- Ugh…

Ratchet zastygł w bez ruchu, słysząc jęk na jednym z łóżek. Odwracając się zmrużył oczy na próbującego wstać Barricade'a.

- Co – zaczął, zwracając na siebie uwagę – ty robisz? – zapytał ostro.

Czarno-biały Neutralny skrzywił się.

- Gdzie ona jest? – zapytał, na co tamten warknął coś pod nosem – Nie mam czasu na żarty, Medyku. Gdzie Insekt?

Ratchet mruknął coś pod nosem, ale zakomunikował Optimus'owi, że jego pacjent magicznie się obudził.

- Masz cholernie duże braki – stwierdził niechętnie.

Były Decepticon popatrzył na niego zirytowany.

- Myślisz?


- Emily, proszę – odezwała się Brooke, patrząc na opakowanie z czarna farbą – Nie chcę tego…

- Myślisz, że mnie to obchodzi? – spytała ze zgrzytem zębów, wyciągając miseczkę.

Lennox zacisnęła usta w cienką linię razem z pięściami.

Nie zamierzała się z zmieniać z powodu przedstawiania. O nie, nie zamierzała ulec.

To nie była jej bajka.

- Nie… - zaczęła i ucięła, kiedy po domu rozległ się dzwonek, sprawiając, że dziewczyna wywróciła oczami – Sprawdzę, kto to – odparła widząc jej wzrok.

~Jak Ci życie leci? ~ odezwała się Allisa swoim najradośniejszym głosem, na jaki mogła się zdobyć, sprawiając, że dziewczyna uniosła do góry brew.

- Zniknęłaś na trzy dni – stwierdziła sucho i cicho, otwierając drzwi – Dzień…

- Hej Dziwolągu – Trent uśmiechnął się złośliwie, przerywając jej i zaglądając przez jej ramię – Jest Nath?

Blondynka zamruczała coś pod nosem.

- Wiedźmy nie ma – odparła po chwili chłodno – Wyjechała z innymi wiedźmami na zjazd suk w przebraniach – dodała.

DeMarco prychnął.

- Na serio. Gdzie moja dziewczyna? – jego głos nadal miał w sobie tą uprzejmość, chociaż blondynka była pewna, że za chwilę straci nad sobą panowanie.

Był taki jak Jack.

Porywczy.

- Wyszła do innych dziewczyn – odpowiedziała sucho – Nie wróci do wieczora.

Trent wypuścił z płuc dźwięk podobny do westchnięcia, po czym opierając się o framugę drzwi nachylił się tak, że sięgał do jej ucha.

- To może zabawimy się razem, hmm? – zapytał z uwodzicielskim uśmiechem – Nath nie ma, a ty jesteś całkiem seksowna, nie uważasz?

Nie, pomyślała z obrzydzeniem.

~Byłam zajęta ~ odpowiedziała w końcu All.

- Wolałabym się przespać z umierającym walaniem – stwierdziła, ignorując Wszechiskrę.

Trent przestał się uśmiechać.

- Nah, i tak nie chciałem tego robić – mruknął odsuwając się – Hej, a jak tam twoi rodzice? – sapnął teatralnie, kiedy dziewczyna zacisnęła zęby – A nie czekaj. Ty nie masz rodziców. Nie chcieli cię – zakpił.

- Stul dziób – warknęła.

- Kiedy ja tylko mówię prawdę - bronił się – Nawet ten mięczak Witkkity się zostawił.

- Witwicky – poprawiła ostro – Naucz się poprawnej wymowy, ty niedorozwinięta małpo – syknęła ostrzegawczo, na co lekko się cofnął.

- Woah, nie wiedziałem, że ci zależy na tym śmieciu – wzruszył swobodnie ramionami momencie, kiedy Emily ustawiła się koło dziewczyny, patrząc na chłopaka z uprzejmym uśmiechem – Dobry Pani Williams.

- Witaj Trent, zapewne do Nathalie? – tamten kiwnął głową – Nie ma jej. Wyjechała z koleżankami do SPA.

Co za niespodzianka, pomyślała Brooke, zerkając na nich, kiedy kontynuowali rozmowę.

- …nie jej wina, że rodzice jej nie chcieli – mruknął w końcu DeMarco, jakby w obawie, że dziewczyna go usłyszy.

Niezainteresowana wcześniej konwersacją, Brooke zmrużyła oczy.

- Coś ty powiedział? – wycharczała.

- T-to co myślę – stwierdził, na co kobieta skarciła adopcyjną córkę wzrokiem.

- Nie wiesz, że to nie kulturalne podsłuchiwać? – spytała ostro, na co blondynka prychnęła.

- Jakbyś zapomniała, stałam koło was – odparła, kierując się znowu na chłopaka – No? Co mówiłeś?

- Że to nie twoja wina, że cię nie chcieli – wzruszył ramionami, czując się bezpieczny, kiedy był jakiś świadek - To znaczy, pewnie byli to jacyś biedacy, lub wiesz nie kochali cię. To się często zdarza, kiedy dziecko… AGRH! – pisnął, kiedy Brooke z całej siły uderzyła go pięścią w twarz, oczy błyskające elektrycznym niebieskim.

- Brooke?

Dziewczyna jak oparzona odskoczyła niemal w powietrze.

- Major? – zająknęła się, po czym potrząsnęła głową.

Ktoś zaczął coś mówić. Emily coś krzyczała. Trent zadaje się jęczał z bólu.

Ale Brooke oszołomiona zerwała się z miejsca, zbyt wstrząśnięta, żeby zdać sobie sprawę z tego, co się wokół niej dzieje.


Trzęsła się. Z jakiegoś powodu nie mogła przestać.

Nie wiedziała, dlaczego tak postąpiła. Dlaczego dała się ponieść.

I to ją przerażało.

Bo wiedziała, że teoretycznie nie powinno ja to było obchodzić, w końcu sama tak myślała, ale w środku, tam w głębi jej serca była ta część, która uważała, że powinna ich bronić. Nieważne czy prawda czy nie.

Ale to nie powstrzymało jej od czucia się źle.

Dlaczego miała wpadać w kłopoty przez swoich głupich rodziców? Czym sobie na to zasłużyli? Tym, że ją zostawili?

Żałosne, pomyślała skulona pod ścianą.

Odgłos zatrzymywanego pojazdu sprawił, że dziewczyna uniosła lekko głowę, spoglądając na czarnego Topkicka, po czym na mężczyznę obok.

- Czego chcesz? – syknęła, chowając głowę – Mówiłam, żebyście mnie nie szukali – stwierdziła ciszej, pamiętając rozmowę z Jasper'em dni temu.

Lennox tylko podszedł bliżej, w końcu naprzeciwko niej kucając.

- Nie przyszedłem żeby się kłócić – stwierdził z westchnięciem – Chciałem porozmawiać.

- Nikt nie chce ze mną rozmawiać – mruknęła – Ty też nie powinieneś.

Ignorując okropne ściśnięcie swojego serca, William nieco się skrzywił.

- To było złe. Nie można tak sobie od tak uderzać ludzi, Brooke – skarcił powoli, na co ona wzruszyła tylko ramionami, mamrocząc ciche „wiem" – Ale z drugiej strony nie zdziwiłbym się gdybyś miała ku temu powód.

Rozerwana pomiędzy chęcią powiedzenia mu prawdy, a dalszym kłamaniem, Brooke przełknęła ślinę. Słowa same cisnęły jej się na usta, żałosny skowyt już i tak niemal wydostał się z jej gardła.

- Barricade się obudził – oznajmił w końcu, mając nadzieję, że ją to jakoś rozweseli, ale dziewczyna wydawała się jeszcze bardziej w sobie schować – Ratchet powiedział, że skoro jesteś jego podopieczną, chciałabyś wiedzieć – ciągnął dalej.

Brooke milczała, znowu się trzęsąc.

- To moja wina – powiedziała w końcu zduszonym głosem, sprawiając, że Lennox zmarszczył czoło.

- Nie możesz winić się za coś, czego nie zrobiłaś, Brooke – powiedział zrezygnowany – Barricade wykonywał swój obowiązek, nie ma w tym nic złego.

Blondynka zaskomliła.

- Jass powiedział, że nie wiedzieliście czy da radę.

William po prostu czuł jak wszystko się do niej ciągnie, jego serce krzyczało żeby złapać ją i przytulić, sprawić, żeby przestała się trząść. Po prostu chciała żeby przestała tak cierpieć.

- Gdybym nie była na tyle głupia, żeby udać bohaterkę, Candy nie znalazłby się w tamtej sytuacji – stwierdziła złamanym głosem – Boże, musi mnie teraz nienawidzić.

- Jest teraz przytomny – powiedział – Co powiesz na to, żebyśmy go odwiedzili i dowiedzieli czy tak naprawdę jest?

Potrząsnęła głową.

- Nie… - jęknęła, unosząc w końcu głowę – Nie mogę. Emily…ona…

Farbowanie włosów. Tego chciała kobieta, która sprawiała, że jej życie to chodzący plan samobójcy.

- Co? Stało się coś? – tym razem major zmrużył oczy – Brooke?

Blondynka zachłysnęła się powietrzem.

- Nie mogę – powiedziała zdławionym głosem – Ona…Nie mogę. Już i tak jest zła. A jak…jak ja pójdę… - plątała się.

- Brooke? – dziewczyna zamilkła, biorąc głębokie wdechy.

- Nie chcę byś sama – otuliła się ramionami – Nie chce żeby mnie nienawidził. Nie chcę. Nie zmuszaj mnie…

Załkała.

Przy nim.

Lennox w pierwszej chwili nie był pewien, który z nich zaczął płakać, aż dziewczyna zaczęła znowu się plątać, starając się opanować jak i zaraz schować przed jego wzrokiem.

- …Nie-e c-chcę tam w-wracać – wychlipała – Nie chcę byś idealna. Nie chce tego. Chcę do mamy. Do taty – zachłysnęła się – Dlaczego-go mn-nie zostawili? Nie c-chcę tak żyć. Nie mam si-siły….

William zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy i nie myśląc więcej po prostu przyciągnął dziewczynę do siebie. Ona nawet nie próbowała się cofnąć, zwalczyć tego. Zaczęła płakać nawet mocniej, próbując skupić się na łagodnych słowach, które szeptano jej do ucha.

Nie miała siły.

Nie chciała tego.

Nie chciała wychowania fizycznego, grania na skrzypcach, na pianinie, zajęć artystycznych, baletu, farbowania włosów, bycia popychaną i nienawidzoną.

Boże, to wszystko sprawiało, że nie mogła oddychać. Dusiła się we własnym ciele.

Ale Emily naciskała dalej. Nathalie ją wspierała razem z Jack'iem.

Dlaczego nie mogli zrozumieć, że nie umiała być idealna? Dlaczego nie chcieli zrozumieć, że to nie była ona?

Starała się i starała, myślała, że dadzą spokój.

Nie dali, było gorzej.

Była wymęczona.

Wszystkim.

Odpychaniem innych ludzi, uciekaniem, odrzucaniem pomocy.

To wszystko w jednej chwili się na nią zwaliło.

Była słaba. Tak okropnie słaba.

Nie zauważyła nawet, kiedy wypłakała się do snu.


Była w czyimś aucie. To mogła powiedzieć bez zastanawiania się, bo czuła zapach skóry od siedzeń, na których leżała. Leciała jakaś muzyka w radiu, zdaję się, że jakieś country.

Powoli wszystko do niej dochodziło.

Skrzywiła się nieznacznie.

Poniosło ją. Znowu.

W ostatnim czasie miała dużo takich załamań. Ostatnio z powodu źle wykonanego zdania niemal się popłakała.

I nienawidziła tego. Z całego serca.

Brooke nie była osobą, która łatwo się załamywała, osobą, która potrzebowała innych. Była niezależna. Nie chciała niczyjego współczucia.

Ale tak samo jak było na początku, dziewczyna wiedziała, że to, czego się tak naprawdę bała, w końcu się zjawiło w najoczywistszej postaci. William Lennox, mężczyzna, który tak bardzo przypominał jej o ojcu. Nic dziwnego, że przy nim zaczęła się rozklejać.

Dlatego trzymała dystans, żeby taka rzecz się nie zdarzyła.

Najwyraźniej nie potrafiła zrobić nawet tego.

- Jak długo byłam nieprzytomna? – zapytała cicho, siadając.

Była w czarnym Topkick'u. Jeden powód by dziwić się, że muzyka grała.

William niemal podskoczył, patrząc na nią.

- Kilka godzin.

Tamta skinęła głową. O wiele krócej niż wcześniej.

Obejrzała się za okno, marszcząc brwi na krajobraz…rolniczy? Mogłaby powiedzieć. Taki jakby byli na jakiejś farmie. Szczerze, to wyglądała nawet znajomo.

- Gdzie…jesteśmy? – zapytała skołowana, przecierając oczy.

Lennox uśmiechnął się lekko.

- Cóż, nie chciałaś wracać ani do Emily ani do Barricade'a, więc pomyślałem, że wakacje dobrze ci zrobią – wzruszył ramionami.

Ale blondynka zmarszczyła czoło.

- Ale…ja mam zajęcia – stwierdziła – I przedstawienie w piątek. Zaraz, to jutro, nie? All?

~Tak, tak. Jutro ~ radość zawitała w jej głos.

- All?

Brooke podniosła wzrok znad swoich kolan i zamrugała powiekami.

- Co?

- Powiedziałaś „All" – przypomniał, patrząc na nią dziwnie, na co machnęła dłonią, w duchu się przeklinając – I….jakie przedstawienie?

Dziewczyna wzięła głęboki wdech, opierając głowę o zagłówek.

- To w teatrze – wyjaśniła zrezygnowana – „Picture Perfect".

- Och, to… - jego twarz się rozjaśniła – Występujesz w nim?

Brooke przekrzywiła głowę.

- Wiesz o nim? – zmarszczyła czoło – Pani Locks…

- Och, Mary cię uczy? – uśmiechnął się szeroko, kiedy dziewczyna tylko wpatrywała się w niego zakłopotana, nie wiedząc jak odpowiedzieć – Mary to stara przyjaciółka mojej żony, Sarah.

Niebieskooka nieco zamilkła.

Znali się…?

Ale…jak mogła nie wiedzieć? Przecież uczyła się z nią przez kilka lat teraz, prawda? Jak mogło jej to umknąć? I…zaraz, przecież w takim razie cały czas musiała się zastanawiać, dlaczego mają to samo nazwisko…

- Zabierasz mnie do siebie? – spytała w końcu.

Mężczyzna skinął głową.

- Nie martw się – puścił jej oko – Zawiozę cię z rana z powrotem, jeśli chcesz. Zasługujesz na trochę wypoczynku, wiesz? Blada jakaś się wydajesz.

Przez moment Brooke po prostu zatopiła się w tym błękicie i tej nieznanej trosce, której nigdy nie doświadczyła od kogoś więcej jak tylko Jasper'a.

Huh, pomyślała, to dziwne.

Ale w dobrym sensie. Jakby jej serce topiło się pod jego wzrokiem.

Dobre, ale dziwne, podsumowała w duchu.

- Co ci zależy? – burknęła, krzyżując ramiona pod biustem i odwracając głowę.

Auto zrobiło raptowny skręt, sprawiając, że dziewczyna przechyliła się w drugą stronę tak gwałtownie, że niemal spadła z siedzenia.

Spiorunowała wzrokiem radio, kiedy major w tle tylko się śmiał.


Brooke została umieszczona w pokoju z małą dziewczynką, której imienia nadal nie znała. Lub znała i nie pamiętała.

Blondynka patrzyła na nią dziwnie, przekrzywiając swoją małą głowę w bok jakby lustrując ją od góry do dołu wzrokiem. Koło niej siedział Ironhide, zajęty jakąś książką. Jednak Lennox znalazła się w nieco niezręcznej sytuacji pod jej intensywnym wzrokiem.

W końcu do pokoju weszła trzecia blondynka, kobieta, którą dziewczyna rozpoznała, jako Sarah, żonę majora, który wszedł kilka minut po niej, siadając w jednym z foteli.

W jednej chwili poczuła się jakby przeszkadzała w jakimś rodzinnym momencie.

Z westchnięciem sięgnęła do kieszeni, wyciągając komórkę i wykręcając znajomy numer.

- Hallo?

Brooke odetchnęła.

- Dzień Dobry, Pani Locks – Sarah natychmiastowo uniosła do góry brew – Brooke Lennox z tej strony. Ja…

- Nie mów mi, że nie będzie cię na przedstawieniu – odezwała się od razu poważnie, niemal przeczuwając w duchu, co dziewczyna chciała powiedzieć.

- Nie, nie, będę – raczej, dodała w myślach – Dzwonię, bo nie będzie…mnie dzisiaj na zajęciach – wyjaśniła trochę niepewnie – Po prostu Emily…

Blondynka spuściła wzrok, przełykając gulę w gardle.

- Pokłóciłam się nieco z Emily – skłamała szybko – I nie ma mnie w domu. Nie będę także uczestniczyć w reszcie zajęć, co mi przypomina, że musze zadzwonić do nauczycieli…

- Nie! – blondynka uniosła do góry brwi – Ja do nich zadzwonię. Po prostu sobie odpocznij, pewnie się stresujesz.

~Pani Locks jest taka miła ~ skomentowała All w pewnej chwili.

- Nie chce być kłopotem… - zaczęła niepewnie, marszcząc czoło.

- Nie kłopocz się, kochanie – zaśmiała się po drugiej stronie – Zajmę się wszystkim. Już moja w tym głowa, żebyś odpoczęła.

Z tym zdaniem, połączenie zostało przerwane.

- Huh – mruknęła do siebie zdziwiona – Poszło lepiej niż myślałam.

Niemal dokładnie w tym samym momencie, kolejny numer zaczął wyświetlać się na wyświetlaczu.

- Emily – mruknęła pod nosem, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę – Lennox przy telefonie, kto mówi?

- Nie udawaj, że nie wiesz bachorze – wysyczała kobieta.

- Emily? To ty? Zwykle masz taki śpiewny głos, wiesz? Nie rozpoznałam cię – stwierdziła z sarkazmem.

~ Wpakujesz się w kłopoty ~

Nie gorsze niż te, w których już byłam, pomyślała.

Sarkazm był w porządku, znana ziemia, wiedziała, po czym szła.

- Nie igraj ze mną – warknęła – Kazałam ci pofarbować włosy i to zrobisz. Czy tego chcesz czy nie i jeśli…

- Nie chce – wyrzuciła z siebie bez namysłu, wstając z sofy i kierując się do kuchni – Lubię mój kolor.

- Zgodziłaś się – wypomniała.

- Nie – zaprzeczyła – Kupiłaś farbę i kazałaś mi wejść do łazienki. Nie było żadnej części w której zgadzałam się na zmianę wyglądu.

- To tylko głupie włosy – burknęła – Nic ważnego.

- Może dla ciebie – warknęła – Nie jestem jakąś lalką żebyś mogła mnie przebierać kiedy chcesz. Łaziłam na te durne zajęcia, zgadzałam się na poniżanie, ale nie zmienię tego, jaka jestem.

- Kiedy my cię poniżaliśmy? My cię motywowaliśmy – stwierdziła urażona i dziewczyna mogła sobie wyobrazić jej nadętą minę.

~ To już jest niemiłe ~ stwierdziła Allisa.

- Że niby kiedy? – parsknęła śmiechem – Kiedy się upijaliście jak, za przeproszeniem, świnie? Kiedy Jack zaciągał mnie do piwnicy? To nazywasz motywowaniem?

- Oczywiście – żachnęła się – Bycie idealny boli, ale proszę cię. Bez nas byłabyś nikim innym jak tym wyrzutkiem, który został podrzucony do domu dziecka. Nie pogrążaj się, moja droga.

Cóż, to nieco zabolało.

- Nic o mnie nie wiesz – warknęła ostro i na chwilę wytrzeszczyła oczy, kiedy zdała sobie sprawę, że przecież była nadal w obcym domu.

Podniosła głowę i niemal natychmiastowo zamknęła usta, kiedy zauważyła zaniepokojoną Sarah, stojącą z kubkiem w dłoni.

- Jesteś moją córką, oczywiście, że cię znam.

Niemal podskoczyła na głos kobiety, po czym wywróciła oczami.

- Nathalie nią jest – prychnęła – Twoja kochana narkomanka i ideał. Ja nie.

- Ugh, ależ ty niewdzięczna – Emily syknęła na nią – Nie nauczyłam cię kompletnie niczego.

Sarah obeszła dziewczynę, dochodząc do zlewu i zaczynając myć naczynie, kiedy Brooke pokręciła głową.

- Wow, dopiero to odkryłaś? Gratulacje.

- Oczekuję, że wrócisz do domu prze…

- Nie wracam do domu – przerwała jej ostro.

- Zabawne – prychnęła – A u kogo zostajesz? Nie masz przyjaciół.

- To już nie twoja sprawa – stwierdziła sucho – Zmierzam wrócić jutro, jeszcze nie wiem czy wpadnę, więc mnie nie oczekuj.

- Jakbym chciała…

Dziewczyna nacisnęła czerwoną słuchawkę, chowając telefon do kieszeni i patrząc w dół, niemal natychmiastowo czując czyjś wzrok na swoich plecach. Zamiast jednak sprawdzać czy Sarah na nią patrzy, blondynka skierowała się z powrotem do salonu.


- Dlaczego jesteś smutna?

Brooke popatrzyła na małą dziewczynkę, która przyglądała jej się z dziwnym wyrazem troski.

- Moje życie się do bani – odpowiedziała szczerze, kiedy tamta zamrugała oczami – I nie jestem smutna. Po prostu taka jestem, na co dzień.

- Jesteś dziwna – stwierdziła po chwili.

- Annabelle! – skarciła lekko Sarah, siedząc koło swojego męża, który patrzył na córkę z rozbawieniem, kiedy wzruszyła ramionami.

Blondynka spuściła wzrok.

To jedno to prawda, pomyślała z westchnięciem.

Nawet dzieci uważały, że jest dziwolągiem. Świetnie.

- Więc…Brooke – odezwała się kobieta, kiedy Annabelle usadowiła się z Ironhide'em przed telewizorem kilka minut później – Słyszałam, że znasz Mary.

Dziewczyna popatrzyła na nią znudzona.

- To moja nauczycielka od zajęć teatralnych – odparła z przekrzywieniem głowy.

- Jest super, prawda? – uśmiechnęła się szeroko – Ostatnio opowiadała mi o tym przedstawieniu „Picture Perfect". Występujesz w nim?

Lennox uniosła do góry brew.

- Tak… - powiedziała powoli, niemal niepewnie.

- Cóż, może opowiedziałabyś mi, o czym jest? Mary nie chciała mi niczego powiedzieć – powiedziała dziecięcym głosem na końcu, kiedy jej mąż się z niej zaśmiał, ale blondynka potrzasnęła głową.

- Ściśle tajne – odparła, po czym spojrzała na mężczyznę – Co u Jasper'a?

William westchnął.

- Zachowuje się trochę dziwnie, jeśli miałbym być szczery – stwierdził – Po za tym, ma z Galloway'em na pieńku.

Brooke zmarszczyła czoło.

Jasper znał Theodore'a?

To coś nowego.

- Ugh, ten facet – wydała z siebie niezadowolony dźwięk Sarah – Przysięgam, że czasami miałam ochotę pojechać do bazy i własnoręcznie go udusić – pokręciła głową, po czym skierowała się w końcu w stronę blondynki – A teraz. Miałam zamiar zapytać ci już na początku…

- Sarah… - zaczął ostrzegawczo szatyn, ale tamta machnęła na niego dłonią.

- Jak mówiłam zanim mi przerwano – spiorunowała wzrokiem męża – Obiło mi się o uszy, że masz kłopoty w rodzinie. To prawda?

Czy była wtedy, kiedy się wkurzyłam?, pomyślała Brooke, obserwując ją, kiedy wpatrywali się w nią, bo teraz nie pamiętam czy była czy nie, kiedy się dowiedzieli.

Zmrużyła oczy.

- Masz na myśli tą rozmowę w kuchni? – zapytała z przekrzywioną głową.

- Po części, tak – potwierdziła.

Ale dziewczyna wzruszyła ramionami.

- To nie moja rodzina – stwierdziła sucho – Po prostu mnie adoptowali.

Nie obchodziła ich.

Była tylko po to, żeby mieli nowe trofeum.

Albo coś w tym stylu, niebieskooka tak naprawdę nie miała czasu nad tym myśleć.

- Cóż, nie możesz tego komuś zgłosić? – zapytała wbrew spojrzeniu, jakie jej posyłał William obok – Zaniedbują cię – stwierdziła.

~Wiesz…ona ma rację ~ odezwała się Allisa

- I co z tego? – prychnęła – To nie tak, że komuś…

Cade'owi zależało.

W pewnej mierze, dał jej znać jeszcze kilka dni przed Egiptem, że w swój sposób mu zależało. Możliwe, że miało to związek z tym, że przecież chodziła jak zombie i zabraniała mu interweniować.

Jasper'owi także.

- To nie tak jakby ktoś coś mógł z tym zrobić – dokończyła – I nie tak jakbym tego potrzebowała – wzruszyła ramionami.

Sarah westchnęła.

- Jesteś jedną upartą dziewczyną, co nie?

Dziewczyna posłała jej uśmieszek.

- Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi.