- Nic ci nie jest? – zapytała jakaś szatynka, spoglądając na Brooke, która uniosła do góry brew, przyglądając jej się.

- Oddycham? – spytała.

- Uh, no tak? – odparła zdezorientowana.

- Więc nic mi nie jest – warknęła – A teraz spadaj.

Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, szybko uciekając, kiedy Lennox z powrotem położyła się na ławce, jedną dłoń kładąc na brzuchu, a druga pod głowę, wgapiając się zmęczonym wzrokiem w niebo.

~Mówiłam Ci żebyś zrobiła sobie wtedy przerwę~ - skarciła ją w końcu, na co tamta wywróciła oczami.

Minęło dokładnie dwa tygodnie.

W ciągu nich, nie wydarzyło się kompletnie nic.

Zajęcia, zajęcia, kłótnie, jedna wyprawa do szpitala (oberwała dosyć mocno butelką w ramię jednej nocy), więcej zajęć, szkoła…

Autoboty ani razy się do niej nie odezwały, nie wnikała także, czy jej strażnik miał z nimi kontakt.

Coraz to bardziej zdawała sobie sprawę, jak bardzo dziwnie czuła się bez ich towarzystwa.

Jeszcze wczoraj zakuwała na angielski oraz uczyła się roli na zajęcia teatralne. Z inicjatywy Williams'ów, jej opiekunka postanowiła wyprawić jedno wielkie przedstawienie. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że miała jeszcze kogoś na nie zaprosić. Znaczenie: rodzinę. I teraz pani Locks wyraziła się bardzo wyraźnie, mówiąc, że wie, że Brooke nie uznaje jej adopcyjnej matki, ojca i siostry, jako rodziny i niemal zażądała żeby przyszedł jeszcze ktoś inny.

Teraz, Brooke wiedziała, co Locks miała na myśli. Była jedyną nauczycielką, którą jako tako lubiła, w połowie, dlatego, że tylko ta kobieta miała gdzieś zdanie Emily i zamiast rozkazywać jej, zachęcała do dalszej pracy. W każdym razie, znały się od dziecka i niebieskowłosa, jako jedna z niewielu znała relację jej i Jasper'a.

Stawiała stówę, że teraz podejrzewała także Candy'ego jako jej nowego „brata".

Chociaż w sumie…to nie był taki całkiem zły…

- Jesteś jeszcze żywy, Insekcie? Czy mogę się ciebie już pozbyć?

Dziewczyna zaskowyczała, przestraszona spadając z ławki i jęcząc z bólu na jej protestujące mięśnie, nadal nadwyrężone po treningach Wilson'a.

~Auć~ skomentowała wesoło Allisa.

- Tsk, trzeba popracować nad twoimi umiejętnościami obserwowania twojego otoczenia, Człowieku – stwierdził, krzyżując ramiona na klatce piersiowej i patrząc na nią z politowaniem.

Brooke jęknęła jeszcze raz.

Wbrew temu, co mówią anime, upadek z ławki na asfalt bolał.

- Wstawaj, nie mam całego dnia – syknął, na co ta obróciła się na plecy i spojrzała na niego z uniesioną brwią.

- Właściwie, to masz – stwierdziła.

- Wstawaj – rozkazał ponownie.

Niebieskooka westchnęła, ale kiedy się ruszyła, syknęła z bólu.

Dlaczego jej jeszcze bardziej poturbować, nie? Przecież nie cierpiała.

- Nie, dzięki. Poleżę sobie – odparła po chwili.

Barricade popatrzył na nią zirytowany, mrużąc oczy.

- Masz zajęcia z kultury osobistej za godzinę – przypomniał – Miałaś się czegoś nauczyć, pamiętasz? Także groziłaś mi, że pomalujesz mnie na różowo, jeśli o tym zapomnę, Insekcie.

Więc…

Jej relację z nim były nieco lepsze.

Odważyła się nawet powiedzieć, że był bardziej otwarty na nią.

Pewnie, nadal ją obrażał, mówił, jaka to ona beznadziejna, ale facet miał swoje momenty. Na przykład nie nakrzyczał na nią, kiedy wniosła do niego błoto, ani nie urwał jej głowy za pierwszym razem, kiedy nazwała go Candy przed nauczycielem.

A przyznał, że bardzo go ta myśl kusiła.

- Ale ja tu cierpię – zaskomliła – Wilson…

Oczy Barricade jakby zabłysły i spojrzał na nią jakoś niebezpiecznie.

- Masz na myśli tego nędznego robaka z zeszłego tygodnia? – spytał dziwnie spokojnie, na co skinęła zdezorientowana nieco głową, pamiętając, że prawie doszło do bójki – To dlatego tak stękałaś? Znowu masz…jak to ludzie mówią? Zakwasy? – z jego ust to słowo brzmiało jeszcze dziwniej.

- Też byś stękał jakbyś przebiegł dziesięć okrążeń wielkości szkoły, a później jeszcze pięć razy przebiegł, przeskakując cholerne płotki, a na deser jakbyś musiał wspinać się po linie – warknęła – A potem jakbyś spadł z ławki. To boli, Candy, naprawdę – stwierdziła z westchnięciem – Ale spokojnie, już wstaje, Wasza Wysokość – mruknęła, unosząc się nieco.

Czarnowłosy wywrócił oczami, w jednej sekundzie łapiąc ją i podnosząc, ignorując jej zaskoczony, krótki krzyk i biorąc głęboki wdech.

- Przysięgam, że jesteś jednym z najbardziej irytujących ludzi, jacy żyją na tej zapomnianej przez wszechświat, piaskowej planecie – powiedział, na co zamknęła oczy, opierając głowę o jego klatkę piersiową.

- Wiem. Wszyscy mi to mówią – stwierdziła.

- Brooke!

Dziewczyna niemal poskoczyła w jego ramiona, zerkając zirytowana na Sam'a i jego dziewczynę, którzy szybko do nich podbiegli.

Były Decepticon opuścił ją na ziemię, na co tamta westchnęła.

- Tak? – spytała, przełykając ślinę i widząc jak tamci obserwują jej towarzysza obok – Jakiś problem?

Mikaela uśmiechnęła się.

- Nie, chcieliśmy się tylko przywitać – stwierdziła, wskazując na dwójkę – Słyszeliśmy od Lennox'a, że zmieniłaś strażnika.

- Ta – mruknął Sam, podejrzliwie mierząc wzrokiem Pana Pączka, który wyraźnie nie wzruszony uniósł do góry brew – Hej, jestem Sam. Pamiętasz mnie? Próbowałeś zabrać mi okulary, a później zabić – przypomniał.

- Czego chcecie? – zapytała ostro – Oceniać mnie? Wasi tak zwani koledzy już to zrobili – stwierdziła sucho.

Banes posłała jej przepraszające spojrzenie.

- Nie, właściwie chcieliśmy sprawdzić czy to, co mówili jest prawdą – popatrzyła przelotnie na holoform – Widać, że nie.

Brooke zmarszczyła czoło, spoglądając pytająco na Witwicky'ego.

- W połowie oczekiwaliśmy, że będzie cię traktować jak…no wiesz, twoi opiekunowie – przyznała zakłopotany, po czym kiwnął na szkarłatnookiego – Najwyraźniej w bazie naprawdę pochopnie was osądzili.

~Widzisz? Mówiłam, że im zależy~

Niebieskooka zignorowała ją, obserwując dwójkę uważnie.

- Nie jesteście źli… - stwierdziła.

Sam potrząsnął głową razem z brunetką.

- Zaskoczeni – poprawił.

- Dokładnie – zgodziła się dziewczyna obok – Przynajmniej jesteś bezpieczna. Ważne, że nic ci nie jest.

Tym razem zaskoczona lekko, dziewczyna popatrzyła na nich dziwnie.

- Jesteście inni – stwierdziła.

- Heh, nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi – powiedział, po czym ciągnął uważnie – Właściwie przyszedłem się pożegnać. Wyjeżdżam na studnia.

Lennox przechyliła głowę w bok.

- Serio?

- Ta.

Blondynka popatrzyła na Barricade'a, który w odpowiedzi wywrócił oczami.

- I przyszedłeś specjalnie żeby się ze mną pożegnać? – dopytywała z niedowierzaniem, którego żadne z nich nie wykryło.

- No, tak – uśmiechnął się do niej.

Dziewczyna uniosła do góry brwi.

- Jesteś dziwny.

- Ludzie to robią, prawda? – spytał zirytowany Barricade – Żegnają się, kiedy wyjeżdżają. To normalne, Insekcie.

Mówiąc teoretycznie tak.

Ale zapominali najwyraźniej, że onanie wychowywała się w normalnej, ludzkiej rodzinie, tak jak to wszyscy uważali.

Nie…nie była przyzwyczajona do czegoś takiego.

Specjalnie….dla niej…

Przechylając głowę lekko w bok, dziewczyna zmrużyła oczy.

- Co z Bumblebee? – spytała w końcu.

Taa, żółty robot.

Ten miły.

Tak, Brooke mogła nie znać ich wszystkich imion, szczerze nie bardzo ją je obchodziły, ale Bee był jednym z Bot'ów o których rozmawiał Jazz w tym krótkim czasie, kiedy się znali.

- O nim, hah – podrapał się zakłopotany – Wraca do Autobot'ów. Nowi nie mogą mieć samochodów.

…Lennox zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

- Ale Bee zawsze będzie moim pierwszym autem. Mimo wszystko – stwierdził, kiwając na Camaro zaparkowane nie daleko mustanga.

Blondynka zacisnęła dłoń w pięść.

Autem?

Cholernym autem?!
Bumblebee poświeciłby dla nich obu życie, a on nazwał go „autem"?

Nawet ona wiedziała, że był czymś więcej, kimś więcej.

- Autem? – powtórzyła głucho, wpatrując się w niego jakby powiedział, coś okropnego – Tylko autem?

- …Yyyy,…uch, Brooke…ja – zaczął się zdezorientowany plątać.

- Sam na pewno nie miał tego tak na myśli – zapewniła, od razu łapiąc, o co chodzi brunetka naprzeciwko, dokładnie w momencie, kiedy do całego dramatu wkroczyła także czarnowłosa, spoglądając na blondynkę z kpiącym spojrzeniem.

Nadal zdenerwowana, Brooke zwróciła ku niej głowę.

- Tak, Wiedźmo? Szukasz swojego mózgu? Wybacz, tutaj go nie ma.

Zielonooka piętnastolatka zmierzyła ją zimnym spojrzeniem.

- Nie miałaś teraz gdzieś być? – spytała z uśmieszkiem – Tatuś nie będzie zadowolony, kiedy dowie się, że opuściłaś kolejne lekcje – stwierdziła z tym swoim błyskiem i machnięciem włosami.

- Mam gdzieś, co sobie pomyśli – warknęła ostro – Rozmawiam z kimś.

- Jestem zaskoczona, że ktoś w ogóle chce rozmawiać z takim bezwartościowym, niechcianym bachorem jak ty – prychnęła.

Blondynka cofnęła się, jakby dostała w twarz.

Ostatnio wszyscy jej to wypominali.

No, co było z tym światem?

Nagle policyjny mustang zaryczał silnikiem, Barricade stojący obok niej zmierzył teraz przestraszoną nieco tym zjawiskiem czarnowłosą lodowatym wzrokiem, jego czerwone oczy z jakiegoś powodu jakby błyszczały czymś na wzór gniewu. Nikt jednak nie był pewien, mężczyznę bardzo trudno było odczytać.

Wtedy, pod czujnym okiem nagle zainteresowanych bardziej tą sytuacją Sam'a i Mikaeli, były Decepticon podszedł do dziewczyny, która przełknęła ślinę.

- Coś ty powiedziała, Insekcie? – spytał nad wyraz spokojnie.

- P-Prawdę – syknęła, jakoś udając dzielną, kiedy tamten wyraźnie zauważając jej zmianę w biciu serca, chwycił ją za bluzkę i nieco podniósł do góry.

- Och, serio? – zapytał, na co kiwnęła szybko głową – Tsk, nie wydaje mi się.

Brooke, która miała spuszczony przed chwilą wzrok, uniosła go, patrząc na niego jakby z nadzieją, po czym potrząsnęła głową.

- Zostaw ją, Cade – westchnęła w końcu.

Mikaela pomrugała zaskoczona powiekami, Sam posłał jej pytające spojrzenie, za to Barricade wywrócił oczami, spoglądając na nią.

- Dlaczego? Robak powinien nauczyć się jakiś manier – stwierdził z odrazą, na co Nathalie wytrzeszczyła oczy – Proponuje tortury, Screamer miał cały zasób kreatywnych pomysłów, jestem pewien, że jeden by ci się spodobał.

- Cade – powtórzyła, nie lubiąc tego szalonego pół uśmiechu - Nie jest tego warta – stwierdziła od razu, na co czarnowłosy westchnął zirytowany, po czym niczym piórko, odrzucił ją nieco w tył, sprawiając, ze upadła na tyłek.

- Psujesz mi te ciekawsze momenty tej bezsensownej pracy, Insekcie – stwierdził sucho, zawiedziony.

Tamta wzruszyła ramionami, zerkając na otrzepującą się teraz zielonooką.

- Masz jeszcze coś do powiedzenia? – spytała ostro – Byłam w trakcie konwersacji.

Tamta potrząsnęła głową, szybko uciekając w drugą stronę.

- Jakim cudem pozwalasz jej się tak traktować, a kiedy my powiemy coś złego to się na nas rzucasz, jest mi niepojęte – stwierdziła w końcu Banes, na co wzruszyła ramionami po raz kolejny.

- Ma rację – mruknęła – Wracając do tematu – zmrużyła oczy, zerkając na niego.

- Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził, spoglądając, jak czarnowłosy staje obok dziewczyny, obserwując jak swobodnie oboje się koło siebie poruszali.

- Ach, nie masz.

Czy tylko Candy wyczuł w jej głosie coś dziwnego?

Na to wyglądało.

Mikaela tylko coś wymamrotała, jakieś przeprosiny. Po tym odciągnęła Sam'a w stronę Bumblebee'ego, jakby bojąc się, że tamten jeszcze coś powie nie tak.

Brooke patrzyła na nich, po czym jej wzrok spadł na żółte Camaro.

W pewnym sensie, naprawdę zrobiło jej się go żal.

Pierwsze auto".

Tak go określił.

- Huh – mruknęła – A to mnie nazywają nieczułą – stwierdziła, patrząc jak odjeżdżają.

~Musisz patrzeć ich punktem widzenia ~ odezwała się Allisa, powtarzając swoją radę po raz któryś z rzędu w tamtym tygodniu ~Samuel zawsze chciał normalnego życia. Nie możesz go za to winić ~

Ale…ona też chciała.

Mimo to, nie prosiła o nie.

Po prostu…to…jakoś bolało.

~To współczucie, Brooke ~ stwierdziła łagodnie, jednak z tą wesołością ~Sam jeszcze tego nie rozumie, ale Bumblebee, jak i reszta, także odczuwa ludzkie emocje. To właśnie ty, jako pierwsza zdałaś sobie z tego sprawę ~

Bo Bumblebee musiał w tamtym momencie czuć się jak odrzucony przyjaciel.

Na samą myśl o tym, dziewczyna się krzywiła.

- Zajęcia z manier, Insekcie – odezwał się nagle, wyrywając ją z zamyśleń, na co podskoczyła.

- Co? – spytała skołowana, po czym pacnęła się ręką w głowę – Raacja, rzeczywistość. Już idę.

Barricade patrzył na nią podejrzliwie.

Najwyraźniej coś ukrywała.

Nikt jednak nadal nie wiedział, co dokładnie.


- Żartujesz sobie? – warknęła, sapiąc jednocześnie – Nie dam rady, okay?

Wilson wywrócił oczami.

- Biegłaś na większe dystansy, Brooke – stwierdził swobodnie, jakby to było normalne.

- Każesz mi przebiec przez połowę miasta – syknęła dobitnie – Mam zakwasy, nie dam rady, proszę pana.

Tamten tylko wzruszył ramionami.

- Nie mój problem.

Dziewczyna otworzyła usta, po czym natychmiastowo je zamknęła.

Gdyby cię rok wcześniej Epps widział, pomyślała, po czym ruszyła, krzywiąc się na ból w mięśniach.


- Nie miałeś czasem zostać wywalony z pracy? – spytał Jasper, opierając się o rusztowanie, gdzie rozmawiali Lennox, Optimus i Morshower przez wielki ekran.

- Jestem na zastępstwie, dopóki nie znajdą kogoś nowego – powiedział tym swoim tonem, jeszcze nie ruszając się z miejsca – A ty? Nie powinieneś wrócić do siebie?

- Jestem u siebie – stwierdził sucho ze skrzyżowanymi rękami – W przeciwieństwie do pana, Dyrektorze – powiedział z kpiną, kiedy dotarł do tamtego tytułu.

Jego usta wykrzywiły się w gniewny wyraz, ten znajomy, którego chłopak jeszcze nie rozgryzł.

- W tej bazie ja mam władze, więc lepiej naucz się szacunku – warknął, podchodząc do niego, na co on zupełnie niewzruszony, zmierzył go zimnym spojrzeniem.

- Tymczasowo – przypomniał lodowato.

Galloway prychnął, odwracając się i wchodząc na platformę.

Jasper pokręcił głową, idąc w druga stronę, nie zamierzając radzić sobie z całym tym bagnem w jego postaci. I tak dowiedziałby się wszystkiego później od żołnierzy w stołówce. Mimo wszystko oni byli jednymi wielkimi plotkarzami, kiedy chcieli. Nie trudno było dowiedzieć się, co Wszechmocny Dyrektor sobie wymyślił.

Doszedł do swoich kwater, szybko wchodząc do środka i niemal krzywiąc się na głośną muzykę. Czasami naprawdę miał ochotę udusić tego, kto sprawił, że ścian były dźwiękoodporne. Wtedy może Jazz nie robiłby takiego hałasu. Nadal pamiętał, że tamten mówił, że będą widzieć się tylko w nocy.

Taa…ładna mu noc.

Środek dnia.

- A ja myślałem, że Księżniczka jest głośna – mruknął idąc w stronę swojego kąta.

Jazz, który zauważył o wiele wcześniej, popatrzył na niego, przerywając na chwilę nucenie piosenki, po czym zmarszczył czoło, kiedy Lennox rzucił na łóżko jakąś torbę.

- Mały, idiotyczny, facet w garniturku – wymruczał zirytowany, biorąc do reki największa z teczek i otwierając ją – Pft, myśli, że co? Rozwali mi życie? Już bardziej porąbane to ono nie może się stać – stwierdził, kręcąc głową.

- Czy to są akta N.E.S.T? – spytał ze swojego miejsca Jazz w pewnej chwili, jakimś cudem nie krzycząc żeby przygłuszyć muzykę, kiedy Jasper pogrążył się w lekturze, niemal marszcząc czoło na kilka informacji.

- Uch, nie? – zawahał się rozproszony, po czym uniósł głowę – Co?

Tamten uniósł do góry brew, wskazując na papiery.

- Akta N.E.S.T? – powtórzył pytanie.

- Ostatnio kiedy sprawdzałem Theodore Galloway nie był jego częścią – odparł sucho, spoglądając ponownie na papiery – Chyba, że Rząd na serio zamierza zostawić go na zastępstwie.

Jazz ściszył muzykę, wstając i zmierzając w jego stronę.

- Jakiś powód, dla którego przeglądasz ściśle tajne akta?

- Żaden szczególny poza wrodzoną ciekawością – odparł – Po… - uciął, doczytując jedno ze zdań i wzdychając – Och, żartujesz sobie – syknął pod nosem, chowając papiery i wyjmując ich ciąg dalszy.

- Co? – spytał, ale został zignorowany – Jasper!

- Cicho – warknął, śledząc palcem jakąś treść – Nie miałeś pojawić się na jakimś spotkaniu? – zapytał, próbując go jakoś rozproszyć.

- Nie – wywrócił oczami – Słuchaj, mogę się wsadzić do aresztu…

- Ach, racja – prychnął – Tylko jak was Galloway dźgnie sztyletem w plecy, nie przychodźcie do mnie z płaczem – warknął.

- A co? Zależy ci? – zapytał, po czym zmarszczył czoło – Zaraz, co? O czym ty mówisz?

Jasper wypuścił sfrustrowany powietrze z płuc, odrzucając papiery, niechlujnie wkładając je do torby i zaciskając zęby.

Nie.

Nie zależało mu.

To…to nie była troska o jego dobro, czy kogoś z nich.

To była czysto osobista sprawa.

I wtedy zaśmiał się.

O czym mówił?

O cholernej zdradzie.

Wiedział, że Theodore był podejrzany i znajomy zaraz od pierwszego spotkania w tej bazie, nie miał jednak pojęcia jak bardzo, dopóki nie przypomniał sobie o bazie danych, którą drużyna Prime'a i Morshower mają.

Gdyby tylko wiedzieli…

To było zabawne. W pewnym sensie, oczywiście.

Ugh, teraz on będzie musiał się tym bagnem jakoś zająć.

- O niczym – syknął ostrzegawczo, jego brązowe oczy zabłysły.

- Najwyraźniej nie o niczym – stwierdził, mrużąc oczy – Zważając na twój dobór słów.

- Jesteś szpiegiem, domyśl się – odparł kwaśno.

Tak.

Nawet znał ich specjalizacje.

Był z siebie dumny.

Jazz popatrzył na niego dziwnie, ale on tylko wzruszył ramionami.

- Zobaczysz – mruknął.

Już nie długo, dodał w myślach.


Brooke powoli zdała sobie sprawę, że każda część jej ciała boleśnie pulsowała, protestując ogromnie, kiedy przebrała się w szatni i spocona, brudna, zmęczona kierowała się do czarno-białego mustanga, zaparkowanego na chodniku przed boiskiem.

Drzwi od strony pasażera już na nią czekały otwarte i Barricade widząc, w jakim jest stanie nawet nie skomentował jej wyglądu. Zamiast tego zamknął je, włączył radio i westchnął zirytowany, kątem oka patrząc na upartą dziewczynę.

- Nadal wiesz jak się nazywasz? – spytał w pewnej chwili, na co tamta machnęła na niego lekceważąco dłonią.

- Emily powiedziałaby ci – ziewnięcie – że bycie numer jeden w każdej czynno – kolejne - …ości jest wszystkim – dokończyła z zamkniętymi oczami, opierając głowę o zniżony zagłówek fotela.

- Co zaprowadza mnie do pytania czy ta kobieta, aby na pewno ma ten wasz organ znany, jako serce, Insekcie – stwierdził, ale kiedy blondynka nie odpowiedziała, popatrzył w jej stronę – Insekcie?

Ale Brooke tylko coś mruknęła, owijając się ciaśniej cienką bluzą, jaką na sobie miała i wtulając głowę skórzane siedzenie.

Barricade wywrócił oczami, kręcąc głową i po raz kolejny zdejmując swoją kurtkę, otulając nią Lennox, która natychmiastowo jakby przez sen się uśmiechnęła. Tamten zmrużył oczy, wzdychając.

- Emily nie dba o nikogo więcej jak tylko o Nathalie i Jack'a – odparła w końcu cicho, na co Cade zamyślony spuścił wzrok – Zawsze tak było – stwierdziła obojętnie.

Mężczyzna popatrzył na zaciemnioną drogę.

- Nie brzmi fair – przyznał.

- Prawdopodobnie nie jest – zgodziła się, biorąc głęboki wdech – Ale tak jest. Od początku zaraz po koniec, kiedy została adoptowana. Życie po prostu nie jest fair.

Czerwonooki zmrużył oczy, kiedy blondynka po raz kolejny ziewnęła.

- Adoptowana?

- Ta – potwierdziła – To wtedy kiedy…

- Wiem, co to znaczy – przerwał jej ostro, na co wzruszyła ramionami – Po prostu nie rozumiem, bo co mieliby cię adoptować, skoro o ciebie nie dbają?

~Wiesz, coś w tym jest ~ odezwała się Allisa.

Blondynka otworzyła oczy, spoglądając na niego zaciekawiona.

- Myślałam, że to oczywiste – stwierdziła.

Uniósł do góry brew.

- Powód dla którego te robale cię zabijają? Jakoś go nie widzę. Te Auto-ścierwa także go pewnie nie dostrzegają – odparł sucho – Jesteś najwyraźniej jedyna, Insekcie – dodał ostro, niemal ostrzej niż zamierzał.

Ale niebieskooka prychnęła, jakoś uśmiechając się.

Zignorowała część o Autbotach, wiedząc, że już pewnie dawno niej zapomnieli i wróciła do poprzedniego pytania.

- Kochają Wiedźmę – odparła z przekąsem, niemal śmiejąc się z tego – Chcieli kogoś, kto zapełniłby miejsce trofeum, czegoś, co mogłoby być idealne, bez potrzeby martwienia się o konsekwencje, jeśli coś pójdzie źle.

Westchnęła.

- A przynajmniej tak mi powiedziała.

Były Decepticon nie odezwał się nawet słowem, kiedy zatrzymali się koło jej domu.

Brooke zdjęła z siebie kurtkę, chwytając za plecak.

- Nie jesteś perfekcyjna – stwierdził z pogardą.

Blondynka spuściła wzrok.

- Ty także – odparła, po czym wysiadła z pojazdu, kierując się w stronę wejścia.


Dziewczyna w końcu dotarła do łóżka, niemal od razu kładąc się pod kołdrę, kiedy coś ją tknęło.

Kiedyś, nie pamiętała, kiedy i dokładnie od kogo, ale dostała jedną rzecz, której nieważne jak bardzo nienawidziła, nie mogła zmusić się do wyrzucenia. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyła, wiedziała, że była przypomnieniem tego, że była niechciana.

Ale…

To… to w sumie było jedną z niewielu rzeczy, które Brooke nienawidziła, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że w głębi serca ją kochała.

Prychnęła do siebie, wyciągając zakurzone i nieco poniszczone zdjęcie z jednej z książek, które schowała w szafie i usiadła na parapecie przy oknie.

W czasie, kiedy mogła być charakteryzowana jako silna postać, niedająca nikomu dać do siebie dotrzeć, niewielu wiedziało, że tak w rzeczywistości nie było. I miała uczucia.

Cholernie dużo gdyby się jej spytało.

Jednak Jasper raz jej powiedział: „Nie można kochać czegoś, czego nigdy się nie miało". Brooke była po raz pierwszy zdania, że się mylił, nieważne jak bardzo jej umysł się buntował, mówił jej, że to prawda.

Lennox nie zdawała sobie nawet sprawy, kiedy jej oczy zabłysły elektrycznym błękitem.

Po prostu wpatrywała się długą chwilę w dwie uśmiechnięte twarze, które widniały na fotografii.

Wtedy, odwróciła wzrok, zamiast tego, zwracając go ku gwiazdom za oknem, zacisnęła dłoń na zdjęciu, przyciskając je do piersi.


A/N: ...Heh, heh, jak leci?
Więc, szesnastka jest już zrobiona, a ja lecę do siedemnastki.
XXShanter