi stołu. Teraz zrobiło jej się wręcz słabo. Poczuła, że Severus nachyla się nad nią i wiedziała, że teraz nie jest w stanie odeprzeć jego złośliwości.
— Nie pozwolę, aby coś ci się stało — usłyszała.
xxx
Filius Flitwick siedział w rzeźbionym krześle przy biurku w swoim gabinecie. Na kominku nie palił się ogień, w komnacie ciągnęło chłodem. Twarz drobnego profesora przypominała wykuty z marmuru posąg.
Leżący przed nim list był jak wyrzut sumienia, który tłumił w sobie przez tyle lat, a teraz wrócił i uderzył ze zdwojoną mocą.
Skreślone eleganckim charakterem pisma zdania huczały mu w głowie.
Sądzę, że powinniśmy się spotkać i porozmawiać - mam dość ukrywania, że nic się nie stało.
Nie wiedział, czy dałby radę spotkać się i spojrzeć jej prosto w oczy.
Wprawdzie ustaliliśmy, że sprawę uważamy za zamkniętą, ale teraz nie jestem już taka głupia jak kiedyś. I obecnie nie sądzę, że sprawa jest zamknięta. Prawdę mówiąc dla mnie jest wciąż otwarta.
A więc znowu go to dopadło. Po tylu latach.
Wkrótce będę przejazdem w Anglii. To będzie dobra okazja do spotkania, nie sądzisz? Ogromnie się cieszę, że udało mi się trafić na Twój ślad - byłam bardzo rozczarowana, że rzucając posadę w akademii w Norymberdze uciąłeś wszystkie dotychczasowe kontakty.
Jak widać niezbyt skutecznie.
Nie wiem kiedy, ale z całą pewnością się spotkamy. W końcu będziemy mogli ze sobą porozmawiać po tylu latach braku kontaktu.
To nie mogło być nic dobrego.
List był utrzymany z pozornie grzecznym, gładkim tonie, ale nie dało się nie wyczuć w nim groźnej nuty. Sprawa była zamknięta — od strony formalnej. Natomiast od nieformalnej, polegającej na wspominkach, rzucaniu aluzji i możliwości zburzenia tego spokojnego, uporządkowanego świata, jaki sobie stworzył w Hogwarcie…
Nie miał najmniejszych wątpliwości, że jego kariera i reputacja wiszą na włosku.
Natomiast nie był pewien, czy chodzi tu o zemstę czy szantaż.
xxx
Minerwa McGonagall krążyła po sypialni, nie będąc w stanie usiąść ani się uspokoić. Gdyby ktoś ujrzał ją w tej chwili, nie powiedziałby, że ma przed sobą kogoś będącego kłębkiem nerwów. I miałby rację. Minerwa nie była zdenerwowana. To, co odczuwała w środku nie było gniewem, złością czy irytacją. To była pustka.
W pewnej chwili, zupełnie jakby podjęła nagłą decyzję, usiadła przy toaletce i spojrzała w lustro. Zobaczyła ten sam widok, który widywała codziennie od wielu lat - niemłodą już kobietę o wąskich ustach, ciemnych oczach i jeszcze dość gładkiej jasnej skórze, opinającej wyraźnie zaznaczone kości policzkowe. Szyja, która bezlitośnie zdradzała jej wiek, ukryta była pod wysokim kołnierzem sukni, ozdobionym elegancką, szykowną kameą. Minerwa przez dłuższą chwilę wpatrywała się w swoje odbicie, a potem jakby bezwiednie uniosła dłonie.
Kilka szybkich ruchów i bułeczkowaty kok, w który upinała włosy od wielu lat zmienił się nagle w ciężkie, błyszczące czarne sploty opadające na ramiona i na plecy. Minerwa nigdy nie miała złudzeń co do swojego wyglądu i nie uważała się za piękność. Nie miała w sobie tego czegoś, co przyciągało i elektryzowało mężczyzn. Zawsze była nienagannie i schludnie uczesana, nie odsłaniała dekoltu i upinała starannie włosy, przez co uchodziła za poważniejszą od swoich rówieśnic.
A jednak znalazł się ktoś, kto najpierw docenił inteligencję i silny charakter Minerwy, a następnie zainteresował się jej planami i marzeniami. Poznał ją na tyle by wiedzieć, że uwielbia bułeczki z cynamonem i od czasu do czasu miewa ochotę na szklaneczkę cydru, używa wyłącznie perfum o staroświeckim zapachu lawendy i nie znosi pisania listów. Wkrótce okazało się, że są znakomitymi partnerami w tańcu. A pewnego dnia ośmielił się jednym ruchem rozpuścić jej włosy.
Włosy, których głęboka czerń odcinała się od bieli poduszki.
Ciałem Minerwy wstrząsnął suchy szloch. Dla niej ta sprawa była od dawna zakończona. Upłynęło wiele lat, a ona nigdy nie była sentymentalna i nie wracała do przeszłości. Nie miała też w zwyczaju żałować swoich czynów.
A teraz wiedziała, że jeśli się nie spotkają, nie zazna spokoju. Musiała wiedzieć, musiała…
Mechanicznym gestem zaczęła znów upinać włosy. Następnie wyjęła z szuflady pergamin i pióro. Skreśliła kilka uprzejmych, stanowczych zdań. Nie zamierzała się zastanawiać czy postępuje właściwie.
Podjęła decyzję i nie chciała tracić czasu.
Stojąca na toaletce zawartość dzisiejszej przesyłki - para malutkich, dziecięcych bucików - zdawała się patrzeć na nią z wyrzutem.
