Po tamtym wydarzeniu, Epps się do niej nie odezwał. Nie wiedziała czy miała być szczęśliwa z tego powodu czy raczej zawiedziona, ale pogodziła się z tym. Mimo wszystko tak powinno być na początku. Sideswipe był cicho, niemal przestał się niej zagadywać, a Sunstreaker był sobą.
A Williams'owie wyjechali. Bóg wie, kiedy wrócą do domu. Możliwe, że za dwie godziny, ale Brooke nie zamierzała się tym męczyć, zamiast tego wyszła z domu. Zacisnęła usta, kiedy jej wzrok napotkał dwa Lamborghini, ale od razu się opanowała.
Uczucia były złe.
Każde ją raniło, nieważne jakie.
Ale tym razem było inaczej.
Teraz to była totalnie sama.
I w pewnym sensie nie mogła się pozbyć wrażenia, że jej to przeszkadzało.
- Dlaczego nie? – zaskomlił Jazz, chodząc za William'em, który uparcie próbował go zignorować i dalej robić swoje poranne czynności – Sides i Sunny są z nią cały czas, dlaczego ja nie mogę?
- Czemu ci tak na tym zależy? – westchnął w końcu, przeglądając jakiś folder, który dostał od Epps'a – Dopiero wróciłeś, zamierzasz spędzić ten czas z Brooke której nie znasz?
Jazz prychnął, jakby jego pytanie było niedorzeczne, a odpowiedź całkowicie niepotrzebna. Prawda, dopiero wrócił, prawda miał spędzić ten czas z innymi i prawda, nie znał Brooke, ale to go męczyło. Nienawidził tego, że za każdym razem, kiedy spojrzał na Roberta w jego oczach czaił się smutek i nikt nie mógł go zlikwidować.
- Uratowała mnie – stwierdził już lekko poirytowany.
- Rozumiem, ale ona widocznie nie chce nas widzieć – powiedział z pokręceniem głowy, na co Jazz wywrócił oczami, ale zamilkł na dobrą chwilę.
- Was – odezwał się nagle, na co William uniósł do góry brew – Nie chce widzieć was. A ja mam dosyć tego, że za każdym razem, kiedy ktoś porusza jej temat, wszyscy nagle stają cię cisi.
Lennox przerwał to, co robił, a jego wzrok ściemniał.
- Zgoda – poddał się – Ale nie denerwuj jej – ostrzegł pośpiesznie, kiedy tamten tylko wywrócił oczami i odjechał.
Zaraz, kiedy zniknął, mężczyzna zamknął oczy i wypuścił sfrustrowany powietrze.
- To się nie skończy dobrze…
Digital Daggers, Where the lonely ones roam brzmiało w słuchawkach Brooke, kiedy szła ulicami Tranquality rano, zaraz po swoim porannym biegu, na który o dziwo miała siłę. Gdzieś pomiędzy dziewiątą a dziesiątą udało jej się zgubić Sideswipe'a i uznała to za sukces, bo nadal jej nie odnalazł. Ale nie mogła mu się dziwić. Jeszcze nigdy nie zapuszczała się w okolice cmentarza.
Jej serce boleśnie się ścisnęło, kiedy spojrzała na bramę. Wiedziała, wiedziała tak dobrze, że nie powinna byłą tutaj przechodzić, bo zawsze kończyła przygnębiona, ale musiała ją odwiedzić. Chociaż ten jeden ostatni raz zanim wróci.
Kiedy przełknęła ślinę, przeszła przez przejście i udała się dobrze znajomą drogą na zachód. Zaciskając palce na odtwarzacz, doszła do odpowiedniego nagrobka i tępo spojrzała na napis. Nienawidziła tego, że za każdym razem wydawało jej się to imię takie odległe, jakby wcale go nie znała. A znała. To była osoba, która wychowała Jasper'a, osoba, której dziewczyna nie poznała, ale była jej wdzięczna.
Huh, naprawdę wariuje, pomyślała.
Ale Jass był wyjątkowy. Arogancki, chytry i czasami podły z tą sławną łagodną stroną, którą okazywał tylko jej i jej włącznie. On był powodem dla którego Brooke walczyła dalej, dla którego nie poddawała się z powodu małych rzeczy.
Nawet jeśli pomiędzy była żałosnym dzieckiem, które chciało rodziny i przyjaciół.
Ale ludzie nie zostawali na długo, żeby zorientowali się, że to wszystko to zwykły akt, którego za Chiny Ludowe nikt jeszcze nie przejrzał poza Jasper'em.
- To idiotyzm – powiedziała na głos, jej oczy jakby za mgłą – Chciałam…chciałam, żeby odeszli, ale… - odwróciła wzrok, jakby nie mogła znieść samego patrzenia na grób przed nią – Nie wiem, czego chcę – stwierdziła cicho – Epps nie wie, nie rozumie jak to jest, kiedy Jack przychodzi. Nie wie, co się dzieje w piwnicy, a ja nie mogę mu powiedzieć. Patrzyłby na mnie inaczej, jakbym była słaba. Uczucia to słabość. Tak powiedział, wiesz?
Odpowiedział jej wiatr, który rozwiał jej blin włosy na boki.
- Jasper miał wrócić, pomyślałam, że może chciałabyś to wiedzieć – przyznała nieśmiało – Nie wiem kiedy. Tylko on wie. O Williams'ach, ale… Epps coś podejrzewał od początku, a teraz ma dowód. Przyznałam to…Jaka ja głupia byłam! – wydała z siebie dźwięk dezaprobaty na swoją reakcję – Dlaczego nie zaprzeczyłam? Powinnam. Nie rozmawia już ze mną. Wszystko zepsułam. Jak zawsze. Nathalie będzie taaaaka dumna.
Nagły szelest sprawił, że dziewczyna natychmiastowo się odwróciła i z szeroko otwartymi oczami spojrzała na przybysza ze znajomym znakiem na kurtce.
- A ty, jakim cudem mnie znalazłeś?! – spytała ostro, jej wtedy zamglone oczy rozpaliły się do swojego poprzedniego, elektrycznego koloru – A gdzie ten czerwony idiota?
Jazz tylko prychnął i się zaśmiał.
- Jestem szpiegiem – odpowiedział na pytanie – Sideswipe nadal przeszukuje centrum handlowe – wzruszył ramionami.
Szukał mnie w centrum handlowym?, pomyślała z pogardą, na to nawet Nathalie by się zaśmiała. Popatrzyła z powrotem na chłopaka, ale nie mogła zobaczyć jego oczy, gdyż zasłonięte były dziwnymi okularami. Z jakiegoś powodu, objęła się ramionami i cofnęła o krok, mierząc go nieprzyjaznym spojrzeniem, kiedy jego wzrok powędrował w dół.
- Kim jest Jasper? – spytał.
Zamarzła w miejscu.
- Nie twój interes – warknęła ostro, jej oczy ponownie rozbłysły jakby w przypływie emocji, kiedy zacisnęła zęby, ale chłopak tylko prychnął.
- Jasne – zakpił, na co blondynka wywróciła oczami – Więc…kim jest? Jeśli martwisz się o to, że komuś powiem, to nie potrzebnie. Ludzie tacy jak ja, nie mają tendencji do przypadkowego wypaplania sekretów innych.
- Nikt nie powiedział, że nie zrobisz tego specjalnie – zauważyła, na co na jego twarz wstąpił uśmiech.
- Prawda… - stwierdził – Ale z tego, co słyszałem nie jesteś strachliwa. Zaryzykuj.
Brooke zmierzyła go wzrokiem, sfrustrowana, że nie mogła zobaczyć jego oczy, ale przechylając lekko głowę w bok, spuściła wzrok. Nie znała go, szczerze nie wiedziała, kim jest, chociaż jedno imię wypaliło jej się w pamięci w sekundzie, kiedy otworzyła usta.
- Jazz – powiedziała na głos, a kiedy ten uniósł wyżej głowę, jakby pytając, o co chodzi, ona tylko potrząsnęła głową – Ty… Ty jesteś tym, którego przywróciłam do życia.
- Za co jestem wdzięczny, ale wróćmy do tematu – zasugerował.
Ach, racja.
Zadał pytanie.
- Jasper jest…był moim… - zacięła się, niepewna jak go opisać – Mógłbyś powiedzieć przyjacielem.
Jazz pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Jednak… - zawahała się, spoglądając na niego podejrzliwie – nie powinieneś był tego podsłuchiwać. To niegrzeczne.
- Sorki, ale jestem online dopiero jeden dzień – jego ton wskazywał, że nie było mu nawet trochę przykro, a nawet wykorzystywał to na swoją korzyść – Więc… - spojrzał jej na słuchawki – Słuchasz muzyki?
- Yhm – mruknęła, unosząc do góry brew – A co?
Epps wytrzeszczył oczy, stojąc w bezruchu, kiedy William do niego podszedł.
- Co tam? – spytał, na co tamten skinął przed siebie – Och… - wymsknęło mu się, kiedy zobaczył Brooke i Jazz'a, opierających się o nowiutkie Porsche 918 Spyder w srebrnym kolorze – Hej! Od kiedy mamy Porsche?
- Nie mamy – stwierdził z przekąsem, kiedy się ocknął – Nie mamy także Brooke, a jednak… - pokręcił głową z niedowierzaniem.
Lennox podrapał sobie kark i uśmiechnął się sam do siebie.
Jazz obserwował Brooke, kiedy ta zacisnęła usta w cienką linię, widocznie bijąc się z myślami, kiedy zaoferował jej tablet. Lekko drżącą dłonią sięgnęła po urządzenie i chwyciła, opierając się o chłopaka plecami. Jakby zafascynowana, umieściła tablet w obu rękach i odetchnęła głęboko, kiedy nic jej się nie stało.
Lennox przejechała palcem po ekranie, wstukując nazwę tego, czego szukała i mrużąc oczy. Sabotażysta na chwilę uniósł wzrok, kiedy zobaczył, że zbliżał się do nich Epps, ale nic nie powiedział. Zamiast tego uniósł brwi, kiedy blondynka oddała mu urządzenie i wskazała na stronę.
- Stand in the rain? – zapytał, przypatrując się słowom – Masz świetny gust – mruknął do siebie, kiedy Brooke popatrzyła przed siebie i się spięła, jakby przylegając bardziej do Jazz'a, który w odpowiedzi spojrzał na nią pytająco.
- Hej – wymamrotała cicho, kiedy do nich podszedł.
- Hej – wyrzucił z siebie, spoglądając później na sabotażystę – Porsche? – spytał, a tamten wzruszył ramionami.
- Pomysł Brooke tutaj – wskazał z uśmiechem chłopak – Powiedziała, że Pontiac nie pasuje do mojej osobowości – stwierdził kwaśno, a tamta prychnęła.
- Bo nie pasuje – powiedziała prosto, patrząc potem na sierżanta – Mówiłam mu, że nie powinnam tutaj przyjeżdżać, ale on się uparł. To, i Czerwony Idiota miał się tutaj zaraz pojawić, a Jazzman powiedział, że muszę go przeprosić – sztylety w jej oczach, totalnie były skierowane w stronę srebrnowłosego, ale tamten tylko wzruszył ramionami.
- Siders szukał jej po całym centrum handlowym – wyjaśnił z rozbawieniem.
- Jazzman? – spytał, zdezorientowanie wypisane na jego twarzy jakby czerwonymi literami – Zaraz…Co? Jak? Coś ty jej zrobił? – spytał, widocznie skołowany.
- Muzyka, stary, muzyka – pokręcił ze śmiechem głową.
Epps przechylił głowę, zagubiony, aż w końcu popatrzył na dziewczynę, która znowu sięgnęła po tablet, jak niewinne dziecko, przewijało listę utworów. I w jednej chwili, ciemnoskóry zrozumiał.
- Muzyka – powtórzył głucho, po czym potrząsnął głową – Racja.
Dlaczego do cholery wcześniej o tym nie pomyślał?!
Sideswipe stał ze skrzyżowanymi ramionami w swojej prawdziwej formie i piorunował wzrokiem Brooke, która westchnęła i wywróciła wewnętrznie oczami.
- Trzy godziny – warknął – Trzy i nic! Wiesz w ogóle, jaki zawał miałem!? – spytał, widocznie roztrzęsiony, kiedy jego brat jedynie się w nią wpatrywał twardym wzrokiem, zły wewnętrznie.
- Nie jestem tobą – wzruszyła ramionami – Więc nie wiem – powiedziała prosto, widocznie niewzruszona jego tonem głosu, który normalnie wydawało jej się, że był blisko płaczu, jeszcze bardziej ją irytując.
- To…! – urwał, widocznie nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, kiedy tamta uniosła do góry brwi.
Nie prosiła go o szukanie jej.
Teoretycznie była bezpieczna, prawda?
To, dlaczego był taki zdenerwowany?
- Jesteś zły – zaobserwowała głośno, nie kryjąc nawet małego zdumienia i marszcząc czoło, jakby próbowała sama znaleźć na to odpowiedź – Dlaczego?
Na chwilę wszystko ucichło. Nawet Sideswipe, który ociekał gniewem, nagle zwrócił głowę w jej stronę jakby go oparzyła i wytrzeszczył oczy, kiedy zorientował się jak zabrzmiała. Nie…nie zdawał sobie sprawy, że to dla niej takie dziwne.
- Dlaczego? – spytał Sunstreaker swoim głębokim głosem, który normalnie sprawiłby, że ludzie uciekaliby w popłochu na sam odgłos pogardy – Jak możesz nie wiedzieć, dlaczego?
Lennox czuła się jakby dostała w twarz. Powinna wiedzieć? Ale jak? Nie pojmowała, dlaczego oni się tak zachowywali. Dawali jej wrażenie jakby coś jej umykało i wcale jej się to nie podobało.
- No…tak – powiedziała defensywnie, krzyżując ramiona – Nie jesteś moją rodziną, więc nie widzę, dlaczego miałoby ci zależeć – wyjaśniła spokojnie.
Nie odezwał się. Jakby oszołomiony stał tam tylko, patrząc się tępo w ziemię jakby nagle stała się bardziej interesująca niż ich konwersacja. Sunstreaker zmarszczył na swój sposób czoło, zerkając na brata, aż w końcu tamten wydusił z siebie zduszone „och".
- Cóż, to ja będę lecieć – powiadomiła, nie lubią napięcia w powietrzu wokół niej i tej ponurej aury nad nimi, kiedy obaj na nią popatrzyli – Jazz chciał żebym spotkała się z nim w kantynie.
Odwróciła się, idąc jakoś nieswojo w wybranym kierunku. Nie przegapiła jednak intensywnych spojrzeń w jej stronę, kiedy zniknęła za rogiem.
Brooke trzymała w dłoni kubek, patrząc na wodę, która w nim była i wzdychając, kiedy zorientowała się, że Jazz'a jeszcze nie ma. Postanowiła jednak się tym nie przejmować, myśląc, że może coś go zatrzymało.
Nucąc cicho piosenkę The Neighbourhood, Afraid, dziewczyna przejechała czubkiem palca po krawędzi naczynia w jej dłoni i spojrzała na zegarek w komórce. Była pewna, że Jack i reszta wrócili już do domu i pewnie zastanawiają się gdzie ona jest. Jeśli są wystarczająco trzeźwi, oczywiście.
Kończąc ostatni wers, blondynka zauważyła, że Sam zmierza w jej stronę, a jego dziewczyna wiernie siedziała przy stole z innymi. Przekrzywiła głowę, kiedy usiadł na miejscu przed nią i wziął głęboki wdech.
- Czego? Przyszedłeś zapytać się, co u Wiedźmy? – spytała kąśliwie, na co się skrzywił, ale westchnął.
- Nie – przyznał – Chciałem przeprosić.
Brooke musiała przyznać, że skoro mówił powoli i nie paplał, to musiał się tym naprawdę przejąć. Nadal z kamienną miną, wzruszyła ramionami, wyraźny znak, żeby zaczął mówić zanim zmieni zdanie.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka przewrażliwiona na jej punkcie – powiedział szczerze, a na jej ostry wzrok, przełknął ślinę – To znaczy, wiedziałem…Ale nie, bo nie mówiłaś. No i myślałem, że może jednak ją lubisz. Bo jest twoją siostrą. Znaczy adopcyjną! – poprawił się szybko, kiedy rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie – I nie miałem pojęcia, że się tak wściekniesz. Mikaela powiedziała, że trzeba się było w ogóle nie odzywać, ale nie wiedziałem jak zacząć, no i tak jakoś wyszło... Naprawdę nie chciałem cię urazić!
Dziewczyna na ułamek sekundy wytrzeszczyła oczy, ale szybko potrząsnęła głową.
Nie kłamał.
Nie kłamał, bo widziała jego oczy, pełne skruchy i czegoś, czego nie widziała od dawna.
Czystego żalu z powodu tego, że ją skrzywdził.
Bo skrzywdził. Nie ukrywała, że bolało, kiedy zapytał ją o Nathalie. Myślała, że chciał się przyjaźnić z nią, a nie z jej adopcyjną siostrą. Więc wszystko źle odebrała.
Może mimo wszystko…mogła mu jakoś zaufać? Albo chociaż spróbować, tak jak Epps jej powiedział? W końcu Sam wyglądał jakby naprawdę musiał się natrudzić, żeby do niej podejść i wyrzucić z siebie to wszystko.
- …To co? Wybaczysz mi?
Blondynka była brutalnie wyrwana z zamyśleń, kiedy dotknął jej dłoni, na co podskoczyła i popatrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. Chłopak zorientował się, co zrobił, dopiero kiedy tamta lekko zbladła, zabierając dłoń jak najszybciej mogła.
Źle, źle, źle, szeptał jej umysł, na co wstała, przełykając ślinę, ale zanim Samuel zaczął przepraszać, przemogła się i skinęła delikatnie głową.
- Jasne – wymamrotała, cofając się – Wybaczam.
Tylko tyle mogła mu dać, zanim całkowicie się odwróciła i szybkim krokiem wyszła ze stołówki, trzymając wcześniej dotkniętą rękę blisko swojego serca, które jakby łomotało jej w sercu, kiedy zorientowała się, co zrobiła.
Wybaczyła mu.
Ona.
Wzięła głęboki wdech, kiedy była na zewnątrz i spuściła wzrok w dół.
Coś…definitywnie się działo.
Kiedy na wyświetlaczu jej komórki wyświetliło się imię „Emily", Lennox naprawdę była kuszona żeby nie odebrać. Zwłaszcza, że lubiła swój dzwonek Stand In The Rain i nie bardzo uśmiechało jej się jego uciszenie. Ale zniknęła na cały dzień. I jeśli teraz by nie odebrała połączenia, to była pewna, że czekałoby ją kolejne piekło w domu.
Naciskając zieloną słuchawkę, przytknęła telefon do ucha.
- Hallo? – odezwała się spokojnym głosem.
- Hej, Brooke – odpowiedziała uprzejmym głosem kobieta i dziewczyna mogła przysiąść, że była i trzeźwa i szczęśliwa – Jesteś u jakiś kolegów? – spytała po chwili, kiedy nie uzyskała innej odpowiedzi.
- Jestem z…
Jej głos brzmiał tak inaczej niż zwykle. Tak radośnie i naturalnie, jakby była zwykłą matka, która telefonuje do swojej córki. Mimo to, Brooke wiedziała, że ta radość nie była spowodowana nią. Więc jednocześnie wiedziała, że jeśli Emily była szczęśliwa, to cokolwiek miało się wydarzyć, nie obejmowało jej.
- Jestem z kolegami, tak – odparła w końcu po krótkiej pauzie – Dlaczego?
- Wyjeżdżamy z Jack'iem i Nathalie na kilka tygodni do Arizony – powiadomiła.
Brooke spuściła głowę, czując małe ukłucie w sercu. Ona nigdy nie była nigdzie poza Tranquality i świadomość, że Emily na wstępie nie uwzględniła jej bolało. Nawet mimo tego, że ich nienawidziła.
- Och – wydusiła markotnie, nie mając nawet jakiegoś kąśliwego komentarza w rękawie – To świetnie.
- Chciałam się tylko spytać czy nie chciałabyś pojechać z nami?
Gdyby to pytanie było zadane innym tonem, Lennox pewnie by się zgodziła. Ale wyczuwała w jej głosie, że pytała tylko z grzeczności i oczekiwała odpowiedzi przeczącej. W końcu to nie tak, żeby faktycznie należała do tej rodziny. Każde wyjazdy zawsze obejmowały tylko Williams'ów, a ona zwykle zostawała sama w mieszkaniu.
- Nie, wolałabym zostać.
Ale jej umysł podpowiadał całkowite przeciwieństwo.
- To ustanowione – powiedziała wesoło – Pieniądze masz na blacie w kuchni, klucze gdzie zawsze. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, po prostu poproś o nią sąsiadów, dobrze?
Blondynka westchnęła do siebie cicho, słysząc tą samą gadkę o zasadach. Każdego roku była podobna i tylko czasami różniła się jakimiś szczegółami. Jak na przykład: Posprzątaj dom, nakarm rybki, albo skoś trawnik. Tym razem cieszyła się, że ograniczały się tylko do: Nie narób bałaganu.
- Jasne, Emily – wyrzuciła z siebie niechętnie.
- To na razie, słoneczko! Baw się dobrze! – zawołała, zanim się rozłączyła.
Dziewczyna schowała urządzenie do kieszeni i westchnęła. Przynajmniej miała spokój na kilka tygodni przed szkołą, nie?
Po za tym, Arizona nie była dla niej. Same kaniony i piach nic więcej. Mogłaby, co najwyżej postarać się i nie wejść na czarną listę Jack'a, bo znając życie miałaby pozwolenie na tylko patrzenie wokoło nic więcej.
W sumie, może jednak dobrze, że nigdy nigdzie nie wyjeżdżała? W końcu od wycieczki zaczął się ten cały bałagan.
- Co taka ponura? – spytał ktoś przed nią, sprawiając, że Brooke uniosła wzrok, mrużąc oczy, kiedy zobaczyła Mikaelę, która przechylała w bok głowę – Coś się stało? – wskazała na komórkę.
Przez chwilę dziewczyna debatowała ze sobą czy powiedzieć jej prawdę czy po prosto powiedzieć, że nie był to jej biznes, ale w końcu westchnęła.
Mikaela od początku była dla niej miła, albo przynajmniej próbowała. Po za tym, przecież Brooke ją szanowała, prawda? Od samego początku, po tym jak zostawiła Trent'a, który tak przy okazji był dupkiem, który doczepił się do Nathalie.
- Williams'owie wyjeżdżają – wzruszyła ramionami, wymijać ją szybko, jednak dziewczyna szybko ją doganiają, popatrzyła na nią dziwnie.
- Jak to? Bez ciebie?
To zdziwienie jakoś skołowało dziewczynę, ale wytłumaczyła to sobie tak, że przecież zwykle rodziny wjeżdżały razem, nikt nie zostawał w tyle. I wtedy dotarło do niej, jak bardzo ona różniła się od nich.
- Nie wiesz, razem – prychnęła – Oczywiście, że beze mnie.
Banes zrobiła dźwięk podobny do „hmm", ale szła dalej z blondynka i chociaż nie mówiła nic to Brooke wiedziała, że coś jest na rzeczy i dziewczyna coś knuła.
- Doceniłabym gdybyś nie mówiła Epps'owi – powiedziała w końcu, cichym głosem wyrywając brunetkę z zamyśleń.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona.
Dlaczego nagle jej to wszystko mówię?, pomyślała, zerkając na nią i widząc, że tak właściwie nie oczekiwała do niej żadnej odpowiedzi.
Możliwe, że dlatego, że przypomniała jej, że kiedy też taka była.
Ciekawa innych ludzi.
Teraz już nie jest. Nie po tych wszystkich latach w cierpieniu.
- Nie lubi, kiedy zostaje sama.
Sam jej to kiedyś powiedział, kiedy wspomniała, że większości czasu spędzała w samotności, a jedynym czasem, kiedy integrowała z innymi ludźmi były treningi wojskowe.
- Może ma racje – wzruszyła ramionami brunetka, a na wyczekujący wzrok dziewczyny, uśmiechnęła się – Nic nie powiem, spokojnie. Twoje sekrety są ze mną bezpieczne.
Na to, Brooke zmarszczyła czoło, ale nic nie odpowiedziała.
Sekret jest bezpieczny, kiedy się go nie wyda przypadkowej osobie. Mikaela? Bez przesady, mogła ją szanować, ale nie na tyle, żeby wylatywać i opowiadać jej o swoim życiu prywatnym w takim stopniu.
- Słońce zachodzi – powiedziała nagle, idąc w stronę wyjścia z hangaru, na co Banes uniosła do góry brew, ale popędziła za nią, kiedy tamta zatrzymała się i z rzadkim uśmiechem, usiadła na ciepłym jeszcze asfalcie.
- Lubisz zachody słońca? – spytała s końcu niepewnie, bo sama nie widziała w nich niczego magicznego – Co w nich takiego specjalnego?
Lecz blondynka przez jeszcze chwilę siedziała cicho, aż w końcu prychnęła.
- Mogłam się domyślić, że dziewczyna twojego pokroju nie zrozumie – mruknęła łagodnie do siebie, kiedy brunetka popatrzyła na nią dziwnie – Są dla mnie ważne – stwierdziła po chwili z westchnięciem.
- Dlaczego?
Ale Brooke tym razem wcale się nie odezwała. Tylko patrzyła na zachodzące słońce, jednocześnie uśmiechając się delikatnie i blado.
Siedziały tam w ciszy, tak długo, że Mikaela zaczęła się nieco nudzić. Nie lubiła takich momentów. Takich…spokojnych, ale widząc, że dziewczyna po raz pierwszy w jej obecności na nią nie warknęła ani nie obraziła, postanowiła się przemóc.
Aż w końcu blondynkę coś tknęło.
- Rozmawiałam z Sideswipe'em i Sunstreaker'em – wyznała powoli, sprawiając, że brunetka spojrzała na nią wyczekująco, lekko się dziwiąc, że użyła ich całych imion, a nie jakiś przydomków – Sideswipe zachowywał się dziwnie – stwierdziła.
Mikaela się na to zaśmiała.
- On zawsze jest dziwny – potwierdziła, ale Lennox pokręciła głową – Co?
- Nie o to mi chodzi – syknęła sfrustrowana.
Dziewczyna skrzywiła się na jej ton.
- Więc, o co?
Niebieskooka westchnęła zirytowana.
- Po prostu spytałam mu się coś, a on zachował się jakbym nie wiadomo, co powiedziała – powiedziała i zdała sobie sprawę, że tak naprawdę z nią rozmawiała pełnymi zdaniami, a nie pół słowami – Dlaczego mu zależy, skoro nie jesteśmy rodziną?
Brunetka przez chwilę siedziała cicho, po czym popatrzyła na blondynkę, widząc jej skołowanie i zdezorientowanie.
- Myślę, że był po prostu zaskoczony – przyznała cicho, Brooke tylko mruknęła coś nie wyraźnie pod nosem – Raczej nie jest przyzwyczajony do ludzi, którzy mówią takie rzeczy.
- A co ja takiego niby powiedziałam? – oburzyła się lekko – Normalnie jakbym zabiła mu brata, albo coś.
- Rodzina to nie tylko więzy krwi, Brooke – wyznała pewnym siebie głosem, na co niebieskooka wywróciła oczami, zwracając głowę w jej stronę, wyraźnie nie bardzo zainteresowana samym tym oświadczeniem – Przyjaciele też są w jakiś sensie rodziną.
- Jak ty, Samuel i Przeklęte Camaro? – spytała z powątpiewaniem.
- Tak – potwierdziła twardo – A to Camaro ma imię.
- Jasne, wiem – mruknęła, wstając z ziemi i się otrzepując, z zamiarem odejścia, jednak dziewczyna szybko ją zatrzymała – Co?
- Bumblebee – warknęła nagle, na co Brooke zmrużyła niebezpiecznie oczy, jej ciało się spięło, a ona sama zaczęła obserwować jej mowę ciała – Nazywa się Bumblebee, nie Przeklęte Camaro. Lepiej zacznij się do niego tak odnosić.
To była jawna groźba, ale Lennox po części rozumiała skąd brał się ten gniew.
Weszła na ich terytorium, ich przyjaźni.
- Zluzuj, Banes – mruknęła, zrzucając postawę obronna z lekkim trudem, czując się nieco bezbronna – Nie mam niczego przeciw niemu – powiedziała, odsuwając się.
Dziewczyna nieco zakłopotana widząc jej wzrok przejechała dłonią przez włosy i westchnęła.
- Nie chciałam tak na ciebie naskoczyć, tylko…
- Wiem – przerwała jej szybko – Przyjaciele. Rozumiem.
Mikaela szczerze w to wątpiła, ale odpuściła. Lepiej było nie naciskać.
Była sama.
Znowu, co nie było nowe, ale tym razem dopadła ją nostalgia, której naprawdę nie lubiła, a wręcz nienawidziła. Bo kiedy patrzyła przed siebie, widząc William'a i Epps'a, śmiejących się, w czasie, kiedy ona siedziała pod ścianą, przypomniała sobie, że kiedyś i ona tak robiła.
Teraz? Teraz był to naprawdę cud, jeśli ktoś potrafił sprawić, że się uśmiechała, nie szyderczo czy kpiąco, ale ze szczęścia.
Jasper to potrafił.
Tęskniła za tym uczuciem radości, wolności, ale też poczucia bezpieczeństwa.
Jakby miała mówić prawdę, to było tylko kilka osób, które zbliżały się do tamtej strefy, ale najbliżej jednak pozostawał Jazz. Nie Epps, Mikaela czy nawet Sam. Jazz, ten muzykalny i charyzmatyczny Autobot, który swoją tajemniczością sprawiał, że czuła się prawie tak samo jak z Jasper'em. Sama też była zaskoczona, że pobił Roberta, ale najwyraźniej coś ją do niego ciągnęło. Możliwe, że było to przez to, że uratowała mu życie. Ale mówiąc szczerze? Brooke to wisiało. Czuła się bezpiecznie chociaż na te kilka momentów i to jej wystarczało.
Było to jednak kołujące i nie mogła się skrzywić na myśl, że kolejna osoba mogła ją skrzywdzić. Nie byli przyjaciółmi. Lennox nie miała takowych, a przynajmniej nie po Jasper'ze, więc dlaczego tak bardzo mu ufała?
Zaufanie. Pft! Dla niej? Kolejna rzecz, która ją zdezorientowała. Ona nie ufała.
To dlaczego tak się czuła?!
Dlaczego nie mogła ruszyć na przód? Zostawić Epps'a, Samuel'a i tą jego dziewczynę razem z Lennox'ami?
Dlaczego to wszystko było tak cholernie trudne?!
Dziewczyna wypuściła sfrustrowana powietrze z płuc.
To zdecydowanie nie było na jej mały, przeciążony móżdżek.
Zerkając w bok, zauważyła, że w czasie, kiedy Czerwony Idiota bawił się w towarzystwie innych, jego brat, którego blondynka godnie nazwała Toster, opierał się o swoje Lamborghini patrząc na to wszystko z apatyczną twarzą. Wzdychając, zaczęła iść w jego kierunku i chociaż jeszcze nigdy za bardzo z nim nie rozmawiała, wydawał jej się interesujący.
- Czego chcesz, Insekcie?
No, dzień dobry, pomyślała sarkastycznie i przechyliła głowę, wcale niezrażona jego wyzwiskiem. Bo naprawdę, po tych wszystkich latach z Jack'iem, Brooke słyszała gorsze, o wiele bardziej skomplikowane.
- Dlaczego z nimi nie jesteś? – spytała zamiast tego, unosząc go góry brew, kiedy chłopak lekko zmienił swoją pozycję.
- Nie twój interes – warknął, na co wzruszyła ramionami.
- W takim razie… - skrzyżowała ręce – Jestem pewna, że jak odwieziesz mnie do domu, to nic cię nie ominie – stwierdziła.
Sunstreaker zwrócił ku niej wzrok, mrużąc oczy, które sprawiały, że przez jej plecy przeszły zimne ciarki. Mimo to, prychnął pod nosem i powrócił do poprzedniej czynności ku jej irytacji i niezadowoleniu.
- Serio, Toster? Serio? – mruknęła pod nosem i wzięła głęboki wdech – Spoko. Chcesz się użalać? Super. Znajdę kogoś innego. Albo pójdę piechotą, też może być.
Kręcąc głową, odwróciła się z zamiarem odejścia, kiedy tamten wymamrotał coś niewyraźnie pod nosem i otworzył drzwi.
- Właź – syknął, na co niebieskooka wywróciła oczami i zrobiła jak kazał, ale wyraźnie słyszała jeszcze jak mówił – I nie zabrudź tapicerki.
No…
Mogło być gorzej, prawda?
Brooke z głową opartą na ramionach wyglądała przez wynegocjowane otwarte okno w samochodzie. Uwielbiała jeździć w nocy, mimo tego, że nie była przyzwyczajona do ciszy, ta jakoś dziwnie ją uspokajała. Pomijając oczywiście to, że Sunstreaker nie włączył swojego radia. Albo jakiejkolwiek muzyki.
Ale dla takiej atmosfery była w stanie to przeżyć.
Jednak, kiedy dojechali na miejsce, nie mogła się powstrzymać jak popatrzeć na dom smutno. Williams'owie już dawno wyruszyli, zostawiając ją znowu w tyle. Zwykle jej to nie zawadzało, ale teraz, kiedy znowu spotkała Epps'a, nie wiedziała czy mogła wytrzymać nadmierną samotność.
Życie jest do bani, pomyślała, kiedy usłyszała, że drzwi się otworzyły.
Zerkając kątem oka na swojego strażnika, westchnęła cicho, zaciskając usta w cienką linię i wychodząc z auta, przytulając się do siebie ramionami i szybko wchodząc do domu.
Kiedy dotarła do swojego pokoju, szybko przebrała się w piżamę i położyła do łóżka.
I właściwie, to musiała przyznać, że tym razem czuła się gorzej niż wcześniej.
A/N: Trochę czasu minęło, co nie? No, w każdym razie macie siódemkę, a ja uciekam ;)
XXFaith
