Nie miała dokładnie pojęcia jak długo tam stała i trzymała zamknięte oczy, bojąc się jego reakcji, jego słów.

Jego złości.

Wszechiskra próbowała dowiedzieć się, dlaczego dokładnie się tak czuła.

Ale Brooke milczała, nie wiedząc jak to obrać słowa, jak wyjaśnić ten strach.

Czuła się…dziwnie? Może.

Jakby powiedziała mu o słowo za dużo i jakby miał nad nią jakąś przewagę.

- Rozumiem – powiedział w końcu.

To wystarczyło, żeby Lennox w sekundzie otworzyła oczy, wytrzeszczyła je i popatrzyła na niego jak na ducha, zastanawiając się czy usłyszała, aby na pewno dobrze. Miał na twarzy delikatny uśmiech, jakby rozbawiony był jej reakcją.

- Ty…ale…Co? – wydusiła z siebie w końcu, mrugając.

- Jestem pewien, że zdajesz sobie sprawę z ryzyka, na jakie wystawiasz siebie i ludzi w około – zaczął poważnie – Ale w czasie, kiedy nie popieram twojej decyzji, zdaję sobie sprawę, że jeśli osoba taka jak ty, ufa jednemu z Decepticon'ów, to musi mieć do tego powód…

- To…to nie tak, ja… - desperacko szukała wymówki, która zachowałaby jej charakter, nie chcąc się przyznać, że tak właśnie było – On nie…ja tak…UGH! – chwyciła się za głowę, sfrustrowana.

- Nie martw się, panienko Lennox – Optimus wyrwał ją z zamyśleń – Rozumiem.

W pewnym stopniu, Brooke miała ochotę powiedzieć, że nie, nie rozumiał.

Złapała się jednak na tym, że być może Prime wiedział więcej o niej, niż jej się wydawało.

- Czy to znaczy, że się zgadzasz? – spytała po minucie wahania.

Jego oczy nieco stwardniały, chociaż nie straciły swojej łagodności nawet w jednym calu, kiedy westchnął.

- Jeśli się zgodzę, obiecasz mi, że tego nie pożałuję?

Uh huh, dobre pytanie, pomyślała.

Ale kiedy tak się nad tym zastanowiła, wiedziała, że nie tylko ona była pewna lojalności Con'a, ale także Wszechiskra, która nieświadomie skakała gdzieś w tyle jej umysłu, niepewnie wyczekując jego decyzji.

- Nie mogę obiecać ci, że Candy czegoś nie wywinie – oczy robota zabłysły na dziwne przezwisko – Ale obiecuję, że cokolwiek się stanie, wezmę na siebie całą winę.

To…było dużo.

I Optimus i Brooke zdawali sobie z tego sprawę.

- Jesteś skłonna do zrobienia takiego poświęcenia? – spytał w końcu.

Na to dziewczyna prychnęła.

- Poświęciłabym tylko siebie – stwierdziła ze wzruszeniem ramionami – To nie dużo.

Optimus skinął głową, obserwując ją uważnie, po czym wstał.

- Powiadomię Sunstreaker i Sideswipe'a o swojej decyzji – zmierzył ją wzrokiem, na co przełknęła ślinę – Wierzę, że musisz teraz z kimś porozmawiać, prawda?

Brooke otworzyła usta, ale żaden dźwięk z nich nie wyszedł.

Prime wyglądał na rozbawionego tą sytuacją.

Wszechiskra także była dosyć zadowolona z siebie.

I tylko biedna Lennox musiała potrząsnąć głową żeby to, co powiedział miało sens.

Wtedy na jej twarzy pojawił się ten rzadki, wielki uśmiech, który utwierdził Optimus'a w tym, że jednak podjął dobrą decyzję. Kiedy znalazła się na jego dłoni, opuścił ją na ziemię i patrzył jak blondynka dosłownie wybiega przez drzwi.


Wyleciała z pomieszczenia dokładnie w sekundzie, kiedy Barricade przetransformował się i aktywował swój holoform. Nie zdała sobie nawet sprawy z tego, co robi, kiedy nagle naskoczyła na niego i oplotła go w pasie, chowając głowę w jego kurtce.

Nie zwracała uwagi na stojących z szeroko otwartymi oczami Epps'a i Lennox'a, ani na niezręczny jęk Neutralnego, kiedy zbyt szczęśliwa żeby jej zależało, uśmiechała się od ucha do ucha, po raz pierwszy w jej życiu z powodu jednej zwykłej rzeczy.

- Insekcie? Brałaś coś? – spytał w końcu.

- Nie, Candy – prychnęła w jego klatkę piersiową – Witam mojego nowego strażnika. Nie wolno mi?

Tamten wywrócił oczami.

- Wiedziałem, że jak się na coś uprzesz to, to osiągniesz – mruknął pod nosem zirytowany, odczepiając ją od siebie, kiedy ona uśmiechnęła się do niego złośliwie – Co zrobiłaś? Rozryczałaś się przed nim, Insekcie?

Ona wzruszyła ramionami.

- Byłam sobą – odparła niepewnie.

Barricade zmrużył oczy, ale nic nie odpowiedział.

- Że co?

- Jak, kiedy?!

Och, racja.

Ci dwaj.

Brooke wzięła głęboki wdech, odsuwając się jeszcze bardziej od mężczyzny i patrząc na nich. Obaj byli oburzeni, oszołomieni i szczerze dziewczyna ich nie winiła. Lider Autobotów w ich oczach musiał mieć jakąś usterkę, pozwalając byłemu Con'owi zostać.

- Candy to mój nowy strażnik – powtórzyła, po czym zmrużyła niebezpiecznie oczy, niemal defensywnie stając przed czarnowłosym – Jakiś problem?

- Ale…ale to Decepticon! – zaprotestował pułkownik.

- Racja, jest niebezpieczny! – dorzucił Epps, zgadzając się z przyjacielem obok, kiedy dziewczyna prychnęła, zakładając ręce pod biustem.

- Och? A Autoboty to bezbronne panienki w opałach? – spytała z uniesionymi brwiami, niemal wyzywająco.

William odchrząknał, Barricade prychnął, ale Epps stał przy swoim.

- Zabił tysiące – stwierdził – Zamierzasz grać z nim w dom, wiedząc, że jest mordercą i nikim innym?

Brooke łypnęła na niego ostro.

- W nic nie zamierzam grać – warknęła.

Jak…jak mógł?! Wiedząc, jaka była.

Po prostu…

Jak mógł tak do niej mówić?!

- A jednak ten…ten zabójca stoi koło ciebie – stwierdził wściekły – Zabił moich przyjaciół, a ty nadal go bronisz? – zapytał, niemal z bólem w głosie.

Lennox powstrzymała się przed przeproszeniem.

Nie. Nie zamierzała latać i mówić „sorry", do każdej osoby, która nie lubiła Pana Pączka, ani nie zamierzała się złamać.

Tak, rozumiała wściekłość, żal do niej i to, że Barricade mordował.

Ale nie po to otworzyła się na Prime'a, zdobyła nowego opiekuna, żeby teraz to wszystko wycofać z powodu tego, że Epps mu nie ufał. Cholera, że nikt mu nie ufał.

- Nikogo nie bronię – syknęła – Stwierdzam fakt.

Ciemnoskóry prychnął z pogardą, wymijając ją i specjalnie popychając w ramię, dziewczyna dosłownie mogła wyczuć dochodzący z niego gniew.

Pięknie.

Zawiodła go, bo po raz pierwszy się za kimś przed nim wstawiła.

Świetnie, skomentowała w głowie, zaciskając dłonie w pięści.

- Nie zamierzam powiedzieć, że rozumiem, dlaczego to zrobiłaś – zaczął pułkownik, spoglądając na nią, to na mustanga – Ale Epps ma racje. Zamordował naszych.

- Więc dalej – wycedziła z jadem – Obróć się do mnie plecami, bo wstawiłam się za byłym Con'em – prychnęła z przekąsem – Mówiłam wam, że przestanie wam zależeć i co? Wyszło na moje. Jak zwykle.

Jej oczy zabłyszczały błękitem, ona sama czuła się jakby stawała przed sądem, albo jakby patrzyła w oczy Emily, bo zrobiła coś źle.

Heh, miała rację.

Musiała przyznać, że dosyć długo im to zajęło.

- Brooke, my…

- Nie, nie – zaśmiała się sucho – Rozumiem, naprawdę. Nie martw się, wracam do Williams'ów i swojego super życia, więc nie będziecie zmuszeni do ciągłego oglądania mnie – stwierdziła z pokręceniem głowy, od razu patrząc na czerwonookiego, który cały czas się w nią wpatrywał.

- Wracamy, Insekcie?

Blondynka skinęła głową, kiedy wsiadł na miejsce kierowcy.

Z zaciśniętymi ustami, zignorowała to, co mówił Lennox i szybko zajęła swoje miejsce.


~Nie byłaś trochę za ostra?~

Dziewczyna niemal przeklęła na głos, przypominając sobie, ze Allisa nadal siedzi w jej głowie i szpera po kątach.

- To nie ja mówię, zanim pomyślę – stwierdziła pod nosem, nie dostrzegając, że czarnowłosy unosi do góry brew, spoglądając na nią kątem oka.

~Ależ, Brooke. Nawet nie pożegnałaś się z tym miłym chłopcem~ - stwierdziła zawiedziona, ale jakimś cudem nadal utrzymała w głosie tą radosną nutę, za którą dziewczyna chciała ją uderzyć.

- Jasper da sobie radę – mruknęła niezadowolona.

Wiedziała.

Wiedziała od samego początku, że coś się stanie, że skończy się tak jak zwykle z tym okropnym bólem, bo zrobi coś źle.

Ale nie, po co słuchać swojego instynktu?

Lepiej po prostu dać sobą manipulować, tak jak robili to Williams'owie. Przynajmniej wtedy wiedziała, co się ma stać, kiedy ma się stać. Była ciągle zajęta, obrywała dosyć często, ale była na znajomym terytorium.

~Przestań! Zależy im ~ - upierała się, jak taki mały irytujący duszek, latając po jej głowie ~ Po prostu nie rozumieją…~

Blondynka prychnęła.

Jasne.

Nie rozumieją.

Bo to całkowicie usprawiedliwia ich do oceniania jej.

~Nie, oczywiście, że nie. Ale spójrz na to z ich punktu widzenia ~

Lennox zignorowała to prawie, że polecenie.

Nie chciała myśleć tak jak oni.

Nie obchodziło ją to. Nie chciała widzieć tych zawiedzionych, wściekłych, oburzonych i Bóg wie, jakich jeszcze min, kiedy reszta się dowie.

- Jesteśmy – powiadomił nagle, sprawiając, że dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, wyglądając za okno i zaciskając zęby.

- Jeśli tym razem wyjdę bez szwanku, uznam to za cholerny cud świąteczny – mruknęła, wychodząc, ale zatrzymała się jeszcze na chwilę, spoglądając na niego – Po jutrze muszę jechać do szkoły – zmierzyła go wzrokiem – Zawieziesz mnie, prawda?

Tak, mimo wszystko czuła tą chęć wiedzy.

Nie mogła opierać się na złudzeniach.

Nie teraz.

- Idź – wskazał na dom – Insekcie – dodał złośliwie, na co wywróciła oczami, zarzucając plecak na plecy i kierując się w stronę okna gdzie wiedziała, że znajdowała się jej sypialnia.

Skrzywiła się.

Jej plecy tak bardzo protestowały na każdy ruch.

Westchnęła.

Dlaczego mieszkała na drugim piętrze?


Brooke zacisnęła usta i palce na pędzlu, który wisiał w powietrzu, kiedy słuchała lektury z ust pani od zajęć plastyki.

- Nie, nie, nie, NIE! – wzniosła do góry dłonie – Źle! Dalsze obiekty są jaśniejsze, Brooke! Nie ciemniejsze!

A może ja chcę żeby były ciemne?, pomyślała zirytowana, biorąc dyskretnie głęboki wdech, przełykając ślinę i patrząc tępym wzrokiem jak nauczycielka poprawia jej błąd.

Wtedy, kobieta wypuściła sfrustrowana powietrze z płuc i popatrzyła na płótno.

- Co to w ogóle jest? – spytała ostro.

Lennox spojrzała na obraz, przechylając głowę lekko w bok i wzruszając ramionami.

Jakieś ciemne budynki, ale jakoś inaczej skonstruowane, gwiazdy albo coś w ich stylu i kilka pojazdów.

Była z siebie dumna, że to coś w ogóle „wyglądało".

- Cybertron – odparła cicho, niemalże bezgłośnie – Chyba.

Jednak kobieta jej nie słuchała, dawno mówiąc już o następnym temacie, wytykając jej, co i jak miało być zrobione.

Jednak gdzieś w połowie, dziewczyna zdała sobie sprawę, że nie rozumiała nawet jednego słowa.


- Pięknie! Wspaniale! – zaklaskał w dłonie, kiedy blondynka po raz kolejny zagrała dobrze jeden z utworów Mozart'a.

Niebieskooka popatrzyła na niego znudzona.

- Dziękuję, proszę pana – odparła życzliwie, kiwając głową wdzięcznie.

Mężczyzna posłał jej promienny uśmiech, po czym położył jej na instrumencie plik papierów, zaczynając wyjaśniać, co, na kiedy ma być.

Brooke zdała sobie sprawę, że miała taki sam stos z plastyki i mentalnie jęknęła.


Blondynka uniosła do góry brew, spoglądając na swój plan.

Heh, pewnie.

Dlaczego nie wsadzić jej lekcji skrzypiec, nie?

To nie tak, że potrzebowała dziesięciu minut przerwy, nie?


Walić to.

Już wolała skrzypce niż zajęcia wychowania fizycznego.

Była godzina osiemnasta.

A ona przeskakiwała płotki.

Życie było piękne.

W końcu, po kilku minutach tej męczarni z jej tempem, dziewczyna stanęła przed trenerem, patrząc na jego surową twarz.

To był ten sam mężczyzna, który uczył ją w zeszłym roku i mogła spokojnie powiedzieć, że facet był nawiedzony. Pan Wilson nie tyle, co był zły, ale okropnie wymagający. Mogłaś mieć złamana rękę, a on nadal powiedziałby ci, że masz się wspinać. Taki w pewnym rodzaju Jack. Ilekroć uśmiechnął się w ten chory sposób, wiedziała, że następnego dnia mimo swojej formy będzie mieć zakwasy.

- Teraz, dziesięć kółek wokół boiska – polecił.

Brooke popatrzyła na niego niedowierzająco, obracając się i patrząc na trasę.

Wytrzeszczyła oczy.

Cholera jasna, dziesięć?, pomyślała.

Boisko było ogromne, wielkości jej szkoły, co najmniej. Jedno z tych prywatnych gdzie Nathalie miała swoją grupę taneczną.

- Ale…ale… - zająknęła się.

Bo niech to szlag, była zmęczona.

- Jakiś problem, panno Lennox? – spytał słodko – Nie dasz rady?

Zaciskając zęby i odwracając się od niego, dziewczyna prychnęła.

Pewnego dnia, rzuci w niego jednym z jego płotków.

Ustawiła się na linii i czekała na gwizdek.


Brooke w końcu dotarła do swojego pokoju, ignorując totalnie Barricade'a, który dał jej spokój i pozwolił jej wejść do domu. Po drodze zgarnęła kilka kanapek, które Emily postanowiła z dobroci serca – sarkazm, pomyślała, ona nie ma serca – jej zrobić, pozostawiając jeszcze sok jabłkowy.

Szybko zjadła kolację, popiła i rzuciła się na łóżko, włączając komórkę.

Natychmiastowo zaczęła wibrować.

Blondynka otworzyła nową wiadomość.

Jeszcze żyjesz?"

- Jasper

Dziewczyna wywróciła oczami.

Piszę zza grobu. Czego chcesz?"

- Brooke.

Dokładnie sekundę później, telefon zaczął wibrować, a z niego wydobywać się znajoma melodia.

Biorąc głęboki wdech, dziewczyna nacisnęła zieloną słuchawkę.

- Mały ptaszek wyśpiewał, że zmieniłaś ochroniarza – zaśpiewał, blondynka dosłownie mogła wyczuć w jego głosie rozbawienie – Czyżby Pan Pączek?

Och, a o tym to skąd wiedział?, pomyślała zaciekawiona.

- Powiedz jeszcze słowo, a pozbędziesz się języka – warknęła, kładąc głowę na poduszce i krzywiąc się, kiedy na dole coś się zbiło.

- Och, nie bądź taka – zaśmiał się – Wiedziałem, że ci zależy, ale, że aż tak?

- O co ci chodzi? – spytała zmęczona, przewracając się na plecy i przejeżdżając dłonią po głowie – Cokolwiek to jest – spojrzała na zegarek – Nie mogło poczekać aż w końcu usnę? Nie mogłeś zadzwonić jutro?

- Heh, tak się zdaje, że nie, Księżniczko – dziewczyna wywróciła oczami – Duży mówi, że jacyś nowi mają się pojawić. W tym Prowl.

Pomijając zaskoczenie, które doświadczyła, kiedy usłyszała, że użył jakiegoś imienia bez pogardy, niebieskooka zmarszczyła czoło.

- I co z tego?

- To z tego – jego głos był nadmiernie radosny, zupełnie jak Allisy – Że gościu był w kosmosie kimś w rodzaju policji. W bazie mówią o nim „Chodząca-nudna-książka-z-zasadami". Duży stwierdził, że Prowl zajmował się także śledztwami zanim wybuchła wojna.

Brooke uniosła do góry brew.

- I co? – powtórzyła.

- Cóż, powiedziałaś, że nie nakapujesz na Williams'ów, bo mają w garści całe miasto. Więc, co jeśli zgłosisz je komuś z poza jego okręgu?

Dziewczyna prychnęła.

- Nie słyszałeś? Nie chcą mieć ze mną nic wspólnego – stwierdziła nieco ostrzej niż zamierzała – Po prostu…nie, nie mam na to ochoty, okay? Na razie jest cicho.

Brooke przeklęła wyczucie czasu Jack'a, kiedy kolejna butelka została rzucona o ścianę.

- Cicho, huh? – spytał sceptycznie.

- Nie oberwałam za tą akcję z ucieczką – wzruszyła ramionami – To już coś.

Usłyszała po drugiej stronie westchniecie.

- W końcu coś ci się stanie – stwierdził, na co wywróciła oczami – Brooke, wiem, że nie jesteś fanką cywilizowanych rozwiązań, ale oni doprowadzą cię do ruiny.

Z planem zajęć do dziewiętnastej, mogła się z tym zgodzić.

Ale miała, co jeść, pić. Miała swój pokój.

Mogła to przeżyć.

- Wiem – stwierdziła sucho – Ale tak jak mówiłam Epps'owi, za chwilę kończę osiemnaście lat. Wyniosę się stąd.

- Brooke, to jest za miesiąc – przypomniał.

Więc może na początku trochę nakłamała.

Ale w sumie, co ich to obchodziło.

Dzień, tydzień, miesiąc, rok? To jedno i to samo, kiedy żyło się według planu Emily.

- Heh, serio? – spytała sarkastycznie – Słuchaj, nie zamierzam mówić jakiemuś Prowl'owi o moich problemach, okay? Już wystarczy, że reszta tych kretynów się dowiedziała, bo Epps zrobił scenę.

Och, pamiętała.

Uśmiechnęła się na scenę, kiedy przerwała Nathalie.

Taaak, to był też dobry dzień.

- Dramatyzujesz, Księżniczko – stwierdził – Ale rób jak chcesz, tylko pamiętaj, że tym razem musisz spać.

Ach, racja.

Dziewczyna skrzywiła się.

Ostatnio było z tym u niej kiepsko.

- Nic mi nie będzie – zapewniła, machając lekceważąco dłonią, mimo faktu, że nie mógł tego zobaczyć – Raczej – dodała ciszej.

- Słyszałem to! – powiedział głośno, zanim zirytowana rozłączyła się, opadając jeszcze raz na poduszkę.

~Nie powinnaś być taka samodzielna~

Brooke prychnęła.

- Ktoś musi być – stwierdziła.

~Dzieci w twoim wieku powinny się bawić ~ odparła Wszechiskra ~ Ryzykować, działać. Nie chować się w cieniach ~

Dziewczyna wywróciła oczami.

- Gdybym nie wiedziała lepiej, powiedziałabym, że czytasz to z Internetu – mruknęła, wstając i kierując się do łazienki, po drodze zabierając jakieś rzeczy na zmianę i krzywiąc się, kiedy schyliła się i jej plecy i mięśnie zaprotestowały.

~Twoje zdrowie jest ważne, Brooke ~ powiedziała ~ A twoja rodzina jest okropna ~

Powiedz mi coś, o czym nie wiem, pomyślała.

~Nie mogłam wyleczyć cię bardziej ~ powiedziała, kiedy weszła pod prysznic, włączając letnią wodę i mocząc szybko włosy.

- W porządku – mruknęła, nieco się krzywiąc – Miałam gorszę, All. Przeżyję.

Siedemnaście lat.

Tyle przetrwała.

Kilka razy była w szpitalu, nawet raz z inicjatywy Emily, bo nie mogła pójść na balet.

Ta. Mogła dać radę.

~Ale jak długo?~

Blondynka wywróciła oczami, wychodząc z kabiny i ubierając się w piżamę.

~Ile trzeba? Co jeśli twój ojciec…~

- Nie. Jest. Moim. Ojcem – wycedziła, akcentując każde słowo – Nie mam ojca. Jest tylko moim adopcyjnym opiekunem. Tak samo jak reszta z nich.

~ Wiem, nie chciałam cię…~

- Ugh, daj mi spokój – syknęła, niemal trzaskając drzwiami od łazienki.

Wszechiskra coś mówiła, starała się chyba przeprosić.

Brooke ją zignorowała.

Zamknęła oczy w chwili, kiedy zmęczona uderzyła głową w poduszkę.

Na dole krzyki już ustawały.

Lennox odetchnęła.

Dzisiaj najwyraźniej postanowili pójść spać wcześniej.

Dobrze, pomyślała, biorąc głęboki wdech, i tak nie miałam zamiaru ich słuchać.


Następnego dnia, Brooke obudziła się z okropnym bólem mięśni, przeklinając te dziesięć kółek, po czym szybko zabrała swój plan z biurka, ubrała się i zbiegła na dół. Zabrała śniadanie, trzasnęła drzwiami, wiedząc, że Jack miał kaca i boli głowa, po czym szybko wsiadła do Barricade'a.

Z radia wydobywała się jedna z piosenek Trading Yesterday, wydawało jej się, że Shattered.

Popatrzyła na kartkę.

Zajęcia z Wilson'em, teatralne, skrzypce, sztuka…Och, i jeszcze podwójne zajęcia z kobietą od manier i zajęć, których Brooke szczerze nienawidziła.

Westchnęła.

- Tam gdzie wczoraj, Cade – poinformowała mężczyznę obok.

Barricade popatrzył na nią jakby zdziwiony, po czym odjechał spod domu, uważnie obserwując ją kątem oka.

Była nieco blada.

Opierała głowę o szybę, jakby zamyślona.

Czarnowłosy w końcu wywrócił oczami.

Na razie nic jej nie było.

Na razie.


A/N: To chyba jeden z najkrótszych rozdziałów jakie napisałam.
Ugh, nie fajne uczucie.
XXShanter