Biegła tak szybko i tak długo, że miała wrażenie, że jej nogi za chwilę nie dadzą rady i padnie na twarz, ale mimo to udało jej się jakoś wybiec z działu medycznego, wyminąć żołnierzy po drodze, nie wpaść na Optimus'a, który zmierzał w tamtym kierunku i patrzył na nią zaciekawiony oraz na końcu wyszła z hangaru i trafiła na dwa lamborghini, które właśnie skończyły swoją kąpiel. Jak na komendę oba holoformy od razu się włączyły, jednak blondynka sapiąc i dysząc, odsunęła się natychmiastowo.

- Pali się coś?

Tak, moje płuca, pomyślała.

- Nie – wydyszała – Nic się nie pali.

Sideswipe uniósł do góry brew.

- To, dlaczego wybiegłaś z hangaru?

Przypadkowo ożywiłam martwego robota, pomyślała, a ty, co byś zrobił?

Zamiast się jednak odezwać, zamilkła i westchnęła, w końcu łapiąc normalne łyki powietrza. Czuła jak jej serce zwalnia i przestaje aż tak mocno bić jej w klatce piersiowej, aż w końcu jej zmęczenie ograniczało się do tylko okazyjnych sapnięć.

Popatrzyła wtedy na swojego – o Panie Boże, dlaczego – strażnika, po czym na drugiego i wywróciła oczami.

Jeśli będą się tak dalej w nią wpatrywać, to na pewno się rozpuści.

- Zostaw Człowieka w spokoju – prychnął z pogardą Sunstreaker – Nie jest wart twojej uwagi.

Brooke wywróciła oczami, podniosła na niego wzrok i spiorunowała go nim, w czasie, kiedy jego brat zmarszczył czoło, patrząc na nią jeszcze raz z pytaniem w oczach.

- …No, mogłam przypadkowo coś zrobić – stwierdziła, krzywiąc się – Ale totalnie przypadkowo – zapewniła – Chyba…

- Jesteś pewna? To dlatego wzywają nas do środka?

Lennox zacisnęła usta.

- Może…


Weszli do hangaru. Brooke szła powoli, niemal wcale się nie poruszając, ale szła.

I wtedy go zobaczyła.

I zamarzła w miejscu, nie wiedząc, co zrobić.

Modliła się, żeby jej nie pamiętał, byle jej nie pamiętał, ale dokładnie w tym samym momencie usłyszała, że wymawia jej imię i katem oka widziała, że wszyscy stają nieruchomo, jakby nie wiedząc, co powiedzieć.

- Hej, to ta dziewczyna! – wykrzyknął radośnie, wskazując na nią dodatkowo palcem.

Oczy jej się wytrzeszczyły, oddech przyśpieszył.

I w następnej chwili jakby instynktownie zaczęła mówić wbrew własnej woli.

- Przysięgam, że nie chciałam tego zrobić! – powiedziała od razu, kiedy Optimus, Ratchet, bliźniaki i Jazz na nią spojrzeli – To było przypadkowo! On miał pozostać martwy!

- Auć, to bolało. Głęboko – stwierdził z udawanym bóle, trzymając się tam gdzie przedtem siedziała i trzymała dłonie.

- Ty to zrobiłaś?

Cóż…

Brooke popatrzyła na Ratchet'a nagle zaalarmowana.

No, teraz to się wkopała.

- …Nie?

Jej głos nie piszczał.

Nie, nie ma mowy.

Blondynka się skrzywiła.

- Jak?

…Jak?

Dobre pytanie.

Biorąc głęboki wdech, blondynka zacisnęła usta w cienką linię i zmrużyła oczy, przekrzywiając głowę w bok.

- Magia? – wzruszyła ramionami, udając spokój.

Nie mogła okazać strachu.

Strach to słabość.

On tak powiedział.

- Nie ma czegoś takiego jak magia – Ratchet posłał jej gniewne spojrzenie – Wasi…

- Rany, Hatchet, rozumiem przekaz. Uważaj, żeby ci, jaka żyłka nie pękła – warknęła z wywróceniem oczu, kiedy spiorunował ją wzrokiem – Weszłam na niego, zamknęłam oczy i nagle puf! Jestem w tej…Studni? Chyba tak to się nazywało – zamyśliła się, zanim kontynuowała – Nie wiem, dobra!? Mam. To. Gdzieś – wycedziła.

- Rozumiemy – stwierdził ciężko Optimus – Wybacz temperament Ratchet'a.

- Debilny medyk – prychnęła z pogardą – Masz swojego żołnierzyka z powrotem, Prime. Zyskaliście – powiedziała dobitnie – Wybacz moje maniery, ale nie chcę być częścią waszego kółka wojennego, wracam do… Williams'ów – mentalne walnęła się w głowę za swoje potknięcie.

Niczego nie powiedział, wydawał się osłupiony jej nagłym wybuchem i szczerze, ona trochę też. Okazała mu brak szacunku. Epps byłby zawiedziony.

Właśnie…

Kolejna osoba.

Życie na serio nienawidziło jej z całego serca.

- Przepraszam – to słowo brzmiało w jej ustach jak trucizna i szczerze tego nienawidziła – Ja…mam czasami problemy z gniewem. Nie chciałam…

- W porządku – tym razem odezwał się medyk, jego oczy, jeśli mogła je tak nazwać, jakby złagodniały na jej zakłopotaną minę – Nic się nie stało.

- Nikt nie oczekuje, że będzie ci z tym dobrze, Brooke – stwierdził łagodnie Optimus, jego oczy pełne dobroci, której tak desperacko czasami szukała – Nie miałaś uczestniczyć w naszej wojnie. To by powinniśmy przeprosić.

Nieprawda, prychnęła w myślach, ale na głos nie powiedziała nic, zamiast tego zwróciła się do srebrnego Autobota.

- Nie – warknęła, zaskakując go – Nie masz racji.

- Brooke – zaczął Sideswipe ostrzegawczo, ale ona go zignorowała.

Nie widzieli tego?

Miał racje, nie miała być częścią ich Armagedonu, nie miała prawa tu przebywać. Mimo to, stała tam przed nim i zdawała sobie sprawę, że cały czas narzekała na to, w co ją wciągnęli, kiedy nie widziała innego problemu centralnie przed jej nosem.

Kiedy patrzyła w jego oczy, mimo, że nie chciała, to widziała to wszystko.

Niepewność, strach przed utratą swoich towarzyszy.

Nie chciała wojny.

Ale on także.

Ratchet, Sideswipe, Sunstreaker, nawet ten durny Jazz z akcentem.

Nie chcieli tego, ale nikt im się nie pytał.

- Żaden z was – prychnęła – Branie na siebie winy wam nie pomoże wygrać.

Cisza.

- Mądry człowiek – usłyszała mamrot Sunny'ego.

- Nie wiem, jakim cudem gościu… - zamyśliła się – Jazz, żyje – poprawiła się, odważnie patrząc na przywódcę – Wszystko, co wiem, to, że w jednej chwili byłam w dziale medycznym, a w drugim wszystko zrobiło się białe.

- Może coś zrobiłaś? – podsunął czerwony, ale ona tylko machnęła ręką lekceważąco, nie bardzo interesując się jego sugestiami.

- Nah, raczej nie – skierowała wzrok na srebrnego robota ponownie – Rozmawialiśmy. Miałam zacząć wyjaśniać mu, jakim idiotą jest Witwicky. No, chyba, że chłopak jest jakiś kluczem do całego tego bagna – prychnęła – W co wątpię, ale mniejsza z tym.

- Więc, nie masz pojęcia, co i jak to się stało – medyk gestem wskazał na Jazz'a.

Blondynka pokręciła głową.

- Jeśli coś się zmieni, powiadomię cię, och Wszechwiedzący Ratchet'cie, medyku wszystkich medyków – wywróciła oczami, kłaniając się, po czym odwracając na pięcie, jednak zatrzymując się jeszcze na chwilę z łobuzerskim uśmieszkiem – Ale ostrzegam, nie będę miła.

I z tym zdaniem, odeszła.


- Mógłby przestać wydawać na mnie pieniądze – westchnęła, trzymając gitarę na kolanach i testując struny – Nie potrzebuje ich.

Ale wiedziała, że kłamała do samej siebie.

Miała ubrania, jasne. Kilka gadżetów, które udało jej się kupić za oszczędności, ale nic poza tym. Sama pustka.

Jak ona.

Ugh, czasami chciała uderzyć głową w ścianę za swoje myśli.

Na serio.

Z jednym ostatnim wdechem, Brooke wybrała piosenkę.

Made a wrong turn, once or twice

Dug my way out, blood and fire

Bad decisions, that's alright

Welcome to my silly life

Mistreated, misplaced, misunderstood

Miss 'No way, it's all good', it didn't slow me down

Mistaken, always second guessing, underestimated

Look, I'm still around

Oh, była poniżana, tak wiele razy, że bolało. Zagubiona w swoim świecie, gdzie mogła być sobą. Niezrozumiana przez innych? Bardzo. Ludzie jej nienawidzili, zostawiali w tyle przez wymówkę, że miała dziwne upodobania. Jak muzyka. Co było dziwne, bo kto nie lubi muzyki, prawda? I…była lekceważona. Oczywiście, bo jakże by inaczej?

Pretty, pretty please, don't you ever, ever feel

Like you're less than fuckin' perfect

Pretty, pretty please, if you ever, ever feel like you're nothing

You're fuckin' perfect to me

You're so mean when you talk about yourself; you were wrong

Change the voices in your head; make them like you instead

So complicated, look happy, you'll make it

Filled with so much hatred, such a tired game

It's enough; I've done all I can think of

Chased down all my demons, I've seen you do the same

Nie mogła ich zmienić. Głosów. One zawsze z nią były, niszczyły ją, ale także motywowałyby udowodnić innym, że nie jest tak bezużyteczna, za jaką ją uważają.

Więc… musiały pozostać tam gdzie ich miejsce. W niej.

Pretty, pretty please, don't you ever, ever feel

Like you're less than fuckin' perfect

Pretty, pretty please, if you ever, ever feel like you're nothing

You're fuckin' perfect to me

The whole world's scared so I swallow the fear

The only thing I should be drinking is an ice cold beer

So cool in lie, and we try try try,

but we try too hard and it's a waste of my time

Don't looking for the critics, cause they're everywhere

They don't like my jeans; they don't get my hair

Exchange ourselves, and we do it all the time

Why do we do that?

Why do I do that?

Why do I do that?

Była przerażona. Kilku osób, paru rzeczy, ale najbardziej bała się tego, że jeśli zbliży się do kogoś za bardzo ucierpi na tym. Tego nie chciała, nie znowu.

Pretty, pretty, pretty

Pretty, pretty please, don't you ever, ever feel

Like you're less than fuckin' perfect

Pretty, pretty please, if you ever, ever feel

Like you're nothing, you're fuckin' perfect to me

You're perfect, you're perfect

Pretty, pretty please, if you ever, ever feel

Like you're nothin' you are perfect to me

Nie była perfekcyjna, idealna, piękna…

Była sama, bo taka była prawda. Brak przyjaciół, ostatni, który nim był, nie był w tej chwili w mieście, brak rodziny, rodzeństwa. Pft! Nie miała nawet domowego zwierzątka.

Mała biedna Brooke, zawsze sama, pomyślała z irytacją.

- A na szczyt trzeba dodać, że Epps jest półgłupkiem – dodała głośno, wzdychając.

Gdyby miałaby się zastanowić, to tam było nawet przytulnie. Pewnie, nie bardzo kogokolwiek tam znała. Jedynie Epps'a, Fig'a i kilku innych ze szkolenia. Sam'a, Lennox'a i Mikaeli nie liczyła, bo szczerze się ich bała. Tak, przyznała to.

Byli dziwni.

Mili, mimo, że jej nie znali.

To ją przerażało.

Ale baza była jakoś znajoma i czuła się w niej bezpiecznie…

Nie, to z Robert'em czuła się bezpiecznie. Znała go, brała z niego przykład. Był jak wujek, rodzina, której nie miała.

Ale odmawiała myślenia tak.

Epps miał swoją własną żonę i dzieci. Tylko, dlatego, że ona nie miała rodziców, nie znaczy, że mogła go zabierać komuś innemu.

Nie. Brooke tego nie chciała. Za dobrze znała ten ból.

- No, no, no – zaświstał głos za nią ze śmiechem – Lennox w ciszy. Niecodzienny widok. Nad czym tak myślisz?

Nie odezwała się od razu, bojąc się, że znowu powie coś nie tak.

Epps to zauważył. Usiadł koło niej na asfalcie i popatrzył przed siebie i tak obaj pogrążyli się w milczeniu.

- Ożywiłam go – stwierdziła beznamiętnie, głaszcząc gitarę.

- Och, racja. Niezły szok dla wszystkich – stwierdził po chwili – Gościu wydawał się fajny.

- Nie wiem – wzruszyła ramionami – Gadałam z nim jakieś pięć minut. Wygląda na niskiego.

- No… Może powinnaś z nim spędzić trochę czasu? – zasugerował, ale ona tylko prychnęła z niedowierzaniem – Kto wie? Może byście się polubili?

- Epps, ja nikogo nie lubię – stwierdziła oschło, ale on tylko westchnął z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy.

- Co jeśli powiedziałbym ci, że Jazz jest jednym z twoich? – dziewczyna uniosła do góry brew – Muzyka, Brooke. Muzyka.

...Co on powiedział?

Jej twarz rozchmurzyła się, jej oczy zabłysły, a kąciki ust delikatnie się uniosły, nawet mimo tego, że blondynka próbowała to ukryć.

- Lubi muzykę?

- Och, tak – westchnął, jakby rozmarzony – Może coś by zaskoczyło? No, wiesz, przyjaźń od pierwszego wejrzenia? Wiem, że ci nie łatwo i nie lubisz ogólnie spędzać czasu z innymi, ale to warte ryzyka, dziewczyno.

Brooke wzruszyła ramionami.

Nie udało jej się zawrzeć przyjaźni, jak to ujął Epps poetycko, ale znała się na zawieraniu znajomości, które później mogła wykorzystać.

Ale nadal. To jej nie pasowało. Nie mogła się do niego zbliżyć.

To było wbrew temu, co w sobie wyhodowała.

Co jeśli coś by mu się stało? Co jakby znowu umarł? Albo gorsze: Co jeśli by ją odrzucił? Jazz był…wyglądał jakby był uczciwy i dobry, ale nie mogła być pewna. Nie znała go. Nic kompletnie, pustka w głowie, co mogła zrobić nie znając go?

Nie była pewna czy by jej nie zranił. Nie była pewna, czy nie zabiłby jej we śnie, nie byłaby pewna czy by ją polubił.

Ale może faktycznie powinna spróbować nawiązać z nimi kontakt? Sam wydawał się być w porządku, poza tym, że był irytujący i głupi, a Mikaela? No, w końcu jakiś szacunkiem ją darzyła i też mogła wypróbować to zdobywanie przyjaciół. W każdej chwili mogła się wycofać.

Tak…?

- Co jeśli nie potrafię tego zrobić? – spytała w końcu.

Epps tylko popatrzył na nią z uśmiechem i prychnął.

- Brooke, jesteś Lennox. Nie ma czegoś, czego nie potrafisz zrobić.


Blondynka stała tam i unosiła do góry brew, widocznie rozbawiona paplaniną Sam'a, który przyjechał do bazy razem z Bumblebee'm, swoim strażnikiem.

- Sam – podniosła dłoń, zamykając oczy i sprawiając, że w połowie zdania, uciął i popatrzył na nią wyczekująco – Początek, rozwinięcie, zakończenie, dobra?

Brunet odchrząknął, nieco zawstydzony.

- Nic ci nie jest? – spytał w końcu, po krótkiej bitwie z myślami, a kiedy Brooke zamarzła, jakby skołowana jego pytaniem – To znaczy, Epps powiedział, że coś się stało, ale nie chcesz mu powiedzieć. Co jest dobre…znaczy się złe! – poprawił się pośpiesznie, znowu się plącząc – Więc zerwałem się z obiadu i szybko tu przyjechałem. Myślałem, że może coś poważnego się stało i może potrzebujesz…no wiesz. Pomocy – skończył, patrząc na nią niepewnie.

Dziewczyna otworzyła usta, przechylając lekko głowę, po czym zamykając je i patrząc nad jego ramieniem na stojącego pod ścianą Robert'a, który zachęcając skinął głową.

Mimo to, jeśli zaczęłaby teraz mówić, mówiłaby o swoich uczuciach.

Co było dziwne.

Zwróciła wzrok na chłopaka i nieśmiało, niemal niepewnie, odezwała się:

- Um… - zerknęła na ciemnoskórego, który jej się przypatrywał – Ja…Uch… Nic mi nie jest?

Sam znowu odchrząknął.

- To miało być pytanie czy stwierdzenie? – jego jedyną odpowiedzią był mroczny wzrok i zmrużenie oczu – Okay, okay, rozumiem – pośpieszył przestraszony z odpowiedzią.

- Gdzie Banes? – spytała, ale on tylko wzruszył ramionami – Niech zgadnę, spotkanie z dziewuchami?

- Można tak powiedzieć – podrapał się po karku – W każdym razie, jesteś pewna? Nic, a nic, kompletnie nic ci nie dolega?

Cóż…

Jej plecy i klatka piersiowa nadal trochę paliły, ale było lepiej.

Czego nie można powiedzieć z jej psychiką, ale przecież wszyscy wiedzieli, że była dziwadłem, więc tego nie wspominała.

- Nie – wymamrotała dziwnie niespokojna jego intensywnym wzrokiem – Jest okay.

- Serio?

- Taa…

Patrzył na nią trochę, w czasie, kiedy ona zerknęła na ciemnoskórego, który posłał jej ciepły, pełny pochwały uśmiech, który tak dobrze znała z ćwiczeń. To sprawiło, że Brooke troszeczkę się rozluźniła, ale nie odwzajemniła gestu. Nie czuła się na siłach i on to rozumiał. Cicho ulotnił się z miejsca i poszedł pewnie w stronę pokoju rekreacyjnego.

- Więc… - zaczął nieco nieśmiało – Gdzie Sides i Sunstreaker?

- Nie wiem – przyznała, ciesząc się ze zmiany tematu – Nie jestem tutaj, żeby patrzeć na każdy ich krok – prychnęła.

- Ta, ta, ta – zgodził się szybko – Rozumiem – powiedział, dodatkowo kiwając głową, na co wywróciła oczami.

- Nie rozumiesz, prawda? – spytała z politowaniem.

- No, nie, ale nie w tym rzecz – uniosła do góry brew na jego odpowiedź, ale pozwoliła mu kontynuować – Nie dogadujecie się?

- Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego – odparła nieco ostro, na co się wzdrygnął, a ona mentalnie uderzyła z liścia w twarz – Są ze mną tylko z obowiązku, nikt nie wspominał, że muszę się z nimi kolegować – dodała.

- Bumblebee i ja się dogadujemy – rzucił nagle, a na jej pytający wzrok, wzruszył ramionami, razem z nią idąc w stronę jednego z hangarów – Brooke, uwierz. Gdyby robili to tylko z obowiązku, nigdy nie próbowaliby się z tobą zaprzyjaźnić.

- Znasz ich całkiem dobrze – prychnęła – Witwicky, oni podążają za rozkazami jak te marne pionki w szachach. Dopóki zasady się nie zmienią, grają tak samo.

- Czasami naprawdę nie rozumiem twoich wypowiedzi – stwierdził szczerze, co przyniosło na jej twarz niezauważalny uśmiech.

- Większość ich nie rozumie.

Jasper rozumiał.

Ale on nie był większością.

- Jak tam Nathalie?

Lennox natychmiastowo stanęła, jakby ją ktoś spoliczkował.

Dokładnie w tym samym momencie stanęli w progu pokoju rekreacyjnego, kiedy dostrzegła, że Epps uważnie obserwuje jak jej twarz robi się niemal blada.

Zacisnęła zęby, potem pięści, a na kocu zmrużyła niebezpiecznie oczy i popatrzyła mu w oczu.

- Może sam do niej pójdź i zapytaj, Witwicky – warknęła, szturmując w stronę żołnierza, który szybko zrobił dla niej miejsce przy stole i popatrzył pytająco, na co odpowiedziała skinięciem w stronę chłopaka, który wyglądał jakby zaraz miał tam paść.

- Nie, nie, Brooke, nie miałem tego tak na myśli! – powiedział, gorączkowo szukając jakiegoś słowa, które uśmierzyłoby jej nagłą złość – Przysięgam! Nie wiem… Po prostu, nie wiedziałem jak zacząć konwersacje. Naprawdę! Nie chciałem cię zdenerwować. Przepraszam!

- Więc spytałeś o osobę, której nienawidzę? – prychnęła z pogardą – Żałosne.

- Coś ty powiedział? – spytał ostro Epps, patrząc na blondynkę – Sam? – ponowił próbę, kiedy brunet nie odpowiedział.

- Spytałem o Nathalie – odparł – Ale- Na Boga, Brooke nie miałem tego tak na myśli. Nie chcę się z tobą przyjaźń dla niej! Pamiętasz? Mam dziewczynę! Która kocham i która jest ekstra! Nie…

- Daj spokój – odwróciła głowę – To był zły pomysł od początku – wymamrotała – Po prostu, zostaw mnie w spokoju – mruknęła w jego stronę, sprawiając, że spojrzał bezsilnie na ciemnoskórego, który tylko westchnął i pokręcił głową.

W końcu chłopak odszedł, a blondynka zamknęła oczy.

Dlaczego zawsze musi być taka naiwna? Dlaczego uwierzyła, że może chciał ją poznać? Przecież to znała, ciągle ten sam cykl. Niezmienna rutyna, nawyk, którego nie mogła przełamać.

Żałosna, wyszeptał jej umysł, głupia, naiwna…

Wzdrygnęła się ostro.

- Wiesz, że tego nie chciał – stwierdził, ale ona tylko potrząsnęła energicznie głową, trzymając się za brzuch.

Bezużyteczna, kontynuował swoją wypowiedź, jesteś nikim, nikt cię nie chce.

- Brooke? – tym razem jego głos brzmiał na bardziej zaniepokojony, ale dziewczyna nawet próbując się na nim skupić, nie potrafiła.

Wszyscy cię zostawiają, rodzice, przyjaciele, zaśmiał się szyderczo, ludzie są z tobą tylko dla wspaniałej, perfekcyjnej Nathalie.

- Hey… - zaczął, chwytając ją za ramie, ale Brooke w tej samej chwili, wstała i wystrzeliła z miejsca, alarmując mężczyznę w tym, że coś jest nie tak – Brooke!

- Co jest? – spytał zaniepokojony Lennox, pojawiając się koło niego, ale jego przyjaciel tylko potrząsnął głowa, również wybiegając z pomieszczenia.


Trafiła do łazienki i pierwsze, co, dopadła do zlewu i odkręciła lodowatą wodę, od razu pryskając sobie nią twarz i biorąc głębokie wdechy dla uspokojenia.

Naprawdę nie radziła sobie dobrze ze stresem.

Przełknęła ślinę, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Elektryczno niebieskie oczy, wpatrywały się w nią przestraszone, a blond włosy opadały jej prze głową. Na dodatek jej oczy były lekko podkrążone.

- Nienawidzę tego – wyszeptała.

Głosy były jej częścią, ale były uciążliwe. Niszczyły ją, jak i podtrzymywały przy życiu.

Każdego dnia budziła się, żeby pokazać im, że się mylą, że jest silna.

Nie żałosna, nie bezużyteczna.

Silna.

Nagle drzwi otworzyły się, a w nich pojawił się Epps, patrząc na nią dziwnie, ale nie zwróciła na to za wielkiej uwagi.

- Nic mi nie jest – warknęła ostro, kiedy otworzył usta, a kiedy jego wzrok nadal pokazywał niepewność, odwróciła się w jego stronę – Zrobiło mi się niedobrze, to wszystko – skłamała.

- Ta, jasne – mruknął, ale widząc jej wzrok, odpuścił – Będę na zewnątrz, dobrze?

Mogła pokiwać tylko głową.


Wyszła z łazienki po kilku minutach, nadal lekko blada, ale czuła się już lepiej.

Przynajmniej na tyle ile mogła się czuć.

Epps tam stał, tak jak powiedział, patrząc na nią podejrzanie, jednak zmyła go ostrym spojrzeniem, na które wywrócił oczami.

Nie mówiąc nawet jednego słowa.

Bo szczerze, co miała mu powiedzieć? Że mimo wszystko, czasami robiło jej się niedobrze na samą prawdę? Że słyszy głos, który używa na niej przemocy werbalnej? A może, że jej rodzina teoretycznie ją maltretowała? Bo faktycznie coś by jej to pomogło.

Jack był najgorszy, ale kiedy był pijany. Pewnie nawet nie pamiętał, że kiedykolwiek ją uderzył. Emily nie dbała o to, co się z nią działo, wbrew temu, co kobieta wszystkim próbuje wmawiać. A Nathalie? Jeśli Epps twierdził, że ona to diablica, to kim była ona?

Jej życie naprawdę było do bani.

- Pewnego dnia, wszystko mi powiesz – stwierdził sucho Robert, spoglądając na nią, kiedy zabrała swoją gitarę z podłogi i schowała ją w pokrowiec – Zobaczysz. Zwłaszcza o tym, kto cię bije, Brooke.

- Nie wiesz nic o moim życiu – odparła ostro – A ja nie mam zamiaru ci o nim opowiadać.

- Dlaczego? – spytał w końcu, zatrzymując ją chwycenie jej ramienia, kiedy przygotowała się do odejścia – Bo jesteś przerażona, że ktoś ci coś zrobi? Cóż, stań przed faktem, Lennox. Już coś wiem i dopóki mi nie powiesz, nie przestanę myszkować – stwierdził twardo.

Brooke przełknęła ślinę, mrużąc oczy, zbyt oszołomiona żeby cokolwiek odpowiedzieć.

Zacisnęła palce na gitarze i zmierzyła go stanowczym spojrzeniem.

- Co stanie się z waszym Dyrektorem? – spytała, zmieniając temat na jakiś bardziej przyziemny, na co Epps wywrócił oczami, ale westchnął.

- Prawdopodobne zostanie wyrzucony i zastąpi go ktoś inny – poinformował, na co kiwnęła głową – Łącznie z jego kolegami. Nie masz się, o co martwić – dodał po chwili.

- Nie martwię się! – zaprotestowała, na co machnął ręką.

- Jasne, jasne, Brooke – mruknął – W każdym razie, Sideswipe jest gotowy do zabrania cię do domu.

Teraz.

Na to Lennox prychnęła.

- Och, ale ja tam nie wracam – stwierdziła pod nosem z wywróceniem oczu, ale skinęła głowa na znak, że zrozumiała – Następnym razem, kiedy coś chcesz, zadzwoń. Nie chcę tutaj przebywać.

- Myślałem, że postanowiłaś dać im szansę – powiedział na głos, ale ona pokręciła głową.

- Zmieniłam zdanie – odparła krótko – Ale nie próbowałam jeszcze Krótkiego – wzruszyła ramionami na jego minę – Jazz. Srebrny, duży, gadający robot. No, wiesz. Ten, który zabawił się w Jezusa?

Epps popatrzył na nią, na co uniosła ręce w górę.

- Serio?

- Mogłam go nazwać gorzej, dobrze o tym wiesz – westchnęła, biorąc głęboki wdech i oglądając się za siebie, widząc od razu czekające na nią czerwone Lamborghini, koło którego na jej nieszczęście stało żółte auto – Ech, a myślałam, że Toster sobie odpuścił – mruknęła.

- Nieważne – wywrócił oczami – Tylko pamiętaj, żeby brać te tabletki od Jolt'a – przypomniał jej.

- Kogo? – zaraz, czekaj… - Och, masz na myśli Pana Dziwnego? Dobra, spoko.

- Brooke – westchnął – Co ja z tobą mam? I błagam – zaczął tym razem poważni małym wyrzutem w oczach – Następnym razem, kiedy coś się stanie to zadzwoń.

- Żebym musiała odpowiadać na stek nieważnych pytań? Nie dziękuję.

- Mówię poważnie – pokręcił głową – Nie jesteś sama.

Tak ci się tylko wydaje, pomyślała.

Zapomni o niej.

Za tydzień, dwa, miesiąc, może rok, ale zapomni. Zostawi ją i to ona będzie musiała cierpieć.

Ale Robert miał racje.

Nie była całkowicie sama. Nieważne, co się działo, zawsze mogła do niego przyjść. Sęk w tym, że była za bardzo przerażona.

Bo nie miało znaczenia dla niego to, jaka była w stosunku do innych. Dla niego ważne było to, że była sobą i nie martwiła się tym, co myślą o niej inni.

- Może nie – wykrztusiła – Ale to nie ma znaczenia.

Odwróciła się całkowicie, mężczyzna puścił jej ramie, a ona odeszła w stronę czekającego na nią Sideswipe'a, nie słysząc tego, co powiedział Epps.

- Dla mnie ma.


Me: Oj, Epps, biedny ty człowieku.
Brooke: Nienawidzę cię.
Me: Większość ludzi mnie nienawidzi, nie bardzo mnie to dziwi.
Brooke: Torturujesz go.
Me: Nie wiedziałam, że ci zależy.
Brooke: ...Nie...zależy.
Me: Jasne, jasne. W każdym razie, kolejny rozdział, a ja się odmeldowuje i wracam do The Lightning ;)

rybkakoi: Wiem, jestem okropna :D