Brooke bała się wielu rzeczy.

Oczywiście, nikt o tym nie wiedział. Czasami nawet ona sama była zaskoczona, że jest czegoś przestraszona, ale kiedy Sideswipe podwiózł ją do domu, a dziewczyna wyszła z auta i podeszła do drzwi, zdała sobie sprawę, że tym razem była na serio przerażona. Zadrżała, kiedy usłyszała zduszony dźwięk zbijanej butelki. Ale mimo to, wzięła głęboki wdech i trzęsąc się trochę, blondynka weszła do domu.

Nie wiedziała na początku, co się dzieje, tylko, że jakieś krzyki nagle ustały, a wzrok wściekłego, upitego Jack'a wylądowały na niej dokładnie w sekundzie, kiedy dotarła do schodów. Zacisnęła oczy. Czekała.

Emily leżała pewnie ze swoją córką w salonie, więc nie mogła jej pomóc. Pft! Jakby w ogóle się ruszyła żeby choćby kiwnąć palcem. Niiiieeee. Ona by tego nie zrobiła. Była nieczuła, podła, fałszywa. Blondynka znała ją od dziecka, czy tego chciała czy nie. Była tylko osobą, która patrzyła.

Nie reagowała.

Tylko patrzyła.

I dosłownie Brooke się zatoczyła, kiedy obrzydliwy smród alkoholu doszedł do jej nozdrzy i wdarł się do jej umysłu, chwilowo go omamiając i sprawiając, że dziewczynie zrobiło się niedobrze. Williams chwycił ją za włosy, pewnie niektóre z nich wyrywając i w jednej chwili Lennox zdała sobie sprawę gdzie ta bestia ją ciągnęła.

Piwnica, jej umysł podszeptał złośliwie, nikt cię nie usłyszy.

Ale przecież to i tak nie miało znaczenia.

Nikt o to nie dbał.


Następny dzień, niebieskooka obudziła się na podłodze w swoim pokoju pod drzwiami. Ubrana w ubrania z wczoraj, z poplątanymi włosami, milionem obolałych miejsc, o których istnieniu Brooke nawet nie wiedziała i okropnym siniakiem na prawym ramieniu. Jęknęła z bólu i podtrzymując się jakoś ściany, wstała powoli. Jednak za pierwszą próbą, kiedy ruszyła się o krok żeby dojść do szafy po świeże ciuchy, jej nogi się pod nią ugięły i niema upadła. W ostatniej chwili jednak chwyciła się pobliskiej komody, jakoś się wyprostowując.

Obejrzała się na chwile za siebie i zobaczyła swoją gitarę… w dwóch kawałkach. Zacisnęła zęby. Po prostu świat mnie ubóstwia, pomyślała.

Zaklęła do siebie, ale zdołała szybko się umyć, przebrać i spakować potrzebne rzeczy na dzisiejszy dzień. Bo była pewna jak diabli, że nie zamierzała zostać w tym okropnym budynku ani minuty więcej niż musiała. Sycząc delikatnie i krzywiąc się całą drogę w dół, blondynka zdołała dojść do drzwi i wyjść. Spojrzała szybko na zegarek, mając nadzieję, że jest jeszcze wcześnie, ale spotkał ją pech.

Dziesiąta.

Sideswipe i Sunstreaker już wstali. Jeśli oni w ogóle spali, ale w sumie nie miała teraz czasu się nad tym zastanawiać. Potrzebowała tabletek na ból, bo inaczej nie przeżyje. Tym razem było gorzej, bo oberwała dużo w okolice klatki piersiowej i nie miała za dużej pewności czy nie były jakoś mocno poharatane i zagrażały jej zdrowiu.

Czyli w prostych słowach wizyta u lekarza była konieczna, nieważne jak bardzo tego nienawidziła. Powinna była iść piechotą, ale nie potrafiła się nawet zmusić do myślenia, ze to dobry pomysł. Bo nie był. W rzeczywistości gdyby tak postąpiła, byłaby głupsza niż wszyscy inni myślą przez te stare stereotypy.

Więc z ciężkim sercem dotarła jakoś do czerwonego Lamborghini, bo było najbliżej i kopnęła lekko w oponę. Z wnętrza samochodu usłyszała jakiś dźwięk, po czym drzwi otworzyły się, a z nich wyszedł holoform Sides'a ze zbolałą miną, która szybko przeistoczyła się w zmarszczone czoło, kiedy zobaczył jej twarz, jakby dostrzegając na niej coś.

- Podwieziesz mnie do szpitala – powiedziała ostro, ale kiedy otworzył usta żeby coś odpowiedzieć, dziewczyna spiorunowała go wzrokiem – To albo rozwalę ci karoserię.

Sideswipe tylko pokiwał głową, wsiadając znowu do auta, po czym wpuszczając do środka Brooke, która trzymając się za brzuch, usiadła w siedzeniu.

- Mogę…

- Nie – przerwała mu natychmiast – Nie zadawaj pytań, nie udawaj, że ci zależy, po prostu zawieź mnie do tego przeklętego szpitala – rozkazała.

Sides nie zamierzał już się wtrącać, o co chodzi. Widocznie nie miała nawet ochoty o tym rozmawiać. A jeśli ona nie chciała o tym rozmawiać, to rozmawiać nie będzie.


- Okay, panno Lennox nic pani nie będzie – uśmiechnął się do niej lekarz, kiedy ubrała ponownie bluzę, nieco się krzywiąc, ale wymuszając się na słaby uśmiech wdzięczności – Żebra są mocno poobijane, ma pani trochę siniaków, ale nic za bardzo szkodliwego – mówił, pisząc coś na kartce przy biurku – Ale muszę spytać… Jak to się stało?

Brooke zaśmiała się na jego troskę, po czym pokręciła głową.

- Schodziłam po schodach i się potknęłam, a wcześniej miałam mały trening z kolegami – skłamała łatwo, od razu oddychając z ulgą, kiedy doktor westchnął.

- No, musisz być ostrożna – ostrzegł, podając jej fiolkę z lekami i na nią wskazując – To powinno wystarczyć, bierz jedną tabletkę raz dziennie.

- Yhm. Dziękuję – mruknęła, zakładając słuchawki i wyciągając MP3 z kieszeni kurtki, po czym połknęła od razu jedną z pigułek, zaskakując mężczyznę przed nią – Trening wojskowy – wyjaśniła krótko, włączając muzykę i wychodząc z pomieszczenia.


Z rytmami Halsey, Brooke dotarła z powrotem do Sideswipe, tylko tym razem zauważyła nie tylko jego, ale też Sam'a i Mikaela. Zaciskając odruchowo pięści w kieszeniach, dziewczyna wyminęła ich i otworzyła drzwi.

- Nie przywitasz się? – spytała brunetka.

Lennox z wywróceniem oczu, posłusznie zwróciła się w jej stronę, zmykając drzwi, które otworzyła i oparła się o nie. Zmierzyła ich wzorkiem. Sam miał na sobie ten niezręczny uśmiech, a jego dziewczyna mrużyła delikatnie oczy, jakby również ją lustrując. Po chwili jej uwagę przykuła koperta w jej dłoni.

- Co to? – spytała zamiast przywitania się chłodno.

- Epps kazał… - nie dokończyła nawet zdania, kiedy blondynka wydarła ją z jej dłoni rzecz i otwarła bez skrupułów - …ci to przekazać. Ale najwyraźniej sama to wiesz.

- Głuchy półgłówek – wymamrotała, zgniatając papier, po czym popatrzyła na Sideswipe'a – Jedziemy do bazy – poinformowała, ale zanim wsiadła do samochodu, zatrzymała się i zerknęła na dwóch nastolatków, którzy przyjechali w żółtym Camaro – Dzięki za informacje.

Sam stwierdził w duchu, że przynajmniej im podziękowała i, że był to jakiś plus, ale Mikaela machnęła ręką lekceważąco.

- Idziemy Sammy – mruknęła.

- Moje zdanie się nie liczy? – spytał Sides, udając urażonego, kiedy skinęła beznamiętnie głowa – Auć, kotku, to bolało!

- Cokolwiek – mruknęła, siadając i sycząc.

- Woah, nic ci nie jest? – spytał, sięgając po nią dłonią, ale ona tylko pacnęła go nią i warknęła ostrzegawczo.

- Przeżyje – syknęła.

Czerwonowłosy przełknął ślinę na jej ton głosu, ale nic nie powiedział, tylko zaśmiał się nerwowo i włączył silnik.


- Jest dziesiąta rano – zaczęła mówić Brooke, zaraz, kiedy wyszła z Lamborghini i stanęła przed Epps'em, który patrzył się na nią z nerwowym uśmieszkiem na jej wściekłą minę i ostry wzrok – Ludzie w moim wieku o tej porze śpią, uprawiają seks albo jedzą śniadanie, więc, po jakie licho, ja się pytam, zostałam przywieziona do tej cholernej bazy? – wyrzuciła.

Epps już otworzył usta, kiedy szybko je zamknął, patrząc na coś na jej ciele. Blondynka uniosła do góry brew.

- Co się stało? – spytał powoli.

- Co? – wykrztusiła zaskoczona nagłym pytaniem – O co ci chodzi?

- Ten siniak, na twoim obojczyku – wyjaśnił wskazując na jej klatkę piersiową – Skąd się tam wziął?

Twarz dziewczyny, mimo, że chwilę przedtem była wykrzywiona ze wściekłości, teraz zobojętniała, sprawiając, że blondynka wzruszyła ramionami, widoczny znak, że nie zamierzała o tym z nim rozmawiać.

- Wywaliłam się.

- Dlaczego kłamiesz? Dziewczyno, ty się w życiu nie wywaliłaś! Masz równowagę jak ta tygrysica z Pandy!

- Epps, oglądasz takie bajki? – pokręciła z politowaniem głową, prychając z pogardą i wywracając oczami – Nawet gdyby coś się stało, to nie twoja sprawa.

Bo i tak by ci nie zależało, dodała w myślach.

- Jesteś…

- Hej, chica! – zawołał ktoś z tyłu, kogo Brooke rozpoznała, jako Fig'a, jednego z oddziału N.E.S.T, który tutaj stacjonował – Jak ty wyrosłaś! Epps, stary, czemu nic nie mówiłeś, że wróciła? – spytał z wyrzutem, ale zanim ktokolwiek z nich odpowiedział, pojawiła się kolejna osoba.

- Znowu ty! – Galloway wskazał na nią palcem, podchodząc do niej z szybkością wiatru i chwytając brutalnie za ramię gdzie dziewczyna miała jednego z siniaków – Nie jesteś upoważniona, żeby tutaj przebywać!

Zacieśnił dłoń tak, że Brooke w tamtej chwili mimo leku nie wytrzymała i krzyknęła z bólu. To sprawiło, że Epps i Fig dosłownie zamarzli w miejscu, patrząc na nią zszokowani, kiedy Theodorze tylko warknął.

- Puszczaj mnie, ty przebrzydły karaluchu! – Warknęła wyrywając się i uderzając go w brzuch, skutecznie sprawiając, że faktycznie ją puścił.

- Wy dwaj, łapać ją! – Rozkazał ostro, trzymając się za brzuch.

Blondynka zaskowyczała z bólu, kiedy jeden z nich chwycił ją za prawe ramię gdzie poprzednio trzymał ją Galloway, a drugi za lewe, starając się ją zabrać z hangaru. Epps już się ruszył z miejsca, ale było za późno, nawet, kiedy Fig także się otrząsnął. Brooke zacisnęła zęby żeby nie krzyknąć po raz kolejny, kiedy wykręciła się z uścisku jednego z ochroniarzy, po czym skacząc po boku jakiegoś auta, skręciła ramie drugiego tak, że usłyszała jakiś trzask, kiedy puściła go i pozwoliła mu opaść na ziemie. Ignorując piekące uczucie w żebrach, kiedy znowu się ruszyła, a drugi na nią natarł, dziewczyna naskoczyła na niego, oplatając jego głowę nogami i skręcając ciało tak, że mężczyzna również znalazł się na twardej posadzce z jękiem bólu. Za to ona zdyszana i zbolała stała opierając rękoma o kolana.

Teraz to była wdzięczna za te wszystkie ćwiczenia.

Epps, jako pierwszy do niej podbiegł.

- Nie, zostaw – syknęła słabo, starając się nabrać jakiś wdech, ale kiedy zamiast tego znowu próbował ją złapać, ta warknęła tym razem o wiele mocniej – Zostaw!

- Fig odeskortuj pana Dyrektora, dobra? – odezwał się w pewnym momencie Lennox, który prawdopodobnie dopiero dotarł na miejsce zdarzenia – A… - uciął patrząc na dwójkę ochroniarzy - …a tych dwóch niech ktoś weźmie do Ratchet'a. Obawiam się, że zostaną tam na trochę.

Brooke wreszcie się wyprostowała ze zbolałą miną, cofając się od nich ze strachem w oczach. Z determinacją zmusiła swoje ciało do pozostania prosto, ale nie potrafiła powstrzymać wzdrygnięcia się, kiedy poczuła tępy ból w okolicach prawej ręki. Z wahaniem podwinęła rękaw, ujawniając nie tylko stare obrażenie, ale także nowiutkie.

- Cholera – syknęła z westchnięciem, krzywiąc się na szkodę.

- Br… - zaczął niespodziewanie Lennox, ale wtedy jego wzrok zjechał na odkryte ramie – Co do…?

- Dobra, mam tego dosyć – Epps stwierdził – Zważając na to, że Ratch jest zajęty, pójdziemy do Jolt'a, ale domagam się wyjaśnień.

- Ta, jasne, bo ci coś powiem – prychnęła, ale za nim podążyła.


Brooke mogła opisać drugiego medyka jednym słowem.

Dziwny.

Oczywiście, był także nieśmiały oraz unikał kontaktu wzrokowego, co mimo wszystko jej schlebiało i polepszało jej sytuację, w której się znajdowała.

Ale fakt, że dowiedział się o jej obrażeniach ją pogarszał. Opatrzył je, tak, ale powiedział o nich Epps'owi, który w zamiast powiedział Lennox'owi, a Lennox prawdopodobnie powiedział jej strażnikom.

A to już takie super nie było.

Więc stała tam, obejmując się ramionami i mrużąc oczy, kiedy Robert cierpliwie opierał się o ścianę i jakby wyczekiwał aż zacznie mówić. Czego zrobić, nie zrobiła, więc pogrążyli się w ciszy. Do czasu, kiedy ciemnoskóry się nie odezwał.

- Kto?

Jego głos był pełen wyrzutu, złości a zarazem zrozumienia i bezsilności. Blondynka zawahała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- To nie ma znaczenia – odparła, stawiając na standardową wymówkę, która w innej sytuacji by poskutkowała, tylko, że tym razem Epps miał tego dosyć i ze złości uderzył pięścią w ścianę, sprawiając, że lekko podskoczyła i przełknęła ślinę na nagły wybuch jego gniewu.

- Cholera, Brooke – westchnął zrezygnowany – Okłamałaś mnie. Wiem jak wygląda uderzenie przez innego człowieka, a jak wygląda wywalenie się. I uwierz dziewczyno, że to, co masz na swoim ciele zdecydowanie nie jest od upadku.

Milczała przez chwilę, osłupiała.

Ale przecież powinna była się tego spodziewać, prawda?

To żołnierz.

Zobaczy to, na co inni nie zwrócą uwagi.

Tylko, że…

Nie oczekiwała, że będzie mu zależeć.

- Co mam ci powiedzieć, Epps? – zamknęła oczy, sfrustrowana.

- Prawdę, Brooke. Proszę tylko o prawdę – błagał.

Tak. Robert Epps błagał.

Dlaczego?

Bo mu zależało, opiekował się nią, prawie wychował, nauczał. Stał się wzorem, idolem, kimś, kogo Lennox chciała naśladować i brać przykład.

I chciał prawdy, czystej, nieskażonej niczym.

Nie kłamstwa, które wciskała każdemu innemu.

Ale ona w to nie wierzyła.

Już nie.

- Nie, to nie upadek – wyznała spokojnie, niemal obojętnie jakby mówiła coś, co stało się w przeszłości, ale nie miało najmniejszego znaczenia – Zadowolony?

- Kto to zrobił?

Jego głos był twardy, dający jej do zrozumienia, że nie zaprzestanie dopóki nie dowie się wszystkiego. I blondynka o tym wiedziała, mimo to, nie chciała mu o tym mówić. Nie chciała jego sympatii, współczucia. Nie potrzebowała tego, bo równie dobrze dostawała je od samej siebie każdego dnia.

- Nie zamierzam ci powiedzieć – oświadczyła, utrzymując jego spojrzenie pełne zawodu – Nigdy nie powiem.

- Brooke, nie rób mi tego – poprosił – Mógłbym ci pomóc. Tylko powiedz.

Cóż…

Teoretycznie by mógł.

Ale by tego nie zrobił.

To nie było coś, co robiło się dla głupich, niechcianych, żałosnych dziewczyn.

Nie była tego warta.

Nigdy nie będzie.

- Nie możesz mi pomóc – powiedziała w końcu – Po prostu odpuść.

- Dlaczego miałbym? Żebym kilka dni później przyszedł na twój pogrzeb?

No… Jak tak na to patrzysz, pomyślała ze wzruszeniem ramion.

- Na przykład – odparła – O czym chciałeś pogadać? Wspominałeś coś w tym beznadziejnym kawałku papieru – zmieniła temat.

- Sideswipe w swoim raporcie zaznaczył, że nie masz już gitary – powiedział, na co ona spojrzała na niego dziwnie, zastanawiając się, jakim cudem się o tym dowiedział, kiedy nie był w jej pokoju – Jestem ciekaw, co się stało?

- Mogłeś zadzwonić – stwierdziła oschło, od razu tracąc zainteresowanie rozmową, na co prychnął.

- Bo byś odebrała – zakpił.

- Odebrałam w dniu imprezy nad jeziorem – zaznaczyła z błyskiem w oku, kiedy uniosła do góry brew i przekrzywiła głowę – A później nie dzwoniłeś.

- Więc? Co się stało? Przecież uwielbiasz grać – zmarszczył czoło.

Brooke przełknęła ślinę, spuszczając wzrok, nagle smutna.

Tak, kochała grać. I śpiewać. To była jej ucieczka przed światem, przemocą i zastraszaniem. Jej sposób na oderwanie się od rzeczywistości.

Ale jej gitara leżała w duch częściach w jej sypialni.

I ten widok ją zabolał. Mocno.

Ale nie miała wystarczająco pieniędzy, żeby kupić nową. Ostatnie oszczędności wydała na jakieś ciuchy, żeby nie musiała iść w ubraniach z dziurami.

- Wypadek – odparła – Jest w dwóch częściach.

- Jak poważny był ten „wypadek"? – spytał dociekliwie, a ona wzruszyła ramionami, nadal nie spotykając jego wzroku, tylko uparcie wpatrując się w ziemię, jakby nagle stała się najbardziej interesująca rzeczą na świecie.

- Bardzo poważny – stwierdziła z powagą.

Epps przez chwilę na nią patrzył. Brooke nie czuła się nawet na siłach, żeby dodać jakiś komentarz.

- W takim razie… - westchnął, przejeżdżając dłonią przez głowę, po czym spojrzał na nią, widząc, że lekko się chwieje – Może byś się przespała? Mamy kilka wolnych pokoi, a ty wyglądasz jakbyś wczoraj nie zmrużyła oka.

Nie masz pojęcia…, mruknęła w myślach.

To naprawdę sprawiło, że chciała się uśmiechnąć.

Ta jego troska w głosie była wystarczająca, żeby dziewczyna pozwoliła sobie na zrelaksowanie się trochę i podniesienie trochę głowy.

- Jesteś pewien? – spytała sceptycznie.

Uśmiechnął się blado, kładąc dłonie na jej ramionach i znowu westchnął.

- Tak – potwierdził stanowczo – A później chcę żebyś gdzieś ze mną pojechała, możesz to zrobić?

- Zależy – mruknęła niewyraźnie.

- Ale pamiętasz, co ci mówiłem?

Brooke podniosła całkowicie wzrok, patrząc mu w oczy odważnie i kiwając lekko głową na znak, że „tak".

- „Nie musisz być wokół mnie perfekcyjna" – zacytowała sprawiając, że wielki zadowolony z siebie uśmiech wpełzł mu jednak na twarz.

- Moja dziewczyna.

Uśmiechnęła się.

Słabo i niemal niezauważalnie.

Ale to nadal uśmiech, prawda?


Obudziła się.

Otworzyła oczy.

I zdała sobie w jednej sekundzie sprawę z tego, że została w bazie.

To…nie był dobry znak. Powinna była wrócić zaraz po rozmowie z Epps'em i wrócić do swojego nędznego życia. Tam gdzie było jej miejsce, tam gdzie żyła siedemnaście lat, niedługo osiemnaście.

Wstała niechętnie, kierując wzrok na stok nowych rzeczy leżących w kącie pokoju na biurku, którego wcześniej nie zauważyła razem z karteczką, którą od razu pochwyciła i podniosła do poziomu swojego wzroku.

- On się nigdy nie poddaje – mruknęła, zgniatając papier, biorąc ubrania i wchodząc do łazienki, którą przyłączoną miała do pokoju, za co była mocno wdzięczna.


Przeciągnęła się, ziewając i wychodząc z pokoju. Niemal natychmiast ktoś objął ją ramieniem i zaczął prowadzić w stronę czarnego Topkick'a na którego zmarszczyła czoło, ale milczała dopóki nie zauważyła, że przy samochodzie stoi Robert z zadowolonym z siebie uśmiechem i tym znajomym błyskiem w oku.

- Wyspana?

…Może…

- Yhm – wymamrotała, nadal czując się nieco niezręcznie wokół takiej liczby ludzi.

Zwykle była sama i jakoś się do tego przyzwyczaiła, że kiedy znajdowała się w jakimś tłumie, zaczynała czuć się nieśmiała.

I szczerze tego nienawidziła.

- Okay, wskakuj – drzwi otworzyły się bez pytania, sprawiając, że blondynka się skrzywiła i popatrzyła na nie nieufnie, niemal oskarżającym spojrzeniem – Ironhide może być zrzędliwy, ale nic ci nie zrobi – zapewnił od razu, widząc jej wahanie.

- Skąd mogę to wiedzieć? – warknęła ostro, mrużąc oczy.

- Gdyby był niebezpieczny, Lennox nigdy nie dopuściłby go do swojej dwuletniej córki, wiesz? – odezwał się, całkowicie niewzruszony jej wybuchem, na co od razu spuściła pokonana wzrok, ale nadal niechętnie wspięła się na wielki wóz, siadając na miejscu pasażera.

- Gdzie jedziemy? – zapytała, kiedy usiadł na miejscu kierowcy.

- Zobaczysz, cierpliwości – zaśmiał się lekko, ale widząc jej wzrok spoważniał - Brooke, nie wywiozę cię za granicę. Wyluzuj.

Łatwo ci powiedzieć, pomyślała z sykiem, patrząc na radio z nieufnością i lekkim strachem, od razu zauważając, że nie wydobywa się z niej żadna muzyka, od razu ją spinając i sprawiając, że zacisnęła zęby.

Jazda w aucie bez muzyki, to była dla niej kara godna kary Boga, kiedy wygonił Adama i Ewę z Raju.

Ale w sumie, czego miała się spodziewać po potężnym specjaliście od broni?


Ze wzrokiem pełnym niepewności, Brooke popatrzyła na sklep przed którym stała. Cofnęła się o krok, jakby ją ktoś miał zaatakować i spiorunowała spojrzeniem Epps'a, który oglądał ją z rozbawieniem.

- Nie – powiedziała stanowczo, kiedy otworzył usta, na co westchnął i pokręcił głową.

- Nie wiesz nawet, co chciałem ci powiedzieć – stwierdził z fałszywym wyrzutem w oczach, na co wywróciła oczami i wskazała palcem na sklep.

- Nie ma mowy – warknęła ostro – Nie potrzebuje jej.

Nie fizycznie przynajmniej.

Bez niej czuła się pusta, kompletnie nie kompletna, jakby była jedną połówką, a ta druga jakby zniknęła. Jej gitara była częścią muzyki, a bez muzyki nie było jej życia.

Była pustynia z brakiem nawet jednego kaktusa na piasku.

- Nie oszukujmy się, Brooke – uśmiechnął się szeroko – Bez niej wyglądasz marnie.

- Wyglądam marnie bez muzyki – poprawiła szybko – I nie potrzebuję ciebie, żebyś mi cokolwiek kupował, okay? Nie.

- Co powiesz na umowę? – zasugerował, a na jej pytający wzrok, ciągnął – Ja kupię ci gitarę, a ty mi w czymś pomożesz?

- Nie – powtórzyła.

- Okay, ja kupuje gitarę, a ty…

- Epps, nie – oświadczyła stanowczo, od razu widząc jak jego ramiona opadają z zawodu i sprawiają, że jej serce zrobiło mały skręt w jej klatce piersiowej, uzyskując u niej grymas – Nie chcę, zrozum.

- Ty chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz – mruknął do siebie, na co ona zmrużyła oczy, wpatrując się w niego ostro – Okay, wymyśl coś.

- Słucham?

- Zamierzam ci ją kupić czy tego chcesz czy nie, więc możesz równie dobrze pomyśleć nad sposobem, w jaki chcesz mi się odpłacić – wyjaśnił spokojnie.

Brooke zamrugała.

Potem jeszcze raz.

Aż w końcu przełknęła ślinę, jej oczy rozszerzyły się, a jej usta lekko rozwarły, na co potrząsnęła głową.

To było złe. Nie zasługiwała na taki prezent. Na niego i jego przyjaźń.

Ale, od kiedy ona mogła mu cokolwiek wmówić?

- Będę miała u ciebie dług – powiedziała w końcu, lekko nieśmiało, widząc jego szeroki uśmiech i iskierki w oczach, kiedy jego intensywny wzrok spotkał jej spojrzenie.

- Widzisz? Tak trudno? – puścił jej oko – Okay, chodź!

No…

Mimo wszystko, nie miała wyboru jak za nim podążyć, prawda?


Trzymając instrument na kolanach, Brooke siedziała w Topkick'u, niemal niechętnie zerkając na radio i krzywiąc się, gdyż nadal nie wydobywała się z niego jakakolwiek muzyka. Westchnęła ciężko i pozwoliła, żeby jej głowa opadła na fotel i zamknęła sfrustrowana oczy. Naprawdę spędziła za dużo godzin bez jej ulubionych piosenek brzmiących w uszach. Zapomniała wziąć swoich słuchawek i odtwarzacza z bazy i zaraz jak ruszyli zaczęła przeklinać się za swoją krótką pamięć do takich rzeczy.

Kiedy po raz kolejny westchnęła, radio niespodziewanie przemówiło.

- O co ci chodzi, Człowieku? – spytał niski głos, na który dziewczyna podskoczyła i zwróciła głowę w stronę dźwięku z pytającym spojrzeniem i zmrużeniem oczu – Ciągle wzdychasz, o co chodzi? – zapytał po raz kolejny, tym razem bardziej precyzyjnie i bardziej zirytowany, jakby fakt, że miał się powtarzać był denerwujący.

- Tu jest cicho – stwierdziła ze wzruszeniem ramionami, znowu się spinając – Nie lubię, kiedy jest cicho.

- Dlaczego?

Brooke wywróciła oczami.

- Gdybyś żył w ciągłym hałasie, cisza też by ci przeszkadzała – odparła, wyglądając za okno i opierając głowę o dłoń.

Ciągłe krzyki to u niej była normalka.

Wyzywanie się, głośne basy – również.

Jedynie, kiedy siedziała w czystej, nieprzerwanej ciszy czuła się dziwnie i niespokojnie. Doprowadzała ją do szaleństwa, sprawiała, że na każdym kroku szukała jakiegoś niebezpieczeństwa. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.

Hałas był teraz dla niej przyjemniejszy, bo był jej znajomy.

Ale cisza ją przerażała.

Szeptała sekrety, owijając je w mrok i kryjąc każde zagrożenie.

- Czyli fakt, że radio nie jest włączone ci przeszkadza? – dopytywał, na co pokiwała głową twierdząco – To wszystko?

- Normalnie nie rozstaje się z muzyką – wytłumaczyła – Ale zapomniałam moich słuchawek i MP3. Więc tak, fakt, że nic nie leci mi przeszkadza.

Wypuściła zirytowana powietrze.

Epps, lepiej się pośpiesz, wyszeptała w duchu.

Nagle wydobyło się westchnięcie z radia, na które blondynka od razu zwróciła uwagę, kątem oka obserwując jak się świeci.

- Nigdy nie go nie włączam – stwierdził – na Ziemi nie ma za ciekawych utworów wartych mojej uwagi.

- Bo w czasach współczesnych muzyka jest coraz to bardziej idiotyczna i nudna – mruknęła spokojnie – Ludzie nie tworzą już jej z pasji, ale dla pieniędzy.

Nastała cisza.

- Tak uważasz?

Niebieskooka westchnęła.

- Tak, Ironhide – użyła jego imienia – Kiedyś było inaczej. Ludzie to bestie, żywiące się cierpieniem innych – wzruszyła ramionami, widząc, że Robert idzie w ich stronę z jakimś pudełkiem w ręku – Niewielu to dostrzega.

- Mówisz z doświadczenia?

Brooke zmarszczyła czoło a to pytanie, ale zamknęła oczy.

- Można tak powiedzieć – odparła cicho w chwili, kiedy ciemnoskóry wszedł do auta i usiadł na miejscu kierowcy, posyłając dziewczynie promienny uśmiech.

- Do bazy, Hide – poinformował, sprawiając, że Topkick się ruszył, po czym popatrzył na Brooke, która obserwowała z ciekawością pudełko na jego kolanach – Coś nie tak Brooke?

Dawał jej szanse na zadanie pytania.

Wiedziała to, ale jednocześnie nie była pewna.

Więc z potrząśnięciem głowy, odwróciła wzrok.

- Wszystko okay – wymamrotała niewyraźnie i niemal podskoczyła, kiedy radio niespodziewanie się włączyło i zaczęło grać jedną z piosenek Shinedown.

Jej głowa powędrowała w stronę głosu tak szybko, że kiedy spotkała przypadkowo wzrok Robert'a, natychmiast spuściła wzrok, ale na jej twarzy pojawił się ten wdzięczny uśmiech, bo w końcu mogła się rozluźnić.


Nie oczekiwała, że znajdzie się w dziale medycznym ponownie.

Wszystko zaczęło się od tego, że Epps przypadkiem wspomniał o tym, kto zginął w Mission City i wtedy, Brooke jakby instynktownie wybiegła ze stołówki i wparowała do medycznego z taką miną determinacji, że nawet Ratchet na to nie zareagował. Mogła tam siedzieć tak długo jak chciała, dopóki nie dotknie żadnych z jego narzędzi.

Dotarła do zaciemnionego miejsca i wspięła się na metalowy stół z grymasem na twarzy, kiedy ujrzała srebrne ciało, kompletnie bez ruchu i niedające żadnej oznaki życia. Jednak blondynka nie mogła odejść. Coś kazało jej zostać, zbadać go, zobaczyć.

Znalazła się na jego klatce piersiowej, kładąc dłonie w miejscu gdzie powinno być u człowieka serce i zamknęła oczy. Niby nic się na początku nie stało.

Jednocześnie jednak dziewczyna czuła, że coś było nie tak.

I wtedy błysnęło jasne światło.


Biało.

Wszędzie biało, Brooke nie mogła zobaczyć nic poza jaskrawym kolorem, palącym jej w oczy i sprawiający, że musiała zmrużyć oczy.

Westchnęła ciężko.

- Nigdy nie dotykaj martwych robotów – mamrotała, idąc przed siebie i kręcąc głową na swoją głupotę – Nigdy.

Oczywiście, nie wiedziała gdzie się znajdowała ani co tutaj robiła, ale nie mogła pozbyć się uczucia, że to mogło mieć związek z tym, co się stało już wcześniej. Bo, mimo, że nie słuchała tego głupiego medyka, wychwyciła to, że z wypadku wyszła prawie bez skazy. Żadnych obrażeń jak się obudziła, objawów, że coś jej dolega.

Nic.

I teraz trafiła do tego czegoś po tym jak dotknęła srebrnego ciała i zamknęła oczy, mając nadzieje, że coś się stanie. I niestety się stało. Utknęła w nicości.

Naprawdę miała ochotę wywrócić oczami na swój debilizm.

Raptownie się zatrzymała, kiedy dostrzegła kogoś w oddali. Jej oczy wydawały się błyskać, po czym rzuciła się biegiem w stronę obiektu, który dostrzegła. I nikt nie mógł wyrazić słowami jej wdzięczności za te wszystkie treningi, jakie przeszła i codzienne bieganie rano.

Kiedy dotarła do celu, niemal się wywróciła przez swój nagły stop, ale szybko nadrobiła to swoim refleksem i stanęła wyprostowana, otwierając lekko usta, kiedy popatrzyła na tego samego srebrnego robota, który leżał w dziale medycznym.

…ale przecież był martwy, tak?

Z pytaniem w oczach, kopnęła go w nogę, żeby zwrócić na siebie uwagę i szczerze musiała przyznać, że jak na istotę z kosmosu to był dosyć niski.

- Kim jesteś? – spytała ostro – I gdzie ja jestem?
- No… - przeciągnął z ciężkim akcentem, przypominając dziewczynie o niektórych gangsterach z filmów, które oglądała – Nazywam się Jazz… A ty…?

- Brooke – odparła szybko – Gdzie ja jestem? – powtórzyła.

Jazz zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem, chociaż dziewczyna nie mogła tego zauważyć przez to, że Autobot miał na sobie coś na wzór tego szkiełka w kaskach, jakie nosili motocykliści koloru niebieskiego.

- Najprościej byłoby powiedzieć, że w Studni – wzruszył ramionami, po czym usiadł, sprawiając, że cofnęła się o krok – Trafiają tu Boty, które zginęły w czasie bitwy. Więc…Może o to ja powinienem był spytać, co TY tu robisz?

- Sama bym to chciała wiedzieć – wymamrotała cicho.

- Ech…Brooke?

- Co? – spytała ostro, podnosząc na niego wzrok zirytowana.

- Twoje oczy powinny świecić? – spytał odważnie.

To sprawiło, że Lennox oprzytomniała i popatrzyła na niego zdezorientowana, jakby niedowierzając w to, co słyszy.

Jej oczy…świeciły?

Dla ludzi było to niemożliwe, prawda?

Huh, pomyślała, może Trent ma racje i faktycznie jestem dziwadłem.

Ale skoro nim była, to dlaczego siedziała z martwym Autobotem w miejscu nazwanym przez niego Studnią. Dosyć nieoryginalna nazwa gdyby spytałoby się ją o opinię, ale postanowiła się nie wtrącać. W końcu to kosmici. Tego się nie zrozumie.

- Raczej nie – odparła niepewnie.

- Więc…

- Nie wiem! Okay? Jestem tutaj wbrew własnej woli, nie oczekuj, że będę znała odpowiedzi na wszystkie pytania świata, dobra!? – wybuchła.

To nie było coś, z czym spotykała się, na co dzień.

Nie tym razem.

Nie chciała być częścią tej wojny, nie chciała spotykać Autobotów. I była pewna jak diabli, że nie chciała zostać potrącona przez Pana Pączka. Nie, to całkowicie nie było w jej planach na życie.

Więc dlaczego do cholery jasnej, Bóg wysłał ją do…do tej Studni?! Rozumiała, że była dziwna, ale żeby aż tak? Nie potrzebowała kolejnych problemów. Nie w tej chwili.

- Spokojnie – uniósł ręce geście obronnym – Nie chciałem cię zdenerwować.

- Wiem – mruknęła niewyraźnie – Po prostu… Nie chce tutaj być, okay? Chciałam tylko zobaczyć na własne oczy o kim mówili – wymamrotała cicho.

- Ktoś o mnie mówił?

Brooke pokiwała smętnie głową.

- Epps – wywróciła oczami – Matoł wprowadził mnie w tą całą wojnę z…

- Decepiconami? – podsunął.

- Tak – potwierdziła – Razem z tym idiotą Witwicky'm i tą jego dziewczyną.

Pogrążyli się w ciszy.

- Dlaczego jest idiotą?

Gdyby Brooke była w klasie, uderzyłaby głową w blat.

Otworzyła usta, ale w jednej chwili, wszystko zniknęło.

…Czy wspominałam jak bardzo świat mnie nienawidzi?, spytała się w duchu, kiedy światło oślepiło ją w chwili, kiedy upadła twarzą w dół na coś twardego i zimnego. Dopiero po chwili zorientowała się, że upadła na blat.

Zmarszczyła skołowana czoło, po czym zerkając na Jazz'a, jej oczy się wytrzeszczyły.

Nie…Nie zrobiła tego.

Jednak wtedy zobaczyła, że jego oczy lekko się rozjaśniły i zrobiła jedną rzecz, w której była mistrzynią.

Uciekła.


Me: Oficjalnie stwierdzam, że Brooke to tchórz.
Brooke: Przypominam, że to ty mnie stworzyłaś.
Me: Psujesz mi zabawę.
Brooke: Ty mi też.
Me: Cokolwiek. Macie następny rozdział i do zobaczenia ;)