Zaraz po swoim porannym biegu, Brooke zjadła śniadanie i siedziała w kuchni, czytając jakąś starą książkę, którą znalazła pod łóżkiem. W tle grało Stereo Hearts, sprawiając, że czuła się komfortowo nawet w najmroczniejszych momentach, kiedy jej głowa płatała z nią figle.
Jednak nie potrwało to długo, kiedy dziewczyna usłyszała dzwonek. Wstając niechętnie, Brooke znalazła się przy drzwiach, otwierając je i będąc gotowa do powiedzenia sąsiadom, że Williams'owie wyjechali, kiedy jednak spotkała się z mężczyzną.
Chociaż szczerze dla niej wyglądał jakby dopiero dwudziestkę stuknął. Oczy ukryte miał pod okularami przeciwsłonecznymi, a jego poczochrane lekko czarne włosy sprawiały, że dziewczyna przez jakiś musiała mu się bliżej przyjrzeć. Przez chwilę wydawało jej się, że to jakiś przechodni.
Jednak szybko zauważyła, że był ubrany w ciemnogranatowy policyjny uniform. I dopiero, kiedy popatrzyła na jego ramię, zauważyła logo. Dziwne i zupełnie nie takie, jakie powinno być, tego była pewna. Bo kiedy Autoboty miały insygnię podobną do twarzy robota, Decepticony miały podobną do psa.
Mrużąc na chwilę oczy, uniosła do góry brwi na apatyczną twarz, zaraz jak przeczytała plakietkę.
- Jak mogę panu pomóc, panie Cade? – spytała w końcu.
- Gdzie twoi rodzice? – zapytał zamiast tego, na co prychnęła.
- Nie wiem. Spytam jak spotkam – stwierdziła szczerze, na co mogła uwierzyć, że spiorunował ją wzrokiem – Wejdzie pan?
Tak, zapraszała Decepticon'a do mieszkania.
Byyyyyła baaaardzo szaaaaalona.
Zwłaszcza, że kiedy potrzebowała tych swoich strażników, to akurat ich nie było.
Bardzo profesjonalne.
Patrząc za jego ramię, Lennox wywróciła oczami, widząc znajome auto.
Bo przecież tylko ona tak potrafiła, nie?
Ponieważ oficer Cade, w rzeczywistości był jednak Panem Pączkiem.
Nie no, super. Po prostu tego jej trzeba było.
- Z chęcią – mruknął ochryple, wchodząc, kiedy zrobiła mu miejsce i zamknęła za nim drzwi, kierując się w stronę kuchni, gdzie szybko chwyciła za kubek herbatą i oparła się o blat za nią, obserwując każdy jego ruch.
Spoglądała na niego uważnie jak patrzy na jej książkę, która nadal leżała na stole, ale nie odezwała się słowem. Przynajmniej dopóki nie zdała sobie sprawy, że musiała jakoś się wyrwać z tego bagna.
- Interesujący napis na mustangu – powiedziała nagle, ukrywając uśmiech za kubkiem, z którego upiła kolejny łyk herbaty, kiedy spojrzał na nią zaskoczony – Chociaż jestem pewna, że mottem policji nie jest, „aby karać i niewolić".
Czarnowłosy obrócił się i zdjął okulary, ujawniając swoje ciemnoczerwone oczy.
- Wiesz – stwierdził sucho, ale ona wzruszyła ramionami.
- Heh, no wiesz. Nie zapomina się gościa, który cię przejechał, Barricade.
Mina jego twarzy była po prostu bezcenna.
Więc, musiała przyznać, że zabawnie się potoczyło. Zwłaszcza, że kiedy stała oparta z książką, Barricade patrzył na nią przenikliwie i naprawdę zastanawiała się, dlaczego jeszcze tam czyta i oddycha. Bo serio, czy on czasem nie miał być jej wrogiem?
- Jesteś spokojna – zaobserwował, przechylając głowę w bok i jakby marszcząc czoło, w czasie, kiedy ona tylko wzruszyła ramionami – Dlaczego? Większość waszej nędznej rasy uciekałaby w popłochu, ratując swoje marne życia – powiedział z pogardą.
Brooke odłożyła przedmiot z hukiem na blat, stając z nim twarzą w twarz i mrużąc oczy, kiedy on zrobił to samo.
- Słuchaj no, Panie Pączku – zaczęła poważnie – To, że mnie przejechałeś nie znaczy, że możesz sobie paradować wokoło i rządzić.
Decepticon wydał z siebie głos podobny do warknięcia, po czym zacisnął zęby.
- Nie uciekasz! – oświadczył jakby zrozpaczony – Chcę wiedzieć dlaczego. Ludzie są naiwnie słabą rasą, dbająca o tylko swoje życie. A teraz ty, mały Insekcie, stoisz tu i jakby nie obchodziła cię myśl, że mogę zgnieść cię w każdej chwili.
Lennox zastanawiała się czy walnąć mu czy się poddać i znowu jakimś mądrym komentarzem sprawić, że wtargnie do jej strefy osobistej, ale w końcu wzięła głęboki wdech. Te w tamtej chwili ogniste oczy sprawiały, że chociaż wiedziała, że miała być przerażona, czuła się…dziwnie bezpiecznie. Co było głupie, bo gościu ją przejechał, wylądowała w tym całym bagnie, a ona? To był Decepticon, na Miłość Boską! Powinna wiać.
W końcu w tym była najlepsza, prawda?
Pokręciła głową, cofając się o krok i patrząc na niego z ukosa.
- Może nie obchodzi mnie czy żyję czy nie, huh? – prychnęła na jego nadal nie do odczytania twarz.
- Co z twoją rodziną, Człowieku? – spytał w końcu.
Brooke zaśmiała się szyderczo.
- Nie mam rodziny.
Cóż…
Tego się nie spodziewał. Najwyraźniej, bo Brooke patrzyła z niemałym zdziwieniem jak mężczyzna cofa się trochę i mierzy ją zaciekawionym spojrzeniem.
- Nie żyją? – spytał beznamiętnie.
- Chciałabym – powiedziała tym samym tonem – Porzucili mnie.
Barricade, jeśli nie miał zamiaru ukazywać jakichkolwiek emocji to mu się nie udało, bo widocznie zauważyła zmianę w jego wyrazie twarzy.
- Więc, dalej. Rozgnieć mnie. Mam to gdzieś – zachęciła obojętnie, wzruszając ramionami i czekając na niego reakcję.
Nie oczekiwała współczucia i była pewna, że go nie dostanie. Nie od człowieka, który zabił więcej ludzi niż mogłaby policzyć. To Decepticon, oni czegoś takiego nie znali.
Jednak, mimo, że wiedziała, po co tu przyszedł, z jakiegoś powodu się wstrzymał.
- Naprawdę nie ma nikogo, kompletnie nikogo? Zamierzasz się tak poddać? – Barricade się zaśmiał, kręcąc głową, ale utrzymując tą samą minę – Wow, może faktycznie ludzie są AŻ tak żałośni.
Brooke go spoliczkowała, słysząc to, och jak znajome, przezwisko. Jej oczy zapłonęły żywym elektrycznym niebieskim, kiedy tamten z wyrazem niezadowolenia, spiorunował ją wzrokiem, naprawdę zastanawiając się, dlaczego dziewczyna jeszcze nie leży w kałuży własnej krwi.
- Nie jestem żałosna – wysyczała – Wbij to sobie do swojego procesora zanim ja zrobię to czymś innym.
- Twoje oczy się świecą – zauważył, nie zwracając uwagi na jej groźbę, ale marszcząc czoło na odczyty na jego skanerach.
- Och, woah, dziękuję – powiedziała sarkastycznie – Zrozumiałeś przekaz czy mam ci go przeliterować?
Barricade na chwilę przestał zajmować się sygnaturą, jaką znalazł i faktycznie poważnie na nią spojrzał, zauważając od razu jej determinację i uznał, że łatwiej będzie jak po prostu zostawi odczyty na później.
- Tak, Insekcie. Zrozumiałem, nie jesteś żałosna – powiedział, ale wyglądał dla niej jakoś dziwnie.
I wtedy do niej dotarło.
Otwierając lekko usta, popatrzyła na niego z niedowierzaniem, kiedy dostrzegła w tych szkarłatnych oczach ten znajomy błysk. Ten błysk, który tak często pojawiał się w uśmiechu Jasper'a, kiedy robiła coś źle.
- Bawi cię to – stwierdziła sucho, nie ukrywając jak bardzo nie podobała jej się ta informacja, ale on tylko się zaśmiał i musiała przyznać, że ten dźwięk był całkiem uspokajający.
- Och, nawet nie wiesz jak – mruknął – W każdym razie…
- Nie miałeś czasem mnie zabić? – spytała zaciekawiona, że przecież stali w jej kuchni i rozmawiali – Nie żeby coś, ale wygląd na to, że zaprzyjaźniłeś się z człowiekiem, który miał teraz leżeć w grobie.
- Nie przyjaźnię się z ludźmi – powiedział zdegustowany, jakby wzdrygając się na tą myśl – Ale masz rację. Jednakże, nie mam ochoty na pozbawianie życia kogoś, komu nawet na nim nie zależy. Nuda.
- Więc…zamierzasz tak sobie wyjść? – spytała sceptycznie – Nie chcesz niczego?
Mężczyzna studiował ją przez dłużą chwilę.
Nie chciał jej zabijać, szczerze dla niego to nie było nic fajnego, a zabierało mu tylko czas. Ale ona? Brooke? Wyglądała na kogoś innego. A upewniło go w tym, że oddawała sygnaturę Wszechiskry. To było coś...niespotykanego..
Po za tym, jakby mógł to określić?
Polubił ją?
Naw, po prostu była inna, a skoro Starscream był teraz w złym humorze i ogólnie nie nadawał się na nic pożytecznego niż tylko wrzucenie go do oceanu Arktycznego, to, dlaczego nie uczynić jego życia bardziej…interesującego?
Wyjął notes i będąc świadom, że blondynka uważnie go obserwowała, szybko coś na nim naskrobał, po czym wyrwał kartkę i podał ją dziewczynie i bezceremonialnie zwrócił się ku drzwi.
- Hej! – zawołała, ale tamten był już na zewnątrz, sprawiając, że musiała wybiec z domu i stanąć na gangu – Powinieneś być tym złym! – stwierdziła.
Tamten tylko posłał jej łobuzerski uśmieszek.
- Nikt nie powiedział, że nim jestem – odparł, odjeżdżając, kiedy ona popatrzyła dziwnie na papier.
„Dzwoń w razie potrzeby"
- Barry Cade
Po chwili wahania, wbiła numer na drugiej stronie do telefonu i westchnęła.
Kto by pomyślał, że zaprzyjaźni się z Panem Pączkiem?
Lennox stała w sklepie, patrząc z nutką smutku na czapkę w dłoni. Z westchnięciem i zamiarem odłożenia przedmiotu, dziewczyna ostatni raz popatrzyła na niebieskiego motyla na froncie. Jednak w połowie drogi jej ręka została zatrzymana. Wywracając oczami, popatrzyła w górę, gotowa na krzyczeć na tego, kto ją dotknął, kiedy spotkała się z uśmiechem Czerwonego Idioty.
- Heya – przywitał się, jego oczy zabłyszczały, kiedy udał się do kasy z czapką w dłoni, kiedy jego brat pokręcił z niedowierzaniem głową.
Brooke wytrzeszczając oczy i stojąc jeszcze bez ruchu przez moment, szybko się ocknęła, kiedy Sunstreaker przejechał jej ręką przed twarzą. Szybko pognała w jego stronę, chcąc mu przeszkodzić, kiedy tamten jednak odwrócił się z czapką, zakładając ją jej na głowę.
- Jak tam życie, kochana Brooke? – uśmiechnął się szeroko.
- Byłoby lepsze gdyby was dwóch w nim nie było – wysyczała, wymijając go i wychodząc ze sklepu.
…Nie. Nawet nie wiedziała jak sobie z nimi poradzić.
Po za tym, nie mieli czasem być w bazie? Na godzinę przynajmniej? Nie bez powodu wyszła z domu o tej godzinie, ciesząc się, że chociaż raz nie musi ich znosić.
Wypuściła sfrustrowana powietrze i jednym szarpnięciem, zdjęła nakrycie z głowy, piorunując je wzrokiem, po czym wsadzając do torby. W końcu prezentów się nie oddaje. Epps…
Właśnie, Epps. Tak on powiedział.
Wywróciła oczami, mentalnie przeklinając się za bycie taką emocjonalną w takiej sytuacji gdzie miała być obojętna. Potrafiła się wstrzymać, potrafiła się kontrolować. Przecież nie miała z tym wtedy problemu, prawda?
Nagle, wpadła na kogoś.
Syknęła, unosząc powoli wzrok i w jednej chwili zamarzła.
Oczy rozszerzyły się, usta rozwarły, a ona czuła jak jej umysł natychmiastowo ogarnia chaos, starający się jakoś przetworzyć to, co widziała.
Bo to? To…On…
Odszedł. Nie miał wrócić. Nie mówił przynajmniej, kiedy.
Świecące się elektryczno niebieskie oczy, szerokie z szoku spotkały w końcu, te czekoladowe, uspokajające.
- Jasper?
Chłopak puścił jej oczko, jego usta wykrzywiły się w zawadiacki uśmiech.
- Heya.
- Co masz na myśli zniknęła? – spytał Epps, kiedy Sideswipe do niego zadzwonił dziesięć minut później – Ludzie nie znikają!
- Wiem to – syknął zirytowany, objeżdżając okolicę i wzdychając, kiedy nadal nie znalazł Brooke – Po prostu zniknęła. Zapadła się pod ziemię!
Robert westchnął po drugiej stronie.
- Jestem pewien, że nic jej nie jest – stwierdził, chociaż był nieco niepewien – Ale na wszelki wypadek poproś o pomoc Jazz'a, ja jestem zajęty – stwierdził, zerkając przez ramię na zirytowanego Lennox'a i Generała – I mam na myśli, mocno zajęty – wysyczał nieco pod presją.
Sideswipe warknął pod nosem, rozłączając się.
- Ten pacan nie przestanie mnie tym gnębić – mruknął rozpaczliwie, szykując się do rozmowy z sabotażystą.
Brooke szła razem z Jasper'em u boku, przechodząc obok domu Sam'a, kiedy usłyszała pisk opon, a obok nich dosłownie przeleciało Porsche z czerwonym Lamborghini i nie zagrodziło drogi. Zatrzymała się, unosząc do góry brwi i krzywiąc się, kiedy znajome postacie wyszły z auta, obaj wyglądający jakby coś ich mocno zdenerwowano.
- Znasz ich? – spytał szatyn, nieco rozbawiony, kiedy potrząsnęła energicznie głową i przybliżyła się do niego – Aw, Brooke masz przyjaciół – zażartował, na co spiorunowała go wzrokiem i uderzyła lekko w żebra.
- Szukaliśmy cię – stwierdził Sideswipe kiedy do niej podszedł i zmarszczył czoło, kiedy zauważył brązowookiego – A ty to, kto? – zapytał, głosem bliskim do syku.
- Nie twoja sprawa – warknęła blondynka, zaciskając pieści przy klatce piersiowej – I nie prosiłam cię o szukanie. Umiem o siebie zadbać – syknęła ostro.
Jasper zmierzył obu wzrokiem.
- Wiemy – Jazz również obłożył go nieprzyjemnym spojrzeniem – Sides dramatyzuje.
- Jestem twoim strażnikiem! – syknął, omal nie wchodząc jej w twarz – To normalne, że cię szukam, kiedy magicznie znikasz! – wyrzucił ręce w górę, a silnik auta groźnie zaryczał.
Brooke zniżyła głowę, zaciskając usta.
Serio? Nie mógł jej odpuścić? To nie jej wina, że akurat nie było go nigdzie w pobliżu.
Wywróciła więc oczami i znowu uniosła wzrok.
- Nie jestem twoim zwierzakiem – syknęła, kiedy on prychnął – Nie mam obowiązku siedzieć w domu, kiedy ty zabawiasz się z tym swoim braciszkiem – powiedziała z pogardą.
Sideswipe zacisnął zęby na komentarz, a Jazz odepchnął go, podchodząc i patrząc na nią poważnie, ignorując specjalnie jej towarzysza.
- Martwiliśmy się – stwierdził, na co jej wzrok nieco złagodniał – Sides jest zły, przejdzie mu – zapewnił, kiedy popatrzyła na Czerwonego Idiotę z wyrzutem i nieco winnym wyrazem twarzy, który od razu wychwycił.
- Kupił mi czapkę – mruknęła niechętnie, zupełnie zmieniając temat.
Srebrnowłosy uniósł do góry brew za swoim wizjerem, po czym uśmiechnął się delikatnie.
- To super – przyznał, na co pokiwała głową.
- Nie podziękowałam mu – przyznała cicho, jakby mówiła sekret.
Chłopak wyprostował się, zerkając katem oka na Sideswipa'a, który westchnął cicho i wymamrotał coś pod nosem.
- Nie musisz. Wie, że ci się podoba, prawda? – zapytał, naciskając na ostatnie słowo, sprawiając, że czerwonowłosy kiwnął głową – Widzisz?
Skinięcie było jego odpowiedzią, kiedy Jazz zwrócił się w końcu w stronę jej przyjaciela. Jasper przestał po pewnym czasie piorunować go wzrokiem i teraz patrzył na niego zaciekawiony.
Nikt nie był miły dla Brooke.
Wiedział to, widział to.
Nie rozumiał, dlaczego on był i szczerze był tego ciekawy.
Mniejszą sympatią darzył czerwonowłosego, chociaż jego też mógł przetrawić.
Był, co prawda wściekły na nią i nieco ją wystraszył, ale był z tym okay. Był zdenerwowany bo mu zależało i to mu wystarczało.
- Może przedstawisz nas swojemu koledze? – Zaproponował po chwili.
Niebieskooka uniosła głowę, przechylając ją lekko i patrząc na niego jakby oceniała czy był wart tej informacji, po czym odsunęła się troszeczkę od szatyna.
- Jazz – zwróciła się do niego, na co brązowooki uniósł do góry brwi na jego imię – Sideswipe – wskazała na czerwonowłosego – Jazz, Sideswipe, to jest Jasper.
Oczy sabotażysty rozświetliły się, kiedy realizacja go uderzyła, jednak jej strażnik tylko wywrócił oczami.
- Miło mi – burknął, krzyżując ręce.
- Powiedziałbym to samo, ale bym kłamał – powiedział sucho Jasper, kierując wzrok na dziewczynę, która zachichotała na minę czerwonowłosego – Więc…gdzie byliśmy?
- Mówiliśmy o tym, że Wiedźma wyjechała – przypomniała, na co westchnął dramatycznie.
- Racja, będziemy za nią tęsknić, nie? – spytał sarkastycznie, puszczając jej oczko, po czym popatrzył na wciąż gapiącego się szpiega – Przyszliście tylko sprawdzić, co u niej, czy w jakimś innym celu? – zapytał, widocznie zirytowany.
Jazz ocknął się, rzucając spojrzenie w stronę Sides'a.
- Tak, mamy przyjęcie. Chcecie przyjść?
Brooke uniosła do góry brew, kiedy Jasper uśmiechnął się tajemniczo.
Och, Boże, dlaczego?, pomyślała.
Czuła się dosłownie tak samo, jak pierwszego razu, kiedy weszła do domu Lennox'ów, ale był to pierwszy raz, kiedy mała dziewczynka rzuciła się na nią i sprawiła, że dziewczyna upadła na ziemię w korytarzu i jęknęła z bólu.
Oszołomiona popatrzyła na blondynkę, która gapiła się na nią tymi swoimi wielkimi, niewinnymi, niebieskimi oczami, kiedy jej loki okrywały jej twarz, na której czaił się jej wesoły uśmiech.
- Cześć – odezwała się słodkim głosikiem.
Przerażona, Brooke uniosła głowę i popatrzyła na Jasper'a, który perfidnie się z niej śmiał. Chwilę później ktoś nowy wparował i blondynka rozpoznała ją, jako Sarah Lennox. Kobieta złapała swoją córkę i odciągnęła, mówiąc coś do niej, kiedy szatyn podszedł i pomógł jej wstać.
- Przepraszam za nią – uśmiechnęła się przepraszająco – To Annabelle, moja córka. A ty jesteś Brooke, prawda? Dziewczyna z wypadku?
Mogła tylko przytaknąć, kiedy zostali zaprowadzeni do salonu, od razu się krzywiąc kiedy zobaczyła Epps'a i William'a, ale także Toster'a. Był też Sam i Mikaela, ale zajęci byli rozmową z Jazz'em. Sideswipe był także w kącie z Sunstreaker'em i Ironhide'em. Sarah usiadła na kanapie.
- Wow, masz dużo przyjaciół – stwierdził z głupkowatym uśmiechem.
Brooke warknęła pod nosem.
- Nie są moimi przyjaciółmi – prychnęła z pogardą – Uczepili się mnie jak Trent.
Jasper zaśmiał się, kręcąc głową.
- Och, naprawdę?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego spiorunowała wzrokiem cały pokój, jej wzrok padł na małą dziewczynkę na kolanach kobiety, koło której kręcił się także Ironhide. Dziewczyna zmarszczyła czoło, przełykając ślinę na znajomy widok.
Bo ta mała dziewczynka wyglądała zupełnie jak ona lata temu.
I to bolało.
Bo Annabelle nie musiała być idealna.
- A kim ty jesteś? – spytał William, podchodząc do nich z uśmiechem i nagle cała uwaga skupiła się dyskretnie na nich – Oczywiście, jeśli można spytać – dodał, widząc wzrok blondynki obok.
- Heh, nie jestem tutaj popularny? Brooke, zraniłaś me uczucia – zwrócił się do niej, na co warknęła, kiedy popatrzył na pułkownika – Jasper Lennox, pułkowniku.
Mężczyzna zamarzł w miejscu.
Ludzie wokoło także.
Szatyn tylko uśmiechnął się usatysfakcjonowany, kiedy Brooke wydała z siebie niezadowolony dźwięk.
- Jesteście rodzeństwem? – spytała Sarah przed nimi.
- Nie – syknęła, nie lubiąc napięcia w pomieszczeniu – Nie jesteśmy – dodała bardziej stanowczo, kiedy Ironhide otworzył usta.
- To dlaczego…? – zaczął Lennox, sprawiając, że Jasper westchnął, przejeżdżając dłonią przez włosy – Co?
- Naprawdę nie powiedziałaś im nic, a nic? – spytał zirytowany, na co skrzyżowała ręce, patrząc na bok – Brooke, mówiłem żebyś znalazła sobie jakiś przyjaciół. Co z Epps'em? Zdaje się, że tak się nazywał, tak?
- Co ze mną? – spytał ciemnoskóry, kiedy na niego spojrzeli – No co?
- Wie? – szatyn zapytał surowym głosem, ale ona tylko prychnęła.
- Słyszał o tobie, nic więcej.
- Boże, musisz być taka uparta?
- A ty taki irytujący?
- Na Miłość Boską, nie wiesz, że jest coś takiego jak integrowanie z innymi ludźmi?
Brooke zacisnęła usta i pięści, jej oczy zabłysły, a ona łypnęła na niego spod łba, odsuwając się i piorunując wzrokiem każdego.
Część jej obwiniała ją za aktualną sytuację, ale jednocześnie wiedziała, że miał racje. Miała znaleźć sobie przyjaciół, cokolwiek i przestać żyć w cieniu. Obiecała mu to kiedyś, że przynajmniej spróbuje.
- Nienawidzę ich – skłamała ostro, na co usłyszała kilka sapnięć – Dlaczego nikt nie może tego zrozumieć? Wiesz kim jestem, dlaczego naciskasz?
- Właśnie dlatego, że wiem! – warknął, mrużąc oczy – Widzę grupę ludzi, którzy chociażby chcieli się z tobą zaprzyjaźnić, a nie mogą – wskazał dłonią na obecnych.
- Dlaczego cię to obchodzi, też nie jesteś socjalnym ptaszkiem!
- Co ty w ogóle widzisz? Albo lepsze pytanie: Jak bardzo zmiksowali ci psychikę Williams'owie kiedy mnie nie było? Może zniszczyli tą dziewczynę którą znałem, co? No, dalej. Odpowiedz. Miałaś przecież tyle do gadania sekundy temu.
I nagle rozległ się plask.
William wytrzeszczył oczy, Jasper popatrzył na nią twardo.
- Brooke którą znałeś dawno zginęła – wysyczała, odwracając się i wybiegając z salonu.
On tam tylko stał, starając się to sobie poskładać.
Dlaczego, po co, co się stało, dlaczego, dlaczego…?, takie pytania latały mu w głowie, kiedy wziął głęboki wdech i zamknął zrezygnowany oczy.
Coś…widocznie nie było w porządku. A on nie wiedział co.
Cholera.
- Okay, co do…? – uciął na surowy wzrok Sarah Hide – Co to miało być?
- Właśnie – zgodził się Sam, Mikaela mu przytaknęła.
Kilkoro innych ludzi, których nie znał również zabrało głos, ale szczerze o nich nie dbał. Nie wyglądali jakby znali ją tak dobrze jak on, więc nie męczył się z argumentami na ich odzywki. Jednak każdy musi mieć kiedyś jakiś punk załamania, bo kiedy głos zabrała Annabelle, Jasper nagle oprzytomniał.
- Ja wiem czemu Brooke zła – powiedziała cichutko, zamykając efektownie dosłownie każdego.
- Zaufaj mi młoda, nie wiesz – prychnął, na co popatrzyła na niego nieco wściekła, ale nie zareagowała piskiem jak oczekiwał.
- Wiem – stwierdziła uparcie.
Chłopak wywrócił oczami.
- Oświeć mnie.
Dziewczynka uśmiechnęła się zadowolona.
- Brooke jest inna.
Lennox westchnął, ale chłopak przechylił zafascynowany głowę w bok.
- Nie sądziłem, że kiedyś usłyszę dziecko mówiące mądrzej od dorosłego – stwierdził do siebie, na co wszyscy na niego popatrzyli.
- Sugerujesz, że jesteśmy głupi? – spytał Sideswipe.
- Nie. Sugeruję, że jesteś debilem – powiedział, na co Sides syknął coś pod nosem, a Sunstreaker chwycił go za ramię, powstrzymując przed zrobieniem czegoś niemądrego.
- Tata mówi, że to brzydkie słowo – stwierdziła niewinnie dziewczynka.
Jasper uniósł do góry brew, kucając koło blondynki i patrząc na nią uważnie, przenikliwym, chociaż nieco zniesmaczonym spojrzeniem. Dosłownie było czuć, że wszyscy w pokoju się spięli.
- Cóż, mój tata nie zawracał sobie czymś takim głowy – stwierdził, a na jej pytający wzrok, westchnął pod nosem – Twój ojciec to świetny człowiek, w takim razie – komplementował, sprawiając, że Annabelle zachichotała z czarującym uśmiechem.
Jasper podniósł się i chwilę jeszcze na nią patrząc, spuścił ramiona i zwrócił się w końcu w stronę drzwi do wyjścia.
Brooke wywróciła oczami, słysząc, że podchodzi do niej od tyłu, jednak nie zrobiła niczego, żeby w ogóle ukazać, że o tym wiedziała. Po prostu stała, obejmując się ciasno ramionami, wbijając paznokcie w ramiona.
- Zawsze byłaś skomplikowana – stwierdził z prychnięciem, opierając się o czarny Topkick z założonymi rękoma i patrząc na nią dziwnie – Ale mniejsza z tym. Jak na ciebie znalazłaś sobie całkiem dużą grupę ludzi. Wyjaśnisz kim są?
Mogła tam tylko stać i nic nie odpowiedzieć, ale zważając na to, że otaczały ją zewsząd pojazdy, jakaś niewidzialna siła zmusiła ją do odwrócenia się i wskazała na auto, o które się opierał.
- Ironhide – przedstawiła, po czym zwróciła się do reszty samochodów, po kolei wskazując na nie i wymieniając ich imiona - Jazz, Sideswipe, Sunstreaker, Bumblebee.
Wzięła głęboki wdech, zaciskając usta na ułamek sekundy.
- Dziewczyna w domu z chłopakiem to Mikaela i Samuel. Epps to tamten ciemnoskóry.
I w tamtym momencie urwała.
- A pozostała trójka?
Cóż…
Blondynka nerwowo zmieniła pozycję, przystępując z nogi na nogę i wpatrując się w ziemię jakby była jedną z najbardziej interesujących rzeczy na całym wszechświecie.
Byleby nie patrzeć na te czekoladowe oczy, spokojne, wyrozumiałe, ale zimne.
- Lennox'owie.
Na to, chłopak podskoczył. Dosłownie w momencie, kiedy William wyszedł z domu i popatrzył na nich wyraźnie zaintrygowany.
- Le… - urwał, spoglądając na nią – To…
Po raz pierwszy widziała, żeby nie mógł z siebie wyrzucić całego zdania.
- To przypadek – stwierdziła sucho, w końcu podnosząc głowę.
- Przypadek? – powtórzył głucho – Przypadek? Brooke, ty się słyszysz? Lennox, rodzina z tym samym nazwiskiem, co ty i grupa gości, którzy wyglądali jak żywcem wyciągnięci z filmu science fiction. Myślisz, że dam się na to nabrać?
- O co szczerze masz pretensję? – podniosła głos, podchodząc do niego – O to, że nie chcę mieszać się do spraw innych? Czy może o to, że nie zamieniłam się w kochaną słodziutką dziewuszkę której oczekiwali ode mnie Williams'owie? No dalej, gadaj! Wykrztuś to z siebie, zanim się zadławisz.
Lennox prychnął, patrząc na nią.
- Kim oni naprawdę dla ciebie są, huh?
- Obcymi ludźmi – przyznała szczerze.
- Ach, tak? Nie wyglądają na obcych – stwierdził drwiąco – Wiesz, może faktycznie zależy im na przyjaźni? Byli mocno zainteresowani każdym faktem o mnie jakby zaraz miał cię porwać i pochować żywcem w lesie.
- Proszę cię, zamieniłeś z nimi dwa zdania i myślisz, że ich znasz? Żałosne Jasper – powiedziała z pokręceniem głowy – Każda osoba, która weszła w moje życie chciała mnie tylko naprawić. Szczycić się tytułem, że uratowali popsute dziecko przed samobójstwem.
Chłopak zmierzył ją lodowatym spojrzeniem.
- A ja?
- Ty, to co innego – stwierdziła ostro, zaciskając pięści na jego ton głosu.
- Dlaczego?
- Bo to ty!
Każdy z nich zamilkł, nie wiedząc jak, albo nie chcąc się odezwać.
Brooke dyszała, patrząc jednocześnie na wściekłą jak i na zagubioną, ale nie odważyła się ruszyć nawet ręką. Stała, patrzyła, czekała na to, co może się teraz stać.
Ale Jasper?
Mogła jedynie patrzeć osłupiona jak ten wybucha śmiechem, kręcąc głową na jej minę.
Nie miała nawet czasu zamrugać, kiedy wpadł na nią i przyciągnął do swojej klatki piersiowej, nadal lekko się śmiejąc, jego głos natychmiastowo uspokajał jej umysł, owijając ją w bezpieczny koc.
Mimo to, czuła jak zaczyna się trząść. Rozdarta pomiędzy nie pozwoleniem im na zobaczenie jej łez a rozryczeniem się tu i teraz.
Bo Jasper wrócił. Stał tu, przytulał ją, był.
Wrócił.
To jedno słowo trzymało tyle emocji w jej sercu, że czuła jak pęka w dziwny sposób, w ten którego tak dawno nie czuła.
Ale on wiedział. Pozwolił jej schować głowę w jego bluzie, a sam schylił się, żeby powiedzieć jej cicho, tak żeby tylko ona usłyszała:
- Już dobrze.
I to wystarczyło. Schowana w jego ramionach, bezgłośnie załkała, obejmując go w pasie i próbując przysunąć go jeszcze bliżej, mając wrażenie, że jak tylko puści to on znowu zniknie, a ona zostanie sama.
Bo jej samozwańcy brat wrócił.
I wiedziała.
Wszystko było okay.
A/N: Naprawdę przepraszam, że tyle mi to zajęło! Naprawdę! Cały miesiąc! Czuję się okropnie.
Ale musicie poczekać aż skończę tę dwa rozdziały The Lightning które mi zostały i wtedy zacznę się zajmować wyłącznie tym opowiadaniem. Przysięgam. Na razie muszę uporządkować kilka rzeczy...
Cieszę się, że wam się podoba :) Moje serce rozpuszcza się z każdym miłym słowem, naprawdę.
Brooke: Musiałam czekać miesiąc.
Me: Życie.
Brooke: /glares at me/
Me: Powiedziałam, że przepraszam.
Brooke: /glares more/
Me: /sigh/ Taa...to może ja sobie pójdę?
