Wszechiskra nie przywiązywała się.

Nigdy.

Kochając swoich podopiecznych odczuwała ból po stracie każdego jednego i zaczęła traktować każdą śmierć jak normalną rutynę w życiu. Przynajmniej wtedy było łatwiej.

Ale Brooke przebiła się przez tą barierę z hukiem.

Żaden wesoły komentarz, żadne wspomnienie, żaden śmiech czy zabawa nie mogła jej pomóc, nie mogła zatrzymać tego, co się z nią działo.

Allisa stworzona była przez Primus'a, działa głównie z jego woli.

Ale miała prawo do podejmowania własnych decyzji.

Tak samo jak wszystkie jego kreacje.

A Brooke pogłębiała się coraz to więcej w swoim starym, monotonnym życiu.

Wszechiskra zmuszona była dowiedzieć się o tym, że tym razem nie mogła…nie. Nie chciała przejść koło tego obojętnie, to nie było fair, nie było sprawiedliwe.

A Barricade umierał.

Brooke była tego świadoma i z jakiegoś powodu nie mogła się z tym pogodzić. Broniła się przed tym, odizolowała się na dobre, unikała Sam'a, Mikaeli, nawet Jasper'a. A Primus wiedział, że próbowali się z nią skontaktować. Lennox zagroził, że siłą ją zmusi do rozmowy, zabierze gdzieś.

Blond włosa nawet nie drgnęła.

Wszechiskra jednak wtedy nie zareagowała, ze swoją wesołością próbując ją rozweselić.

Dopiero, kiedy Emily i Jack, adopcyjni opiekunowie blondynki znowu zaczęli ją terroryzować. To wtedy Allisa się złamała.

Żadne dziecko nie zasługiwało na takie coś.

Zwłaszcza biedna Brooke.

Bez strażnika, bez oparcia, dziewczyna była sama w tym chaosie.

A Wszechiskra nie zamierzała jej stracić.


- Szybciej! – zawołał Wilson, poganiając wymęczoną Lennox, kiedy ta przeskoczyła po raz siódmy przez drugi rząd płotków – Nie umiesz szybciej, dziewczyno?! Jazda!

Żałuję, że nie zginąłeś z dinozaurami, pomyślała, dochodząc do ostatniego okrążenia, muzyka dudniła jej w uszach. Była jednym z powodów dla których dziewczyna nie słyszała tego, co jej mówił. Biedak o tym najwyraźniej nie wiedział.

W pewnym momencie, spojrzała w jego stronę i niemal walnęła w ścianę, kiedy zobaczyła, kto z nim stał.

Nathalie.

Szlag, pomyślała.

Ale zaraz…

Czy oni…?

Tym razem Brooke wytrzeszczyła oczy.

Całowali się.

Świetnie. Jakby jej życie nie było już wystarczająco pokręcone. Teraz będzie miała jeszcze tą parę na głowie.

Skończyła ostatnie kółko i opuściła teren, kierując się w stronę szatni.

Wspaniale, pomyślała jeszcze.


- I jak jego kondycja?

- Zbudzi się?

- A niech w sumie zdechnie.

- Właśnie. Lepiej bez Con'a. Kto wie? Może nas zadźgać we śnie.

- W jego stanie? Zdziwiłbym się gdyby w ogóle mógł wstać.

Jasper tym razem nie wytrzymał i wstał od stołu z hukiem wywracając krzesło, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych, włącznie z Autobotami.

- Stary, o co ci lata?

Tamten zacisnął usta, jakby rozmyślając czy warto im mówić, czy lepiej zostawić ich w swoich głupotach.

- Jesteście żołnierzami? – spytał ostro – Po jak na razie widzę tylko grupę plotkujących ze sobą dziewczynek w przebraniach.

- Woah, hej! Gościu zasłużył…

- Czym? Tym, że podążał za swoim liderem? Robicie to samo – stwierdził sucho.

Teraz przynajmniej widział sens w słowach blondynki.

- Ugh, jesteś za młody nie zrozumiesz – machnął lekceważąco jeden z żołnierzy.

Jasper wywrócił oczami, bardzo kuszony walnięciem mu w twarz, towarzysz czy nie.

Gdyby tylko wiedział, pomyślał.

Ale tylko prychnął.

- Przerośnięte dzieci – mruknął, odchodząc.


Głośna muzyka. Po raz kolejny, kiedy wszedł do pokoju, nie mógł się skupić.

- Banda nic nierozumiejących bachorów – mruczał pod nosem, sprawiając, że Jazz popatrzył na niego zainteresowany – Śmiejcie się, jasne. Głupcy.

Rzucił się na łóżko, podnosząc telefon.

- Och, po jednym dzwonku. Księżniczko, jestem pod wrażeniem – odparł, kiedy dziewczyna odebrała.

- Masz tam jakąś imprezę? – zapytała.

Szatyn wywrócił oczami.

- Nie. Ten na „J" znowu bawi się w DJ – wyjaśnił.

Jak za dotknięciem różyczki, chłopak ściszył dźwięki.

- Wiesz, że Nathalie kręci z Wilson'em? – zapytała, chłopak mógł wyraźnie usłyszeć, że dyszy, próbując prawdopodobnie dostać się szybko na kolejne zajęcia – Przyłapałam ich jak się obmacywali na WF'ie.

Brązowooki zmarszczył czoło.

- Wiedźma ma piętnaście lat – stwierdził – To nielegalne.

- Od kiedy ktokolwiek z Williams'ów dba o to, co się legalne, a co nie? – spytała retorycznie, wzdychając – Musze kończyć.

- Zjedź coś! – powiedział jeszcze, zanim się rozłączyła – Pracoholik – mruknął zirytowany, kładąc głowę na poduszkę.

- Co jest nielegalne? – zapytał sabotażysta ze swojego miejsca na łóżku, ale tamten tylko wywrócił oczami.

- Nieważne – machnął dłonią.

Jazz wziął głęboki wdech. Jak zwykle.


Barricade siedział tam przez długi czas.

Gdyby się go jednak spytano jak długo, nie mógłby odpowiedzieć na pewno. Ale przypuszczał, że więcej niż tydzień ziemski.

W swojej prawdziwej formie zaczynał się porządnie nudzić.

Było tam monotonnie.

Przynajmniej dopóki w pewnej chwili nie pojawiła się jakaś małą biała istotka, lądująca tuż przed jego głową.

Przez długi czas po prostu się w to wpatrywał.

- Czego? – warknął w końcu ostro.

Ono się tylko zaśmiało.

- Jak się czujesz? – zapytało w końcu, na co uniósł go góry brew.

- W życiu lepiej się nie czułem – odparł sarkastycznie, na co tamto wydawało się zachichotać i usadowiło się na jego głowie, nie zwracając uwagi na jego protesty i warczenie.

- Nie brakuje ci czegoś?

Brooke, stwierdziła jego Iskra, bez jej komentarzy nie miał, kogo wyzywać.

Ale przecież temu tego nie powie.

Ludzie byli prymitywną rasą, Brooke należała do nich i chcąc czy nie chcąc była na nich skazana. Ze swoją bezużytecznością i naiwnością…nie, skreślić to. Lennox nie była aż tak naiwna.

- Nie twój interes – syknął, postanawiając ją zignorować.

- Cóż, więc zapewne nie chcesz wiedzieć, co wyprawia pod twoją nieobecność Brooke Lennox, adopcyjna córka rodziny Williams, tak? – odezwało się tym drażniącym głosem i pewnie robot by ją zignorował.

Gdyby nie fakt, że istotka znała jego…jego…

Ugh, tak, podopieczną do siedmiu boleści.

- Skąd ją znasz? – warknął wstając, ale tamto tylko chichocząc niekontrolowanie odleciała zanim zdołał ją uderzyć – Gadaj, ty niedorozwinięta kreaturo!

- Czemu? Przecież to nie mój interes – stwierdziła rozbawiona.

Czy on gadał z dzieckiem?

Bo na to wyglądało.

- Kim jesteś? – zapytał inaczej, zaciskając swoje zęby.

- Allisa – odparła.

Naprawdę, cała ta sytuacja wydawała się dla niej tak zabawna, że nawet nie próbowała zakończyć tej gry. Pewnie, miała tutaj interes, ale przecież mogła się z nim pobawić, prawda?

Tym czasem z cierpliwością, której często używał z Brooke, Barricade starał się nie zastrzelić małej istoty.

- Czego chcesz? – wycedził, ale ona tylko puściła mu oczko.

- Uratować cię, głupiutki – zaśmiała się.

Candy popatrzył na nią poważnie.

- Masz chore poczucie humoru.

- Wiem – odparła radośnie, jakby dumna.

Barricade w duchu stwierdził, że Allisa miała nie po kolei w głowie.

W końcu westchnął zirytowany.

- Ugh, rób, co musisz i odejdź – machnął na nią ramieniem.

- Uh huh, ależ ty niecierpliwy – zaśmiała się – W każdym razie, Brooke jest nieco…Uh, jak to się mówi? Załamana?

- Ona? – prychnął – Jasne, niby czym?

- No tak – mruknęła do siebie – Skąd byś mógł wiedzieć, ona nigdy wam nic nie mówi…

Były Decepticon patrzył na nią w ciszy, kiedy ta próbowała znaleźć jakieś odpowiednie słowa i w międzyczasie naprawdę zastanawiając się, o co jej chodzi.

Brooke nie była osobą, która łatwo ulegała presji.

Och, nie. W życiu. Ta dziewczyna szła przez piekło z tym swoim uśmieszkiem i obojętnością na innych.

Chociaż za każdym razem słyszał jak w jej domu zaczynają się krzyki. Jak mężczyzna zabiera ją gdzieś i nawet on ze swoim czułym słuchem nie wiedział, co się później działo. Przypuszczał, że u każdego tak było. Na początku przynajmniej.

Wtedy kobieta wygłaszała swoje jakże mądre mowy. Jej dziecko obok wydawało się zawsze dodawać jakiś komentarz. Nawet jako osoba z Cybertronu wiedział, że podlega to pod przemoc werbalną.

Brooke trwała dalej. Barricade wiedział, że nawet gdyby chciał pomóc, nie był w stanie, jeśli ona sama tego nie przyzna.

Więc…, co takiego się stało?


- Fajne biuro – stwierdził, siedząc w krześle przed Prowl'em, który patrzył na niego z apatyczną miną, jego strażnik zaraz obok na kanapie udawał, że czytał jakiś artykuł.

- Teraz, skoro już jesteśmy w temacie – zaczął taktyk wyciągając średniej grubości akta i rzucając je przed nim – Chciałbym poruszyć sprawę niejakiej Brooke Lennox.

Jasper wbrew temu, co powiedział Brooke, nie pisnął nawet słówka na jej temat, więc wywrócił oczami.

- Co z nią?

Jazz i Prowl wymienili się spojrzeniami.

- Doszły mnie słuchy, że jest ofiarą przemocy w swoim adopcyjnym domu. Zgodnie z…

- Proszę cię, daruj sobie cytowanie wielkiej księgi praw – przerwał nieco zniecierpliwiony – Znam je na pamięć.

Mężczyzna wpatrywał się w niego długo, po czym skinął głową.

- Doskonale. W takim razie masz świadomość, że bagatelizując sprawę, narażasz jej bezpieczeństwo – dokończył spokojnie.

Lennox poprawił się w swoim siedzeniu.

- Nie widzę, o co ci chodzi – stwierdził w końcu.

- W czasie mojego pobytu w Tranquality spotkałem się z podobną sytuacją, z udziałem żeńskiej rodzicielki panny Brooke, również obejmującą przemoc… - nie kontynuował, kiedy tamten zacisnął zęby.

- Co cię to? – syknął po chwili, wstając i kładąc dłonie na biurku – Zamierzasz ją wyśmiać, a może także znienawidzić, zważając na fakt, że zbratała się z waszym wrogiem? – jego słowa jakby paliły, kiedy je wypowiadał, jednak białowłosy ledwo uniósł do góry brew na jego gniew.

- Nie mam zamiaru zrobić czegoś takiego teraz albo w najbliższej przyszłości – odparł zimno, jakby urażony – Ponadto Barricade zdezerterował, nie jest naszym wrogiem. Teraz, radzę ci usiąść i zachować się jak na twój wiek przystało lub opuścić mój gabinet na czas ochłonięcia.

Jasper szybko ukrył, co pozostało z jego zaskoczenia i wykonał polecenie.

- Zadowolony? – spytał, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

Tamten go zignorował.

- Po za rzeczowymi dowodami i zeznaniami twoimi, potrzebuję także panny Brooke – poinformował, sprawdzając coś w dokumentach – Jak mi wiadomo, nie próbowała nawet zgłosić powyższej sytuacji. Dlaczego?

- Awansowałem na jej adwokata? – spytał pod nosem – Williams'owie mają w garści całe miasto. Nic by to nie zdziałało.

Prowl kiwnął głową.

- Coś jeszcze?

Nieco niezręczny obecnością swojego strażnika, chłopak wzruszył ramionami.

- Nie jestem nią. Nie wiem jak myśli – odparł – Nie rozmawialiśmy o tym za często. Temat tabu.

Jazz uniósł na to głowę, patrząc na przyjaciela.

- Zaskoczeni? – zaśmiał, kręcąc się – Księżniczka nie ma przyjaciół. A ja nie zwracam na to uwagi tak długo jak ta się może pozbierać z powrotem.

- Interesujące – mruknął pod nosem taktyk, sprawiając, że szatyn spojrzał na niego dziwnie – W takim razie nie możesz zbytnio nam pomóc w tej sprawie.

Jasper przez krótką chwilę poczuł się nieco urażony.

- Jednakże pozostaje także sprawa twojej osoby.

Jak oparzony wstał i ruszył do drzwi, kiedy Prowl odchrząknął.

- Siadaj, nie skończyłem – rozkazał chłodno, chłopak na pół kuszony wybiegnięciem z tego przeklętego miejsca i nie wracaniem – Major Lennox przyjął cię z powodu twojej bezdomności i braku środków na życie, mam rację?

- Tak, sir – wycedził, wyczuwając, że tym razem tak łatwo nie pójdzie.

- Teraz, popraw mnie, jeśli się gdzieś pomylę – Jasper musiał mieć majaki, ale przysiągł, że słyszał samozadowolenie w jego głosie – Jasper Lennox, urodzony w 1997 roku, 10 grudnia, 19 lat, brak miejsca zamieszkania, członek grupy specjalnej N.E.S.T, krewny Brooke…

- Nie jesteśmy spokrewnieni – przerwał.

Tamten pokiwał głową.

- …brak znanych krewnych, brak żyjącej rodziny, aktualnie znany z kontaktów z Dyrektorem Theodore'em Galloway'em, brak danych na temat ukończenia szkoły, studiów lub innych placówek wychowawczych – zamknął akta – Wszystko się zgadza?

- Tak, sir.

- W naszej bazie danych są jedynie podstawowe informację, niestety nie byliśmy w stanie dowiedzieć się niczego więcej po za tym, co przed chwilą ci przedstawiłem – zmierzył go wzrokiem – Jakiś powód, dlaczego?

Jasper wzruszył ramionami.

- Nie ma o tobie żadnych danych i cię to nie rusza? – spytał się sabotażysta po chwili.

- Powiedz mi coś, o czym nie wiem – parsknął – Wkurza cię, że nic o mnie nie wiecie? Proszę, nie tylko was – ostatnią część dodał z przekąsem.

Skrzywił się.

Co myśleli, że wszystko im wygada?

Nie zgodził się na to wszystko tylko po to, żeby go przesłuchiwali.

- Słuchaj – Prowl oparł się o biurko, patrząc na niego cierpliwie – Nigdzie nie zajdziemy z twoim nastawieniem do całej sprawy. My chcemy wiedzieć, dlaczego nie ma cię w bazie danych, a ty chcesz się stąd wynieść. Współpracuj, a obie strony zyskają.

Chłopak prychnął, odwracając głowę i milcząc.

Słyszał, że mężczyzna wzdycha, kiedy Jazz się w niego wpatruje.

- W takim razie będziemy musieli po prostu spytać Dyrektora Galloway'a – stwierdził niewinnie taktyk, sprawiając, że grymas z jego twarzy zniknął, a ciało siedziało jak sparaliżowane, kiedy tamten wstał – Jestem pewien, że będzie skłonny uchylić nam rąbka tajemnicy.

Lennox otworzył usta zaskoczony, po czym znowu je zamknął, z szeroko rozwartymi oczami wpatrując się w białowłosego.

Gdyby mu kiedyś powiedział, że znajdzie się w takiej sytuacji, wyśmiałby go.

Jasper Lennox nie wpadał w pułapki.

Nigdy.

Nie chciał im niczego mówić, ale jeśli Theodore zacznie gadać i gadać o jego życiu, to Jasper nie wytrzyma. Gdyby tamten zaczął opowiadać, oczerniłby go o najokrutniejsze zbrodnie. I w normalnej sytuacji chłopaka by to nie obchodziło, gdyby nie fakt, że…że…

Potrząsnął głową.

- Blefujesz – stwierdził, w jego głosie czaiła się nutka strachu – Nie pójdziesz do niego.

Uniósł do góry brwi.

- Nie?

- Nie – potwierdził.

- Dlaczego?

Huh?

Szatyn przełknął ślinę.

Jego płuca boleśnie się skręciły, jego mózg wirował żeby znaleźć jakiś powód.

Ale znalazł pustkę.

Nie panikuj, nie panikuj, nie panikuj, mruczał w duchu, nie panikuj, myśl.

Oddech lekko mu przyśpieszył, chociaż próbował to ukryć.

- Nie możesz – nacisnął ostro.

Prowl zaciekawiony odwrócił się w jego strony.

Myśl, myśl, myśl, powtarzał jak mantrę.

Nie jesteś głupi, dasz radę, myśl, dlaczego nie mógłby z nim porozmawiać?

Nie panikuj, oddychaj, dasz radę.

- Zważając na fakt, że jestem zastępcą Optimus'a i w sprawach członków jego drużyny mam pełną władzę, mam do tego prawo. Zwłaszcza, kiedy chodzi o bezpieczeństwo innych.

Nie jestem zagrożeniem, pomyślał z przekąsem, Galloway jest.

- Nie możesz – powtórzył – Nie możesz.

Jazz wymienił spojrzenia ze swoim towarzyszem.

- Mogę.

Pokręcił głową, nagle wstając.

- Nie zrozumiesz – syknął, biorąc głębokie wdechy i mrużąc na niego oczy – Nic nie zrozumiesz, nawet, jeśli ci powiem. Po co wam to, huh? I tak się stąd zmyje przy pierwszej lepszej okazji – stwierdził.

- Czyżby?

Jasper wywrócił oczami.

- Nie zamierzam tu zostawać – warknął – Nigdy nie zostaje w jednym miejscu na długo.

Nie, dlatego, że nie chciał.

Ale musiał.

- Fascynujące – stwierdził sarkastycznie sabotażysta – Ale zjechaliśmy z tematu. Dlaczego nie ma cię w bazie danych?

On tylko wzruszył ramionami.

- Nie wiem – mruknął – Tak już było. Może po prostu nie chcieli przykuwać do siebie uwagi – mruczał bezgłośnie – Nie żeby was to powinno obchodzić. Gdyby coś wam zagrażało, powiedziałbym wam.

Jazz prychnął.

- Skąd mamy mieć tą pewność? Mamy myśleć, że zrobiłbyś to z dobroci serca?

Jasper zmierzył go zimnym spojrzeniem.

- Nie. Ale zależy mi na Brooke – stwierdził niechętnie – Grożąc waszemu bezpieczeństwu, groziłbym jej zdrowiu. A tego nie chcę.

Musiał przyznać, że po raz pierwszy, kiedy mówił prawdę, nie czuł się dziwnie.


W końcu Allisa popatrzyła na niego, oczami pewnymi tej siły, której nie mógł rozpoznać.

- Zostałeś poważnie uszkodzony – zaczęła wyjaśniać ni stąd ni zowąd, sprawiając, że Barricade wpatrywał się w nią w ciszy – Medyk nie dawał ci szans na przeżycie. Brooke zadzwoniła do swojego przyjaciela, młodego chłopaka zwanego Jasper. Powiedział jej o tym i…

- Zaraz, chcesz mi wmówić, że młoda załamała się, bo nie dawali mi szans na przeżycie? – spytał jakby usłyszał coś niedorzecznego – Insektowi nie zależy…

- Jak nie!? Zależy! – nagły piskliwy głosik niemal ogłuszył byłego Decepticon'a – Gdyby tak nie było, w tej chwili nie obwiniałaby się.

Barricade zamilkł.

- Słuchaj, mam mało czasu – stwierdziła – Brooke cię potrzebuje, w tej chwili jest bez ochrony, bo Autoboty nie mają nawet pojęcia gdzie jest. Zostałeś jej strażnikiem, rzuciłeś się na Starscream'a, kiedy ją złapał i chcesz mi powiedzieć, że nawet trochę ci nie zależy? Ryzykowałbyś swoje własne życie dla niej gdybyś nadal myślał, że jest bezużytecznym człowiekiem tak jak na początku?

Nadała cisza.

Te okropnie jaskrawo czerwone oczy w tamtej chwili wydawały się błyszczeć nie tylko z gniewu i furii.

Allisa wzięła głęboki wdech.

- Nie – odparł w końcu niechętnie – Cenię swoje życie wyżej niż jakiegoś nędznego robala – dodał sucho.

- Więc musisz wziąć się w garść – stwierdziła na powrót z radosnym dźwiękiem – Obudzisz się i jej pomożesz. Brooke nie da rady sobie sama.

Barricade wywrócił oczami.

- Nie mogę jej pomóc, jeśli tego nie chce – mruknął – Ale jakbyś zapomniała, nadal jestem ranny. Nie mogę sobie od tak wstać jakby nigdy nic. Nie jestem Primus'em.

Istotka zachichotała.

- Oczywiście, że nie! Mogę ci pomóc, ale nie uleczyć całkowicie. Tylko na tyle żebyś wrócił do świata żywych, Barricade. Nie jestem cudotwórcą!

To powiedziałem, pomyślał zirytowany.


Jasper w końcu opuścił gabinet taktyka i udał się do stołki, gotowy coś zjeść, kiedy na kogoś wpadł.

- Cóż, czyż to nie wspaniały Jass? – zapytał Sunstreaker z pogardą, opierając się o ścianę w hangarze – Dostałeś naganę? – zakpił.

Lennox wywrócił oczami.

- Weź się odczep – przepchnął się przez niego zirytowany i głodny, nie bardzo zainteresowany rozmową z tutejszym rozrabiaką.

- Aw, nie w humorze? – spytał idąc za nim i momentalnie materializując się przed nim – Nie powiedziałem, że możesz odejść – stwierdził ostro, zrzucając miłą maskę.

- Nie pytałem o zgodę – odkuł się z jadem.

Sunstreaker złapał go mocno i boleśnie za ramię, sprawiając, że tamten syknął, gotowy go odepchnąć.

- Tsk, Sunny nie radziłbym – powiedział Jazz, pojawiając się za nim – A teraz zdejmij rękę z ramienia mojego podopiecznego zanim ją oderwę – powiedział z przesłodzonym uśmiechem.

Sunstreaker wywrócił oczami, ale odsunął się. Jasper od razu zaczął gładzić pulsujące miejsce.

- Dźgnie cię w plecy, zobaczysz – mruknął, odchodząc.

Jazz tylko wzniósł oczu ku niebu, po czym popatrzył na chłopaka.

- Nic ci nie jest?

Jego wzrok szybko skierował się w jego stronę, po czym odwrócił głowę.

- Nie – mruknął, odwracając się i ponawiając swoją drogę do stołówki.

Sabotażysta pokręcił głową, robiąc sobie mentalną notkę, żeby porozmawiać z bliźniakami Terroru.


- W piątek masz przedstawienie – odezwała się podczas kolacji Emily, sprawiając, że Nathalie parsknęła cichym śmiechem, a Brooke popatrzyła na nią tępo – Oczekuję, że jesteś przygotowana – zmierzyła ją wzrokiem.

Zmęczona, Lennox skinęła głową.

- Także, masz pofarbować włosy – ciągnęła.

Widelec opadł z dźwiękiem na porcelanowy talerz.

- Najlepiej czarny. Będziesz lepiej reprezentować naszą rodzinę – mówiła dalej, sprawiając, że Brooke wytrzeszczyła oczy.

Ale…Ale nie mogła. Nie włosy. Nie jedyną rzecz, którą w sobie lubiła.

Przełknęła ślinę.

- Nie mogę nosić peruki? – zapytała po chwili, mrużąc oczy, jednak kobieta pokręciła głową.

- Oczywiście, że nie! – oburzyła się, ostro mierząc ją wzrokiem – Masz coś do czarnego koloru? Ciągle go na sobie nosisz – stwierdziła sucho.

Blondynka postanowiła pominąć fakt, że nigdy nie lubiła czarnego koloru, ale zaprzestała pytań. Było widoczne, że uparła się na inny kolor.

I miała przestać być ich marionetką.

Najwyraźniej jej to nie wychodziło.

Zostało jej cztery dni do tego przedstawienie, mogła jeszcze spróbować coś wymyślić, prawda?

- Nie, nie mam – mruknęła – Po prostu lubię swoje włosy.

- Nie ucinam ci ich, tak? – powiedziała zirytowana – A mogłabym, więc mnie nie prowokuj.

Mów o zastraszaniu, burknęła w środku, spuszczając głowę.

Szybko dopiła i dojadła, co miała, po czym wstała z talerzem i zaniosła go do kuchni, po czym szybko wymknęła się na górę, opierając się o drzwi i zjeżdżając po nich na podłogę.

I wtedy schowała głowę w kolanach, starając się uspokoić, kiedy zdała sobie sprawę, że trzęsły jej się dłonie.

Miała dość. Tak okropnie dość tego wszystkiego.

Nie chciała być kontrolowana, nie chciała tego, Bóg wiedział jak bardzo tego nienawidziła.

Nie chciała być ich ideałem, iść w ich ślady.

Dlaczego nie mogli tego zrozumieć?

Tym razem łzy poleciały bez większego oporu, wymęczenie i strach, pogarda i nienawiść zmieszały się w jednej sekundzie, sprawiając, że dziewczyna szybko dławiła się szlochem, nie zauważając, że na jej szafce telefon zaczął wibrować ze znajomym nazwiskiem.