Brooke siedziała na kanapie, starając się rozluźnić, pogrążona w głębokiej rozmowie z Allisą, która bezskutecznie próbowała ją namówić do zmiany zdania.

~Przecież wiesz, że by cię nie znienawidził~ stwierdziła All, kiedy dziewczyna prychnęła, od razu się pesząc, kiedy Sarah dziwnie na nią spojrzała.

To Barricade, stwierdziła w duchu, jakby to wyjaśniało wszystko.

Z tym zdaniem, rozmowa została zakończona.

- Pobawisz się ze mną?

Brooke podskoczyła, spadając ze swojego miejsca na ziemię, kiedy William zaskoczony zamrugał oczami, z Ironhide'em patrząc na nią dziwnie.

- Ugh – jęknęła – Ciągle to samo – mruknęła, po czym popatrzyła na dziewczynkę – Czego chcesz? – zignorowała warczenie ze strony ich strażnika.

Annabelle jednak nie wydawała się wzruszona jej ostrym tonem i zamiast tego uniosła do góry grę planszową.

- Pobawisz się ze mną? – powtórzyła.

Lennox zamarzła w miejscu, wytrzeszczając oczy.

- Ja? – spytała z niedowierzaniem.

Bo…ona…ktoś, chciał, żeby zagrała w grę? Z nią?

Po co?

…Dlaczego?

Dziewczynka pokiwała głową, przekrzywiając ją nieco w bok.

Wtedy blondynka popatrzyła na nią podejrzliwie.

- Dlaczego Ironhide z tobą nie zagra? – zapytała, mrużąc oczy.

Anna wzruszyła ramionami, ruszając w stronę mężczyzny.

Brooke zamrugała oczami, myśląc, że może w takim razie zagra z nim, a nie z nią, jednak, kiedy się podniosła, dziewczynka wróciła.

- Wujek Hide mówi, że możemy zagrać razem – powiadomiła radośnie.

Zdziwiona, dziewczyna mogła się tylko w nią wpatrywać.

- My?

Z jakiegoś powodu nadal nie mogła w to uwierzyć.

Mimo to, Annabelle pociągnęła ją za sobą w stronę stołu i nie mogła zrobić nic więcej jak pozostawić myśli na boku.


- To dziwne – stwierdziła w końcu Brooke godzinę później, trzymając telefon przy uchu.

- To normalne – upierał się Jasper po drugiej stronie, po czym westchnął – Słuchaj, ja też grałem z tobą w gry, nie?

- Ale to dziecko! – syknęła ostro – Nie powinna być dla mnie miła!

Sarah raptownie przestała rozmawiać w kuchni z mężem, kiedy obaj usłyszeli jej oburzenie.

- Dlaczego? Bo nikt inny nigdy nie był? – chłopak prychnął – Nie wszyscy ludzie są źli, Księżniczko.

Dziewczyna zacisnęła pięści.

- Nie zna mnie – stwierdziła sucho.

- Teraz to już wymyślasz – odparł – A jeśli ja to mówię, to musi to coś znaczyć.

- Więc wierzysz w to, że banda wojska tak po prostu od tak chce mi pomóc, zaprzyjaźnić się ze mną lub Primus wie, co jeszcze? Jass, myślisz, że się na to nabiorę?

Jasper westchnął, najwyraźniej niewzruszony jej odpowiedzią.

- Daj mi to rozprostować, okay? – Brooke posłusznie zamilkła – Załamałaś się przy Lennox'ie, zaczęłaś się buntować przeciwko zajęciom, byłego Con'a uznałaś za prawie, że rodzinę i na dodatek tego…

- Chcesz mi powiedzieć, że mi na nich zależy? – zaśmiała się z przekąsem.

- Jak inaczej to wszystko wytłumaczysz? – parsknął chłopak – Wiosenna zmiana charakteru? Już widzę nagłówki na gazetach.

- To nie jest śmieszne – warknęła – Może mi zależy. MOŻE. I może nie potrzebuje twoich komentarzy i wielkich filozofii. Ja ci wykładów na temat Jazz'a nie robię, Jasper – stwierdziła ostro.

Sarah popatrzyła w tamtym momencie na William'a, który uniósł do góry brwi, po czym ignorując jej wzrok, zaczął iść w stronę blondynki.

- Och, Księżniczko, wplątujesz w to mojego, och jakże wspaniałego, strażnika? – spytał z sarkazmem – Musisz być cholernie wkurzona. Powiedz, zaczniesz wypominać mi skąd jestem, jeśli spytam ci się, dlaczego TY nie odwiedzisz swojego?

Blondynka zamilkła, a kiedy zamknęła usta, to prawie mogła usłyszeć jak sama zgrzyta zębami.

- Zboczyłeś kompletnie z tematu – syknęła.

- Oraz ścieżki światła, ale zostawmy Star Wars na deser – Jasper nawet nie wydawał się być wzruszony jej tonem – Powiedziałaś, że dzieciak chciał z tobą zagrać. Zagraliście. To normalne, Brooke. Jak już mówiłaś, Annabelle cię nie zna. Postanowiła to zmienić. Daj trochę wiary, to tylko dziecko.

Dziewczyna wypuściła powietrze z płuc, prychając.

Kiedy Jass o tym opowiadał, wydawało się to po fakcie normalne.

Jednak jej głowa nadal miała mętlik w środku, kiedy zaczynała się nad tym zastanawiać.

Wzięła głęboki wdech i kiedy miała już odpowiedzieć, zauważyła, że Lennox usiadł tuż przed nią, uśmiechając się w jej stronę niemal niepewnie.

- Będziesz w teatrze? – zapytała w końcu, przytulając kolana do klatki piersiowej.

- Pft! Mary by mi życie zniszczyła gdybym nie przybył na swoim rumaku dla swojej Księżniczki – stwierdził z ta swoją arogancką nutką w głosie.

- Ugh, jesteś najgorszy – stwierdziła z pokręceniem głowy, rozłączając się.

- Jasper? – dziewczyna skinęła, mrużąc nieufnie oczy – Słuchaj, naprawdę nie chcę tutaj wyjść na podsłuchiwacza, ani nic i…

- Czego chcesz? – przerwała mu, jej oczy zabłysły.

- Poro…

- Nie – syknęła – Czego naprawdę ode mnie chcesz?

Oszołomiony na kilka sekund po prostu zamilkł.

Bo coś w jej głosie było, co sprawiło, że jego serce po raz kolejny niemiłosiernie się skręciło.

- Nie wierzysz, że chcę porozmawiać? – zamrugał kilkakrotnie – Brooke, nie chcę niczego od ciebie.

- Cóż, zabrałeś mnie z alejki. Czegoś widocznie musisz chcieć – stwierdziła sucho.

William wypuścił zrezygnowany powietrze z płuc.

- Poza szczerymi odpowiedziami, nie chcę niczego więcej.

Dziewczyna prychnęła.

Jasne.

Ten się tak łatwo nie da spławić.

Ech, tacy jak on nigdy nie odpuszczą, kiedy zobaczą szansę żeby komuś pomóc, pomyślała z politowaniem.

- Niczego ci nie powiem – wzruszyła ramionami, wzdychając – Po za tym, gdym ci cokolwiek powiedziała, chciałbyś coś zrobić. A ja jestem zmęczona ciągłymi pytaniami.

Gdyby tylko wszyscy to zrozumieli…


- Musisz naprawdę lubić dźwięk swojego głosu – stwierdził Jasper poważnie, kiedy Galloway go spiorunował wzrokiem.

- Nie bardziej niż ty swoje życie – odparł zirytowany.

- Czego chcesz? – zapytał w końcu, unosząc do góry brew i zakładając ręce na klatce piersiowej – Wiesz, że zastraszanie cię nigdzie nie zaciągnie, prawda?

Kiedy mężczyzna otwierał usta, chłopak od razu zauważył, że w hangarze nie tylko pojawiła się alternatywna postać jego strażnika, ale także kilka innych Autobotów, którzy najwidoczniej z chęcią wysłuchiwali ich rozmowy.

- Może nie z mojej strony – stwierdził.

- Nikt inny mi nie grozi – odparł równym tonem pogardy.

Mierzyli się spojrzeniami przez długą chwilę, aż w końcu szatyn prychnął i odwrócił się na piecie z zamiarem wyjścia.

- Co jeśli powiedziałbym ci, że mogę pozbyć się Williams'ów z życia twojej siostry? – dźwięk wyraźnie zadowolonego Theodore'a go zatrzymał.

- Nie jest moją siostrą, ty przerośnięta ropucho – warknął, odwracając się – Po za tym, Księżniczka w życiu nie przyjmie od ciebie pomocy.

- Mówimy teraz o tobie – odpowiedział – Ja pomogę jej, a ty znikniesz z mojego życia na zawsze, mamy umowę?

Chłopak podszedł do niego, niemal spluwając w jego twarz.

- Prędzej znowu trafię do tego waszego projektu niż będę współpracował z taką nędzną kanalią jak ty – wysyczał.

- To może mała motywacja? – uśmiechnął się z tryumfem, chociaż szczerze szatyn miał po prostu walnąć mu i zniknąć z miejsca wypadku.

- Przysięgam, że jak się nie zamkniesz, to nie znajdą twojego ciała przez miesiąc – warknął, chwytając go za kołnierz i mrużąc oczy – Chcesz mnie szantażować? Proszę cię bardzo. Mam to szczerze gdzieś…

- Wiem – przerwał mu w końcu, uśmiech zniknął – W końcu niczego nie masz, prawda?

I odszedł.

Jasper oszołomiony pozwolił opaść swoim rękom swobodnie wzdłuż swojego ciała, kiedy patrzył jak mężczyzna odchodzi.

W końcu niczego nie masz, prawda?

Dokładnie te same słowa, które wypowiedziała jego matka, kiedy go zabrali.

To było stare, okropnie stare powiedzenie, które krążyło w jego życiu, do czasu, kiedy zaprzyjaźnił się z Brooke.

Co nie znaczyło, że w pewnym sensie nie bolało.

Piekło.

Potrząsnął głową, biorąc drżący wdech, po czym sam zaczął iść w stronę swojego pokoju, totalnie zapominając o przysłuchujących się autach.


Więc…jakim cudem pani Locks zjawiła się jeszcze tego wieczora w domu Lennox'ów, Brooke nie wiedziała i wątpiła, że w ogóle chciała wiedzieć. W końcu niebieskowłosa była jak taka czarodziejka. Nigdy nie wiedziałeś, kiedy cię zaczaruje i sprawi, że będziesz kompletnie skołowana, co i jak się stało.

No…i blondynka nadal pamiętała, kiedy miała załamanie nerwowe tego dnia, kiedy dowiedziała się o swoim strażniku, kiedy wydostała się ze szpitala.

W tamtym momencie, siedzieli w salonie po raz kolejny tego dnia i Brooke została błogosławiona odtwarzaczem MP3, który jak się okazało został wtedy u kobiety, kiedy ostatnio mieli próbę. Chciała się przekląć, bo przez ostatnie dni naprawdę szukała tego urządzenia, a ono sobie siedziało u jej nauczycielki.

- Eye for an eye, why tear each other apart? Please tell me why, why do we make it so? – nuciła Brooke, kiwając trochę głową do rytmu -… Here on this stage tonight. Let's leave the past behind us…

Pani Locks uniosła na nią wzrok, po czym szturchnęła dziewczynę w ramię, sprawiając, że zirytowana zdjęła słuchawki.

- Tak?

- Jesteś gotowa? – spytała poważnie, patrząc jej w oczy.

W tym momencie dziewczyna chciała się zaśmiać.

Znała swoją kwestię, nauczyła się piosenki, wiedziała także, co miała zagrać na scenie, do kogo ma się zwracać i jak, gdzie ma patrzeć, jak ma stać, co ma robić i kiedy, jak się odzywać i szczerze? Miała nadzieję, że jak tylko się to skończy, będzie mogła to wszystko zapomnieć.

Słowo „tak" cisnęło jej się wtedy na usta.

Ale nie wiedziała, o co pytała Mary.

Może o przedstawienie, bo przecież to był jej główny priorytet.

Dziewczyna odwróciła wzrok.

Teraz desperacko chciała powiedzieć „nie".
Nienawidziła swojego życia. Tego, że Williams'owie tak długo mieli ją owiniętą wokół małego palca, że pozwalała im sobą manipulować, że dała się poniżać… Nie była gotowa na powrót do tej rodziny lub do szkoły, na ten ostatni rok w piekle. Nie chciała go.

Nie, tak. Nie, tak. Tak, nie…nie, nie, nie…tak…nie?, powtarzało jej się w głowie.

Mary gapiła się na nią z uniesioną brwią, prawdopodobnie oczekując odpowiedzi, której w tamtej chwili dziewczyna nie znała na sto procent.

W jej głowie Allisa zachichotała, jakby rozbawiona jej konfliktem.

- Nie… - wymamrotała niezręcznie.

Locks wytrzeszczyła oczy.

- ZARAZ, CO?

Brooke podskoczyła przerażona, mrugając okropnie wielkimi źrenicami. Nawet grająca znowu z Hide'em Annabelle razem z nim odwrócili się na kilka sekund żeby upewnić się, że nic się nie stało.

Dopiero wtedy Sarah zauważyła jak blada niebieskooka się stała. Mimo to dziewczyna jakoś zacisnęła usta i wstała, biorąc ze sobą odtwarzacz MP3 i patrząc na nią tępo.

- Tak – mruknęła – Jestem przygotowana na przedstawienie, pani Locks. Niech pani wybaczy, myślałam o czymś zupełnie innym.

Znowu. Formalny głos, ten, którego została nauczona.

Może…może czas go więcej używać?, pomyślała, słysząc głuche protesty ze strony Wszechiskry, kiedy ruszyła w stronę wyjścia.


Dlaczego znalazł się w tym samym pomieszczeniu, co Barricade, Jasper nie wiedział. A przynajmniej nie pamiętał czy miało to związek z tym, że Lennox coś do niego wcześniej mówił o spędzaniu ze sobą więcej czasu.

W każdym razie, siedział na jednym z łóżek, kiedy Ratchet naprawiał strażnika Brooke, który cały czas się w niego wpatrywał, co jakiś czas sycząc z bólu, kiedy medyk specjalnie pociągał za jakąś wrażliwą linię w jego ciele.

W końcu niczego nie masz…

Szatyn wypuścił sfrustrowany powietrze z płuc, sprawiając ciągle godzinę. Był już wieczór, a on nadal nie mógł wyprzeć z głowy tych kilku słów.

Żałosne, pomyślał zirytowany.

I wtedy spojrzał na byłego Con'a.

- Wiesz, że teraz się obwinia? – spytał w końcu, na co tamten wydawał się zmrużyć swoje szkarłatne oczy, napawając sobie jeszcze groźniejszego wyglądu, nawet pomimo tego, że nadal był poważnie ranny.

- Kto znowu? – syknął robot, kiedy Ratch znowu coś pociągnął.

- No…Księżniczka, oczywiście – prychnął, jakby to było oczywiste – To znaczy, nie ma innego wyjaśnienia. Teraz pewnie już by przy tobie stała.

Barricade wywrócił oczami.

- O czym ty gadasz, Insekcie? – warknął zirytowany, ale tamten tylko wzruszył ramionami i wtedy coś do niego dotarło – Jaki jest dzisiaj dzień? – zapytał nagle.

Jasper wyraźnie zadowolony z siebie, odparł z tym swoim uśmieszkiem.

- Czwartek, piętnasty października.

Ratchet popatrzył na nich dziwnie.

Barricade na chwilę zamarzł w miejscu, jakby starając sobie coś przypomnieć, aż w końcu zaklął nie w angielskim, mrucząc coś o „głupi Insekt, zawsze bierze całą winę", po czym spojrzał na niego ostro.

- Mówisz, że przez cały ten czas, Insekt po prostu się obwiniał? – spytał z niedowierzaniem – Czy ona jest na tyle głupia? Agh, wiedziałem, że ludzie są beznadziejni, ale nie sądziłem, że ten osobnik też należy do tej grupy – ostatnią część mruknął.

- No, wiesz. Zważając na to, że Brooke przez większość czasu chowa się w cieniach, nie dziwię ci się – wzruszył ramionami, wpatrując się w sufit – Ale pojawisz się jutro na przedstawieniu, nie?

Barricade wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem.

- Nie mam wielkiego wyboru – stwierdził sucho.

- Cóż, jednak masz. Tak samo jak ona. Stchórzyła. Gdybym miał się zakładać, powiedziałbym, że po prostu myśli, że jej nienawidzisz bardziej niż wcześniej – odparł znowu swobodnie.

- Nie nienawidzę jej – odpowiedział, wydawało mu się, że z uniesioną brwią.

- Ty to wiesz, ja to wiem, Wielki to wie, ale ona w to nie uwierzy – westchnął – Ale nie załamuj się stary, mnie zajęło przekonanie jej, że nic jej nie zrobię z kilka lat.

Ratchet posłał mu dziwne spojrzenie.

- To go miało pocieszyć? – spytał sceptycznie.

- Zmotywować, raczej – poprawił.

- Więc?

Barricade zmierzył go wzrokiem.

- Oczywiście, że tam będę – prychnął niemal obrażony – Obiecałem jej – stwierdził po chwili, przypominając sobie ich krótką rozmowę, o której jak zgadywał dziewczyna już dawno zapomniała w natłoku pracy.

- Nigdy bym nie pomyślał, że będziesz składać obietnice człowiekowi – stwierdził Ratchet odchodząc od niego, kiedy tamten prychnął.

- Wiele o mnie nie wiecie – odparł prosto – Po za tym, jestem jej strażnikiem, czy wam się to podoba czy nie. To mój obowiązek.

- Ta, bo ty to na serio z obowiązku robisz – mruknął pod nosem Jasper.

- Ugh, nie wtrącaj się, kretynie – syknął na niego – Gdyby nie ona, dawno dryfowałbym bym w Studni. Wiszę jej to.

Ratchet wywrócił oczami.

- W każdym razie, nie powinieneś opuścić tego pomieszczenia jeszcze przez kilka dni – zaczął mówić.

- Możesz mi zagrozić defragmentacją procesora, a i tak bym się stąd wydostał – przerwał mu ostro.

Ratchet mierzył go wzrokiem, aż w końcu parsknął.

.

.

.

- Ugh, nienawidzę tej pracy.


To było złe. Brooke wiedziała, że nie powinna była w ogóle okazywać emocji, że nie powinna była się otworzyć. Wiedziała. Ale mimo tego, zrobiła coś, co było przeciwieństwem wszystkiego, według czego żyła.

Przywiązała się.

Dlaczego zdała sobie z tego sprawę dopiero teraz? Możliwe, że zaczęło do niej docierać to, że w efekcie swojej strategii stała się nikim więcej jak zwykłą marionetką. Gdzieś w głębi była tego świadoma od dziecka. Najwyraźniej przebywanie z Autobotami zmieniło jej perspektywę na tyle, żeby w końcu zbuntowała się na amen.

~ Zamierzasz ich zgłosić? ~ zapytał głosik, sprawiając, że Brooke ze swojej pozycji na płocie, wzruszyła ramionami.

- A to coś da? – zapytała zrezygnowana – Mają miasto w garści.

Czuła się jakby powtarzała wyrytą na pamięć książkę z cytatami, tak długo jechała na tej jednej wymówce.

~ To nie, dlatego nie chcesz się tego podjąć ~ stwierdziła ze swoim zwyczajnym radosnym tonem ~ Jest coś więcej prawda? Coś, czego nie wie nawet ten młody chłopak ~

Blondynka pociągnęła nosem, emocjonalnie i fizycznie wykończona.

Wcześniej tego dnia, załamała się przed Lennox'em, niemal wypowiadając wszystkie myśli, jakie skrywały jej się w sercu. Najbardziej bolesne żale do jej rodziców, za to, że ją zostawili w tym piekle i nigdy nie spojrzeli do tyłu. Ci, którzy mieli ją chronić, kochać, akceptować.

Nie tylko fakt, że jej zgłoszenie nic by nie zrobiło ze skorumpowaną policją palił.

Także ukryty głęboko strach, że jeśli tak postąpi, zostanie całkowicie sama. Żadnych Williams'ów, Autobotów, Sama lub Mikaeli, nawet rodziny William'a i Barricade'a.

Pozwoliła łzom płynąć.

Ciurkiem spływały jej po policzkach, kiedy próbowała odpowiedzieć Allisie.

…The shadows are long and she fears if she cries that first tear, the tears will not stop raining down – gdzieś w środku zaczęła grać znajoma piosenka, kiedy na dobre zaczęła znowu łkać.

~Brooke? ~

- Nie p-potrafię sama – wykrztusiła, chowając głowę w kolanach.

~ Och, Brooke ~ Allisa wydała z siebie współczujący dźwięk.

Lennox zacisnęła oczy i Wszechiskra zmusiła się do nie interweniowania, kiedy tamta poczuła znajomy ucisk w klatce piersiowej.

Dlaczego wszystko tak piekielnie bolało?


Nic. Jasper nie miał kompletnie nic.

Chyba, że liczyło się Brooke. Wtedy miał ją.

Ale tak? Był sam. I cholerny Galloway wiedział jak coś powiedzieć, żeby zostało w głowie przez długi czas. Nawet on sam to przyznawał, a to coś mówiło.

Lennox prychnął, zirytowany omiatając hangar spojrzeniem i zauważając, że prawie wszystkie światła były wyłączone. Po za jednym.

Logiczny Gościu pracuje w nocy, pomyślał ze zmarszczonym czołem idąc w stronę drzwi, ale zatrzymał się dokładnie centymetry od nich.

Miał zapukać? Wejść bez pytania? A może odejść?

Z pokręceniem głowy i zakłopotanym grymasem, prychnął. Nie miał przecież żadnego tematu do rozmowy. Albo komentarzy. Nie miał nawet wymówki, żeby go podenerwować. Po za tym, jego strażnik tez pewnie tam był, a nie miał za bardzo ochoty na przeszkadzanie im w czymkolwiek. Bóg tam jeden wiedział, co o się tam u nich działo o dziewiątej w nocy, nie?

Odwrócił się i niemal podskoczył, kiedy zauważył Jazz'a z uśmieszkiem, stojącego z datapadem w dłoni, opierającego się o ścianę.

Spiorunował go wzrokiem, kiedy tamten wyjrzał poza jego ramię.

- Prowler'a nie ma? – zapytał, chociaż szatyn dobrze wiedział, że znał odpowiedź na to pytanie, ten błysk w vizorze go tylko w tym upewnił.

- Jest – odparł zirytowany.

- Cóż, masz coś do niego?

Nie, mruknął do siebie, wywracając oczami i zamierzając odejść, kiedy drzwi otworzyły się, ukazując Taktyka we własnej osobie. Jasper przeklął wszystkich bogów, jakich znał za tak doskonałe wyczucie czasu.

- Jazz, widzę, że postanowiłeś mnie odwiedzić – powiedział z neutralnym tonem głosu, chociaż brązowooki mógł wyczuć, że mówił to sarkastycznie.

- Yup! Nawet przyniosłem ten zaległy raport, co ci miałem dać dwa tygodnie temu! – oznajmił z dumą.

- Jak miło z twojej strony – odparł sucho, po czym zwrócił się do chłopaka, który niezręcznie wpatrywał się w ścianę obok – Jakiś szczególny powód dla którego swędasz się w nocy po bazie? – zapytał i nawet głuchy wyczułby podejrzliwość w jego głosie mimo tego jak dobrze była ukryta.

Nie, po prostu nie mogłem spać.

Męczyły mnie koszmary.

Nie mogę przestać myśleć o matce.

Nie mogę zapomnieć o jego słowach.

Takie wymówki krążyły po jego głowie, kiedy chłopak był świadom, że nie mógł żadnej z nich wypowiedzieć przez zaciśnięte lekko gardło.

Zamiast tego wywrócił oczami.

- Zgubiłem się – odparł swobodnie.

Prowl popatrzył na hangar, duży i otwarty, po czym na chłopaka z uniesioną brwią.

- Masz najlepszą pamięć ze wszystkich z N.E.S.T i chcesz mi powiedzieć, że zgubiłeś się na otwartej przestrzeni, akurat podchodząc pod moje biuro?

Krytycy, wszędzie krytycy, pomyślał zirytowany.

- Jest duża – bronił się, chociaż był świadom przegranej.

- Znasz drogę do swoich kwater – stwierdził Jazz z uśmiechem, przechodząc obok Prowl'a i wchodząc do pomieszczenia.

Jasper spiorunował go spojrzeniem, gotowy pokazać mu język, kiedy zauważył, że taktyk nadal mierzy go zimnym spojrzeniem. Przełknął ślinę i spuścił wzrok na ułamek sekundy.

Rany, gościu wie jak przerazić.

W końcu tamten westchnął, dźwięk nieco inny od tego, który Jasper zwykł słyszeć.

- Jeśli nie mogłeś zasnąć, mogłeś od razu powiedzieć – powiedział w końcu, a kiedy tamten otworzył usta żeby natychmiastowo zaprotestować i nie wyglądać na słabego, szybko dodał – Te cienie pod oczami to z powodu stresu? – spytał, ustępując mu drogi.

Jazz siedzący na biurku, pomachał mu energicznie z uśmiechem.

- Mogę po prostu wrócić do pokoju – mruknął nieco zawstydzony i sfrustrowany.

Prowl zmierzył go wzrokiem.

Lennox wywrócił oczami, szybko, ale z wahaniem wchodząc do oświetlonego pomieszczenia. Taktyk pokręcił głową, ale wszedł za nim, zamykając cicho drzwi za sobą.


- Co…to jest? – zapytała skołowana Brooke, kiedy ponownie znalazła się w domu, akurat wchodząc na Annabelle, która z uśmiechem podała jej jakieś pudełeczko.

- Prezent! – oznajmiła radośnie.

Lennox otworzyła usta, ale natychmiastowo je zamknęła, kiedy zdała sobie sprawę, że to dziecko. To samo, o którego była zazdrosna tego pierwszego dnia.

Annabelle nie musiała być idealna.

Nie musiała starać się o akceptację.

Blondynka podziękowała dziewczynce i schowała pudełko do kieszeni, kręcąc do siebie głową, kiedy mniejsza blondynka zniknęła w swoim pokoju.

- Hej, Brooke?! – zawołał ktoś z salonu.

Dziewczyna uniosła do góry brew, ale weszła do pomieszczenia, zerkając na Mary podejrzliwie.

- Obecna – odparła, siadając na kanapie – O co chodzi?

- Jeśli chodzi o wcześniej…

- Ugh, daruj mi tego – mruknęła zirytowana, a na jej wzrok kontynuowała – Tak, jestem przygotowana, tak, jestem gotowa. I TAK będę na przedstawieniu – wywróciła oczami – To nie tak żebym i tak miała jakieś wyjście, jeśli chcę mieć gdzie spać.

Locks zamrugała oczami, milcząc.

~ Chyba ją zatkało ~ przyznała Allisa, na co dziewczyna prychnęła.

- Czy to jest wszystko, o co ci się pytają? – spytała w końcu.

Brooke zgubiła swój uśmieszek i zamiast tego popatrzyła ze zmarszczonym czołem i zdziwieniem w oczach.

Mary nerwowo bawiła się palcami, wydawała się być niezręczna.

W całym swoim życiu, dziewczyna nigdy nie widziała jej w takim stanie.

- Słucham?

Nie rozumiała.

Ani jej rozumowania, ani dziwnych spojrzeń, które nawet Sarah i Will jej posłali, siedząc obok nich na osobnej sofie.

- Twoi opiekunowie. Wiedziałam, że jest źle, ale…ale ja wiem, kiedy udajesz, a kiedy mówisz prawdę, Brooke. Uczyłam cię już długo, więc… - niepewnie popatrzyła jej prosto w oczy, kiedy blondynka nawet nie drgnęła – Tak jest zawsze? Wszystko, na czym im zależy, to czy czasem nie zapomnisz tego, co masz zrobić? Chodzi im tylko o reputację?

Powinnaś wiedzieć, stwierdziła sucho w duchu, chociaż na zewnątrz nadal milczała, formując odpowiedź.

- A na czym innym? – jej zimny i oschły ton sprawił, że niemal się wzdrygnęła – Na tym czy czuje się doceniona? Nie jestem Nathalie – prychnęła.

Mary przełknęła ślinę, mimo, że wiedziała, iż chodziła na cienkim lodzie i ciągnęła dalej.

- Czy oni…?

W końcu elektryczno niebieskie oczy zabłysły, chłodna nienawiść wybuchła żywym ogniem, kiedy Brooke zapanowała nad swoimi odruchami, żeby po prostu użyć jakiegoś ohydnego komentarza.

- Co? Maltretują? Zaniedbują? – zaśmiała się, ale jej głos wydawał się złamany, zrezygnowany, a zarazem zdeterminowany w jakimś znaczeniu – Wysłów się. Mam dzień szczerości, może ci powiem.

Kobieta przymknęła oczy.

- Robią to często?

Czując jakąś chorą satysfakcję z jakiegoś powodu, Brooke pochyliła się lekko w jej stronę.

- Zależy od twojej definicji – odparła – Ja osobiście zaliczam kilka razy w tygodniu do rzadko, w porównaniu z tym, co było kiedyś.

Nienawidziła tego. Tego współczucia, tego horroru na twarzy i szoku w oczach.

Gardziła tym.

- Brooke, dla…

- Daruj sobie – warknęła – Nie możesz mi pomóc. Nikt z was nie może. Po prostu sobie darujcie, co? Te wasze puste obietnice niczemu nie pomagają – stwierdziła ostro.

Wstała.

Nie chciała tam przebywać.

Grh, nie chciała tu być.

Wyszła po raz kolejny z domu i zatrzymała się na chwilę, kiedy była już przy bramie wyjściowej.

Zaraz, zaraz, pomyślała z uśmiechem na twarzy, przecież to nie tak, że nie mam do kogo się zwrócić o podwózkę, nie?

Wyciągnęła telefon z kieszeni i przeszukała swoje kontakty, w końcu zatrzymując się na odpowiednim.

Nie tylko ja jestem nocnym ptaszkiem, nie?