- Nie, no świetnie, Sunny – skomentował Sideswipe, klaszcząc – Po prostu wspaniale.

Sunstreaker wywrócił oczami, prychając.

- Och, zamknij się – warknął zirytowany.

- Pomińmy w ogóle fakt, że Optimus zaufał nam z tym zadaniem, a ty je spaprałeś – ciągnął wściekły, piorunując go wzrokiem – Na serio, to ja powinienem teraz tu siedzieć i słyszeć od ciebie lektury, nie na odwrót!

Blondyn burknął coś pod nosem.

- Przepraszam, co? Nie słyszałem. Twoja głupota jest za głośna.

Na to, Sunstreaker warknął.

- Nic jej nie będzie – stwierdził oschło – Da sobie radę bez nas – dodał na spojrzenie, jakie dał mu brat w odpowiedzi.

Czerwonowłosy mruknął coś jeszcze pod nosem i wyszedł z pokoju.

Modlił się tylko żeby miał rację.


Brooke nuciła sobie pod nosem „So cold" Ben Cocks'a, pisząc coś w notesie, kiedy Barricade w końcu się zatrzymał. I szczerze, dziewczyna, kiedy się rozejrzała, uznała, że to jeden z piękniejszych widoków, jakie dane jej było zobaczyć. Przerwała swoją czynność i zaciekawiona blaskiem, jakie oddawało zachodzące słońce, uniosła wzrok.

I nagle dotarło do niej, że przecież było to ten sam clif na który dziewczyna wymykała się w nocy, aby pooglądać gwiazdy.

Było tu nawet ładniej niż wtedy.

Lennox wpatrywała się w słońce dosyć długo, trzymając w dłoni długopis, aż w końcu wróciła do powróciła do tego, co robiła.

- Nie spodziewałam się, że przyjedziesz – stwierdziła po chwili, nie podnosząc na niego wzroku, kiedy tamten zwrócił w jej kierunku oczy.

- Gdybym miał cię zignorować, nie dawałbym ci numeru, Insekcie – stwierdził sucho, na co wzruszyła ramionami.

- Mogłeś nie odbierać – mruknęła – Większość by tak zrobiła.

- Nie jestem „większość" – odparł ostro – I jeśli składam propozycję, to jej się trzymam. Nie tak jak ten twój żałosny gatunek – powiedział z pogardą.

- Cóż, nie mogę się z tobą nie zgodzić – wymamrotała, na co uniósł do góry brew – Ale mimo to, dzięki.

- Nie dziękuj mi – syknął ostro, ale ona już się nie odezwała.

I tak przez dobre kilka minut. Decepticon właściwie zastanawiał się czy w ogóle pamiętała gdzie i z kim jest, sądząc po jej spokojnym biciu serca. Jakby fakt, że mógł ją zabić wcale jej nie obchodził.

To w sumie była kolejna cecha, która wyróżniała ją od reszty.

Sam jednak nie wiedział, dlaczego postanowił ją oszczędzić.

W ciągu tych milenium nie okazywał nikomu takiej łaski, ten, kto stawał na jego drodze kończył w piachu. Bez wyjątków.

Dlaczego jeden marny człowiek to zmienił, tego nie wiedział.

- O czym myślisz? – jej cichy, jednak melodyjny głos, wyrwał go z rozmyślań, sprawiając, że spiorunował ją wzrokiem.

- Jak cię zabić – odparł, na co prychnęła, niewzruszona.

- Kłamca – skwitowała ze złośliwym uśmiechem – Nad tym nie trzeba się zastanawiać. Jesteś Con'em, rozwiązanie nasunęło ci się w minucie, kiedy mnie zobaczyłeś – stwierdziła pewnie, niemal zaskakując go za jednym razem.

- Och, nie bądź taka zarozumiała – powiedział z irytacją – Równie dobrze mogę próbować wyciągnąć z ciebie najpierw informacje na temat tych Auto-ścierw, a dopiero później zabić.

- Prawda – odparła zamyślona – Ale z jakiegoś powodu siedzisz cicho, więc nie mam się, o co martwić – wzruszyła ramionami.

Och, dlaczego czuła się z nim tak swobodnie, tego raczej nie zrozumiałby nikt.

- Po za tym – kontynuowała – Myślę, że po prostu za bardzo mnie lubisz – dodała złośliwie, dobrze wiedząc, jaka będzie jego reakcja.

- Och, błagam cię – prychnął z politowaniem – Nie przyjaźnię się z waszą żałosną rasą.

Brooke posłała mu zadowolony uśmiech.

- Nigdy nie wspominałam o przyjaźni – stwierdziła, na co łypnął na nią spod łba.

- Daj mi jeden powód dla którego nie powinienem odciąć ci w tej chwili głowy, Człowieku – odparł ostro, na co tamta się wyszczerzyła.

- Beze mnie byłoby ci nudno.

- Ugh, jesteś irytująca.

Ona dramatycznie westchnęła.

- Już to przerabialiśmy, Barricade. Nie jesteś pierwszym gościem który to mówi.

Jeszcze w życiu nie miał tak wielkiej ochoty uderzyć się głową w kierownicę.


- Wiesz, w połowie miałam wrażenie, że wyrzucisz mnie na drogę – mruknęła Brooke, ponownie coś pisząc w notesie – Nadal czekam aż to zrobisz.

Decepticon wywrócił oczami.

- Jak już wcześniej mówiłem – zaczął oschle – Nie składam propozycji, jeśli wiem, że ich nie spełnię.

- Nadal, inna osoba na twoim miejscu by to zrobiła – odparła ze wzruszeniem ramionami.

Już na skraju swojej wytrzymałości, Barricade gwałtownie zahamował, sprawiając, że dziewczyna na miejscu pasażera wytrzeszczyła sekundowo oczy i chwyciła się instynktownie za pas, kiedy poleciała nieco do przodu.

- Tego chcesz? – spytał ostro, ale ona milczała – Musisz upierać się przy swoim, Insekcie? Mogę cię wyrzucić na ziemię, jeśli tak tego pragniesz – zaproponował, jego oczy ściemniły się do głębokiej czerwieni, a on sam patrzył na nią zirytowany.

To, że była podejrzliwa rozumiał. Nawet tego oczekiwał.

Ale te niekończące się sugestię naprawdę zachodziły mu za metal.

- Ugh, przepraszam, że uraziłam twoją dumę – wycedziła, chwytając się za żebra.

Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że pewne części jej ciała nadal nie zagoiły się od feralnego wydarzenia w piwnicy z Jack'iem.

Pewnie, nie było za widocznych znaków na jej ciele, ale jej żebra oberwały wtedy dosyć mocno. Tak długo jak nie próbowała ich wystawić na próbę, wszystko było w porządku. Ale musiałaby skłamać, gdyby powiedziała, że te pasy nie wbijają się w jej skórę jak lód.

Tamten nie odpowiedział, zamiast tego przejechał po niej wzrokiem.

- Auć – syknęła do siebie – A ludzie się zastanawiają… - urwała, kręcąc głową.

- Nie ma co – prychnął, jakby z rozbawionym błyskiem w oku, który dziewczyna widziała po raz pierwszy – Jest w tobie naprawdę więcej niż na pierwszy rzut oka, Człowieku.

I wtedy się zaśmiał.

Mogła tylko patrzeć na niego oszołomiona, zastanawiając się o co chodzi.

- Uh…To miał być komplement? – spytała niepewnie.

Śmiech ustał.

Barricade po prostu zwrócił głowę w stronę drogi, nie odzywając się przez dobrych parę minut.

- Potraktuj to jak chcesz – machnął na nią dłonią.

- Jasne… - mruknęła – Przynajmniej nie próbujesz mnie zabić. To już coś.

Czarnowłosy wywrócił oczami.

- Nie kuś mnie, Insekcie.

- I znowu z przezwiskami – pokręciła głową.

Tamten tylko westchnął i wymamrotał coś pod nosem, nie w jej języku, skupiając się na drodze przed nim.

I mimo to, dziewczyna uśmiechnęła się do siebie.

Więc jednak mu zależało, pomyślała usatysfakcjonowana.


Brooke zacisnęła usta w cienką linię, kiedy spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu.

Nie sądziła, że Emily posunęła się tak daleko i, że zadzwoni o dwudziestej w nocy.

To…było irytujące.

Jednak, kiedy Barricade posłał jej dziwne spojrzenie, dziewczyna z wywróceniem oczy, szybko nacisnęła zieloną słuchawkę i przysunęła urządzenie do ucha.

- Emily – dlaczego jej gardło nagle dostało takiego ścisku?

- Brooke – uh huh, nie dobrze, pomyślała natychmiastowo słysząc ostry głos jej opiekunki – Gdzie jesteś?

No…można powiedzieć, że nawet gdyby chciała odpowiedzieć, nie mogłaby, bo totalnie nie znała odpowiedzi.

- Nie tam gdzie myślisz, że jestem, to na pewno – odparła swobodnie, pomimo guli w przełyku – Czyli nie w domu.

- Domyśliłam się – przyszła oschła odpowiedź – Dlatego się pytam.

Auć, nie dobrze, nie dobrze, stwierdziła w duchu blondynka, gorączkowo szukając jakieś wymówki, kłamstwa, które nie pociągnęłoby za sobą za dużego lania. Nie miała prawa odpuszczać mieszkania w nocy bez ich zgody, takie były reguły.

- Nigdzie – odparła.

Nie. Nie miała punku ucieczki, trafiła w ślepy zaułek.

- Więc wróć do domu – nakazała.

Tamta zacisnęła zęby. Nie chciała wracać, nie chciała widzieć tej jej twarzy, nie chciała słyszeć tych krzyków do których się przyzwyczaiła, chciała być sama.

Okay, skreślić to ostatnie.

Nie chciała być w pobliżu Emily i jej debilnego planu zajęć.

Nie miała ochoty na bycie perfekcyjna tego wieczoru.

- Pewnie – Barricade uniósł do góry brew, chociaż nie odezwał się nawet słowem w ciągu całej tej wymiany zdań – Spotkamy się jutro, nie? Rano – nacisnęła, coraz to czując się bardziej niezręcznie.

- Teraz – warknęła.

Okay, czyli koniec z kochającą Emily? Spoko.

Brooke pokiwała głową.

- Emily…

- Ty mały niewdzięczny bachorze wracaj do domu!

Lennox zamarzła na chwilę, czując jak dłoń jej drży, ale pokręciła głową.

Nie, nie było mowy, żeby wróciła.

- Do jutra, Emily – ucięła krótko, kończąc połączenie i szybko chowając komórkę do torby, przełykając ślinę.

Tym razem naprawdę wkopała się w niezłe bagno, nie?

- Interesujący zasób słów – zaobserwował mężczyzna obok niej, mrużąc oczy, kiedy ona odwróciła głowę w stronę okna – Koleżanka? – spytał, chociaż coś jej mówiło, że dawno znał odpowiedź.

- Adopcyjny opiekun – odparła, odchrząkując.

- Nie brzmiała jak miła osoba – stwierdził sucho.

Bo nią nie jest, chciała powiedzieć, ale słowa jakoś nie chciały jej przejść przez gardło.

- Nie znasz jakiegoś motelu tutaj, co n-nie? – zapytała, klnąc w głowie za jąknięcie się przy nim.

- Nie – zaprzeczył krótko.

Cóż, wrócić nie zamierzała. Takiej opcji nawet nie rozważała.

To zostawiało spanie na ulicy, bo Pan Pączek na pewno nie pozwoli jej zostać, prawda? Popatrzyła na niego kątem oka i wzruszyła mentalnie ramionami.

Mogła spróbować, racja?

- Przypuszczam, że nie dasz mi tutaj przenocować, nie?

Szczerze, naprawdę oczekiwała odpowiedzi przeczącej.

Nie śniło jej się nawet, że mógłby odpowiedzieć inaczej.

- Pozwolę ci zostać na jedną noc, Człowieku – odparł w końcu, zatrzymując się i zerkając na nią kątem oka, kiedy tamta zaskoczona, wpatrywała się w niego szeroko roztwartymi oczami – Och, przestań się gapić. Mogę być Con'em, ale to nie znaczy, że zostawiłbym cię w tym stanie samą – stwierdził z wywróceniem oczy, po czym dodał – Insekcie.

Lennox schyliła lekko głowę.

- Dałabym sobie radę sama – odparła, desperacko próbując utrzymać swój image twardej i sarkastycznej – To nie byłby pierwszy raz gdybym przespała się na ulicy.

Dawniej, często to robiła.

Ten rebeliancki wiek i takie tam.

Jednak, Barricade zmierzył ją gniewnym spojrzeniem, jakby to co powiedziała było czymś obrzydliwym.

- Naprawdę im na tobie nie zależy, co nie Człowieku? Wiedziałem, że ludzie to obślizgły gatunek od początku – mruknął, z jakiegoś powodu jego oczy ściemniały, ale ona raptem wzruszyła ramionami.

- Nie jesteś pierwszym, który mi to mówi – stwierdziła obojętnie – Ale spanie na ulicy jest o wiele lepsze niż w łóżku w moim pokoju.

Dlaczego mu to mówiła, po raz kolejny nie wiedziała.

Być może była to ta aura, albo po prostu czuła się jakoś lepiej, wiedząc, że ktoś poza nią nienawidził Williams'ów? Nie miała pojęcia.

- Cóż, przypuszczam, że Autoboty nawet o tym nie wiedzą – odezwał się i Brooke musiała przyznać, że był to chyba pierwszy raz, kiedy nie obraził ich w jednym zdaniu.

- Masz na myśli część w której śpię czasem na ulicy? To nie – wzruszyła ramionami – Zdziwiłbyś się gdybym powiedziała ci, co się naprawdę dzieje w tym domu.

- Nie przyzwyczajaj się – prychnął – Zostajesz tu na jedną noc.

Lennox popatrzyła na niego poważnie.

- Wiedziałam, że ci zależy.

Czy miał być to żart czy poważne oświadczenie, tego nie wiedział.

- Nie rozśmieszaj mnie – pokręcił głową – Jesteś tylko jednym, marnym człowieczkiem. Dlaczego miałby mi na tobie zależeć, Insekcie?

Niebieskooka zaśmiała się słabo.

- Nie wiem, tym mi powiedz – odparła.

Wydał z siebie niezadowolony odgłos i skinął na tylne siedzenia.

- Przesiądź się i idź spać – rozkazał – Będę miał przynajmniej spokój – mruknął do siebie, włączając jakąś przypadkową stację w radiu razem z ogrzewaniem, po czym dezaktywował swój holoform.

- Dobranoc, Candy – odezwała się cicho, kiedy już się położyła i zamknęła z ziewnięciem oczy.

- Ugh, po prostu idź już spać, Brooke – warknął poprzez radio.

Blondynka uśmiechnęła się szeroko na swój sukces.

Chwilę później, już jej nie było.


- Myślisz o tym samym, co ja? – spytał Sideswipe, na co Jazz spiorunował go wzrokiem – Heh, heh…Pamiętaj, że to nie była moja wina! – uniósł ręce w geście protestu, kiedy sabotażysta wywrócił oczami za swoimi kawałkiem szkła, który służył mu jako okularopodobny wizor.

- Nie wierzę, że mogliście być tacy nieodpowiedzialni – syknął do siebie, kręcąc głową i ignorując czerwonowłosego, kiedy ten próbował wytłumaczyć siebie i swojego brata.

Jedyne, co wiedzieli to, że Brooke zniknęła gdzieś w nocy, zostawiając Williams'ów wkurzonych na maksa i nikt nie wiedział, co się z nią działo. Przynajmniej tak zakładali. W końcu był nowy dzień, a żaden z nich nie próbował nawet do niej zadzwonić.

Nie żeby ktokolwiek myślał, że by od nich odebrała.

Dziewczyna dała im jasno do zrozumienia, że nie była zainteresowana ich próbami zaprzyjaźnienia się z nią.

- A niech cię Sunstreaker – mruknął pod nosem, po czym skierował się do rodzeństwa ze zmrużonymi oczami – Wiecie gdzie może teraz być? – spytał w końcu.

Ale Sideswipe razem z blondynem pokręcili głowami.

- Na pewno nie z tym nowym – wzruszył ramionami czerwonowłosy – Podrzuciłem go pod motel o wiele później niż Sunny Brooke.

- Ech, wy dwaj jesteście beznadziejni – stwierdził.

Dlaczego to on zostawał z tym bałaganem?


Było jej…ciepło.
Po raz pierwszy w życiu obudziła się powoli, nie w pośpiechu i bynajmniej nie spadła z…łóżka? Zaraz, przecież…

Brooke wytrzeszczyła na chwilę oczy, biorąc głęboki wdech i marszcząc czoło, kiedy zauważyła, że jest przykryta czyjąś kurtką w…w mustangu. Właśnie. Przecież nie wróciła wczoraj do domu, została z…

Zaraz, to kurtka musiała należeć do Barricade, prawda?

Ale…ale przecież wyłączył swój holoform zaraz po tym jak kazał jej się przesiąść, co oznaczało, że musiał to zrobić jakoś po tym jak usnęła.

Ugh, jej głowa nigdy nie funkcjonowała dobrze rano.

Nadal miała wrażenie, że o czymś zapominała…

- Mam nadzieję, że masz jakieś dobre wytłumaczenie, Insekcie – stwierdził poprzez radio, sprawiając, że zdezorientowana, podpierając się łokciem spojrzała w jego kierunku – Nie doceniam budzenia mnie o drugiej nad ranem krzykiem – powiedział sucho.

Och, okay to…

Zaraz, co?

Nie, nie, nie, jej umysł powtarzał jak mantrę, kiedy ona sama zamarzła w miejscu i mogła przysiąc, że jej serce przez chwilę przestało bić.

Pamiętała jak przez mgłę, że tak faktycznie obudziła się, ale…ale nie miała pojęcia, że krzyczała. Ostatnio rzadko jej się to zdarzało i większość czasu udawało jej się to maskować.

Skrzywiła się wtedy.

- Nie chciałam – powiedziała cicho, siadając i znajdując pocieszenie w kurtce którą się objęła – Przepraszam.

Zawsze musiała coś popsuć, prawda?

Życie tak bardzo jej nienawidziło.

- Dlaczego ludzie tak dużo przepraszają? – mruknął zirytowany, jego holoform pojawił się na przednim siedzeniu, jednak nawet na nią nie spojrzał – Przesiadaj się.

Raz, kiedy już była na swoim miejscu, zmierzył ją wzrokiem od dołu do góry i westchnął.

Pamiętał ten krzyk niedoli i musiał przyznać, że pomimo tego, że sam niegdyś taki wytwarzał, ten sprawił, że jego Iskra boleśnie się skręciła. Mógł się tylko zastanawiać, co wywołało taką reakcję.

Ale miał swoje przypuszczenia i sądząc po ostatnim telefonie od jej tak zwanego opiekuna, miał rację.

Ech, nie cierpiał ludzi, byli tacy skomplikowani.

- Zamierzasz podrzucić mnie do domu? – spytała cicho, ale to słowo dziwnie brzmiało z jej ust.

- Nie – odparł krótko, po czym się skrzywił – Miałaś gdzieś dzisiaj być? – zapytał.

Nie kwestionowała nawet tego, że nie zwracał się do niej jakimiś obraźliwymi przydomkami, po prostu potrzasnęła głową na „nie", bo przecież zajęcia zaczynała dopiero od nowego roku szkolnego.

- Świetnie – mruknął.

- Ale chciałam odwiedzić bibliotekę – odezwała się po chwili, na co uniósł do góry brew, po czym potrząsnął głowa.

- Nieważne, i tak nie będę cię wozić w takim stanie – wywróciła oczami na jego oświadczenie – Nie masz jakiegoś przyjaciela u którego mogłabyś się przebrać, Człowieku?

Wzruszyła ramionami.

- Jest ta dziewczyna. Mikaela. Ona nie będzie zadawać pytań – stwierdziła w końcu.

A przynajmniej taką miała nadzieję. Ostatnio nie za bardzo im szło i w ogóle to przyjaźnienie się, ale zdecydowanie wolała to niż Samuel'a. Słyszała kilka plotek o jego rodzicach i wolała nie dowiedzieć się o ich prawdziwości osobiście.

- Znasz jej adres?


- Mam u ciebie dług, Banes – stwierdziła blondynka, kiedy nie tylko się umyła i przebrała, ale także zjadła śniadanie.

Musiała przyznać, że okropnie łatwo było wkupić się w jej łaski. Zaraz jak Barricade zaparkował, dziewczyna zerwała się i wbiegła na ganek, a Mikaela nawet się nie zawahała, tylko bez problemu ją wpuściła.

Zupełnie jak Jasper, pomyślała, ale szybko potrząsnęła głową i wysiliła się na w miarę wyglądający uśmiech.

- Nie ma…sprawy – zrobiła pauzę, spoglądając podejrzliwie na mustanga, który stał na chodniku z przyciemnionymi szybkami – Heh, to twój?

Brooke zmarszczyła czoło, wyraźnie wyczuwając, że dziewczyna jakby się przed czymś wahała. Dotarło do niej powoli, że może jednak brunetka znała Barricade, więc musiała się szybko zwijać.

- Nie – odparła krótko – Mojego wybawcy.

Nie skłamała. Przynajmniej nie całkowicie.

Mikaela wpatrywała się w nią jeszcze trochę, ale Lennox już dawno się odwróciła. Zauważyła jednak kątem oka jak wyjmuje komórkę. Wywracając oczami, szybko wybiegła na chodnik i wsiadła na swoje miejsce.

Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem, ale podążając za jej podejrzliwym spojrzeniem, szybko włączył silnik i odjechał.

- Jest powiązana z Auto-ścierwami, mam rację? – spytał w końcu.

Brooke prychnęła.

- Ta – mruknęła, oglądając się i zauważając, że dziewczyna nie stała już na gangu, ale była pewnie w domu – Pewnie mnie szukają. Sideswipe najprawdopodobniej dowiedział się, że jego brat wczoraj zwiał – powiedziała bardziej do siebie niż do niego.

Jednak mimo to, Barricade popatrzył na nią ze zmrużonymi oczami.

- Co ty mogłaś powiedzieć, że go tak wkurzyło, Insekcie? – spytał w wyraźnym niedowierzaniem – Ten cholerny frontliner może mieć temperament, ale nie dałby się sprowokować byle jakiemu człowiekowi – stwierdził.

- Nie wiem czy mam się czuć zaszczycona czy obrażona – odparła, ale tamten tylko wzruszył ramionami – Uraziłam jego brata. Tak jakby…

Teraz do niej dotarło jak faktycznie to spaprała.

Nie. Ona nigdy nie wchodziła na taki teren.

Mimo to, zrobiła to. I to ją zaczęło boleć.

Bo nigdy przenigdy nie wchodziło się pomiędzy rodzeństwo. Zwłaszcza bliźniąt.

- Mogę go oficjalnie dodać do listy osób, które mnie nienawidzą – dokończyła, biorąc głęboki wdech, kiedy realizacja ją uderzyła – Super – skwitowała.

- Mówisz jakbyś tego oczekiwała – stwierdził sucho.

- To tylko kwestia czasu – powstrzymała się od dodania czegoś jeszcze i wzięła głęboki wdech, wyglądając za okno – To, co, zawieziesz mnie do biblioteki?

Czarnowłosy pokręcił głową, na co spojrzała na niego podejrzliwie kątem oka.

- Wracasz do domu, Insekcie – oświadczył szorstko, nie oferując żadnego wytłumaczenia.

Lennox westchnęła.

- Jakbym w ogóle mogła to tak nazwać – stwierdziła pod nosem.

- Ale… - nacisnął, rzucając jej coś na kolana – Z tym przy sobie.

Brooke miała już mu coś odpowiedzieć, kiedy popatrzyła na przedmiot na jej kolanach. Gdyby miała w tamten chwili siłę i humor, zmarszczyłaby czoło, zamiast tego jednak uniosła narzędzie i uniosła jedną brew.

- Finka wojskowa?

Posłał jej pytające spojrzenie, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

A co to miało być?

Kiedy dobrze się przyjrzała, to wyglądało na nóż z metalu, by to prosto opisać.

Skąd to wziął, nie miała pojęcia, ale zauważyła jedną znajomą insygnię, jakby wygrawerowaną na rącze razem z jakimiś znakami, które na pewno nie były po angielsku.

Szczerze, wyglądały na chiński.

- To ostrze z cybertronium, Insekcie – wywrócił oczami, kiedy posłała mu zirytowane spojrzenie, mówiące, że nie miała pojęcia, co to – Metal z którego jesteśmy zbudowani.

- Po cholerę mi to?

- Mogę to wziąć, Człowieku – stwierdził sucho, jego oczy zaświeciły, a jego ręka zrobiła taki ruch, jakby chciała chwycić nóż – Jeśli tego nie chcesz.

- Nie! – warknęła, niemal opiekuńczo przyciskając ostrze do piersi, po czym odchrząknęła – Znaczy się, nie powiedziałam, że tego nie chcę – wymamrotała – Tylko, po co mi to?

Decepticon spojrzał na nią tak intensywnie, jakby wiedział coś, czego ona nie i odezwał się z tym okrutnym uśmieszkiem.

- Ty mi powiedz – zaśmiał się na jej minę – Do samoobrony, Insekcie. To sto razy bardziej wytrzymalszy metal niż ten nędzny wasz na Ziemi, który tak chwalicie – pokręcił głową – Po za tym Auto-ścierwa nie zawsze będą na każde twoje zawołanie, Człowieku.

Miała już zaprotestować, że nigdy nie byli, ale się powstrzymała.

Zamiast tego zacisnęła dłoń na rącze i przejechała dłonią po grawerze.

- Co to znaczy? – spytała ze zmarszczonym czołem, ale on tylko uśmiechnął się do siebie dziwnie zadowolony.

- Dowiesz się, Insekcie – zapewnił.

Brooke westchnęła na jego tajemniczość, ale nic nie odpowiedziała.

Mogła jednak przyznać, że takie cacko faktycznie jej się przyda.

- Ach, i jeszcze jedno – jego wzrok po raz kolejny znalazł swoją drogę, chociaż nie był już tak łagodny jak wcześniej, ale surowy i jakiś taki…inny – Jeśli jest ci tak bardzo źle, to nie użalaj się nad sobą, tylko przeproś. Naprawdę, ludzie mogą być czasami tacy skomplikowani.

Lennox po raz kolejny musiała się zastanowić czy aby na pewno jechała z tym samym Panem Pączkiem, Decepticon'em, który ją potracił, czy z kimś innym.


A/N: Skwituję to tak: Brooke jest nadzwyczaj trudna.
Brooke:
*rolles her eyes*
XXFaith