Nienawidzę ich, pomyślała Brooke z grymasem, jedząc niechętnie postawione przed nią jedzenie i krzywiąc się na jego smak, jakby nie mogli wynająć kucharza.

Bo mogli. Byli bogaci, nawet, jeśli większość pieniędzy spędzali na alkohol i narkotyki to mieli taką możliwość i może, może nie musiałaby jeść tego świństwa, które Emily nazwała śniadaniem. Dla niej jednak wyglądało to jak przypalony tost polany czymś śliskim.

Kończąc kanapkę, Brooke wstała cicho i podeszła z talerzem do zlewu, szybko chcąc go zmyć i wyjść z domu. Na jej szczęście nikt z Williams'ów nie miał za bardzo ochoty na rozmowę. Przynajmniej dopóki nie zadzwonił telefon i Nathalie musiała wstać i go odebrać. Wróciła dokładnie po minucie, kiedy dziewczyna skończyła swój obowiązek i zmierzała do swojego pokoju po swoje rzeczy.

- Hej! Dziwolągu! – zawołała, kiedy była przy schodach, po czym rzuciła jej urządzenie – Jakiś Witkkiky do ciebie.

Witwicky, ty bezmózga kreaturo, pomyślała z irytacją, chwytając telefon i przystawiając go do ucha w momencie, kiedy słyszała jakiś krzyk po drugiej stronie.

- …Zamknąć się! – syknął chłopak, kiedy Brooke wymusiła zwykłe „dzień dobry" i zniżyła się do tego poziomu, że nawet użyła życzliwego głosu – Hej, Brooke. Jesteś dziś zajęta?

Mimo zdziwienia, że faktycznie użył mniej słów niż zazwyczaj, Lennox miała ochotę odpowiedzieć, że tak i nie ma na niego czasu. Mentalnie jednak uderzyła się w twarz z liścia i wewnętrznie westchnęła.

- Zależy – odpowiedziała po chwili.

- Świetnie! Znaczy się to dobrze… Ugh, przepraszam Brooke – dziewczyna prychnęła, widząc, że stary Sam powrócił – Moglibyśmy się spotkać? No, wiesz, jak starzy znajomi. Lennox chciałby cię trochę bliżej poznać, a Jazz chciał podziękować.

- Jazz… - zawahała się, po czym wywróciła oczami – Ach, ten – mruknęła bez entuzjazmu i westchnęła – Przekaż mu, że nie ma, za co, a Lennox'owi powiedz, że nie mogę.

- Dobra, czekaj chwilę – Brooke zacisnęła zęby, słysząc jak powtarza to, co powiedziała, po czym usłyszała, że rozdzwania się kolejny telefon, tym razem jej przybranej matki w salonie.

Minęła chwila, blondynka miała ochotę się rozłączyć, kiedy Emily wparowała do holu i popatrzyła na nią z uśmiechem.

- Twoi przyjaciele zapraszają nas na obiad o szesnastej – poinformowała ją, kiedy dziewczyna z telefonem w ręku popatrzyła na nią wzrokiem mówiącym „WTF, człowieku?" i uniosła do góry brew – Przygotuj to, co musisz, dobrze?

Brooke przez chwilę tam stała w ciszy, kiedy kobieta odeszła, aż wreszcie do niej dotarło, kto mógł za tym stać. Spoglądając na zegar, wróciła do rozmowy, sycząc przez zęby.

- Przekaż Epps'owi, że stanie przed Bogiem o szesnastej.

Z tym zdaniem rozłączyła się, odkładając telefon z hukiem na szafkę.

Zabiję go, pomyślała.


O piętnastej, Brooke stała w wydartych jeansach i bluzce w niebieskim kolorze ze słuchawkami w uszach przed domem i czekała, aż łaskawie jej rodzina wyjdzie w końcu z mieszkania i będą mogli jechać, żeby mieć to za sobą. W pewnym momencie, Lennox wywróciła oczami i miała zamiar zawrócić, kiedy Emily pojawiła się koło niej i posłała uśmiech, na który dziewczynie momentalnie zrobiło się niedobrze. Tylko jedno wspomnienie o tym jak jej oddech pachniał Jack Daniels'em…

- Brooke, nic ci nie jest? Wydajesz się jakaś blada, kochanie – stwierdziła, marszcząc czoło na jej nagłą zmianę w nastroju.

- Nic mi nie jest – warknęła niemiło, nie mogąc się powstrzymać – Ja jadę z moim strażnikiem – poinformowała, kiwając na czerwone Lamborghini – Jedźcie za nami, tak żebyście się nie zgubili.

Nie żebym się obraziła, gdyby tak się faktycznie stało, pomyślała, odchodząc od niej i podchodząc do auta, otwierając drzwi i szybko wchodząc do środka. Ignorując Sideswipe'a totalnie, dziewczyna szybko włączyła MP3 i zamknęła oczy.

Tak bardzo chciała mieć ten koszmar za sobą.

Weszła do domu Lennox'ów nadal ze słuchawkami w uszach, chcąc tylko wejść, zjeść, ulotnić się i pójść spać, a nie cierpieć konsekwencje swojego zachowania wobec innych jak zawsze. Zauważyła Epps'a, więc szybko zatrzymała się i przygotowała do szybkiego zwrotu w tył, kiedy mężczyzna z refleksem chwycił jej ramie i zdjął jednym ruchem urządzenia z których wydobywała się muzyka.

- No, Brooke, gdzie twoje maniery? – spytał, a ona prychnęła, wyrywając rękę z jego uścisku i podejrzanie patrząc na Sam'a i Mikaelę w tle za nim, rozmawiających o czymś.

- Poszły spać – odpowiedziała, mrużąc oczy – Nie mogłeś się powstrzymać, co? Mówiłam, że nie chcę mieć z wami nie wspólnego – syknęła, ale on pokręcił głową i westchnął, wskazując na nadal niezagojony siniak na jej obojczyku, który próbowała zakryć ubraniem.

- A ja mówiłem, że dowiem się, co się z tobą dzieje – stwierdził stanowczo – Brooke, nigdy nie kłamałaś mi w żywe oczy, chcę wiedzieć, dlaczego.

Prawda w kłamstwie.

Nie kłamała przy nim, starała się być szczerza na tyle ile ją było stać, ale teraz nie mogła. Nie było mowy, żeby w ogóle pozwoliła mu dowiedzieć się o tym wszystkim.

- Nie chcesz wiedzieć – prychnęła – Wierz mi, nie chcesz być w tym bagnie.

Miał coś powiedzieć, kiedy zostali zawołani do jadalni. Posłał jej ostatnie spojrzenie, zanim razem z nią, poszedł w wyznaczonym kierunku.


- Więc jak poznaliście się z Brooke? – spytała uprzejmie Emily, kiedy Nathalie prychnęła, patrząc jednak lekko przestraszona na Ironhide'a, który naprzeciwko niej siedział i spoglądał na nią nieufnie.

- Zostałam potrącona – dziewczyna odezwała się zanim ktokolwiek otworzył usta i zerknęła na Ratchet'a – Trafiłam na trzy dni pod opiekę doktora Hatchet'a – uśmiechnęła się wewnętrznie na jego skrzywienie, ale na zewnątrz pozostała obojętna.

- Yhm – mruknęła kobieta, wracając od jedzenia, kiedy odezwał się jej mąż.

- Wybaczcie, ale nie złapałem pana imienia – uśmiechnął się sztucznie, co od razu zauważył Epps, ale nic nie powiedział, kiedy William odpowiedział skinięciem głowy.

- Nie szkodzi – uśmiechnął się profesjonalnie – William Lennox, panie Williams.

Jack nagle zastygł patrząc na Brooke, która natychmiastowo przełknęła ślinę.

- Lennox? – powtórzył – Co za…

- Totalny zbieg okoliczności – powiedziała wymijająco blondynka pośpiesznie, uzyskując od niego ostre spojrzenie, na które schyliła głowę.

- Czyżby? – jego wzrok mówił wszystko, zamierzał ją skrzywdzić – Jeśli nam wybaczycie, muszę porozmawiać z moją córką na osobności.

Tym razem Lennox zamarzła, czując raptownie jak ogarnia ją przerażenie. Jej oczy były tak wytrzeszczone, że miała pewność, że wszyscy to zobaczyli. Mimo to wstała, trzymając się za dłonie, które zaczęły się trząść w momencie, kiedy odeszła od stołu do kuchni.

Spodziewała się po nim wszystkiego.

Ale nie tego, że zrobi coś w domu wojskowych.

Stojąc jak kopnięte szczenię w pomieszczeniu, Brooke czekała.

- Zamierzałaś mi łaskawie powiedzieć, że to jakiś twój krewny? – wysyczał cicho.

Dziewczyna wzdrygnęła się na jego ton głosu.

- Nie. Znaczy się, to nie jest mój krew… - ucięła, czując ostry ból w jej prawym policzku i zamykając mocno oczy.

- Nie odpowiadaj mi, ty bezwartościowy bachorze – warknął, chwytając ją mocno za nadgarstek i zmuszając ją do spojrzenia na niego, oczami pełnymi strachu, kiedy jego usta znalazły się blisko jej ucha – Jeszcze jeden taki wybryk i wiesz, co się z tobą stanie, zrozumiano? – wysyczał.

Dziewczyna szybko pokiwała głową.

- Tak, sir – powstrzymała jakoś łzy, chociaż z każdą sekundą stawało się to cięższe i blondynka musiała kilkakrotnie pomrugać, żeby szybko doprowadzić się do poprzedniego stanu.

Boże, jak ona tego nienawidziła.


Kiedy weszli z powrotem do jadalni, trzymała się za zaczerwieniony policzek i cicho zaczęła jeść, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego domu. Czuła na sobie wzrok Epps'a, oczywiście, ale także jej strażnika i jego brata, który patrząc na niego, zmrużył oczy, zanim znowu spojrzał na nią.

Słuchała jak jej macocha przechwalała się Nathalie, która dumnie uśmiechała się do wszystkich. Mimo to, czuła, że nikt nie był nią zainteresowany jak w szkole. William uśmiechnął się sztucznie, Sarah również. Zupełnie jakby im to nie imponowało.

Ale w pewnym momencie, blondynka nie mogła tego znieść, kiedy zeszli na temat konkursu, który Nathalie „rzekomo" wygrała. Wtedy, Brooke mimo bólu i strachu, odważyła się na wtrącenie się do rozmowy.

- …i wtedy sędzia powiedział, że jestem….

- Sędzia nie mógł ci niczego powiedzieć, bo nie zajęłaś nawet trzeciego miejsca – powiedziała beznamiętnie Lennox, patrząc na talerz z jedzeniem przed nią, nie ważąc się na podniesienie wzroku, kiedy wszystko ucichło i znaleźli się w czystej ciszy.

- Słucham? – Nathalie zacisnęła zęby, patrząc na nią ze słodkim uśmiechem.

Brooke wiedziała, że powinna siedzieć cicho, nie powinna reagować na takie przechwalanki, bo szczerze nic dla niej nie znaczyły, ale nie potrafiła. To nie było fair.

Zdając sobie całkowicie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim się znalazła w jednej sekundzie, Lennox odważnie uniosła do góry wzrok, spotykając go ze wzrokiem swojego ojczyma i biorąc głęboki wdech, mrużąc jednocześnie oczy.

- Powiedziałam – tym razem powtórzyła to o wiele głośniej – że sędzia nie mógł niczego ci powiedzieć, kiedy nie zajęłaś nawet trzeciego miejsca.

Grobowa cisza. Nikt, ani nic się nie ruszało, ani nikt nic nie mówił. Jedyne odgłosy to były wdechy i wydechy innych.

- Zamknij się, Dziwolągu – prychnęła – Jesteś zazdrosna, bo w przeci…

- Z chęcią słuchałabym twojej lektury na temat, jaka to ty jesteś boska, ale normalnie nie mam na to ochoty, Wiedźmo – odpowiedziała z pogardą – Ludzie rodzą się żeby być sobą, a nie żeby być ideałem. Więc… w przeciwieństwie do ciebie, ja nie jestem marną podróbka Barbie – warknęła, po czym wstała, widząc spojrzenie Jack'a i oburzenie ze strony Emily, ale w tamtej chwili naprawdę ją to nie obchodziło. Pobiłby ją tak czy siak, więc co za różnica, z jakiego tym razem powodu?

- Brooke, siadaj – rozkazała czarnowłosa, patrząc na nią zaalarmowana.

- Dziękuje postoje – syknęła na nią, po czym zerknęła na Sarah – Obiad był smaczny, dziękuję pani Lennox. A teraz – rozejrzała się po pomieszczeniu – Wybaczcie, ale mam inne, ważniejsze sprawy niż siedzenie z najbardziej fałszywymi osobami na całej kuli ziemskiej.

Nie przegapiła tego, że Epps wyszedł za nią, ale nie zrobiła niczego, żeby powiedzieć mu, żeby ją zostawił w spokoju.

Nie miała najzwyczajniej w świecie siły na siedzenie z nimi i rozmawianie o kłamstwach.


Jednym z plusów posesji Lennox'ów była duża powierzchnia na której dosłownie można było się zgubić. Brooke przeszła obok wszystkich aut, które zaparkowane były na zewnątrz i doszła do jednego z płotów odgradzających pole, czując jak wściekły na coś Epps siedzi jej na ogonie i chwyta mocno za ramie, żeby ją zatrzymać.

I dokładnie w tej sekundzie, mężczyzna zauważył czerwony ślad na jej policzku, który dziewczyna starła się ukryć.

Już wiedziała.

Epps nie był głupi. Potrafił dodać dwa do dwóch. Nic trudnego dla faceta takiego jak on. Patrzył na nią, zaciskając zęby, na jego twarzy malował się gniew, chociaż wiedziała, że większość niego była skierowana na jej ojczyma. Nie bardzo to rozumiała, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Stała przed nim, zamykając oczy i chcąc uniknąć wzroku pełnego współczucia.

- To był on – stwierdził bardziej niż zapytał – Prawda? Przez cały ten czas…

Uciął, nie wiedząc jak to wyrazić słowami.

Był wściekły na Jack'a i na Emily i na Nathalie, teraz widząc prawdziwy powód dla którego dziewczyna tak bardzo nimi gardziła i próbowała spędzać każdą wolną chwilę poza domem. Nie pojmował… Naprawdę nie wiedział, co w tamtej chwili miał zrobić.

Zależało mu na Brooke, oboje to wiedzieli. Była uparta, sarkastyczna, miała czasami problemy z gniewem, nie dopuszczała do siebie innych i kiedy dochodziło do bliższego spotkania, uciekała gdzie pieprz rośnie. Jedynym w jej życiu wyjątkiem był on i nieznajomy przyjaciel, którego Robert nie miał przyjemność spotkać.

- Przestań – poprosiła, chociaż jej ton głosu nadal był stanowczy i ostry – To nie ma…

- Przysięgam, że jak jeszcze raz wylecisz mi z „to nie ma znaczenia" to zamknę cię w pokoju i nie wypuszczę dopóki nie przestaniesz tak mówić – zagroził poważnie, wskazując na nią palcem i mrużąc oczy, kiedy parsknęła cichym śmiechem – A teraz, do rzeczy, dziewczyno. Kiedy to się zaczęło?

- A może jakieś trudniejsze pytanie? – podsunęła sucho, na co wywrócił oczami.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

No…

Dobrze, to zdecydowanie zalicza się do trudniejszych pytań w głowie Brooke, kiedy to sobie przemyślała.

Niezdecydowana, lekko się wiercąc, wzruszyła ramionami.

- Byłeś zajęty – odparła, a widząc jego wzrok, westchnęła, schylając głowę – Okay, nie, to nie był cały powód – przyznała.

- Nie zamierzasz mi powiedzieć – stwierdził, krzywiąc się, na co popatrzyła na niego znacząco – Dobra, co to było w środku? Byłaś spokojna i nagle jakieś boom, wejście smoka.

- Mówiłam im tylko prawdę – parsknęła pogardliwie – Nathalie nie wygrała wtedy tego konkursu, bo okazało się, że oszukiwała – wzruszyła ramionami, patrząc na budynek z którego wychodzili jej adopcyjni rodzice i siostra i momentalnie wiedziała, że Jack już szykuję butelkę alkoholu specjalnie dla niej.

Podążając za jej wzrokiem, oczy Epps'a znowu ściemniały i popatrzył z nienawiścią na mężczyznę, który rozmawiał jeszcze z Lennox'em, który posłał pytające spojrzenie w stronę przyjaciela.

- Brooke, idziemy do domu! – zawołała kobieta, więc dziewczyna wewnętrznie przełknęła ślinę i ruszyła się z miejsca, tylko po to, żeby zostać zatrzymaną w pół kroku przez rękę żołnierza.

- Ona zostaje tutaj – odezwał się nagle, zwracając na siebie uwagę wszystkich.

Serce dziewczyny zatrzymało się, kiedy go usłyszała i posłała mu spanikowane spojrzenie, kiedy zobaczyła Jack'a, który natychmiastowo zacisnął usta w cienką linię, mimo to nadal wysilał się na uprzejmy uśmiech.

- Nie, moja…

- Brooke zostaje tutaj – powtórzył z większa mocą, podchodząc do mężczyzny, prostując się i mrużąc niebezpiecznie oczy – Masz z tym jakiś problem?

- Ale… - zaczęła jego żona, na co jej córka prychnęła.

- Chodź tato, jutro się z nią policzysz – mruknęła do niego, posyłając starszej dziewczynie złośliwy uśmieszek mówiąc wyraźnie, że sama o to zadba, jeśli będzie musiała i to sprawiło, że po plecach Brooke przeszły niechciane ciarki.

- Jasne – powiedział mężczyzna, po czym uśmiechnął się do blondynki, rozszerzając ramiona – Nie przytulisz swojego staruszka?

Sparaliżowana i dobrze sobie zdająca z sytuacji Brooke nie odważyła się na odezwanie się w tamtym momencie. Instynktownie cofnęła się minimalnie, czując jak zaczyna się prawdopodobnie trząść. Zacisnęła zęby tak mocno, że prawie zgrzytały i próbowała wmówić sobie, że nic jej nie będzie. W końcu była otoczona żołnierzami z każdej strony, Jack nie odważyłby się na cokolwiek przy takim tłumie. Zwłaszcza widząc, że Lennox blisko mu się przyglądał i szeptał coś do ucha swojemu strażnikowi, który w odpowiedzi kiwnął głową.

Jednak wtedy wzięła głęboki wdech i wymusiła na siebie uśmiech wart miliona, tak bardzo podobny był do prawdziwego. To był jedyny sposób, na chociaż próbę przekonania wszystkich, że nic jej nie jest i wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc z terrorem w umyśle i niezauważalnymi drgawkami podeszła do mężczyzny i wtuliła się w niego, w środku wzdrygając się, kiedy ją objął.

Epps zacisnął pięści, ale wtedy dziewczyna się od niego odkleiła i pokiwała mu dłonią na pożegnanie, kiedy rodzina Williams'ów się w końcu oddaliła i wsiadła do swojego auta.

Brooke tępo wpatrując się w ziemię, wzdrygnęła się, nie mogąc się powstrzymać i objęła się ramionami. To było obrzydliwe uczucie.

Nienawidziła go.

Sam jego dotyk wywoływał w niej mdłości.

I jedno było pewne: Potrzebowała czegoś na rozproszenie.

Dotarło do niej w jednej chwili, że przecież miała swoją MP3.

- Jak zdecydujesz, co chcesz ze mną zrobić, to daj mi znak – powiedziała szybko, po czym włączając muzykę, szybko odeszła w stronę wejścia do domu, mijając po drodze William'a, który popatrzył na nią zdziwiony, po czym pytającym spojrzeniem zjechał na Epps, korty przejechał bezradnie dłonią przez głowę.


Gapili się na nią, to było pewne.

Brooke wywróciła oczami, siedząc pod ścianą i próbując zagłuszyć ich rozmowy głośnymi tonami Katy Perry, E.T. Wiedziała, że im powiedział. Dlaczego by nie miał? To w końcu Epps. Robi, co mu się żywnie podoba.

Doskonale zdawała sobie sprawę, w jakiej znajdowała się sytuacji. Nie była głupia.

Tkwiła w takiej, a nie innej rodzinie, ale tak długo jak dostawała jedzenie i dach nad głową, mogła to wytrzymać. Chyba, że prędzej straci rozum. Co było mocno prawdopodobne, ale kto tam wie.

Sam i Mikaela chcieli do niej podejść, ale za każdym razem Robert ich cofał, kręcąc głową. Czuła, że ich to wkurzało i irytowało.

W końcu, ciemnoskóry do niej podszedł i dłonią pokazał, żeby zdjęła słuchawki, co zrobiła z niechęcią.

- Teraz… - zaczął, ale dziewczyna szybko przerwała mu ostrym wzrokiem.

- Czy podczas waszej narady – prychnęła z pogardą – Ktoś wyszedł z jakże cudownym planem na uratowanie mnie? – spytała z sarkazmem i pokręceniem głowy.

- Właściwie, to ja – blondynka wywróciła oczami – Słuchaj, Brooke, już i tak wiem, co się…

- Nie masz bladego pojęcia – wysyczała nagle, kiedy usłyszała jego słowa, wymówione w szczerym żalu i współczuciu, którego tak bardzo nienawidziła – co dokładnie się dzieje.

- No, to nie tak, że chcesz mi powiedzieć – odparł – Możemy ci…

- Nie – ucięła ostro.

- Och, na Miłość Boską, przestaniesz mi przerywać? – spytał zirytowany, na co wzruszyła ramionami – Możemy ci pomóc – dokończył.

- Nie możesz pomóc komuś, kto tego nie chce – prychnęła w końcu, wstając z podłogi i otrzepując spodnie – Wiesz, co zrobiłeś? – spytała wściekła.

Furia się w niej budowała, bo wyraźnie powiedziała, że nie chciała się z nimi spotykać. Postawiła jasno, że zgoda obejmowała tylko strażników.

A teraz? Jak tylko wróci dostanie takie lanie, że przez miesiąc nie będzie mogła wstać z ziemi, a jeśli w ogóle będzie mogła mówić, to będzie to cud.

- Brooke, nie wiem, o co ci teraz chodzi – stwierdził po chwili.

- Chcesz mi pomóc? Chcesz? – warknęła – To zostaw mnie w spokoju.

- Chcemy tylko pomó…

- Pomóc!? – syknęła z histerycznym śmiechem – Mocno pomogłeś mi godzinę temu, wiesz? On mnie zabije. Już dosyć tego, że walnął mnie za jedno, durne, nic nie warte nazwisko! Lennox! Pft! Też mi cholera coś. Nie możesz mi pomóc, rozumiesz?

Jej oczy dosłownie błagały, żeby przestał, ale co go to obchodziło. To nie tak, że…

- Tak źle? – spytał cicho.

Brooke z furią w oczach, popatrzyła w końcu na niego, zaciskając zęby.

Dlaczego wszyscy upierali się na pomaganiu jej? Nie prosiła o to.

- Epps – westchnęła, składając dłonie jak do modlitwy – Ukrywałam to przed tobą przez lata, przyznaje. Nie żałuje tego – stwierdziła cierpko, patrząc za niego – Witwicky wciągnął mnie do waszej pokręconej wojny, dobra? Spotkaliśmy się, przedstawiłeś mnie – wskazała dłonią na Autoboty w tle - …istotom z innej planety. Pogorszyłeś moje relacje w tej debilnej rodzinie. Ale rozumiem. Nie wiedziałeś. Dobrze o to zadbałam na samym początku.

- Naprawdę możemy pomóc – naciskał uparcie.

- Nawet jeśli – zaczęła, po czym widząc jego pełne nadziei oczy – i tutaj wielkie, jeśli, nawet byś spróbował, nie udałoby ci się. Jack jest zbyt ceniony w Tranquality żeby coś tak niedorzecznego było dla niego zagrożeniem.

- Jak tak na to spojrzysz – przyznał.

- Kończę osiemnaście lat za kilka tygodni – westchnęła – wtedy się wyprowadzam.

- Możesz zamieszkać u mnie – podsunął.

- Nie dzięki – prychnęła – Wracam do domu – postanowiła i zwróciła się w stronę wyjścia, kiedy mężczyzna chwycił jej nadgarstek i zatrzymał ją, sprawiając, że blondynka wywróciła oczami.

- Nie możesz…

- Dlaczego? – zaśmiała się okrutnie, jakby cała ta sprawa była dla niej żartem – Przetrwałam siedemnaście lat – zaznaczyła, wyrywając dłoń z jego ręki – W piekle do którego zesłała mnie moja biologiczna rodzina. Przeżyłam traumę, o jakiej ty mógłbyś pomarzyć. Myślisz, że swoimi honorowymi zachciankami coś wskórasz? Żałosne – prychnęła z pogardą.

- Chcemy pomóc – naciskał desperacko, kręcąc głową – Wszyscy.

Brooke jedynie przejechała wzrokiem po obecnych.

- Myślisz, że Witwicky albo Banes dbają o to, co się ze mną stanie? – potrząsnęła głową – Jest cienka linia pomiędzy pomaganiem, bo się chce, a pomaganiem, bo jest ci czegoś żal – stwierdziła sztywno – Nie potrzebuję ich, nie chcę ich.

- A co ze mną?

Blondynka przełknęła gulę, która rosła jej w gardle i zignorowała okropny ból w sercu, kiedy zmuszała się do wypowiedzenia następnych słów.

- Odszedłeś – zmierzyła go wzrokiem – Jesteś taki jak wszyscy.

- To nie ja odszedłem! – oburzył się, cofając się o krok jakby go poparzyła, ale ona nawet na niego nie zerknęła, tylko skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.

- Wybrałeś, a ja uszanowałam twój wybór – jej wzrok wbił się w jego oczy, sprawiając, że czarnoskóry zamilkł – To koniec. Nie jestem tutaj z własnej woli. Nie chciałam tej wojny.

- My także jej nie chcieliśmy – stwierdził ostro, po raz pierwszy tracąc panowanie – Więc weź się w garść i staw czoła konsekwencjom, bo tym razem nie ma szansy na ucieczkę, Lennox!

Stała tam, oniemiała.

Nigdy nie krzyczał.

Chyba, że na szkoleniu, ale nigdy nie na nią.

I to…bolało.

Bo wiedziała w głębi, że miał rację i zachowywała się samolubnie, ale cholera! Ona też chciała mieć coś z życia, jakiś sens, cel. A nie tylko chodzić nieczuła po ulicach.

W końcu przełknęła ślinę, odwracając wzrok i chowając rozszerzone oczy.

William wpatrywał się z pytającym wzorkiem w dziewczynę, kiedy Mikaela i Sam popatrzyli na siebie, jakby zadając sobie w myślach nieme pytania, kiedy w końcu zerknęli na blondynkę, która zacisnęła pięści.

- Myślisz, że to łatwe? – spytała – Nie jestem żołnierzem na twoje rozkazy.

- Nie rozumiesz? Decepticony nie dbają o to czy tego chciałaś czy nie. Zabiją ciebie, twoją…

- Nie mam rodziny – warknęła w końcu, przerywając mu szorstko – I w tym problem. Walczysz dla swojej rodziny, przyjaciół, miłości. JA tego nie mam. Po co mam walczyć? Bo ty chcesz? – prychnęła – Czego oczekujesz? Nie powinnam tu być, tobie nie powinno zależ…

…Co?

Ucięła, jakby sama łapiąc się na błędzie.

Dlaczego miałby mu zależeć? Przecież nikomu nie zależało. Nikomu poza Jasper'owi, ale jego teraz nie było. Była sama…prawda? Epps odszedł. Zostawił ją…

Tak? Czy teraz wszystko jej się mieszało? Czegoś brakowało, wiedziała to, ale nie miała pojęcia, czego.

- Powinnam być z Williams'ami czy tego chcesz czy nie – dokończyła, jakby przed chwilą się nie pomyliła – Powiedziałeś, że mam się zgodzić tylko na strażnika, nie było mowy o ciągłym zawracaniu mi głowy – stwierdziła.

- Tego chcesz? – oblizał wargi, mierząc ją wzrokiem – Chcesz życia tam? Z nimi? Czy ty się słyszysz? Możemy pomóc. Chcemy pomóc. Nie znasz Sam'a, nie wiesz może by wam się udało? Może w końcu miałabyś przyjaciela? Dlaczego tak bardzo się ukrywasz?

- Dlaczego ci zależy? – spytała zamiast odpowiedzenia – Nie jestem tego warta, uwierz mi.

- Tak trudno ci to pojąć, Brooke? – zamknął sfrustrowany oczy.

- Pytasz dziewczyny, która została porzucona, pobita i poniżana? – odezwała się po krótkiej chwili namysłu, zwracając na siebie kilka par oczu – Czy dziewczyny, którą poznałeś ty? – ciągnęła jakby niewzruszona – Chcesz mi pomóc, ale ty, jako pierwszy powinieneś domyślić się, że tylko pogarszasz całą sytuację. Ja nie mogę pozwolić sobie na coś takiego jak Witwicky, nie jestem nim. A wiesz dlaczego?

- Dlaczego? – zamiast niego, odezwała się Mikaela, mrużąc oczy.

- Bo z nas wszystkich, to ja jestem w ślepym zaułku – stwierdziła szorstko – To ja jestem tutaj outsiderem. To ja wskrzesiłam cholernego gangstera z jakiejś magicznej Studni. To ja jestem tutaj ofiarą przemocy w domu i tak – wzięła głęboki wdech – Przyznaję, że nią jestem, chociaż planowałam tego mówić komukolwiek z was.

- Rzecz w tym…?

- Rzecz w tym, że nie możecie oferować pomocy komuś, kto jej nie chce – dokończyła, odwracając się – I nie zapragnę jej w najbliższym czasie. Nawet, jeśli przywiedzie mi ona śmierć.

Wiedziała, że nie chciała, by to się stało, ale nie było innego wyjścia.

Znała plusy i minusy swojego życia, jak i swoje zalety i wady, ale najbardziej świadoma była tego, że gdyby naprawdę potrzebowała ratunku, nikt nie przyszedłby do niej z pomocną ręką.

…I cholera, brzmiała jak męczennica.

Pokręciła głową i bez słowa wyszła.

Nie chciała teraz stawiać czoła ich pytaniom i spojrzeniom.

Najlepiej by było jakby wcale tego nie musiała robić.

Ale wiedziała lepiej.

Jak zawsze zresztą.