- …dziwadło.

- …Nieczuła suka.

- …ćpun.

Brooke szła szkolnym korytarzem, zasłaniając się kapturem, próbując ukryć widoczne cienie pod oczami z powodu braku snu w ostatnich dwóch dniach. Kilka osób wskazało palcem w stronę, niektórzy zaśmiali się, a jeszcze inni wyzwali ją od najgorszych.

A najlepszą częścią?

Najlepszą częścią było to, że w połowę tych rzeczy wierzyła i bez ich pomocy.

Lennox zdała sobie sprawę, że miała dość.

Była psychicznie, mentalnie i fizycznie wykończona, jej głowa pulsowała, co kilka minut, mięśnie piekły, oczy tak samo, włosy miała przetłuszczone i zastanawiała się, dlaczego to wszystko w ogóle robiła, dlaczego się starała.

Nie miała odpowiedzi.

Kiedy dzisiaj wstała, niemal obudziła się z krzykiem.

Miała koszmar. Nie wiedziała, o czym, nie znała jego treści, a mimo to obudziła się z takim bólem w sercu, że była pewna, iż rozszarpie on jej klatkę piersiową. Wszechiskra była dziwnie cicha, jakby chciała, żeby sama się o tym dowiedziała.

Coś się zdarzyło.

Wsiadła do Barricade'a, oparła się o fotel i wzięła głęboki wdech.

Sam mężczyzna nic nie powiedział, zmierzając w kierunku hali sportowej, znając plan blondynki, kiedy jej telefon zadzwonił. Zmarszczyła czoło, szybko szukając go w torbie, po czym odebrała połączenie.

- Tak? – odezwała się.

- No, wreszcie! – dziewczyna zamrugała na uradowany głos przyjaciela – Nie odbierałaś. Dzwoniłem.

Ach, to pewnie Jasper dzwonił na angielskim.

- Miałam lekcje, o co chodzi?

Nastała pauza.

Brooke czekała, nie wiedząc, o co chodzi, dlaczego szatyn musiał wziąć głęboki wdech, ani dlaczego w tle słyszała jakieś krzyki.

- Optimus nie żyje – powiadomił dosadnie.

Czarny mustang zatrzymał się gwałtownie z piskiem opon, blondynka poleciała nieco do przodu, palce na telefonie boleśnie odmawiały jej posłuszeństwa, a ta męka w sercu powróciła ze zdwojoną siłą.

Wytrzeszczyła oczy.

Sapnęła.

Nie.

Mówiła, że nie zależało jej na nikim z nich. Ale Optimus okazał jej dobroć, zrozumiał, zaufał. Prime nie oczekiwał perfekcji, dziewczyna to wiedziała. Był taki, jaki dobry przywódca powinien być i…

Gdyby nie on, Cade'a by tu nie było.

Wisiała mu go.

Wbrew wszystkiemu.

- Co? – potrząsnęła głową – Jeśli to jest jakiś żart… - zaczęła ostro, przyzwyczajona do jego charakteru.

- Nie jest – odparł poważnie, niemal z przekąsem – Słuchaj, jedź do bazy, weź tego swojego strażnika…

- Mam obowiązki – przerwała – Autoboty mnie nie potrzebują.

Prawda.

Tak myślała.

Barricade rzucił jej spojrzenie pełne niedowierzania, ale tym razem nawet tego nie skomentowała.

Co ona mogła zrobić?

- Cholera, Brooke! – warknął w końcu, dziewczyna wzdrygnęła się mimo wszystko – Nie obchodzi mnie to. Prime nie żyje, Galloway grozi wywaleniem ich z planety, a ty zamierzasz bawić się w kochaną, grzeczną córeczkę?!

Niebieskooka zamarzła.

Jasper nie krzyczał.

Nie, chyba, że wkurzony lub zdenerwowany. Albo jedno i drugie.

- Nie chcesz przyjeżdżać, nie rób tego – syknął ostro – Chowaj się w tym cieniu, nie zamierzam patrzeć jak umierasz i stajesz się znowu marionetką. Wyjeżdżamy w nocy – powiadomił, rozłączając się.

Brooke zamrugała oczami, tak naprawdę zastanawiając się, co się do cholery stało i jak?, patrząc tępo na wyświetlacz telefonu.

Marionetką?

Była popychadłem, miała być chodzącym ideałem, słaba…

Czy ona serio tak się zachowywała?

Blondynka zamknęła oczy, wściekła.

- Jedź do teatru – poleciła.

- Insekcie… - zaczął niepewnie.

Dziewczyna łypnęła na niego groźnie, oczy zabłysły.

- Teraz.

Sekundę później, samochód po raz kolejny wystrzelił z piskiem opon.


W korytarzu Brooke szła jakby trzy razy szybciej niż zwykle, wymijając asystentów, ignorując Barricade'a, nawet nie patrząc czy nadąża, kiedy na tyle ile ją w swoim stanie można było stać zgrabnie manewrowała po teatrze, poszukując tej jednej osoby.

W końcu dotarła do wielkiej sceny, kobieta stała z jakimś facetem razem z jakimiś dokumentami w dłoniach.

Lennox nie zwracała na to uwagi.

Była wściekła, nerwowa, zmęczona.

Nie miała czasu na gierki.

Stanęła przed nią, jej strażnik koło niej i spiorunowała chłopaka spojrzenie, skutecznie go odstraszając, po czym popatrzyła na Locks, która w odpowiedzi się uśmiechnęła.

- Co…

- Wyjeżdżam – oznajmiła sucho, ostrzej niż zamierzała, nie pozwalając Wszechiskrze na przejęcie kontroli i uspokojenie jej – Jasper mnie potrzebuje, Sam, Mikaela… Muszę wyjechać.

Mary zmierzyła ją krytycznym wzrokiem, unosząc brew na jej wygląd, po czym westchnęła.

- A przedstawienie? – spytała podejrzliwie.

Brooke jej się nie dziwiła.

Miała momenty, kiedy okłamywała ją, że gdzieś musi być tylko po to, żeby nie integrować się z innymi i byleby uniknąć kolejnych rozmów.

Ale przedstawienie też było dla niej ważne.

Od niego zależała opinia teatru i jej progresu.

Potrzebowała go.

- Jest za miesiąc – przypomniała szybko, niemal pośpiesznie jakby coś ją paliło – Mam zapamiętaną kwestię, piosenkę, kostium oraz przygotowane ubranie. Ponadto zamierzam wrócić o wiele wcześniej i…

Wzięła głęboki wdech, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.

Blondynka nie zareagowała.

Drżała na całym ciele, adrenalina strzelała jej w żyłach, zmęczenie dawało o sobie znać, ona sama nie wiedziała, dlaczego to wszystko mówi. Potrzebowała zapewnienia, chciała je dać.

- Brooke – odezwała się ze zmarszczonym czołem niebieskowłosa – Spokojnie.

Lennox skinęła głową.

- Nie będzie mnie na zajęciach – oznajmiła w końcu, bardziej spokojna, jej oddech powoli wracał do normy – Chciałam dać ci znać. Żebyś nie wyrzucała mnie z przedstawienia, Ma'am.

Jej wzrok złagodniał, ktoś po jej prawej westchnął, kręcąc głową.

- Mówiłam ci, że jeśli to za dużo… - zaczęła – To zawsze możesz się wycofać – przypomniała, nawiązując do jej stanu, ale dziewczyna zaprzeczyła szybko.

- Nie! – syknęła, po czym westchnęła – Dam radę. Wyrobię się.

Pani Locks skinęła głową ze zrozumieniem.

- Wiem, że dużo dla ciebie znaczy – przyznała, także wzdychając – I wierzę w twoje siły, Brooke. O to nie musisz się martwić.

Blondynka odetchnęła z ulgą.

- Dziękuję – wyszeptała.

- Powiadomię dyrekcję – oznajmiła w końcu, uśmiechając się – Tylko pamiętaj żebyś wróciła. Liczymy na ciebie, jesteś naszą najlepszą.

Hah, te moje zalety, pomyślała, kręcąc głową.

- Wiem – po czym zmarszczyła czoło – Ale nie jestem najlepsza.

Mary puściła jej oczko, odwracając się, ale nie zgadzając się z jej zdaniem.

Brooke spojrzała wtedy na czarnowłosego.

- Jakiś plan? – spytał, na co prychnęła.

- Jedziemy do Nellis – postanowiła – Po tym, zabieramy się z resztą – odparła jakby było to oczywiste.

Barricade mierzył ją długo wzrokiem, kiedy w końcu odwrócił się i zaczął iść w stronę wyjścia, Brooke szybko za nim podążając.

Nie jestem marionetką, pomyślała, zerkając na niego, kiedy go dogoniła, a przynajmniej już nie.


Jasper był okropnie świadom tego, że jeśli Brooke się nie wyrobi za godzinę, przegapi najlepsze momenty. A wiedział, że się pojawi. Nie była głupia, ale łatwo było nią zmanipulować, kiedy znało się ją na wylot.

W końcu westchnął.

Znając ją, coś ją znowu zatrzymało.

- Co? Nie taki twardy, kiedy mam władzę? – zadrwił dziwnie z siebie dumny Galloway, wymijając patrzącego na niego bykiem William'a, kiedy reszta Autobotów zerkała na ludzi wokół celujących w nich bronią.

- Władzę czego? – zaśmiał się – Proszę cię, pozbywając się nich – wskazał głową na Boty – niczego nie wygrasz. Chyba… - podszedł do niego, patrząc z satysfakcją jak tamten poprawiając garnitur cofnął się - …że wcale nie jesteś po naszej stronie? – przechylił głowę.

- C-Co?! Naszej? Jest tylko…

- Och, przestań się jąkać, myślisz, że cię nie pamiętam? – spytał, coraz to z każdym krokiem zbliżając się do niego – Tego, co zrobiłeś? Myślisz, że jestem na tyle głupi żeby uwierzyć w tą twoją gadkę o byciu po stronie rządu?

Mężczyzna zmrużył oczy.

Jasper uśmiechnął się z pogardą.

- Wiem, kim jesteś – ciągnął – Jestem ciekaw, co rząd sobie pomyśli, kiedy dowie się, co robił ich kochany załącznik~ - powiedział śpiewnym głosem.

- Nie odważysz się – stwierdził, wyraźnie sam w to nie wierząc.

- Dlaczego? – spytał, popychając go, ignorując to, że teoretycznie wszyscy zaprzestali swoich czynności – Nie mam rodziny, nie mam pracy, nie mam mieszkania, nie mam nic. Ty i ten wasz cały projekt już o to zadbaliście, więc co? Zabijesz mnie?

Testował go.

Jazz to wiedział, Ironhide to widział, Ratchet nie rozumiał.

Ale żaden nie wiedział, dlaczego, ani o czym dokładnie Lennox mówił po za pustymi wskazówkami.

- Nie wiem, o czym mówisz – wysyczał ostro, grymas widoczny na jego twarzy, kiedy Jasper prychnął.

- Powinieneś – stwierdził, stojąc z nim oko w oko – Bo jeśli ty dźgniesz ich w plecy, ja zrobię to samo – pochylił się w stronę jego ucha – tylko, że w serce.

Galloway zamilkł, obserwując go, aż w końcu odszedł, zostawiając chłopaka w tyle, kiedy ten strzepnął z kurtki niewidzialny kurz.

- Ugh, będę tego żałować jak nic – stwierdził zirytowany do siebie – Ale sobie znalazła przyjaciół, nie ma co – prychnął, kręcąc głową.

- To już drugi raz, kiedy się za nimi wstawiłeś – stwierdził Lennox, Jass od razu zauważył, że na jego mundurze czegoś brakowało.

- Nie zrobiłem tego dla nich – bronił się, patrząc na niego ostro – Dla żadnego z was.

Tamten się zaśmiał.

- Sam w to wierzysz? – spytał, Epps spojrzał na niego z uśmiechem.

Szatyn wywrócił oczami, zerkając na Autoboty.

Dlaczego się na niego gapili?

Dlaczego kiedy robił już coś dobrze, znajdywał się ktoś, kto wyszukiwał się w tym uczynku czegoś więcej?

Nie zależało mu.

Nigdy nie miało.

Tak powiedzieli, tak go wychowali, tak wmówili.

Gdyby był wybór pomiędzy nim, a nimi, wybrałby siebie. Zresztą, oni zrobili to samo.

- Nie zrobiłem tego w waszej sprawie – powtórzył – Mam gdzieś czy któreś z was zdechnie czy się wyłączy, zależy. Mam w tym swój interes.

Lennox jednak nawet nie drgnął.

Epps również.

I te ich uśmiechy…

- Od tego się zaczyna – stwierdził ciemnoskóry.

- Właśnie – zgodził się jego przyjaciel.

Tym razem chłopak cofnął się, jakby zdzwoniony.

- Co się zaczyna?

Tamci tylko się zaśmiali.

Dziewiętnastolatek zmarszczył czoło.

Nigdy nie rozumiał innych.

Westchnął.

Może mimo wszystko to nie było takie złe.

W sumie, żarty, śmiechy, spędzanie ze sobą czasu, nawet za głośna muzyka jego – Pożal się Boże – strażnika…w sumie nawet mógł się do tego przyzwyczaić.

Może.


- Możesz się w końcu zamknąć? – warknęła Brooke, po kilku minutach żarliwej dyskusji z Emily w domu, do którego na krótką chwilę zajrzała – Wyjeżdżam. Mam ci to przeliterować, żeby twój prosty mózg załapał, o czym mówię? – wysyczała, niebezpiecznie blisko stojaka z nożami.

Tak na wszelki wypadek, pomyślała.

- A kto wyraził na to zgodę? – spytała ostro – Masz obowiązki, zajęcia, nie możesz tego tak porzucić, bo jakiś wyimaginowany przyjaciel jest w potrzebie pomocy, Brooke – stwierdziła stanowczo – Nie zgodziłam…

- Nie ty decydujesz! – wycedziła, jej głos także głośniejszy z każdym słowem – Wyznaczono mi strażnika. Jeśli chcę gdzieś wyjechać, ma prawo wyrazić na to zgodę, czy ci się to podoba czy nie!

- Tak długo jak żyjesz pod tym dachem, ja decyduje – wycedziła, chwytając jej ramie i ściskając boleśnie, wbijając swoje paznokcie w jej nagą w tamtej chwili skórę – Nie jakiś wyrzutek z ulicy. Masz być idealna, masz nauczyć się manier i szacunku. Nie mam zamiaru tolerować twojego zachowania, już nie.

Dziewczyna spiorunowała ją wzorkiem, zaciskając pięści i zęby, mając na uwadze to, że tym razem nie mogła się poddać.

- Zamierzam wrócić za kilka dni, może tydzień – oznajmiła lodowatym głosem – Wrócę pewnie zaraz na przedstawienie w teatrze, które Pani Locks wyprawia.

Emily warknęła coś pod nosem, jej druga dłoń już się unosiła.

- Jak to wytłumaczysz? – spytała ostro, nie pozwalając sobie nawet na wzdrygnięcie, kiedy ty pazury wbiły się jeszcze głębiej – Siniaki, mój stan? Zamkną cię za…

- Nic mi nie zrobią, ty niewdzięczny bachorze – zaśmiała się szyderczo, ręka nadal w górze, niemal prosząca się o prowokację.

Najgorsze było to, że Brooke zdawała sobie z tego sprawę.

Mieli za wysokie dojścia, byli na szczycie tej piramidy pokarmowej miasta, nieważne jak wiele skandali by wypłynęło, wszyscy pomyśleliby, że to zwykle plotki, kłamstwa.

Och, tak. Lennox wiedziała, że była bez szans. Przynajmniej dopóki nie stuknie jej osiemnastka, wtedy odejdzie.

To, jeśli dożyje.

Cieszyła się, że Jack wyjechał z Nathalie na jakieś zdjęcia do czegoś. Naprawdę.

- Nie jestem bachorem – oponowała – Za to ty jesteś wredną suką – powiedziała szczerze z uśmiechem, którzy zniknął w sekundzie, kiedy zobaczyła, że za chwilę oberwie w twarz.

Zamknęła oczy.

Zamarzła w miejscu.

I czekała.

- Tsk, nie radziłbym – odezwał się ktoś, Brooke niemal podskoczyła, wytrzeszczając oczy.

Blondynka zamrugała kilkakrotnie.

Ale obraz się nie zmieniał.

Tylko…kim był białowłosy mężczyzna, stojący z dłonią Emily w ręku z apatyczną miną, zaraz obok Barricade'a, który wyglądał na dosyć zadowolonego z siebie?

- Co… - zaczął nad wyraz spokojnym, poukładanym głosem, który sprawił, że po jej plecak przeszły ją ciarki – …Pani robi? – spytał, patrząc na nią.

I…Boże.

Blondynka myślała, że zaraz padnie na te iskierki, które zarazem były zabójcze, jak i pozostawały obojętne.

Naprawdę.

Gościu miał taką pokerową twarz, że Brooke musiała jeszcze raz zamrugać.

- J-ja…Of-oficer? – wyjąkała przerażona.

- Właśnie. Drugi? – włączyła się zdziwiona nastolatka.

Cade prychnął.

- Pani Williams – znowu ten głos, pomyślała – Obawiam się, że pańska podopieczna musi z nami iść. Ufam, że nie ma Pani nic przeciwko, prawda?

W czasie, kiedy jego mina była nie do odczytania, Brooke słyszała satysfakcję.

- Uch, nie, nie! – odsunęła się, wyrywając rękę i patrząc z uśmiechem na niebieskooką – Brooke, kochanie pójdziesz z panami, prawda?

Dziewczyna niemal zaśmiała się na jej wyraz twarzy.

- Jasne – przeciągnęła, podchodząc do czarnowłosego, natychmiastowo wyczuwając to znajome ciepło – Nie masz nic przeciwko, co?

- Oczywiście, że nie! – posłała im promienne uśmiechy, machając dłońmi – No, dalej. Możecie iść. Do widzenia.

Brooke uniosła do góry brew, kiedy znaleźli się na zewnątrz i popatrzyła na dwa niemal takie same auta, po czym szybko cofnęła się, kiedy nieznajomy się do niej przybliżył. Prawie wpadła na Barricade'a, tak blisko niego była.

Tamten zmarszczył czoło, otwierając usta, kiedy Brooke nieufna cofnęła się jeszcze bardziej. Popatrzył na czarnowłosego, który spojrzał na nią dziwnie.

Lennox jednak odwróciła wzrok, bojąc się, że coś w nim zobaczy.

W końcu Barricade pokręcił głową.

- Wsiadaj, Insekcie – wskazał na mustanga.

Niemal w sekundzie, blondynka znalazła się w aucie.


- Jeszcze ciebie tu brakowało – powiedział z warknięciem Galloway, kiedy wjechali przez główną bramę już dosyć późno tego dnia – Nie ma tu…

- Zamknij jadaczkę – syknęła, przepychając się przez niego z dosyć naburmuszoną miną – I się wykąp. Śmierdzisz jak te pielęgniarki ze szpitala – skomentowała, za nią jechały jeszcze dwa auta.

Theodore zamilkł, oszołomiony. Jednak Barricade wydawał się śmiać. Nawet, jeśli Lennox go nie widziała, dosłownie czuła jego rozbawienie tą sytuacją.

Przeszła koło przewożonych w tamtej chwili aut pod siatkami.

Autoboty, pomyślała, marszcząc czoło.

Ale ich holoformy stały w jednej grupie. Po za jednym.

Optimus, jej serce mruknęło marudnie, okropny ból jeszcze raz złapał jej klatkę piersiową, sprawiając, że dziewczyna przycisnęła tam dłoń, idąc koło nich i dochodząc od razu do Jasper'a, zauważając, że nieznajomy i Cade także stali teraz w swoich ludzkich formach, kiedy ich alternatywne formy były odwożone do samolotu.

Szatyn zaśmiał się pod nosem, zwracając na siebie uwagę wszystkich.

- Wiedziałem – ten jego uśmieszek, przeklęła w myślach.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

- Och, zamknij się – warknęła.

Naprawdę nie była w humorze na jego żarty.

Tamten zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu.

- Wyglądasz jakbyś przez wojnę przeszła – stwierdził z kwaśną miną.

Brooke westchnęła, patrząc w dół na swoje ubranie.

Przetłuszczone włosy, podkrążone oczy, blada, ubrudzona niemal piaskiem skóra i ten brak iskierek w zwykle żywych oczach.

- Blisko – skomentowała sucho, rozglądając się – Co się dzieje?

- Galloway – odparł, jakby to wyjaśniało wszystko.

- Robię, co do mnie należy – odezwał się za nimi, na co obaj spiorunowali go spojrzeniami.

- Jakoś nie widzę żebyś myślał – odparła Brooke.

- Ani żebyś szczególnie sprawdzał się w roli lidera, zważając na to, że nikt cię nie lubi – dodał takim samym tonem pogardy, co dziewczyna, prychając, kiedy zmierzył ich gniewnym spojrzeniem.

- Zostajecie tutaj – oświadczył po chwili.

Tym razem William z resztą się odwrócili.

- No chyba sobie jaja robisz – mruknął szatyn.

- Nie wciągnę dwójki dzieci w tą kosmiczną wojnę, jeśli mam…

Blondynka przepchnęła się przez Jasper'a, unosząc pięść i w następnej minucie sprawiając, że wylądowała prosto w twarzy Dyrektora, posyłając go na ziemię z krwawiącym nosem. Roztrzęsiony popatrzył na nią.

- Słuchaj mnie – podniosła go i popchnęła na jeden z jeep'ów, trzymając za kołnierz – Miałam piekielny tydzień – wycedziła – Mam dość ludzi – zrzuciła go na ziemię – Którzy myślą – syknęła stawiając nogę na jego klatce piersiowej, na co wydał z siebie dźwięk podobny do pisku – Że mogą mi rozkazywać! – warknęła głośno, dociskając but.

Galloway przerażony popatrzył na jej błyszczące się oczy.

Jakim cudem dziewczyna miała tyle siły, mężczyzna nie wiedział.

- Jasne?!

Dla własnego dobra…I swoich żeber, Theodore skinął energicznie głową.

Blondynka przymknęła oczy i odsunęła się od niego, nieco się chwiejąc, po czym trzęsąc głową.

- Dobrze – mruknęła niemrawo.

Tamten wstał, poprawił swoje ubranie i szybko zniknął w jednym z bliższych jet'ów.

Jasper śmiał się przez cały ten czas, podchodząc i klepiąc ją w plecy.

- Spokojnie – pokręcił głową, na co zirytowana zmrużyła oczy – Rany, Księżniczko. Nie wiedziałem, że wieść o Dużym cię tak zdenerwuje – stwierdził.

Niebieskooka łypnęła na niego spod łba.

- Przypomnij nam żebyśmy cię nigdy nie wkurzali – odezwał się Lennox, na co dziewczyna w końcu ich zauważyła.

Podziw, troska i coś jeszcze iskrzyło w jego oczach. Dziewczyna nie była za bardzo pewna czy chciała wiedzieć, co.

W końcu wszyscy zaczęli jej klaskać.

To skołowało ją jeszcze bardziej.

- O cholerę…Och, wiecie, co? Nie chcę wiedzieć – popatrzyła na nich wszystkich, po czym wokoło – Jaki jest plan?


- Co zmieniło twoje zdanie? – zapytał w końcu siedząc w samolocie, na co Brooke uniosła na niego zmęczony wzrok ze swojego miejsca przy swoim strażniku, który dostawał ostre spojrzenia od prawie wszystkich obecnych.

- Co? – spytała zdezorientowana, przechylając głowę – Nie zmieniłam.

- Jasne – prychnął, zerkając na Galloway'a w kącie samolotu.

Brooke uśmiechnęła złośliwie.

- A co zmieniło twoje zdanie? – zapytała z tym błyskiem w oku.

Popatrzył na nią zirytowany.

- O co ci chodzi? – syknął.

Siedząca naprzeciwko zaśmiała się, głos przyjemny dla ucha.

- O N.E.S.T – odparła jakby to było oczywiste – Tą złocistą kartę, która cię zdobi – wskazała na przepustkę wiszącą na jego smyczy.

- Cóż, mi na nich nie zależy – mruknął, kręcąc głową – W przeciwieństwie do ciebie, Księżniczko – dodał.

- Och, mi nie zależy – trzymała przy swoim, mając dodać coś jeszcze.

- To, co wy obaj robicie w tym samolocie? – spytał w końcu zdenerwowany Lennox, siedzący obok Epps'a, który skinął głowa, przerywając ich wymianę zdań – Oboje mówicie, że wam nie zależy. To, po co tu siedzicie?

Jasper zmarszczył czoło, zerkając na dziewczynę, która spuściła wzrok.

~Im zależy ~ stwierdziła Wszechiskra.

- Skąd możesz to wiedzieć? – spytała ostro, na chwilę zapominając się.

Lennox popatrzył na nią dziwnie z Epps'em, Jass zmrużył oczy, Barricade uniósł do góry brew, a reszta się w nią wpatrywała.

- Gadasz ze sobą? – spytał Jazz w końcu.

- Nie – warknęła.

- Wygląda jakbyś gadała – stwierdził Will.

Wywróciła oczami.

- Zabije cię, All – mruknęła pod nosem.

- W każdym razie – zmienił temat Jasper – Nie obchodzi mnie wasz żywot.

- Mnie także – zgodziła się – Jak dla mnie, możecie zdychać.

~ To…było ostre ~

Tamta wzruszyła ramionami.

Nie musieli znać prawdy.

Ona sama nie była jej pewna.

Ale coś ją tknęło, kiedy na nich popatrzyła.

Głębokie cierpienie.

Takie samo jak wtedy, kiedy ona sama dowiedziała się o…o Optimusie.

Jej dłoń sama powędrowała do jej serca, niemal instynktownie zaczynając trzeć klatkę piersiową. Tym razem było inaczej. Jakby samo ranienie ich, raniło ją samą.

Chociaż w sumie, jeśli Wszechiskra pochodziła od…ich Boga?, zapytała się w myślach, to może jest z nimi połączona? To wyjaśniałoby, dlaczego odczuwała te dziwne bóle.

- Ale nie beze mnie – dodała ciszej.

Nie widziała ich min. Nie chciała nawet.

- Jak tam Nathalie? – spytał w końcu Jasper, nawet niezdziwiony jej odpowiedzią, a nawet wydawał się ją rozumieć.

- Wyjechała robić jakieś zdjęcia z Jack'iem – odparła – Emily rządzi.

- Hah, a jak tam Samobójczy Plan? – zapytał, na co wywróciła oczami – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że cały ten twój stan wynika z lenistwa, co?

Brooke westchnęła.

- Nie mam czasu na takie rzeczy – mruknęła.

- Takie jak toaleta? Prysznic? Jedzenie i spanie? – pokręcił głową z niedowierzaniem na jej poważny wzrok – Ty tak na serio? Podwoiła ci zajęcia?

- Wilson prowadzi moje zajęcia z wychowania fizycznego – odparła z wywróceniem oczu na jego minę.

- Nie miał być w więzieniu? – spytał ponownie.

Lennox odchrząknął nagle zainteresowany, ale dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Powiedziałam, że Williams'owie mają w garści całe miasto, prawda? – odpowiedziała – Wyciągnęli go z kicia. Uznali, że straciłam swoją formę. Stąd WF.

Jasper zmierzył ją wzrokiem.

Blondynka odwróciła głowę.

- Ten robak był karany? – odezwał się po minucie Barricade, patrząc na nią ostro – I nie sądziłaś, że powinienem był to wiedzieć?

- Nic wielkiego. Pan od historii też był. I zajęć komputerowych. I…

- Uczy cię banda kryminalistów? – spytał przerywając Epps, jakby nie mógł w to uwierzyć.

- Mówiąc prosto – wzruszyła ramionami – Ale to nauczyciele dodatkowi. Ci w szkole są nudni. Nawet muchy nie potrafią zabić.

- Locks jest spoko – dorzucił, patrząc na nią – Ta od przedstawienia, co ma być za kilka tygodni, prawda? Wymyśliłaś już, kogo zapraszasz?

Niebieskooka pokręciła głową.

- Nie mam kogo – przyznała, jakby ją to nie obchodziło, chociaż tylko ślepy nie zauważyłby smutku w jej głosie – Wątpię, żeby ktokolwiek w ogóle by chciał przyjść – dodała z przekąsem.

- Cóż, może czas nad tym pomyśleć? – skinął dyskretnie na czarnowłosego – Co z Panem Pączkiem? – spytał.

Lennox popatrzył automatycznie w ich stronę, ale dziewczyna machnęła dłonią.

- Nie lubi mnie – mruknęła – Właściwie bardzo trudno mi wymienić osoby, które mnie tutaj darzą jakąkolwiek sympatią.

- Może patrzysz nie tam gdzie trzeba? – zaproponował niemal od razu, ale ona tylko westchnęła.

- Może – zgodziła się, mrużąc oczy – Tak przy okazji…Kto to jest? – pokazała na drugiego mustanga, na co Jasper wzruszył ramionami.

- Prowl. Mówiłem ci o nim – powiedział znacząco na nią patrząc.

…Brooke popatrzyła na niego groźnie.

- Niczego nie powiedziałeś, prawda? – syknęła, gotowa wstać.

Szatyn wzruszył ramionami.

- Może tak, może nie – uśmiechnął się złośliwie – Chyba będziesz musiała się sama dowiedzieć, co nie?

Warknęła pod nosem, spoglądając na białowłosego mężczyznę, który dokładnie w tym samym momencie spotkał jej wzrok.

- Hmpf – mruknęła niezadowolona.

Barricade i Prowl, pomyślała, obserwując go uważnie, kiedy ten odwrócił zimny wzrok, dziwne.

Nie wydawał się taki jak reszta Autobotów.

Ale dlaczego?

Blondynka oparła głowę o ścianę samolotu.

Była tym cholernie zmęczona.

- Życiem w sumie także – dodała cicho na głos, wzdychając.


A/N: Więc...cześć?
Ostatnio wiele autorów, w tym bardzo dobrych, odeszło z FF z różnych powodów. Najwyraźniej z strona nie bardzo chroni swoich użytkowników.
Chciałam zaznaczyć, że mimo iż ta informacja mnie zaniepokoiła, nie zamierzam opuścić FanFiction. Przynajmniej nie dopóki podobna sytuacja nie zdarzy się mnie.
Jeśli jednak tak się stanie, możecie znaleźć mnie także na Wattpad'zie, pod tym samym loginem.
Jeśli ktoś chce, oczywiście.
...Yhm...to chyba wszystko na razie.
Łapcie siedemnastkę i ja lecę ;)
XXShanter