Szczerze? Brooke nie często płakała. Nauczyła się, że nieważne ile łez z siebie wydusiła, nikt nie spojrzał i jej nie pomógł. Więc, czemu miałaby to robić?

Taa, sęk w tym, że kiedy Jasper wchodził do gry, wiedziała, że jemu zależało. Oczywiście, że tak. W końcu to on. Był jedyną osobą, której pozwoliła się zobaczyć w takim stanie.

Słaba.

Bezsilna.

Mała.

Jednak w tamtej chwili jej to nie przeszkadzało. Przecież często widział jak się rozkleja, prawda? Jass był jak brat, nie wstydziła się przy nim tego, kim była i nawzajem.

Więc z drżącym oddechem, chowając głowę za włosami, Brooke delikatnie odsunęła się od niego.

- Przepraszam – wymamrotała, nie patrząc na niego.

- Hej… - dłonią uniósł jej podbródek do góry, jego oczy jakby szukały czegoś w jej – Wiesz, że czasami po prostu trzeba to z siebie wyrzucić – stwierdził.

Lennox skinęła głową, ocierając twarz rękawem i pociągając cichutko nosem.

- Tęskniłam – powiedziała w końcu, jej głos złagodniał do tego stopnia, że Jasper miał problem z rozpoznaniem go – Ale…to nie zmienia faktu, że masz do wyjaśnienia – warknęła nagle, jej miła postawa zmieniła się do defensywnej jakby oczekiwała ataku.

Jass zmarszczył czoło.

- Przecież wytłumaczyłem ci, dlaczego mnie nie było – stwierdził.

Brooke spiorunowała go wzrokiem, chociaż fakt, że miała wyschnięte łzy na policzkach złagodził jej wyraz twarzy.

- Chodzi mi o tą scenę – wskazała głową w stronę domu Lennox'ów – Zrobiłeś to specjalnie – Szatyn wywrócił oczami.

- Hej! Spotkałaś grupę ludzi, którzy wydają się mili. Myślisz, że dam ci przepuścić taką okazję? – spytał z prychnięciem.

- Może już mam przyjaciół? – zaproponowała, zakładając ręce pod biustem z wyzywając spojrzeniem, kiedy tamten uniósł do góry brew – Okay, dobra, może nie mam.

Specjalnie zignorowała jego tryumfalny uśmiech.

- Cóż… - rozejrzał się, rozkładając ręce po miejscu gdzie stali – Może czas to zmienić?

- Jasper… - zaczęła zrezygnowana.

- Nie, posłuchaj! – uciszył ją szybko – Nie widzisz wokół siebie tych wszystkich wspaniałych ludzi? – zapytał z drażniącym ją uśmieszkiem – Tylko czekają, aż w końcu ulegniesz, Brooke! To twoja szansa, może z niej skorzystaj?

Dziewczyna wywróciła oczami.

- Są irytujący – stwierdziła, chociaż przygryzła dolną wargę, jakby się łamiąc.

- Ty też~ - powiedział melodyjnym głosem.

- Nie wiesz, kim są! – powiedziała w końcu, biorąc głęboki wdech – Nawet nie pamiętasz jak się, który nazywa!

- Brooke, mówisz o autach? Bo, wiesz, auta nie gadają. Ani nie są żywymi istotami, to tylko kupy żelastwa – powiedział, na co dziewczyna warknęła.

- Zamknij się, nic nie wiesz – zacisnęła pięści.

Lennox uniósł do góry brew.

- A może zaprzyjaźniłaś się z samochodami?

- Nie! – zaprotestowała ostro – Przestań je po prostu obrażać. Rany, po prostu się zamknij!

Szatyn westchnął, ale opuścił ręce i popatrzył na nią wyczekująco.

- Nie znam Lennox'ów – powiedziała spokojnie, biorąc głębokie wdechy – Spotkaliśmy się z dwa/trzy razy, po tym jak obudziłam się w ich bazie.

Jasper spojrzał na nią pytająco.

- Ja…ja miałam wypadek – wyjaśniła, po czym popatrzyła na żółte i czerwone Lamborghini – Potrącił mnie jeden taki i uznali, że Williams'owie i ja możemy nadal być zagrożeni. Sideswipe i Sunstreaker zostali czymś w rodzaju moich strażników – pokazała na auta – Ludzie, których poznałeś w środku mają więcej sekretów niż myślisz, Jass.

- Co jakiś gościu ma wspólnego z wojskiem? – spytał podejrzliwie.

Brooke wywróciła mentalnie oczami.

- Zdziwiłbyś się – powiedziała – Rzecz w tym, że zgodziłam się na ochronę tylko ze względu na Epps'a – westchnęła bezradnie – Nie chciałam tego. Nie chciałam by Mikaela i Samuel się do mnie przywiązali, nie chciałam poznać Jazz'a, nie chciałam patrzeć na Lennox'ów, nie chciałam niczego z tego. Chciałam kontynuować swoje życie.

Zapadła cisza, na którą szatyn westchnął, podchodząc do niej z grymasem.

- Nie „chciałaś" – stwierdził, na co pokiwała głową – A teraz?

Brooke odwróciła wzrok, pozwalając rękom swobodnie opaść po obu częściach jej ciała, jakby mając walkę z sobą.

Bo…to było jedno z jego najtrafniejszych pytań.

Nie chciała tego kilka tygodni temu.

Cała ta myśl, że się do nich przyzwyczai, przerażała ją.

Bo wiedziała, co się stało w przeszłości, wiedziała, że była niechciana, że nie należała do tego ich całego świata, że była kimś innym. Że prędzej czy później, ten, z którym została, opuściłby ją.

- Nie wiem – odparła nieco ciszej, chociaż z tą samą pewnością siebie, co wcześniej.

Tamten się zaśmiał.

- Pomyśl.

Wywróciła oczami, prychając.

- Może – wzruszyła ramionami – Zależy od tego, czy będzie im zależeć na tyle, że zostaną ze mną na dłużej niż miesiąc?

- Och, Brooke. Nie sądzisz, że to trochę nie fair?

- Życie nie jest fair – mruknęła z uśmiechem, szturchając go łokciem – Po za tym, kto powiedział, że dawno nie dałam im szansy? – spytała.

Jasper popatrzył na nią.

- Jeśli ktoś dał ci niezłego kopa, to może w to uwierzę – mruknął, w chwili, kiedy ktoś wyszedł z domu – Cóż, przynajmniej masz dom dla siebie, nie?

Ach…

Racja.

Williams'owie wyjechali.

- Nie byłabym tego taka pewna – powiedziała w końcu – Prawdopodobnie wrócą za dzień, może dwa – wzruszyła ramionami – W mieście ma być ta impreza, bal i te takie. Wiedźma nie przepuści takiego czegoś.

- Nie mówiłaś czasem, że mieli być w Arizonie? – spytał, marszcząc czoło – I, że mieli tam być przez kilka tygodni?

Na to, prychnęła.

- Hah, a żeby! – zaśmiała się – Zawsze tak mówią. Z chwilę zacznie się znowu szkoła, a ja mam cholernie dużo zajęć. Za każdym razem przyjeżdżają wtedy wcześniej, żeby ułożyć mi harmonogram i spis dodatkowych zajęć – wzruszyła ramionami.

- Wiesz, może złożę im wizytę? – wyszczerzył się, pocierając dłonie.

- Nie, dziękuję – wywróciła oczami – Os…

- Brooke? – ktoś przed nimi nagle się odezwał, sprawiając, że uśmiech na twarzy Lennox zniknął, a zastąpił go grymas.

Przecież nadal byli tutaj. U nich.

Totalnie zapomniała.

- Przepraszam – zanim w ogóle pomyślała, słowa po prostu frunęły z jej ust – Nie chciałam robić sceny – przyznała cichym, niepewnym głosem.

Po raz kolejny szatyn zastanawiał się, jak to możliwe, że tak nagle zmieniała swój ton głosu. Tak perfekcyjnie, tak…tak jakby musiała robić to przez cały czas.

- Nie, nie, w porządku – William trzymał się za kark, uśmiechając się lekko zakłopotany na dwójkę, niemal spuszczając wzrok na ostre spojrzenie, które Jasper posłał w jego stronę – Właściwie, miałem zamiar tylko powiedzieć ci, że wszyscy się zwijają, więc… - wskazał na chłopaka obok niej.

- Taa – wymamrotał, jego uśmiech pojawił się tylko na kilka sekund, kiedy na nią spojrzał, po czym znowu zniknął – Zgaduję, że to kolejne pożegnanie, co nie, Księżniczko?

Brooke wydała z siebie niezadowolony dźwięk, chociaż pułkownik wyraźnie zauważył rumieniec na jej policzku.

- Zamknij się – warknęła, po czym wzięła głęboki wdech – Gdzie zostajesz? – spytała w końcu.

Jasper otworzył usta, po czym je zamknął, odchrząkując i uśmiechając się zakłopotany.

- Heh, heh – wyrzucił z siebie.

- Nie masz gdzie zostać – stwierdziła sucho.

- Hej! Nie ma, co się gniewać, Księżniczko! Zrobiłem to dla ciebie – postawił na swoją obronę, a na jej wzrok dodał – Chociaż mogłem to przemyśleć, przyznaję.

- Och, popatrz. Przecież ty nie myślisz – odparła zirytowana – Więc, co?

- Co? – spytał z głupim uśmieszkiem.

- Gdzie zostajesz?

- Czyżby ci zależało? – odparł pytaniem na pytanie.

- Nie – syknęła – Jestem ciekawa.

- Cóż, na pewno coś wymyślę. O to się już nie martw, Księżniczko.

Chętnie pominął część, w której nie miał bladego pojęcia, co teraz zrobi. Brooke nie musiała tego wiedzieć, a po za tym, miał w mieście kilka kontaktów. Jeden z nich na pewno udzieliłby mu noclegu.

I wtedy William odchrząknął, zwracając na siebie ich uwagę.

- Mógłbyś zostać u nas – podsunął, na co Brooke popatrzyła na niego podejrzliwie – Mamy dodatkowy pokój – stwierdził.

Jasper zmierzył go wzrokiem.

- Dam sobie radę – mruknął – Zatrzymam się w motelu.

Tamten wzruszył ramionami, po czym spojrzał znowu na blondynkę.

- Sunstreaker czeka na ciebie w samochodzie – powiadomił i miał powiedzieć coś jeszcze, kiedy Brooke wytrzeszczyła lekko oczy.

- Zaraz, Toster? On mnie nienawidzi. Nie, czekaj. On nienawidzi ludzi!

William zaśmiał się na jej minę i kontynuował.

- A Sam i Mikaela prosili żeby was pożegnać. Musieli wyjechać wcześniej przez pewne sprawy – dokończył z łagodnym uśmiechem.

Ale coś nadal jej nie grało.

Bo Sunstreaker, ten arogancki, zimny, Sunstreaker na nią czekał.

Więc…gdzie był jego brat?

Czerwony Idiota miał w nawyku kręcić się koło niego, kiedy miał tylko okazję i zwykle to on ją odwoził.

….Nie.

Czy ona…ona martwiła się o niego?

- A gdzie Sideswipe?

To pytanie jakby po prostu wyfrunęło z jej ust.

Serio, gdzie się podziała cała jej kontrola?

- Och, nic mu nie jest. Sunny chciał po prostu z tobą porozmawiać – wyjaśnił pułkownik.

Zirytowana burknęła.

- Nie pytałam się, co mu jest – mruknęła – Tylko gdzie jest – stwierdziła.

Co…co się z nią w ogóle działo?

I dlaczego Jasper się tak szczerzył?

- Oczywiście, Księżniczko – zaśmiał się złośliwie, na co wywróciła oczami, krzyżując ręce pod biustem – W każdym razie, będę się już zbierać.

- Zaraz, a jak zamierzasz wrócić?

- Psujesz wszystkie moje pożegnania – stwierdził z westchnięciem – Wymyślę coś –zapewnił, po czym machnął ręką na Lamborghini – A teraz już, twój Książe czeka, Księżniczko – ukłonił jej się ze złośliwym uśmieszkiem.

- Pogadamy sobie później – obiecała mrocznie, kierując się we wskazanym kierunku.

- W to nie wątpię – zaśmiał się, machając jej dłonią.


Nienawidzę, kiedy mam rację, pomyślała Brooke, siedząc w środku auta i piorunując wzrokiem samochód na podjeździe.

Co prawda było to do przewidzenia. Właściwie nie było ich z tydzień.

Ale nadal, to nie był widok na który dziewczyna skakała z radości.

- Więc kim on jest? – spytał Sunstreaker, jego głos był jakiś inny i szczerze blondynka nawet zapomniała, że siedział koło niej.

- Woah, przesiedzieliśmy całą drogę w ciszy i dopiero teraz z tym wyskakujesz? – dziewczyna wywróciła oczami – Długo ci zajęło – stwierdziła, krzyżując ręce pod biustem.

- Odpowiesz na pytanie czy nie? – warknął zirytowany.

Przez chwilę zastanawiała się w ogóle, co ona z nim robiła i dotarło do niej, że nie miała bladego pojęcia.

Oczekiwał prostej odpowiedzi. W dodatku na proste pytanie, a nie mogła się zmusić, żeby chociaż to mu dać.

- Co cię to obchodzi? Chcesz się włamać do systemu i wyciągnąć na wierzch wszystko, co na niego mają? Rany, Toster, może on jest szpiegiem dla Con'ów, co? – zakpiła kręcąc głową na jego minę.

Sunstreaker zacisnął zęby.

- Zostaw to dla kogoś, kogo faktycznie obchodzi twoje życie – prychnął niewzruszony, na co zmarszczyła czoło – Pytam z ciekawości.

- Wow, to było prosto z mostu – mruknęła z podziwem, patrząc na niego – Jest przyjacielem.

- Masz przyjaciół? Szok! – powiedział niemiło.

Brooke warknęła pod nosem.

- Wyobraź sobie, że w przeciwieństwie do ciebie, ktoś mnie lubi – syknęła – Nie jestem przynajmniej tak arogancka i zapatrzona w sobie jak ty. Dziwię się, że twój brat z tobą wytrzymuje – powiedziała jadowicie.

Nagle w jednej sekundzie, drzwi otworzyły się z rozmachem, blondynka wytrzeszczyła oczy, a Sunstreaker zacisnął palce na kierownicy.

- Wypad – warknął ostro, a jego oczy, mogła przysiąc, że przez chwilę wydawały się czerwone – Zanim rozszarpię cię na strzępy.

Brooke przełknęła ślinę, ale zrobiła jak kazał.

W takim stanie, wolała się z nim nie mierzyć.

Ale w sumie, zasłużył sobie.

Mimo to, nie mogła zdusić w sobie tego poczucia winy, kiedy Lamborghini z piskiem opon wystrzeliło na przód, zostawiając ją w dymie.

Westchnęła do siebie, przeklinając się w głowie.

Życie nie było dzisiaj po jej stronie.


Nienawidziła tych rodzinnych kolacji, kiedy Williams'owie wracali z podróży. Szczególnie tych, w których uczestniczyła Nathalie. Boże broń, ona nie wiedziała jak się zamknąć.

- A jak tam u ciebie, Brooke? – spytała z uśmiechem Emily, ale blondynka jedynie wzruszyła ramionami, jedząc po cichu kanapkę – Nic się nie działo?

Nie…Po za tym, że mój przyjaciel wrócił do miasta. Ten, co was nienawidzi, pomyślała zirytowana, ale potrząsnęła głową, niechętnie spoglądając jej w oczy.

Bóg wiedział, że nienawidziła tych szmaragdowych otoczek.

- Siedziałam cały czas w domu – skłamała gładko.

- Ach – pokiwał głową Jack – Nie dziwie się, to nie jakżebyś miała jakiś przyjaciół, prawda Nathalie? – zapytał czarnowłosą, siedzącą zaraz koło Brooke.

Tamta posłała jej jadowite spojrzenie z przesłodzonym uśmiechem.

- Oczywiście tatusiu – zgodziła się dźwięcznym głosem.

Emily potrząsnęła głową.

- W Arizonie także nie było żadnych szczególnych atrakcji – ciągnęła kobieta, jakby nigdy nic się nie stało – Praktycznie załatwialiśmy tylko biznesowe sprawy.

Jakby mnie to obchodziło, mruknęła w myślach.

Reszta kolacji przeszła swobodnie. Przynajmniej dopóki Emily nie położyła przed nią wielkiej koperty. Zaciskając zęby, sięgnęła po nią i rozerwała papier, wyjmując folder.

I przejeżdżając wzrokiem po pierwszej linijce, popatrzyła ostro na zielooką.

- Uczestniczyłam w lekcjach pianina rok temu – stwierdziła ze ściśniętym gardłem – Tak samo jest z dodatkowym wychowaniem fizycznym. Nie potrzebuje tego – powiedziała, ale kobieta tylko potrząsnęła głową.

- Ależ, kochanie – Emily nawet nie odwróciła się w jej stronę – Ostatnio wypadłaś z formy.

Że niby gdzie?, pomyślała.

- A dlaczego muszę uczestniczyć w kolejnych zajęciach ze sztuki? – spytała ostro, niemal rzucając w nią kubkiem, który stał przed nią – Nie umiem rysować.

- Ale lubiłaś plastykę – stwierdziła zdziwiona.

Blondynka zacisnęła zęby.

- Ale nie lubiłam gry na skrzypcach – warknęła – Mimo to mam to w planie.

Czarnowłosa wzruszyła ramionami.

- Bycie numer jeden jest wszystkim, Brooke – powtórzyła stare motto, które krążyło w ich rodzinie – Zapomniałaś?

Nie, pomyślała, zamykając oczy, jakże bym śmiała.

- Oczywiście, że nie, Emily – przyszła nauczona wypowiedź.

- Dobrze – zmierzyła ją wzrokiem, jakby doszukując się czegoś, po czym posłała jej promienny uśmiech, sprawiając, że dziewczyna niemal skrzywiła się z obrzydzenia na to, jak fałszywie wyglądał – Tylko nie próbuj się tym razem od nich wymigać. Powiadomiłam nauczycieli, żeby dali mi znać, jeśli zaczniesz znowu źle się zachowywać.

Źle się zachowywać", tak określała to Emily.

Blondynka jedynak prychnęła, biorąc papiery ze sobą i biegiem wspinając się po schodach, aby dotrzeć do swojego pokoju.


Jasper'a tam nie było.

Taka myśl ją naszła, kiedy po raz setny przesłuchała tą samą piosenkę w ciągu jednej godziny. Bo naprawdę, w tej chwili przydałaby jej się jakaś ucieczka z tego przeklętego mieszkania. Zwłaszcza, że zbliżała się ta godzina.

Wyjęła z westchnięciem komórkę, obejmując kolana ramionami szybko przejechała przez kontakty.

Sam i Mikaela odpadali z góry, nie miała czasu wyjaśniać im wszystkiego po kolei.

Epps pewnie nadal był na nią nieco obrażony.

Toster jej nienawidzi.

Sideswipe jest pewnie w tym samym stanie, co on.

Jazz prawdopodobnie był czymś zajęty. A po za tym, to przecież on. Nie miała ochoty na użeranie się z nim.

W połowie kuszona chęcią wyrzucenia urządzenia za okno, Brooke nagle wytrzeszczyła oczy i prawie, że pisnęła ze szczęścia, niemal szokując samą siebie.

Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała? Pomijając fakt, że bardzo możliwe był to jej jedyny telefon, który wykonałaby w tym życiu? Albo może, dlatego, że teoretycznie powinien być jej wrogiem?

Cóż, gorzej być nie mogło, prawda?

Lennox wzięła głęboki wdech i nacisnęła zieloną słuchawkę przy napisie „Pan Pączek", niemal sparaliżowana, kiedy usłyszała, że na dole coś się zbiło.

A co jeśli tym razem wejdą do góry? Wszystko się zmieniało, więc dlaczego nie to?

- No, no, Człowieku. Czyżbyś potrzebowała pomocy?

Brooke jeszcze nigdy, przenigdy nie była tak szczęśliwa, kiedy usłyszała jego arogancki, zimny głos. Język niemal jej się zaplatał, kiedy zmusiła się do normalnego oddychania.

- Jak szybko możesz tutaj dotrzeć? – spytała szybko, z nadmiaru emocji dłoń jej lekko zadrżała.

- Prosto do rzeczy, co nie Insekcie? – odparł i mogła sobie wyobrazić, że trzęsie głową na jej pytanie – Pięć waszych ziemskich minut – odpowiedział.

- Och – tego się nie spodziewała, chociaż musiała przyznać, że przecież gościu miał mustanga, więc nie powinna się dziwić – Więc…jesteś jakoś zajęty? Zabijasz kogoś? Torturujesz?

Prawie słyszała jak wywraca oczami.

- Chyba byś chciała – prychnął.

W tym samym czasie dziewczyna pakowała mp3, zeszyt i zapasowe ubrania do małej wielkości plecaka.

- Świetnie, więc możesz mnie zabrać, nie? – spytała nieco spięta, ramieniem trzymając telefon do ucha, a rękoma usiłując założyć na siebie bluzę.

- Nie powinnaś być w łóżku? – zapytał pod nosem – Ugh, będę tego żałować. Znając twoje szczęście, Insekcie, napotkamy się na te Auto-ścierwa.

- Agh, zamknij się. Myślisz, że tylko ty masz teraz problemy? – spytała i skrzywiła się, kiedy zaczęły się krzyki – Przynajmniej ty masz jakieś ciche miejsce do spania.

- Cich…Zaraz, masz tam jakąś ludzką imprezę?

- Nie. Alkoholików – odparła podchodząc do okna i patrząc na ulicę – Przyjedziesz czy nie? – zapytała.

Szczerze, jeśliby odmówił to byłaby w kropce. Był teoretycznie jej ostatnią deską ratunku. Nie zawracając uwagi nawet na fakt, że to Decepticon, bo serio, wydawał się nawet spoko.

I był cholernym mustangiem! Kit z tym, że policyjnym.

- Pośpiesz się – mruknął i z tym zdaniem, połączenie się zakończyło.

Szybko podskakując w głowie, otworzyła okno i przymykając oczy, przyszykowała się na uderzenie, kiedy z niego wyskoczyła.

Ku jej zaskoczeniu jednak jej nogi nawet nie dotknęły ziemi. Otwierając oczy, popatrzyła na czarnowłosego w szoku, kiedy on tylko się na nią skrzywił, szybko stawiając ją na trawie.

- Bezmyślne insekty – warknął pod nosem, jego holoform na ułamek sekundy zniknął, po czym pojawił się w pojeździe, do którego Brooke wsiadła dosłownie w minucie od odzyskania świadomości, co się dzieje.

I kiedy już była w środku, odetchnęła z ulgą, każdy jej mięsień widocznie się rozluźnił, a stres jakby umknął w czasie, kiedy Barricade szybko objął ją pasem.

Po raz kolejny objęło ją to uczucie bezpieczeństwa.

Skąd, dlaczego i jak to było możliwe, nie wiedziała.

Zdała sobie tylko sprawę z tego, że z nim czuła się najlepiej. Do pewnego stopnia przebijał nawet Jasper'a, a to samo w sobie było czymś niesamowitym.

Bo nikt, nigdy przenigdy nie był w stanie tego zrobić. Nawet wcześniej poznany Jazz nie dorastał mu do pięt.

Nie miała pojęcia czy to był fakt, że był Decepticon'em i gdyby chciał rozszarpałby ją na miejscu, a tego nie zrobił czy to, że mimo swojego charakteru znalazła w nim jakieś dziwne pocieszenie. Bo mimo tych jego komentarzy, zdała sobie sprawę, że z jego ust nawet nie brzmiały tak okropnie.

- Gapisz się – stwierdził w którymś momencie.

Blondynka aż podskoczyła, jakby złapana na gorącym uczynku i wywróciła oczami, odwracając się od niego i wyglądając za okno.

- Przepraszam ekscelencjo – mruknęła.

- Och, przestań się nad sobą użalać – pokręcił głową – Wyciągnęłaś mnie tu i zamierzasz tylko marudzić? Ugh, wiedziałem, że to zły pomysł. Tak przy okazji, gdzie ten czerwony idiota i jego brat? – spytał.

Przez chwilę miała ochotę się zaśmiać, po czym przypomniała sobie, co faktycznie się stało.

- Mogłam przypadkowo go urazić – stwierdziła, że wzruszeniem ramionami – A on mógł przypadkowo zniknąć.

- Przypadkowo – powtórzył sceptycznie.

- Powinnam była wiedzieć, żeby nie wciągać jego brata w to wszystko – kontynuowała ciszej, nagle tracąc dobre samopoczucie – Ale kto by tam wiedział? To nie tak, żebyśmy się z Tosterem w ogóle lubili, nie?

- Człowieku, mówisz bez sensu – stwierdził.

- Ech, nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi – powiedziała niewzruszona, znowu wzruszając ramionami.

Barricade wywrócił oczami.

Dlaczego dał jej się zaciągnąć w ten bałagan?


A/N: I'm back :D Kto jest szczęśliwy?
Brooke: Nikt.
Me: Musisz psuć humor, co nie?
Brooke: *Wzrusza ramionami*
Me: W każdym razie, wróciłam po walce z The Lightning i zamierzam szybko skończyć SITR. I wtedy zajmę się resztą moich planów. Takich jak SD i FSAT, które także będą wzorowane na Transformers...
Brooke: Masz obsesję.
Me: Co, ja? Pft! Wydaje ci się, po prostu uznałam, że nie ma wystarczająco dużo polskich fic'ów na świecie i nadrabiam za innych. Pomińmy tylko to, że moje opowiadania są do bani, okay?
Brooke: *Mutters*Masz problemy.
Me: *Glares* W kazdym razie, skupiam się teraz tylko na Stand in The Rain. Więc jesli macie jakies pytania, albo czegoś nie wyjaśniłam, piszcie.
Brooke: Możecie jej też wytknąć wszystkie błędy.
Me: *Glares*
XXFaith