Brooke stała znudzona, patrząc jak Galloway przegląda jakieś pismo, nie bardzo przejmując się tym, że stała koło Prime'a. Jeszcze godzinę temu siedziała w męce, teraz ból jakby ustąpił. Dziewczyna miała przeczucie, że za długo to on tak nie poleży, więc nawet nie komentowała.
I wtedy pilot zaczął coś mówić o wyskoczeniu z samolotu.
Blondynka popatrzyła ze skrzyżowanymi rękoma pod biustem na Jasper'a, który uśmiechnął się pod nosem z jakiegoś powodu.
- W porządku! – zawołał Lennox – Drużyno, łapcie za spadochrony! – oznajmił głośno, ale z jakimś takim tonem głosu, który jak dla niej wydawał się za szczęśliwy.
- Dlaczego mam wrażenie, że silniki tak naprawdę nie nawalają? – spytała ignorując na moment scenę gdzie Epps „przypadkowo" popchnął Galloway'a, który wpadł na major'a.
- Może dlatego, że tak nie jest? – nawet on musiał się uśmiechnąć.
Samolot znowu się zatrząsł.
- Oh, nie dobrze – powiedział z tym aktorskim tonem Lennox, ciągnąc mężczyznę na koniec maszyny.
Dziewczyna prychnęła, kiedy Galloway zaczął panikować i mówić, że przecież ma wrzody.
Kręcąc głową, popatrzyła na resztę zanim sama złapała za spadochron i włożyła go sobie, szybko i zwinnie zapinając.
Kątem oka zauważyła, że Lennox żwawo gestykuluje dłonią, mówiąc, że Dyrektor ma pociągnąć za coś niebieskiego.
Sęk w tym, że Galloway pociągnął sprzążkę od spadochronu w samolocie.
Blondynka naprawdę powstrzymała się od pacnięcia w głowę, kiedy tamten wyskoczył z platformy, krzycząc coś.
- Nah, nie pożegnał się nawet – stwierdził do Epps, najwyraźniej odpowiadając na jakieś pytanie, po czym popatrzył na dziewczynę poważnie – Okay, zostaje…
- Nie – warknęła ostro – Nie zostajemy.
- W porządku. Ty zostajesz, a Jasper…
- Nie – powtórzyła twardo, stając przed nim z zaciętym wyrazem twarzy – Idę z wami. Czy tego chcesz czy nie – stwierdziła.
William wpatrywał się w nią długo.
- Nie chciałaś uczestniczyć w tej wojnie – ciągnął – Masz wybór. Możesz zostać. Nikt z nas nie będzie cię winić, Brooke.
Przez wiatr, blondynka się zaśmiała, patrząc jak inni wyskakują.
- Mylisz się – stwierdziła, jakby sam fakt ją bawił – Jestem w tym bagnie głębiej niż wolałabym przyznać.
- Brooke… - Epps zaczął niepewnie, ale ona skrzywiła się i potrząsnęła głową.
- Straciłam prawo do dokonywania własnych decyzji lata temu – stwierdziła – A kiedy już jedną podejmowałam, była zazwyczaj zła.
Jasper kiwnął jej głową zanim jej zasalutował i sam wyskoczył.
- Nie zamierzam być znowu marionetką w rękach innych – jej wzrok wylądował na Optimus'ie – Przynajmniej teraz mam okazję na dokonanie własnego wyboru.
William zmarszczył czoło.
- Umiesz w ogóle z tego korzystać? – spytał zrezygnowany, wzdychając, kiedy popatrzyła na niego jak na idiotę, w czasie, kiedy Epps się uśmiechnął.
- To pytanie retoryczne? – zapytała poważnie.
- Racja – westchnął, po czym kiwnął dłonią na platformę – Nie mogę cię zatrzymać, prawda? – spytał jeszcze raz, kiedy zbliżyła się do krawędzi.
Posłała mu zadziorny uśmiech.
- Mówisz to do dziewczyny, która zaprzyjaźniła się z byłym Decepticon'em – stwierdziła, zanim skoczyła.
Brooke spięła swoje blond włosy w kucyk, obserwując jak Jasper powoli idzie w jej stronę, kiedy reszta żołnierzy i Autobotów wydawała się zajęta samymi sobą.
- Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie wstąpiłeś do wojska – stwierdziła, mierząc go od góry do dołu.
Szatyn prychnął. Był ubrany w mundur N.E.S.T, nieco umazany i w rekach trzymał karabin M4A1.
- Za blisko domu – mruknął z tym swoim uśmieszkiem, po czym kiwnął na jej plecak – Co tam chowasz?
- Skąd pomysł, że coś tam chowam? – spytała sprytnie – Równie dobrze, może to być zwykła atrapa – zasugerowała, spoglądając znacząco na swoje udo.
Tamten zmarszczył czoło, od razu zauważając, że rzeczywiście na jej nodze przymocowana na skórzanym rzepie była pochwa na nóż.
Otworzył usta żeby coś powiedzieć, kiedy zobaczył kogoś za jej plecami. Natychmiast poważniejąc, skinął komuś głową. Marszcząc czoło, dziewczyna odwróciła się i popatrzyła nieco kwaśno na Epps'a.
Ich spotkanie nie skończyło się najlepiej.
- Możemy porozmawiać? – spytał w końcu, podchodząc.
Blondynka spuściła wzrok, po czym uniosła go i pokiwała chłopakowi. Tamten niepewnie, ale zgadzając się, odsunął się i odszedł. Wcześniej piorunując jeszcze sierżanta wzrokiem, jakby ostrzegając go.
- Byle szybko – odparła, zerkając w niebo i w oddali widząc Raptor'a – Nie mamy za wiele czasu – stwierdziła niechętnie.
Tak to było, kiedy się stało w krótkim rękawie na pustyni w Egipcie, zastanawiając się, co do cholery wokół się działo.
Cholera, nawet Wszechiskra wydawała się nerwowa, chociaż z nią to nigdy nie było wiadomo.
- Jak możesz mu ufać? – wyrzucił w końcu, w jego głosie nie było już słychać tamtego oburzenia, co w bazie.
Brooke uniosła do góry brew.
- Komu?
- Decepticon'owi – nacisnął ostro, na chwilę się zapominając.
A więc jednak był wściekły, pomyślała.
Prychnęła.
- Nie jest Con'em – stwierdziła, niemal wypluwając ostatnie słowo – Jest Neutralny.
- Od kiedy? – zaśmiał się kpiąco – Powiedział ci tak? A ty mu wierzysz? Zabił miliony! Nienawidzi naszej rasy, cholera nawet ciebie! Jak…
- Zamknij się! – przerwała mu warknięciem, tym razem zdenerwowana.
- Mówię prawdę – odparł, nie rozumiejąc jej reakcji.
Blondynka pokręciła głową, odsuwając się i obejmując ramionami, jakby czuła się przez niego zdradzona.
Bo to bolało.
Nie była pierwszą osobą, żeby się do tego przyznać, ale gdyby nie on, gdyby nie Barricade, ten morderca, gdyby go nie było…
Dziewczyna przymknęła oczy.
Nie dałaby sobie rady sama.
Jej plan zajęć był o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany niż rok temu, jej szkoła zadawała więcej zadań domowych, których nie była w stanie odrobić sama, a Williams'owie ciągle mieli o coś pretensję.
Candy nieważne jak bardzo jej nienawidził, gardził, on został.
Może nie zupełnie ze swojego wyboru, ale był.
Blondynka prychnęła na myśl, że sama jego obecność dodawała jej jakoś otuchy.
- Ale przynajmniej jest sobą! – warknęła w końcu, zamykając go – Przynajmniej nie udaje kogoś, kim nie jest!
- Sugerujesz, że my to robimy? – spytał z niedowierzaniem.
- Nie – zaśmiała się z przekąsem – Ale Barricade wie, do czego jest zdolny i tego nie ukrywa. Pomyślałeś chociaż…nie. Pomyśleliście może o tym, co wy zrobiliście?
- Nie zabija…
- Zabiliście Cony! – krzyknęła ostro, tracąc cierpliwość – Jesteście inni?! Zastanów się, do cholery jasnej. Oni wszyscy kiedyś byli jedną grupą! Nie było Con'ów, nie było Autobotów!
Epps w końcu zamilkł na dobre, jakby nie mógł wykrztusić z siebie słowa.
~ Brooke? ~ Allisa wydawała się być niepewna w tej jednej sekundzie.
W końcu do niej dotarło.
To, co tak naprawdę się stało.
Brooke zacisnęła pięści.
Czy oni wszyscy tego nie widzieli? Tej prawdy?
- Do wojny potrzeba dwóch stron – syknęła – Decepticony są dla was źli? Zapomniałeś już, że w ich oczach my także?
- Bronisz ich? – udało mu się wyrzucić z siebie.
- Nawet, jeśli, to, co? – warknęła, jej oczy zabłysły żywym niebieskim, ukazując swoją determinację – Uznasz mnie za jedną z nich?
Odwróciła głowę.
- A może już tak myślisz?
- Brooke, ja bym nigdy… - urwał, jego głos jakby złamany pod jej słowami.
Lennox wykrzywiła usta w uśmiech z przekąsem, dokładnie w chwili, kiedy William go zawołał.
Nie patrząc na niego, dziewczyna odwróciła się.
Tamten bezradny na nią spojrzał, po czym westchnął i z zaciętą miną pobiegł w stronę swojego towarzysza.
~To okropny pomysł~ stwierdziła Wszechiskra, kiedy Brooke stanęła i popatrzyła na Starscream'a, który akurat przymierzał się do Sam'a, który dojechał na miejsce zdarzenia kwadrans temu.
~ I lekkomyślny ~ dodała wesoło, kiedy dziewczyna wzięła głęboki wdech.
Była nadal lekko obolała po treningach i tak, nieco zmęczona. Ale wszyscy wydawali się być zajęci Con'ami. Co zostawiało odciągnięcie tego idioty z dala od nich jej.
~ Będziesz tego żałować ~ ostrzegła jeszcze ze śmiechem.
Co było w tym zabawnego?, pomyślała, po czym popatrzyła na Starscream'a.
Przystawiła dłonie do ust.
- Hej! Screamer! – zawołała głośno, odciągając jego uwagę od reszty, którzy popatrzyli na nią z paniką, kiedy tamten warknął – JAK CI ŻYCIE LECI?!
- Chodź tu, ty mały robalu!
Blondynka odchrząknęła.
- Ups – mruknęła, zanim zaczęła biec w przeciwnym kierunku.
~ A nie mówiłam? ~ odezwała się Allisa, kiedy dziewczyna słysząc wściekłe ryczenie przeskakiwała przez przeszkody i wymijała budynki, dobrze wiedząc, że możliwe, iż był o jedyny moment, w którym dziękowała za dyscyplinę pana Wilson'a.
Nie przemyślałam tego, przyznała, nie oglądając się do tyłu, kiedy znalazła się na otwartej przestrzeni.
- Tutaj jesteś – zaśmiał się kpiąco.
Brooke wytrzeszczyła oczy, kiedy ktoś ją złapał i syknęła pod nosem, kiedy znalazła się na czyjejś dłoni.
- Och, popatrzcie. Czyż nie jest to zwierzaczek Barricade? – zaśmiał się drwiąco, na co Brooke zmrużyła oczy.
- A czyż nie jest to suka Megatrona we własnej osobie? – odezwała się z sarkazmem, na co tamten zacieśnił swój uścisk na jej ciele, sprawiając, że jęknęła – Coś nie t-tak, Screamer? – spytała złośliwie.
- Ty mały… - nagle uciął.
Blondynka spojrzała na niego dziwnie, kiedy jego oczy jakby się wytrzeszczyły, rozluźnił swój uścisk.
O co ci…,?, pomyślała zanim sapnęła, kiedy czarno-biała smuga się z nim zderzyła.
- Cade? – spytała siebie, słysząc jednocześnie, że tamten ryknął coś podobnego do „uciekaj!".
Biorąc głęboki wdech, skinęła głową, ruszając biegiem w stronę Optimus'a.
Co to…, pomyślała zdezorientowana patrząc na to, co w dłoni trzymał Sam, zmierzając w stronę ciała Prime'a.
~Matryca ~ odezwała się Wszechiskra, kiedy Sam wbił ją w pierś robota.
Kiedy nie uzyskała dalszych wyjaśnień, wytrzeszczyła oczy, patrząc jak Optimus kaszle?, po czym próbuje wstać.
W tym samym momencie Upadły zrobił swoje wejście smoka i zabrał matrycę dowodzenia, zostawiając wszystkich na ziemi, po czym teleportując się z powrotem na piramidę, krzycząc coś.
- BROOKE? – zawołał ktoś, zanim Jasper na nią wpadł, mając na twarzy kilka zacięć, z których ciekła mu krew.
Brooke jednak zastanawiała się, dlaczego ten ból, który był wcześniej w jej klatce piersiowej tylko częściowo zniknął.
Pomrugała w końcu kilkakrotnie oczami i popatrzyła na szatyna.
- Jass? – spytała niepewnie.
- Nic ci nie jest? – zapytał, oglądając ją od góry do dołu, szukając jakiś obrażeń, jednak nie znalazł żadnych nowych – Księżniczko? Co ci jest? – spytał zaniepokojony.
Dziewczyna zmarszczyła czoło.
Nie wiedziała.
Czuła się nagle słaba, a nogi czuła jakby stały się z waty.
I wtedy widziała tylko ciemność i długi pisk w głowie.
Nie zauważyła nawet, kiedy straciła przytomność.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła było to, że głowa pulsowała jej niemiłosiernie. Drugą jednak, że znalazła się w aż za dobrze znanym jej pomieszczeniu.
Szpital.
Nie dział medyczny.
Zmarszczył czoło, zastanawiając się, co się do cholery stało.
~ Zemdlałaś ~ wyjaśniła w końcu Allisa, kiedy dziewczyna podskoczyła na jej głos, nieco wystraszona ~ Dyrektor Galloway zażądał abyś została umieszczona w normalnej placówce medycznej ~
Ale…
Co z Jasper'em? Z Cade'em? Autobotami? Co się stało z Sam'em i jego dziewczyną?
~ Nie mogli nic zrobić ~ stwierdziła ~ Szczerze myślę, że jeszcze nawet nie wiedzą, że zostałaś tutaj przeniesiona ~
Zaraz, co?
Jak to?
~ Zabrali cię pod nieobecność Ratchet'a ~ dodała dla objaśnień, na co dziewczyna zaklęła pod nosem.
Allisa umilkła na chwilę, dając jej to wszystko przetrawić.
- Och – odezwał się ktoś, kto wszedł do jej pomieszczenia – Obudziłaś się, dobrze – posłał jej ten znajomy uśmiech – Tym razem też się wywaliłaś? – spytał, pisząc coś w notesie.
Brooke oferowała mu grymas.
- Można tak powiedzieć – stwierdziła – Jak długo byłam nieprzytomna?
Doktor zmarszczył czoło, zerkając na zegarek.
- Dokładnie dzień i kilka godzin – odpowiedział szczerze.
Dziewczyna mentalnie spojrzała na Allisę.
~ Więc…może jednak wiedzą, ale nie mają pojęcia gdzie jesteś ~ poprawiła się na jej wzrok, kiedy blondynka westchnęła.
- Świetnie – mruknęła pod nosem.
Mężczyzna zmierzył ją spojrzeniem.
- Byłaś…właściwie, nadal jesteś, mocno poobijana. Mogę przepisać ci leki przeciwbólowe, jeśli będzie ci to dokuczać…
- Nie, nie – pośpieszyła, już wstając.
Musiała dotrzeć do domu.
Później spróbować skontaktować się z Lennox'em i możliwe, że dowiedzieć się, co się do cholery stało.
- Panienko…?
Dziewczyna zignorowała go i szybko chwyciła plecak leżący na krześle, zadowolona, że jej mięsnie nie bolały aż tak mocno jak oczekiwała.
- Dzięki za zadbanie o mnie – rzuciła, zanim wybiegła z pomieszczenia, zostawiając, oszołomionego mężczyznę w tyle.
- Gdzie ty…? – zaczęła wściekła Emily, kiedy Brooke trzasnęła drzwiami i zniknęła w minucie na górze – BROOKE LENNOX, NATYCHMIAST ZŁAŹ NA DÓŁ!
Boże święty, kobieto, pomyślała z jęknięciem, zamykając drzwi i spoglądając na siebie w lustrze, które jakimś cudem znalazło się na jej biurku.
Rany, wyglądała jak zombie.
Naprawdę.
Złapała za komórkę, którą znalazła w plecaku i zaklęła głośno, kiedy zauważyła, że miała wyczerpaną baterię.
- BROOKE!
Dziewczyna zamarzła w bezruchu.
Jack, jej umysł podszeptał.
Minutę później, usłyszała, że ktoś stawia ciężkie kroki po schodach.
Spanikowała.
Złapała za nóż, który dostała od Cade'a i patrząc to na drzwi, to na okno, podjęła decyzję.
Otworzyła okno i z niego wyskoczyła.
To musiał być czysty cud, że nie połamała sobie kości, chociaż poczuła tępy ból, którzy przeszedł od czubków jej palców u nóg, aż po uda. Obejrzała się i puściła oczko do Jack'a.
Och, nie zamierzała być ich marionetką.
Nie, już nie.
Ech, już dawno powinna była im się tak sprzeciwić.
I tak będzie musiała tutaj wrócić, ale teraz? Teraz postanowiła, że zajmie się czymś ważniejszym.
Podsumowując: Zemdlała, Galloway był dupkiem i podprowadził ją Autobotom, a żaden z nich nie miał pojęcia gdzie się podziewała, Jack i Emily szykowali dla niej piwnicę, a ona sama wydawała się wyglądać jakby dopiero, co opuściła jakąś norę.
Życie było piękne.
~Mogło być gorzej ~ stwierdziła Wszechiskra w formie pocieszenia.
- Och, naprawdę? Może Candy oberwał walcząc z Dorito? – prychnęła.
I zatrzymała się gwałtownie.
All, co się stało z Barricade'em?, zapytała w myślach.
Jednak Allisa milczała.
All?, zapytała ponownie, zaniepokojona ciszą.
I do niej dotarło. Gdyby nie była na tyle głupia, gdyby nie próbowała odwrócić jego uwagi… A teraz nawet nie wiedział czy jej własny strażnik w ogóle żył.
Właściwie, bardzo mało pamiętała. Jakby była tylko na jednej czwartej bitwy.
Och,…ale pamiętała kłótnię z Epps'em.
Dziewczyna skrzywiła się.
Nie tylko na wspomnienie o tym, ale na wyrzuty sumienia.
~ Jestem pewna, że nic mu nie jest ~ zapewniła, ale dziewczyna pokręciła głową, po czym wzięła głęboki wdech.
Nie miała przy sobie komórki.
Ale…znała osobę, która na pewno by jej pomogła.
Przełykając ślinę, rzuciła się biegiem w stronę teatru.
Pani Locks nawet nie pytała, dlaczego brudna nastolatka wpadła do sali, tylko od razu zdyszaną wpuściła do gabinetu.
Dziewczyna usiadła i spojrzała na nią dzikimi oczami.
- Czy – sapnęła – Mogę użyć pani telefonu?
Kobieta uniosła do góry brew, ale podała jej urządzenie.
Patrzyła uważnie jak blondynka roztrzęsiona z lekko drżącymi dłońmi wbija znajomy numer, od razu zauważając, że coś naprawdę złego musiało się stać.
- Hallo? – odezwał się lodowaty głos Jasper'a, na który niebieskooka niemal odetchnęła z ulgi.
- J-Jass? – spytała, żeby się upewnić.
Po drugiej stronie natychmiast zaczęły się jakieś szmery, kiedy tamten wypowiedział jej imię, ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi.
Miała jeden cel w głowie.
- Brooke? Nic ci nie jest? Gdzie jesteś, do cholery? Zniknęła…
- Jass, co się stało z Barricade'em? – przerwała mu szybko – Żyje, prawda?
Nie przetrwałaby gdyby coś mu się stało przez jej mały wybryk.
- Księżniczko? Gdzie jesteś? – zapytał ostrożnie.
Tamta przełknęła ślinę.
- Nic mu nie jest, tak? – dopytywała go – Nic, prawda? Teraz pewnie się ze mnie śmieje i mówi, jaka to ja głupia, racja?
Powiedz tak, powiedz tak, powtarzała jak mantrę.
Mary spojrzała na nią nieco zaniepokojona.
- Dostał w klatkę z działka tego drugiego. Nie wiemy czy da radę, Księżniczko.
Z jej gardła po raz drugi tego roku wydobyło się skomlenie, następnie dziewczyna skuliła się w sobie, pozwalając pochłonąć się żalowi.
Cade…Cade oberwał przez nią. Bo była głupia.
Boże, jaka ona była głupia.
Co, w bohaterkę chciała grać?
- Brooke? – zaniepokoił się zmęczonym głosem.
- To moja wina – wyjęczała żałośnie – Wszystko moja wina.
- Woah, Księżniczko? Hej, gdzie jesteś? – pytania napływały i napływały, ale dziewczyna potrząsnęła głową, pociągając nosem.
- Nie…nie szukajcie mnie – wykrztusiła – Ja…
Słowa ugrzęzły jej w gardle.
Rozłączyła się dosłownie w sekundzie, oddając telefon nauczycielce zajęć teatralnych.
- Brooke? – odezwała się w końcu po minutach ciszy, kiedy dziewczyna starała się przywrócić swój oddech do normalności – Potrzebujesz czegoś? Wody?
Blondynka z mętlikiem w głowie skinęła tylko głową, kiedy kobieta szybko zniknęła z pokoju w poszukiwaniach napoju.
- Niech Cię szlag! – warknął Jasper, po czym w jednej sekundzie złapał blisko stojącego z zadowolonym z siebie uśmiechem Galloway'a – Ty mały, nędzny insekcie – wysyczał, kiedy tamten wytrzeszczył oczy.
- Puszczaj! – krzyknął przerażony.
Jasper niemal ryknął na niego na miejscu. Wszyscy wokół nich zamarzli, gotowi wkroczyć, jeśli coś się stanie. Nikt nie był tutaj szczególnym fanem Dyrektora. No…może po za tym jednym gościem, który musiał zachować zdrowy rozsądek. Lennox myślał, że nazywał się Morshower.
- Myślisz, że ci wszystko wolno? Huh? – zacieśnił uścisk na jego koszuli – Myślisz, że jak bawiłeś się z innymi w tajne organizację to teraz będziesz mieć władzę?
Przy ostatnim zdaniu, Galloway zbladł.
Jasper kontynuował.
Bo wiedział, że gdyby dziewczyna tutaj była, nie obwiniałaby się aż tak bardzo. Gdyby wysłuchała tego, co do powiedzenia ma medyk, gdyby była tutaj gdy – bo był w stu procentach pewien, że tak się stanie – jej diabelny strażnik się obudzi.
Hah, ale nie. Ktoś znowu musiał to wszystko zniszczyć.
- Jestem zmęczony ludźmi, którzy myślą, że mogą nas kontrolować – warknął, mrużąc oczy – W którym szpitalu jest Brooke? – zapytał, ale tamten wydusił z siebie nerwowy śmiech.
- Myślisz, że ci powiem? – spytał z kpiną – W-w życiu – zająknął się na szalony błysk w jego oku.
- Jeśli cenisz swoje życie, powiesz mi – stwierdził pewny siebie – W przeciwnym razie stracisz przyrodzenie. A przynajmniej to, co za nie robi – dodał z pogardą.
- Jak…jak śmiesz!? – oburzył się – Grozisz mi? To jest federalna obraza! Mogę cię za to wsadzić do…
Dziwny, niemal zwierzęcy odgłos wydobył się z gardła chłopaka.
- Słuchaj mnie, ty żałosny robaku – przycisnął go do ściany – Nie testuj mojej cierpliwości. Gadaj, gdzie ją zabraliście – rozkazał ostro.
- Możesz pomarzyć, że ci powiem – powiedział z uśmiechem.
Tamten popchnął go za siebie, zamachując się pięścią.
- Jasper – odezwał się ktoś poukładanym głosem – Powstrzymaj się od drastycznych metod. Nie jesteśmy wrogami.
Szatyn popatrzył zażenowany na Morshower'a z Lennox'em u boku.
- Zabawne – stwierdził – Zważając na to, że mówisz to o ścierwie, które wydało lokalizację odłamka Wszechiskry oraz Megatron'a – prychnął na minę mężczyzny obok.
- Jestem pewien, że Dyrektor Galloway nie miał tego w intencji – odparł spokojnie.
Jasper właściwie się na to zaśmiał.
- O Boże, jesteście tacy naiwni – powiedział z pokręceniem głowy – Cóż, masz zamiar patrzeć jak cię dźgają w plecy? Kiedy wiesz, kto jest zdrajcą?
- Chyba nie wierzycie w słowa tej pomyłki – Jasper nagle spoważniał, uśmiech i pogarda zniknęła, zaskakując wszystkich – Zdrajcą, ja? Pewnie sam nim jest. Fałszywy człowiek, tak samo jak jego matka.
- Coś ty powiedział? – syknął, na co Galloway przełknął ślinę.
- P-prawdę – odparł.
Zaciskając usta, chłopak odwrócił głowę.
Prowokacja.
Galloway robił to żeby się go pozbyć, bo był zagrożeniem.
Ale nie mógł się powstrzymać od tej fali wstydu na wspomnienie o jego matce, zdradliwej kobiecie, o której szatyn naprawdę chciał zapomnieć.
- Jesteś cholernym szczęściarzem – mruknął pod nosem, mrużąc oczy, kiedy uśmiech z twarzy mężczyzny zbladł – I głupcem. Naprawdę myślisz, że dam ci satysfakcję i się na ciebie rzucę? Żałosne, Theo, żałosne.
Rozluźnił pięści, po czym skierował się w stronę pokoju kontrolnego.
Jeśli on nie chciał mu nic powiedzieć, niech tak będzie. Brooke i tak potrzebowała czasu na ochłonięcie. Dobrze wiedział, że pogrążona w myślach nie była najlepszym materiałem na rozmowę.
- Więc? O czym to było? – zapytała w południe Locks, kiedy dziewczyna z mętnym wzrokiem wpatrywała się w herbatę, którą kobieta przyniosła do siebie do gabinetu po swoich zajęciach z grupą – Wróciłaś po kilku dniach, domagając się telefonu, a później się załamujesz. To nie w twoim stylu, Brooke.
Dziewczyna miała cholerną świadomość, że niebieskoowłosa miała rację.
Nie była słaba.
Nie była marionetką.
- Czy…czy pamiętasz tego oficera, który przychodził ze mną na kilka lekcji? – spytała w końcu słabym głosem – Tego z czerwonymi oczami?
Mary skinęła głową.
W pierwszej chwili chciała uciec gdzie pieprz rośnie na jego piorunujące spojrzenie.
- Co z nim? – zapytała łagodnie, kiedy tamta spauzowała.
- Więc…byłam z nim w Egipcie. On… - zawahała się, starając się dobrać słowa tak, że kobieta nie połapie się o co chodzi, ale będzie wiedziała połowę prawdy – Zrobiłam coś głupiego, on…
Przełknęła ślinę, czując suchość w gardle i popijając napojem.
- Nie wiem, co się stało. Ja…ja musiałam zemdleć w połowie…
To się dzieje, kiedy nie dostaje się wystarczającej ilości snu, pomyślała kobieta, słuchając uważnie.
- Jasper powiedział, że Barry…że Barry…
Wzięła głęboki wdech.
- Kochanie? Potrzebujesz przerwy? – zapytała w pewnej chwili, ale blondynka zacisnęła żeby i potrząsnęła głową.
- Powiedział, że nie wiedzą czy da radę – wyrzuciła, pozwalając nienawiści do samej siebie płynąc w jej żyłach – I to moja wina.
Mary zmarszczyła czoło.
- Jak coś, czego nie zrobiłaś może być twoją winą? – nie rozumiała, naprawdę nie rozumiała czasami jej toku myślenia.
Brooke wywróciła oczami.
Ufać, że ktoś, kto nigdy nie doświadczył życia z Williams'ami zrozumie.
Głupie.
- Nieważne – mruknęła, wstając i lekko się chwiejąc, po czym wzdychając – Dzięki za…no, wiesz – wskazała bezradnie na pokój – Pani Locks – dodała.
Mary westchnęła.
Tyle było kłopotów z tą dziewczyną.
Ale patrzyła biernie na to, jak wychodzi, nie odzywając się.
