- Brooke?! Co to ma znaczyć? – zaraz jak dostały się na parking, Emily zaczęła mieć swoje znajome temper tantrum – Teraz słuchaj mnie, ty mała…!
- Nie! – warknęła, sprawiając, że tamta wytrzeszczyła oczy, patrząc na nią zdziwiona – To ty się zamkniesz!
Czarnowłosa zmrużyła oczy, kiwając, żeby kontynuowała.
- Mam dość, rozumiesz? – syknęła, stojąc w miejscu, czując jak całe jej ciało się trzęsie od nadmiaru emocji, jakie cały czas w sobie dusiła – Mam dość. Bycia. Twoim. Popychadłem! – palcem puknęła ją w klatkę piersiową – Nie chcę chodzić na zajęcia, nie chce być twoją kochaną córeczkę. Nie chcę być. Idealna! – warknęła.
Emily niewzruszona wywróciła zirytowana oczami.
- Wolisz być nikim? – prychnęła – Nie ośmieszaj się. Bez nas, nie masz niczego, kochana…
- Byłam na każde twoje zawołanie – syczała, sprawiając, że znowu zamilkła - Dzień w dzień, noc w noc, kułam na twoje cholerne zajęcia, bo myślałam… - zająknęła się i otarła oczy - …myślałam, że może przestaniesz! Że zaakceptujesz to, jaka jestem!
Kilka łez spłynęło jej po policzkach, kiedy Emily zesztywniała.
- Dlaczego. Nie możecie. Tego. Zrozumieć?!
Była o krok od tupnięcia nogą, bo naprawdę. Dlaczego jej to robili? To, dlaczego ona się na to godziła to zupełnie inna sprawa, ale co z nimi?
- Nie masz być sobą – odparła obojętnie – Masz być idealna.
Sposób, w jaki to wypowiedziała, prosto w jej oczy…
Brooke wypuściła z gardła żałosne, ale zduszone łkanie, odwracając wzrok.
- Naprawdę wam na mnie nie zależy, co nie?
Emily zmierzyła ją kpiącym wzrokiem.
- Na takim bezwartościowym śmieciu jak ty? – prychnęła – To, że twoi rodzice cię zostawili nie jest dla ciebie już wystarczającym powodem?
Dziewczyna zacisnęła zęby, owijając się ramionami, jakby miały ją obronić przed napływającą falą bólu, trzęsąc się lekko, kiedy próbowała zdusić w sobie płacz.
Oczywiście.
Jak mogłoby być inaczej?
- Oczekuję, że wrócisz do domu i przeprosisz za swoje zachowanie – Brooke schyliła głowę – A teraz wybacz, ale Nathalie ma zdjęcia i muszę być obecna.
Odeszła, nawet nie oglądając się w jej stronę, kiedy blondynka zacisnęła dłonie na ubraniu, starając się jakoś uspokoić. Popatrzyła tępo na pierścień, który nadal miała na palcu i się skrzywiła.
Powinna prawdopodobnie go oddać, nie?
Otarła twarz i szybko po raz kolejny zwróciła się w stronę teatru.
Kiedy weszła do środka, jej włosy niemal frunęły, kiedy z zaciśniętą dłonią przeszła przez środek, najwyraźniej przerywając jakąś zaciętą konwersację pomiędzy obecnymi. Jasper stał akurat sam na scenie, kiedy do niego podeszła.
- Co…? – zaczął, ale uciął, kiedy złapała go za dłoń i biorąc głęboki wdech, położyła na niej sygnet – Brooke?
Nawet na niego nie spojrzała.
- To twoje – stwierdziła ochryple, odwracając się, kiedy złapał ją za ramię.
- Księżniczko?
Brooke prychnęła, w końcu podnosząc wzrok. Lennox niemal sam wytrzeszczył oczy, kiedy zobaczył, że są czerwone. Tak samo jak jej policzek.
- Cóż – zaśmiała się sztucznie – Nie taka księżniczka bez tiary teraz, nie?
Szatyn zignorował wszystkich wokoło, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej i biorąc głęboki wdech, od razu domyślając się, o co chodziło.
- Co powiedziała?
Blondynka wzruszyła ramionami.
- Brooke… - uniósł jej podbródek, tak, że na niego patrzyła – Co się stało?
Przez chwilę po prostu stała. Nawet, kiedy zdała sobie sprawę, że na przypomnienie o tym, łzy znowu jej pociekły.
~ Shh… ~ nawet Wszechiskra zareagowała.
- T-to co zwy-ykle – odparła łamiącym się głosem, nadal powstrzymując się od łkania, wiedząc, że na parkingu była już wystarczająco żałosna.
Oczy szatyna niebezpiecznie się zwęziły.
- Serio? Nie wygląda na to, co zwykle – stwierdził, niebezpiecznie spokojnym tonem.
- To bez znaczenia – machnęła na niego dłonią, próbując uśmiechnąć się w ten swój sposób – Wszystko jest okay, nie?
Jasper prychnął, ciągnąc ją za dłoń do wyjścia, aż w końcu stanął.
- Nie jest – warknął – I nie będzie. Idziesz ze mną, nie mam zamiaru dłużej patrzeć na to, co się z tobą dzieje.
Dziewczyna wyszarpała dłoń, patrząc na niego.
- Do bazy?
- Tak – potwierdził na jej niedowierzający ton.
- I co wtedy?
Jasper prychnął.
- To, co zawsze – wywrócił oczami – Idziemy, ty coś zjesz, powiesz dokładnie w szczegółach, co się stało, a ja złożę im wizytę – odparł jakby to było oczywiste – Wtedy idziemy na policję.
- Policja nic nie zrobi! – stwierdziła ostro, nadal walcząc z łzami – Wiesz, ze dawno bym poszła…
- Czyżby?
Zamilkła nagle na jego ton.
- Wiesz, ostatnio ktoś zdał mi to szczególne pytanie i się zawahałem – ciągnął, Autoboty dawno opuściły teatr, starając się im dać trochę prywatności – Czy aby na pewno tylko o to chodzi.
Brooke cofnęła się.
- Więc?
Wzruszyła ramionami.
- Nie najlepsze miejsce żeby o to pytać – stwierdziła sucho.
Jasper zmierzył ją wzrokiem.
- Jedziemy do bazy – oświadczył – Dojdziesz do siebie i wtedy zdecydujesz, co zamierzasz zrobić. Pasuje?
Blondynka pokiwała cicho głową, ale kiedy się odwrócił, zawahała się.
- Jest zły?
Jasper wywrócił oczami.
- Dlaczego sama go nie zapytasz?
Bo się boję, pomyślała, boje się jego odpowiedzi, jego złości, jego zawodu.
~ Wiesz w środku, że nawet, jako były Decepticon, Barricade taki nie jest ~ odezwała się łagodnie Wszechiskra, jakby ją czegoś uczyła.
- Idziesz? – zawołał przy drzwiach.
Blondynka jeszcze raz westchnęła i zdławiła wszystkie uczucia, biegnąc w jego stronę.
- Wiesz, że to nie jest zdrowe – mruknął zirytowany Jasper, siedząc na ziemi, patrząc na słońce, kiedy Brooke prychnęła.
- Patrz, kto to mówi – odezwała się, spoglądając na niego, kiedy wywrócił oczami – Powiedziała mi prawdę – wzruszyła ramionami – Czyli to, co zwykle.
Szatyn zaśmiał się bez humoru.
- Kiedy zdasz sobie sprawę, że tak nie jest?
Blondynka zamilkła nagle.
Jass skołowany na nią popatrzył, kiedy spuściła głowę.
- Nie chcieli mnie – odparła obojętnie, chociaż w głowie toczyła jej się bitwa – Ani Williams'owie, ani moi rodzice, Jass. I…i zawsze to wiedziałam, ale…
Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy.
- Ale zawsze miałam nadzieję, że się mylę – zaczęła bawić się bluzką, kiedy chłopak nawet słowem się nie odezwał – Ty i Epps, jesteście tacy sami. Myślicie, że mnie znacie, że wiecie tak to jest, ale nawet ty, ze swoją przeszłością, nie masz pojęcia jak to jest. Budzić się ze świadomością, że jesteś tylko po to, żeby byś idealnym.
- Brooke – westchnął w końcu, kiedy na niego spojrzała – To nie tak.
- Tak jak to widzę – odparła – Żyłam sobie według planu, który dawała mi Emily, mój dzień był zaplanowany od ósmej rano do siedemnastej, Jack upewnił się, że nie miałam nawet siły na protestowanie, a Nathalie udało się zaniżyć moją samoocenę do poziomu zera – zaśmiała się z przekąsem – W pewnym momencie, czułam się naprawdę jak zwykła marionetka.
Szatyn odwrócił wzrok.
- Mogłaś coś powiedzieć – stwierdził sucho.
- A ty kiedykolwiek dzieliłeś się ze mną swoimi problemami? – zapytała ze złośliwym uśmieszkiem, kiedy wywrócił oczami – Kiedykolwiek poprosiłeś o pomoc? Jasper, wmawiasz mi, że chowam się w cieniach, kiedy robisz dokładnie to samo.
Chłopak prychnął.
Gdyby spojrzeć na to z jej punktu widzenia, faktycznie nic ich nie wyróżniało.
W końcu dziewczyna wzięła głęboki wdech i wydech, na jej twarzy pojawił się złamany uśmiech.
- Zapytałeś się, czy chodziło tylko o to, że nie mam szans – zaczęła, sama teraz patrząc na słońce, kiedy brązowooki zaczął się w nią ponownie wpatrywać – I miałeś rację.
- Nie chodzi tylko o to – stwierdził sucho, na co potrząsnęła głową.
- Cholera, gdyby nie Samuel Witwicky, nadal tkwiłabym w ich perfekcyjnym świecie – powiedziała rozbawiona, mimo czających się łez w jej oczach – Gdyby Autoboty się nie pojawiły, nie mogłabym powiedzieć, że czegoś dokonałam i gdyby Barricade… - tu urwała.
Jasper spojrzał na swój sygnet.
- Gdyby nie on, nie dałabyś sobie rady z resztą – dokończył.
- Jasper, gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj – stwierdziła, czując jak coś ciepłego spływa jej po policzku – Masz pojęcie ile razy chciałam po prostu powiedzieć: Sayonara świecie, mam cię dość? Poddaję się?
- Nigdy mi tego nie powiedziałaś – stwierdził sucho.
- W tym rzecz – te niewyobrażalnie elektryczno niebieskie oczy jakby zdawały się coraz to bardziej świecić – To powód, dla którego nigdy nie byłam wystarczająco dzielna by powiedzieć „Stop", Jasper. Byłam przerażona, że kiedy dowiedzą się, kim jestem, jaka jestem, zostawią mnie.
Lennox przejechał dłonią przez twarz, kiedy Brooke odwróciła zawstydzona głowę.
- Przez cały…cały ten czas… - schował głowę w dłoniach – Nigdy nic nie zrobiłaś, bo nie chciałaś…Jezu, Brooke…ja…
- Przestań – zaśmiała się tym swoim złamanym śmiechem, dając mu kuksańca w bok, kiedy tamten zamknął oczy – Tak po prostu miało być.
Nie rozumiał.
Jasper zdał sobie sprawę, że nawet nie chciał.
- Jak…możesz to tak od tak sobie powiedzieć? – spytał w końcu.
Wzruszyła ramionami.
Znał ją, jej sarkastyczną stronę, tą silną, która była zdeterminowana i uparta, ale znał także tą słabą, kiedy dziewczyna po prostu chciała zniknąć z tego świata.
Siedząc teraz koło niej, miał wrażenie, że właśnie poznawał tą trzecią stronę, która byłą mieszanką dwóch poprzednich.
- Życie nie jest fair, Jass – odparła cicho – Tak po prostu jest.
- Mam jedno wielkie deja vu – stwierdził Jasper pod nosem, siedząc koło Brooke, kiedy znaleźli się w gabinecie Prowl'a z jego strażnikiem włącznie.
- Nadal oczekuję odpowiedzi o tym, co się stało – mruknęła do niego, na co wywrócił oczami, ale nic nie odpowiedział, nadal widząc jej czerwone oczy – Więc? Po co ta cała scenka? – zapytała lekko ochrypłym głosem.
Wtedy białowłosy podsunął jej papiery pod nos.
Wzięła je, ale zmrużyła oczy.
- Co? – zapytał Jazz, widząc jej wzrok na swoim towarzyszu.
- Nic – wzruszyła ramionami – Po prostu nadal nie wiem, jak się ten gościu nazywa – wskazała głową na mężczyznę – A był u mnie w domu.
- Logiczny Gościu – wyjaśnił zanim białowłosy nawet otworzył usta.
Niebieskooki popatrzył na niego, jakby chcąc mu się zapytać: serio? Brązowooki jednak odwrócił głowę, kiedy dziewczyna w połowie drogi do otworzenia dokumentów, przechyliła lekko sama głowę i popatrzyła na niego uważnie.
Potem na Jasper'a. I znowu na niego.
- Prowl? – spytała nagle – Ten Prowl?
- Zabiłbym się gdyby był drugi – odparł poważnie Lennox.
- Zaraz, skąd wiesz jak się nazywa? – Jazz popatrzył na nich obu podejrzliwie, kiedy Prowl tylko westchnął cicho do siebie.
Brooke prychnęła.
- Jass mi powiedział – wzruszyła ramionami, wracając do lektury – Jak na kogoś, kto jest jego strażnikiem, mało wiesz. Candy znał na pamięć mój plan zajęć na cały tydzień zanim w ogóle mu powiedziałam, że będzie musiał go zapamiętać – zamarzła na sekundę, po czym wywróciła oczami, kręcąc głową.
- Candy? – spytał zdezorientowany po raz pierwszy taktyk, ale Jazz tylko posłał mu nic niewiedzące spojrzenie.
- Barricade – podsunął – Jej strażnik.
Dziewczyna parsknęła śmiechem na minę mężczyzny, po czym zjeżdżając wzrokiem po swojej lekturze, ten dźwięk raptownie się urwał.
- Zaraz, co? Jak ty…to nie…! – wytrzeszczyła oczy, zaskakując niemal wszystkich poza samym zastępcą Optimus'a – N-Niemożliwe! Ja…ale… - wstała, opierając się o biurko i patrząc mu w oczy – Nie. Po prostu nie. Przestań sobie ze mnie żartować.
- Zapewniam cię, że nie jestem typem osoby, która żartowałaby na taki temat – oświadczył obojętnym głosem z apatyczną miną.
- Tego… - pokręciła głową – Nawet jeśli. Sprawy nie wygrasz. Nie z…
- Zdajesz sobie sprawę, do kogo mówisz? – zapytał – Jeśli ktoś miałby wygrać ze strony prawa, to będę to ja. To, jeśli – sam wstał – ty się na to zgodzisz.
- Jesteś szalony – stwierdziła poważnie, zaciskając palce na meblu.
Jasper uniósł do góry brew.
- A ty nie?
- Co…robisz na podłodze? – zapytał Sam, spoglądając na Brooke, kiedy ta nawet nie drgnęła.
- Leże – odparła sucho.
- Uh…to widzę, ale po co?
Blondynka wywróciła oczami.
- Moje życie jest w małych, drobnych kawałeczkach, czeka mnie godzina zeznawania, muszę unikać swojego strażnika, a Jasper zniknął ze swoim – odpowiedziała zirytowana, kiedy Sam popatrzył na nią ze współczuciem – Mam nieco skopane życie, dlaczego pytasz? Wyglądam na osobę, która straciła już resztki psychiki?
Witwicky złapał aluzję i szybko zniknął.
~ Naprawdę wiesz jak odstraszyć człowieka ~ skomentowała Wszechiskra ~ Wiesz…nigdy tak naprawdę nie powiedziałaś, dlaczego oboje macie to same nazwisko ~
Nawet bez pytania, dziewczyna wiedziała, że chodziło o Jasper'a. I chociaż świadomość, że wszyscy uważali ją jego siostrę była irytująca nie mogła im się dziwić.
To proste, pomyślała, Jass zmienił swoje nazwisko tylko, dlatego, że gdybym wylądowała w szpitalu, nie mógłby się do mnie dostać.
~ To skomplikowane ~ odparła zdezorientowana Allisa.
Dla ciebie, mruknęła w myślach z małym uśmiechem.
Wstała, otrzepując się i wzdychając.
- Tsk, tsk, a gdzie się panna wybiera?
Daleko, daleko stąd, pomyślała spanikowana, od razu rozpoznając jego głos, ale nadal się nie odwracając.
- Heh, heh, panna? – zaśmiała się nerwowo, odchrząkując i mentalnie mogła zobaczyć, że wywraca oczami – Ja tu żadnej nie widzę. Same insekty…
Gdzie Jasper, kiedy go potrzebujesz?, pomyślała, gorączko szukając jakiejś wymówki, żeby z nim nie porozmawiać, żeby nie dowiedzieć się jak bardzo jej nienawidzi, jak nią gardzi…
- W takim razie, gdzie się wybierasz, Insekcie? – poprawił się lekko zirytowanym głosem.
Może Starscream spanie z nieba?, pomyślała z nadzieją, ale niebo pozostawało czyste i bezchmurne.
- Yhm…uh… - zaplatała się lekko, aż wytrzeszczyła oczy – Medyk! Idę do medyka!
Teraz to na serio był zirytowany.
- Masz na myśli Ratchet'a?
- Uh? To on się tak nazywa? – teraz sama nie pamiętała, a czując jego sceptyczny wzrok na plecach szybko skinęła głową – Tak! Tak, Hatchet!
- Ratchet – poprawił, tym razem chyba rozbawiony całą sytuacją.
- Co? – spytała skołowana, czując, że do niej podchodzi, na co zaczęła iść naprzód, przełykając ślinę.
- Ratchet, nie Hatchet – odparł, tym razem chyba z tym swoim znanym tonem głosu, którego znaczenia dziewczyna nie pamiętała – Huh, jaki zbieg okoliczności, prawda? Także do niego idę.
- Heh, uh… - próbowała przyśpieszyć, kiedy złapał ją za ramię i zawrócił, sprawiając, że schyliła głowę, odwracając wzrok.
- Dział medyczny jest w drugą stronę, Insekcie – stwierdził.
- Serio? – mruknęła, czując się osaczona.
Trzeba było przyznać, że nieco się zmienił.
Albo po prostu próbował się z nią drażnić. Jak zwykle. Naprawdę nie byłaby zaskoczona gdyby to robił. Wcale, a wcale.
- A już miałem nadzieję, że zniknąłeś – stwierdził Jasper sucho, kiedy Jazz posłał mu pytające spojrzenie, zanim sam się odwrócił.
Przecież i tak niczego nie masz…
Syknął do siebie i wywrócił oczami.
- To myśleliśmy to samo – uśmiechnął się sztucznie Galloway, po czym zmierzył go wzrokiem od góry do dołu – Jakoś blado wyglądasz. Koszmary?
Szatyn zamarzł, niezręcznie czując się pod jego wzrokiem. Jazz w swojej prawdziwej formie warknął coś pod nosem, jednak został zignorowany.
- Czego chcesz?
Theodore podał mu kopertę, którą chłopak od razu otworzył, już gotowy żeby dodać jakiś komentarz, kiedy zobaczył, o czym dokładnie był dokument w środku. Tym razem wyglądający bardziej jak kartka papieru, popatrzył na niego z szeroko otworzonymi oczami.
- Zaskoczony? To taki prezent pożegnalny z mojej strony – wyjaśnił zadowolony z siebie, po czym rozmarzony westchnął – Miłego życia, Jassy.
Tamten wzdrygnął się, kiedy mężczyzna odszedł i jeszcze raz popatrzył na treść, w końcu pozwalając sobie na nieco przygnębiony wyraz twarzy, aż w końcu spuścił wzrok kompletnie.
- Jasper? – tamten ukucnął, niebieski wizor zabłysł – Wszystko okay?
Przełknął gulę w gardle.
Ufać, że może jednak zostanie zostawiony w spokoju.
Pokręcił głową.
- Nie – wyrzucił z siebie ostro, zawracając w stronę swojego pokoju – Nic nie jest już okay.
Sam nawet nie wiedział, dlaczego tak się czuł. To znaczy, nie zależało mu za bardzo na żadnym z nich, prawda? Mógł…mógł się przywiązać, ale…
Musiał przyznać, że mimo wszystko w N.E.S.T miał spokój większość czasu i nikt na niego krzywo nie patrzył.
Zupełnie inaczej niż w domu…
Brooke przez połowę czasu, kiedy Ratchet mówił, nie słuchała. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że zaczęli mówić od niej do momentu, kiedy medyk popatrzył na nią znacząco.
- Co? – spytała zdezorientowana, po czym zmrużyła oczy – Nie patrz się tak na mnie, dobra?
- Zadałem ci pytanie – stwierdził zirytowany.
Lennox wgapiała się w niego długo.
- Huh – mruknęła – Ciekawe.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać…
- Ech, ludzie – wymamrotał, kiedy Barricade wywrócił oczami – Ile razy byłaś w szpitalu? – zapytał, a na jej wzrok, dodał – Akta medyczne, Prowl dostaje kręćka, kiedy nie są uzupełniane.
Wzruszyła ramionami.
- W tym roku z pięć do dziesięciu wizyt mi się złożyło – odparła swobodnie, kładąc się na łóżku – A licząc od początku do dzisiaj, to dosyć często w nim przebywałam.
Ratchet wpatrywał się w nią jak osłupiały, aż w końcu zamrugał kilkakrotnie i spojrzał na jej strażnika.
- A na ilu on był z tobą?
Brooke posłała mu spojrzenie mówiące: serio się pytasz?
- Na żadnej – wzruszyła ramionami – Sama chodzę.
- A twoi opieku…
- Przestań! – warknęła nagle, oczy zabłysły ostrzegawczo, kiedy Ratchet urwał – Nie…mów o nich.
- Brooke…
- Nie obchodzi ich czy żyję, czy nie – syknęła ostro, mimo, że oczy po raz kolejny ją zapiekły ma wspomnienie o scenie z teatru – Zależy im tylko na tym, że jak kopnę w kalendarz to będą musieli adoptować kolejną pomyłkę – niemal splunęła mu tym w twarz.
Wtedy spojrzała znowu na sufit.
- Jakieś inne pytania? – zapytała po chwili.
Medyk mierzył ją wzrokiem, po czym westchnął.
- Mogą poczekać – stwierdził – A ja nie mam zamiaru użerać się z twoimi humorami.
Wywróciła oczami.
- Dalej – pogoniła – Jeśli Logiczny Gościu mówi, że są potrzebne, to są. Nie jestem ze szkła – stwierdziła sucho.
Ratchet popatrzył na Barricade'a, który tylko wywrócił oczami.
- Jakieś choroby?
Brooke na to zmarszczyła czoło.
- Depresja – wymamrotała nieco niezręcznie – Przez ostatnie dwa lata.
- A teraz? – zanotował coś, uważnie jej się przyglądając – Coś poza tym?
- Bezsenność – wymieniła jeszcze – Nic po za tym. Nie często choruje, jeśli chcesz wiedzieć.
Tamten wydał z siebie dźwięk podobny do „hmpf" i odłożył notes.
- To będzie na tyle – stwierdził – Resztę znalazłem u Prowl'a, więc nie muszę się męczyć z twoją niestabilną psychiką – mruknął do siebie, odchodząc.
Brooke wywróciła oczami, po czym zmrużyła oczy i nieco się skrzywiła, kiedy nerwowość powróciła na swoje miejsce. Przełknęła ślinę i szybko zjechała z łóżka, dobrze wiedząc, że jej strażnik idzie za nią.
- W takim razie, musisz gdzieś jeszcze być? – zapytał czarnowłosy, kiedy byli na zewnątrz – Czy twoja lista wymówek skończyła się i nie masz już jak mnie unikać?
- Nie unikam cię – stwierdziła sucho, patrząc w dół – Po prostu…byłam ekstremalnie zajęta – mruknęła.
- Fascynujące – sarkazm, wszędzie sarkazm, pomyślała z westchnięciem na jego ton głosu, aż w końcu zatrzymała się, kiedy jakimś cudem doszła do hangaru Autobotów, akurat stojąc przy policyjnym mustangu – Insekcie…
Blondynka drgnęła, krzyżując ramiona.
- Co? – starała się brzmieć niewzruszona, kiedy zobaczyła liczne rysy i wygięty metal auta, chociaż to i tak nie powstrzymało nowej fali bólu, która wbiła jej się w serce.
Westchnął.
To będzie trudniejsze niż na początku myślał, zwłaszcza, że nawet na niego nie spojrzy.
- Wiesz, że to nie twoja wina, tak?
Była, pomyślała z przekąsem, schylając głowę jeszcze bardziej, gdyby nie ja, nic by ci się nie stało.
Wszechiskra posłusznie była cicho, nawet nie próbując jej pomóc, kiedy w głowie dziewczyny zrobił się mętlik.
- Oczywiście – prychnęła, ale bez wyrazu.
Barricade wywrócił oczami.
- Więc twoje unikanie mnie nie ma zupełnie nic wspólnego z tym, że prawie umarłem? – zapytał po raz kolejny, na co zesztywniała.
- N-nie unikałam cię! – burknęła – Mówiłam…mówiłam, że byłam zajęta!
- Och, naprawdę? – zapytał sceptycznie, przysuwając się trochę.
Nie ruszyła się.
Była wtedy przerażona.
Cholernie przerażona, tak, że odcięła się jak ostatni tchórz, nawet nie próbując się później dowiedzieć, co się z nim działo, a na dodatek teraz też go unikała.
Bolało. Wszystko.
- Brooke?
Jej imię. To był już chyba trzeci raz, kiedy nie nazwał jej „Insektem" lub „Człowiekiem", ale tym razem wypowiedział je z czymś innym w głosie. Tym samym, kiedy tego jednego dnia znalazł ją zawaloną pracą domową w pokoju z muzyką na setkę w środku nocy.
I coś w środku pękło, bo nagle rzuciła się na niego.
Strach, wstyd, żal i smutek zwaliły się na nią tak samo jak na parkingu, kiedy chwyciła go za bluzkę, chowając głowę w kurtce, wdychając znajomy zapach, nie słysząc nawet, kiedy tamten chrząknął, wyraźnie z bólu, kiedy zderzyła się z jego żebrami. Mimo to, jego zwykle okrutne czerwone oczy złagodniały trochę, kiedy sam ją objął.
- Przepraszam, przepraszam – mamrotała, na przemian, kiedy zaczęła łkać – To moja wina, nie chciałam! Przepraszam! Proszę…proszę nie zostawiaj mnie, zrobię wszystko, co chcesz, ale nie bądź zły! Nie chciałam tego, naprawdę. Nie wiedziałam…nie wiedziałam, co robię i…i…
Normalnie byłby zirytowany tym żałosnym bełkotem. Tym razem, zacieśnił ramiona na jej teraz wydającej się okropnie szczupłej sylwetce i dusząc w sobie niezręczność, westchnął.
- No już – szepnął, ale ona kręciła głową – Hej, jestem tutaj, czy nie?
Wzniósł oczy ku niebu.
W hangarze kilku przechodniów zatrzymało się, zwłaszcza Autoboty, chociaż oboje nie zdawali sobie nawet z tego sprawy.
- Shh… - zaczął gładzić jej jedną dłonią włosy, tak jak to widział na jednym z filmów, które zmuszony był obejrzeć – Już dobrze…
- P-przepraszam – wykrztusiła, przyciskając się jeszcze bardziej, jakby starając się schować – Nie chciałam – wyjęczała.
- Nie jestem zły – stwierdził zirytowany – Brooke! – ponowił, kiedy tamta go nie słuchała, sprawiając, że uniosła na niego nieco wzrok – Nie jestem – powtórzył.
Nadal, schowała głowę, chociaż bardziej spokojna.
Gdyby Barricade nie wiedział lepiej, uznałby to za porażkę, w tej chwili jednak w jej oczach czaiła się po prostu desperacja, kiedy przyległa do niego jakby jej życie od tego zależało.
Potrzebowała zapewnienia.
I mimo wszystko, jako jej strażnik, Barricade uznał, że może ten jeden raz, warto było się po prostu poddać i dać jej to, czego chciała.
Więc robiąc pierwszą rzecz, jaka wiedział, że na pewno na niej zadziała, zaczął mruczeć słowa w jego ojczystym języku. W końcu, to nie był pierwszy raz, kiedy znalazł ją w podobnym stanie, minus płacz.
Jeszcze jego tutaj brakowało, syknął w myślach, na plecach nosząc torbę i kierując się w stronę gabinetu Prowl'a, kiedy zauważył, że ktoś szedł koło niego.
Dotarli w końcu do środka, w pomieszczeniu znajdował się nie tylko sam Taktyk, ale i Jazz i Lennox, którzy gorąco coś dyskutowali, kiedy tam wtargnęli.
- Co…?
- Odchodzę – wycedził.
Wywrócił oczami, kiedy osoba obok niego zachichotała, zwracając na siebie uwagę.
- Och, Jassy, rozchmurz się!
- Kto to? – zapytał Jazz, na co nieznajomy uśmiechnął się okropnie szeroko.
- Jestem jego najlepszym przyjacielem – oznajmił dumnie, na co szatyn warknął coś pod nosem i zrzucił dłoń, którą objął go w talii – O co…?
- Nie. Dotykaj. Mnie – wysyczał ostro, po czym zwrócił się do dwójki przed nim, kładąc papier na biurku, który Prowl od razu pochwycił – Wyjeżdżam.
- Kto tak postanowił? – zapytał Lennox, mrużąc oczy.
- Nasz pan! – powiedział z chichotem obok nich, kiedy na twarzy Jasper'a pojawił się grymas obrzydzenia – Pan powiedział, że Jassy musi wrócić!
- Pan? – zapytali chórem.
- Zamknij się – warknął ostro i odepchnął chłopaka od siebie – I przestań. Mnie. Dotykać. Nie wracam z tobą.
- Cóż, to jest oryginalny dokument – mruknął Prowl, ale mierzył nieprzyjemnym wzrokiem nieznajomego obok – Ale nie rozumiem, jakim cudem został zaakceptowany.
- I kim ty do cholery jesteś? – syknął tym razem Jazz, jego wizor niebezpiecznie ciemny, jakby się przed czymś hamował.
- Aw, nie przedstawiłem się? – wyglądał przez chwile jak dziecko, po czym wyciągnął do nich dłoń – Jestem Kinn!
Jasper po raz kolejny się skrzywił, kiedy poczuł, że tamten znowu go dotyka i niemal w tamtej chwili zwymiotował na wspomnienia z tym uczuciem. Czarnowłosy obok jednak patrzył na nich tymi swoimi okropnie jaskrawymi oczami w kolorze czerwonym i uśmiechał się niby grzecznie.
W końcu Lennox wzdrygnął się mimowolnie.
- Jak widzicie, muszę wyjechać – powiedział ze ściśniętym gardłem i odepchnął Kinn'a posyłając go na ścianę – I nie z tobą. Lub Panem – odparł z pogardą – Skończyłem z tym.
- Ale…! Ale nie możesz!
Boże święty, błagam, poprosił w głowie, kiedy tamten do niego przyległ, dotykając wszędzie.
Panika. W jednej chwili czuł się jakby w całym pomieszczeniu było za duszno.
Mimo łomotania serca, przełknął ślinę i spojrzał na majora.
- Dzięki za gościnę – wykrztusił, zaciskając pięści – Ale czas mnie goni.
- Nie możesz! Nie! – teraz Kinn krzyczał – Powiem mu! Powiem, zobaczysz! Złapie cię i schowa w piwnicy jak zwykle! Ostatnio ledwo…
- Ugh! Nie dotykaj mnie – syknął, wyszarpując się i patrząc na nich – Ja…
- Pozwolenie na zabranie Jasper'a, sir? – zapytał nagle chłodno Jazz, lustrując tamtych wzrokiem, kiedy Prowl widocznie myślał to samo, co on.
William skinął głową i sabotażysta niemal wyszarpał go z uścisku Kinn'a i wychodząc na zewnątrz, jego prawdziwa forma czekała na nich już z otwartymi drzwiami, kiedy jego holoform zniknął w połowie drogi.
- Wsiadaj – rozkazał, jego silnik zaryczał.
Jasper westchnął, kiedy wsiadł do srebrnego porsche.
To…nie skończy się dla niego dobrze.
