Jasper milczał.
Jego głowa niemal pulsowała od nadmiaru myśli i pytań, a oczy zaczynały się robić z jakiegoś powodu ciężkie i mimo wszystko siedział cicho jakby jego życie od tego zależało. Nawet, kiedy przejechali znajomy znak mówiący, że wyjechali z miasta.
I wtedy twarz Kinn'a szturmem wbiła mu się przed oczy, sprawiając, że się skrzywił wzdrygając na okropne wspomnienia z nim.
Jeśli było słowo, które chłopaka mogło określić to: szalony. Niestabilny, psychicznie chory i zraniony przez życie tak samo jak Jasper. Sęk w tym, że Lennox zachował resztki psychiki, a Kinn stracił ją w całości.
- Więc kim on jest? – zapytał w końcu ostro, kiedy szatyn tępo wpatrywał się w kierownice, która sama się poruszała, a srebrny emblemat na środku niej migał za każdym razem, kiedy robot mówił.
- Wyjeżdżam. Nie jesteś już moim strażnikiem – stwierdził sucho, czując ukłucie w sercu – Nie powinno cię to obchodzić.
Warcząc do siebie, Porsche wykonało raptowny skręt w lewo, sprawiając, że chłopak wpadł na drzwi, sycząc na zderzenie.
- Słuchaj mnie, młody – syknął – Mów, co chcesz. Ale jeśli myślisz, że pozbędziesz się mnie tak łatwo, to się mylisz. Gdzie idziesz ty, ja idę. Galloway i jego papiery niczego nie zmieniają nieważne, z jakiego rozkazu, więc lepiej zacznij gadać.
Brązowooki zamrugał oczami.
Cóż…Jazz był wkurzony.
Uh, z tego, co słyszał bardzo.
Wziął więc głęboki wdech i wywrócił oczami.
- Kinn – mruknął niechętnie, imię pozostawiało okropny smak w jego ustach – On…Ugh… - potrząsnął głową – Nie mogę ci powiedzieć! – stwierdził sfrustrowany.
Gdyby był w swojej drugiej formie, Jazz wywróciłby oczami.
- Możesz. Właściwie, wolałbym gdybyś już zaczął.
Tamten zacisnął zęby.
- Lubię swoje życie – odparł – Jak ci powiem, jest duża możliwość, że zostanę pogrzebany żywcem. A to nie jest fajne, wierz mi – mruknął markotnie.
Autobot przyśpieszył.
- W takim razie im na to nie pozwolę.
Jasper zmarszczył czoło, słysząc pewny siebie głos i skrzyżował ręce.
Ale wtedy zamknął usta, kiedy miał już przygotowany komentarz.
Tamten się z nim nie bawił. Mówił poważnie.
I to…było dziwne.
Wyszło na to, że zeznawać musiała jednak w sądzie, kiedy oficjalna sprawa zostanie otwarta, dlatego właśnie Brooke z nudów zaczęła robić zaległą pracę domową. Yup! Musiała podziękować Sam'owi i Mikaeli za przywiezienie jej rzeczy z domu inaczej byłaby udupiona na amen.
Tak właśnie skończyła przy biurku z Barricade'em, który uznał, że warto było popatrzeć na jej męki. Tak. Powiedział jej to prosto w twarz. Nie było to ani miłe ani uprzejme, ale Brooke nie protestowała. Robił za naprawdę dobrego bodyguard'a, odstraszając wszystkich wokoło, kiedy spisywała zadania do zeszytów.
I wtedy utknęła.
Położyła głowę na ramionach, patrząc wrogo na polecenie,
Fizyka. Jedyny przedmiot, którego w ogóle nie rozumiała.
Westchnęła i wtedy zmrużyła oczy, spoglądając na swojego strażnika, który z nogami na stole, robił coś z urządzeniem w dłoni. Mimo to, dziewczyna wiedziała, że tak naprawdę przysłuchiwał się dosłownie wszystkiemu wokół nich.
Spojrzała w dół.
Już kilka razy jej pomógł, prawda?
Ale…
Ugh, dobra, pomyślała i z wyrazem niezadowolenia powlokła się w jego stronę, siadając obok niego i kładąc książkę na jego nogach. Widocznie rozbawiony, popatrzył na nią katem oka.
- Które?
Niebieskooka wskazała palcem stronę.
- Od tego, do tego.
Barricade pokręcił głową, po czym wziął z jej ręki długopis, objął ją ręką, którą trzymał książkę, tak, że się o niego opierała, a drugą zaczął jednocześnie mówić, jak i pisać na kartce, objaśniając, co i jak.
- Nie masz pojęcia, w co się wpakujesz – powiedział Jasper, patrząc na radio niemal z błaganiem w oczach – Nie powinieneś się w to mieszać.
- Ale się mieszam, więc zacznij gadać – przyszła odpowiedź.
Szatyn westchnął.
- Przygotuj się na cholernie długi monolog – mruknął, ale skinął głową – Chcesz krótką czy długą wersję?
Porsche przez dosyć długą chwilę było ciche, aż w końcu:
- Krótką.
Och, to okay, pomyślał z uśmiechem na ustach jakby coś wygrał.
- Teoretycznie powinienem być martwy, tylko w projekcie skopcili coś tak, że im nie wyszło – wzruszył ramionami – Moja matka była jedną z głównych profesorów odpowiedzialnych za całe to bagno – wskazał dłonią na przestrzeń wokół siebie – Ojciec w sumie też, tylko on przynajmniej był w miarę w porządku. Nie jeden by się zabić chciał za gościa tak lojalnego jak on. Co innego Matka. Fałszywe ścierwo.
- Nie przepadasz za nimi, co nie? – mruknął Jazz.
- W każdym razie, ludzie uznali, że to całkiem fajny pomysł skopiować pomysł Marvel'a i stworzyć własną armię super żołnierzy – przymknął oczy.
Dawno nikomu o tym nie opowiadał. Z kilka lat by już minęło, a mówienie o tym było o wiele trudniejsze niż mu się zdawało.
- Coś nie wyszło – ciągnął sabotażysta, włączając jakąś muzykę.
- Jak zawsze – stwierdził sucho – Zosta-została piątka – przełknął ślinę – Z dwudziestu osób, przetrwała nas tylko piątka.
Pamiętał tą masakrę, jęki i krzyki, błagające ich by ich wypuścili. Nawet…nawet jego matka nie zareagowała, kiedy tamci umierali albo od zatrucia się czymś, uduszeni lub po prostu byli skatowani.
To był najgorszy widok, jakiego Jasper doświadczył w swoim życiu i odbiło się to na jego psychice do dnia obecnego.
- Ostatecznie poddali się. Po wszystkich próbach, jedyne, co uzyskali to szalonych, rozdartych nastolatków – dokończył – Gościu, o którym wspominał Kinn? Nazywa się Pan i wszystkim dowodzi.
- Zaraz, cały czas?
Jasper przełknął ślinę, czując, że w gardle zrobiło mu się sucho.
- Tak… - powiedział powoli – Jeszcze rok temu… - uciął, odwracając wzrok i biorąc głęboki wdech – W zasadzie kilka miesięcy temu, musiałem…musiałem jeszcze z nim żyć. Pan wzywa nas i odsyła. Tak po prostu jest – wzruszył ramionami, starając się wyglądać na obojętnego.
- Więc, o czym mówił Kinn? Powiedział, że ostatnim razem zamknął cię w piwnicy. Więc uciekłeś, tak? I cię znalazł?
Kontrolował mnie, pomyślał, zmuszał do robienia czegoś, czego nienawidziłem.
Przymknął oczy, zakrywając twarz rękoma.
- Dwa razy – przyznał – Ten jest drugi. Poprzednim razem mi się nie poszczęściło. Teraz mieli myśleć, że zniknąłem a zawsze.
- A Galloway? – tym razem Jazz był nieco skołowany, przejeżdżając na jakąś opuszczoną posesję – Dał ci papiery, a później pojawił się ten Kinn.
Szatyn oparł zakrytą głowę o szybę.
- Jest…Był jednym z tych, którzy zorganizowali projekt. Czy był zamieszany w coś innego? Tego ci nie powiem. Przestało mi zależeć, kiedy… - raptownie uciął, kiedy sabotażysta czekał na jego odpowiedz – Nieważne. Po prostu nie wiem, co było z nim dalej.
Jazz zatrzymał się pod bramą, jego holoform pojawił się na zewnątrz, kiedy drzwi otworzyły się, wypuszczając zdezorientowanego chłopaka, kiedy srebrnowłosy otworzył bramę, pozwalając swojej drugiej formie wjechać.
Wtedy na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- To, co powiesz na wakacje? – zapytał z błyskiem w wizorze.
Brązowooki zamrugał zdziwiony oczami.
- Nic cię już ze mną nie wiąże – stwierdził skołowany – Dlaczego to robisz?
Chłopak wywrócił oczami, rzucając mu kartę.
- Raz wchodzisz – Jasper popatrzył na napisy – Drugi raz nie wychodzisz, Jasper. Jesteśmy drużyną, czy tego chcesz czy nie. Mówiłem ci – podszedł do niego, kiedy tamten zmrużył oczy – Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Lennox wpatrywał się w niego przez jakiś czas, w końcu spuszczając wzrok.
Dlaczego nagle chciał mu w to uwierzyć? Wcześniej nie miał z tym problemu, a teraz?
- …rozumiesz? – zapytał na końcu, na co pokiwała głową, pisząc coś na kartce szybko, po czym mu pokazując – Yhm, a to? – wskazał obok, na co naskrobała coś na papierze, wyraźnie dumna z siebie – Doskonale – pochwalił.
Brooke uśmiechnęła się do siebie lekko, już otwierając usta, kiedy postanowiła nie przerywać momentu i robić ostatnie zadanie.
- Na co się gapisz? – warknął Barricade w pewnej chwili, na co Lennox uniosła na chwilę wzrok, patrząc nieco zdziwiona na Epps'a, który mrugał kilkakrotnie oczami.
- Epps? – odezwała się niepewnie, ale nie ruszyła się z miejsca.
Ciemnoskóry pokręcił głową.
- Co…jak? Ale, że jak? – westchnął, wskazując na dwójkę, kiedy czarnowłosy uniósł do góry brwi – Co?
- Robie zadania domowe – wyjaśniła – Candy mi pomagał z fizyką.
Robert otworzył usta i kilkakrotnie je zamykał.
- On? – wskazał na niego.
- Pan Pączek jest tylko jeden – stwierdziła – A o co chodzi?
Epps westchnął, siadając obok nich tylko z małym wahaniem, nie zauważając, kiedy Barricade zacieśnił lekko swój uścisk na swojej podopiecznej.
- Chciałem przeprosić – dziewczyna przekrzywiła głowę w bok – Tak, Brooke. Przeprosić. Źle…źle was osądziłem.
Niebieskooka milczała, to samo były Decepticon.
- I teraz… - westchnął, oferując jej mały uśmiech – Teraz przynajmniej wiem, że jesteś w dobrych rękach. Mimo wszystko.
Dziewczyna patrzyła na niego, aż w końcu wybuchła śmiechem, zaskakując tylko mężczyznę naprzeciwko. Aż w końcu przestała, uśmiechając się.
- Wiedziałam, że w końcu to zobaczysz – stwierdziła radośnie.
- Tak, i uh… - popatrzył na nią nieco niezręcznie – Ratchet także chciał…uh…się z tobą spotkać.
Uśmiech z jej twarzy zniknął.
Medyk.
Brooke naprawdę nie lubiła gdzie ta konwersacja szła.
- Chodzi o zdjęcia – stwierdziła sucho.
Epps popatrzył na nią ze współczuciem, ale skinął głową, kiedy dziewczyna zrezygnowana oparła się o Barricade'a, jakby w nadziei, że zniknie w jego ramionach i uniknie całego tego zamieszania.
- Powiedzieli, że to konieczne, jeśli macie mieć jakieś szanse w sądzie – odparł, zaciskając usta w cienką linię, ale dziewczyna tylko spuściła wzrok.
- Nie wygramy tak czy siak – stwierdziła.
Chciała w to wierzyć, naprawdę. Przez chwilę dała się nawet ponieść emocjom i faktycznie zgodzić na cały ten chaos.
Ale…to nie było realne.
- Nie możesz tak myśleć – odparł Epps.
Niebieskooka wstała, odkładając zeszyt na stół i patrząc na niego krzywo.
- Możemy zrobić aferę – zaczęła bez humoru – I wzbudzić w mieście podejrzliwość, ale nie wygramy…
- To, po jakie licho w ogóle się na to zgodziłaś? – zapytał zirytowany tym razem Robert, spoglądając na nią – Skoro z góry wiesz, że nic z tego nie będzie.
Blondynka wzruszyła ramionami.
- Może mam nadzieje, że będzie inaczej? – spytała – Może wiem, że jak teraz zrobi się wokół nich hałas, to następnym razem mi się uda? Szczerze? Nie mam kompletne nic do stracenia poza swoim bezwartościowym życiem, Epps – dokończyła, chowając swoje rzeczy do torby, kiedy Barricade zmrużył oczy.
Robert zmarszczył czoło, kiedy dziewczyna podniosła torbę, zarzucając ją sobie na ramię i idąc w stronę wyjścia.
- Masz ich tyle, że nawet nie wiem, które są od twoich opiekunów – mruknął zirytowany Ratchet, przeglądając zdjęcia, kiedy Brooke pośpiesznie założyła swoje ubrania, unosząc do góry brew.
- Tylko te dwa na ramionach – wskazała na przedostatnie zdjęcia – są od Trent'a. Najwyraźniej musiał mnie wtedy walnąć mocniej niż myślałam, bo powinny już dawno zniknąć, zważając, że stało się to z kilka tygodni temu.
Medyk dziwnie na nią spojrzał.
- Siniaki nie utrzymują się do kilku tygodni – oznajmił sucho.
Lennox uniosła do góry brew.
- Utrzymują, jeśli zostały zrobione kilka dni pod rząd – wzruszyła ramionami – A w sumie, co mnie to tam obchodzi – mruknęła – Masz wszystko, co chciałeś?
Ratchet przez chwilę się nie odzywał, aż w końcu skinął głową.
- Jest…jeszcze jedna rzecz, o którą chciałem cię zapytać – stwierdził w końcu, oglądając ją uważnie, kiedy ona posłała mu uśmieszek.
- Pytaj, Doktorze – puściła mu oczko, zeskakując ze stołu.
- Czy byłaś w kontakcie z jakimiś nietypowymi przedmiotami, prawda? – zapytał, na co blondynka zmarszczyła czoło, wzrokiem mówiąc „zdefiniuj nietypowe" – Wytwarzające dziwną energię, z dziwnymi symbolami lub….
Nie…pomyślała zdezorientowana, po czym zmrużyła oczy.
- Dlaczego pytasz? – zapytała w końcu, kiedy brązowowłosy uniósł lekko brwi.
- Od kiedy kwestionujesz moje umiejętności? – odparł pytaniem.
- Od początku – rzuciła, nadal podejrzliwie na niego spoglądając – I nie kwestionuje ich w tej chwili, tylko pytam się, po co ci ta wiedza – poprawiła – To różnica.
Ratchet wpatrywał się w nią z ta samą podejrzliwością, aż w końcu mruknął coś pod nosem i machnął na nią ręką, jednocześnie się odwracając.
- Możesz iść – powiedział, kiedy niebieskooka jeszcze przez chwilę się na niego gapiła, w końcu odwracając się, kiedy zobaczyła, że pisze coś na karcie.
Z dziwnym uczuciem, opuściła dział medyczny.
- Kogo to posesja? – zapytał Jasper, kiedy rozejrzał się po całości, patrząc z nieufnością na niemal każdy mebel oraz okno – Włamałeś się? – prychnął, ale chłopak koło kominka tylko się zaśmiał.
- Nah, cała moja – posłał mu uśmieszek, kiedy szatyn wytrzeszczył lekko oczy, natychmiastowo się spinając – Zluzuj, mieszkałeś ze mną wcześniej – przypomniał, bawiąc się kluczami w dłoni.
- Tak, ale w bazie z setką świadków – mruknął pod nosem, przejeżdżając ręką po sofie i zauważając od razu wielkie głośniki – Gdzie nie musiałem martwić się, że ktoś mnie zabije we śnie.
- Aw, przyznajesz, że czułeś się tam bezpiecznie? – zaćwierkał Jazz, kręcąc głową, kiedy tamten spiorunował go wzrokiem – Bez obaw, mam wszystko pod kontrolą. Nic się tutaj nie przedrze bez powiadomienia mnie o tym najpierw – wzruszył ramionami – Środki bezpieczeństwa. Nie jesteś jedynym, który ma wrogów, wiesz?
- Ach, a co? – zakpił – Boisz się o swoje życie?
Zaskakująco, tamten prychnął.
- Raczej oni o swoje – jego wizor zabłysł, sprawiając, że brązowooki uniósł do góry brew – Ma się ten urok – posłał mu czarujący uśmiech, po czym spoważniał nieco – A teraz, który pokój bierzesz?
- Co?
Jazz niemal wywrócił oczami.
- Pokój, oczywiście – zaśmiał się pod nosem – Trochę sobie tutaj pomieszkamy dopóki Prowler nie wpadnie na jakiś magiczny plan jak z powrotem cię przemycić do N.E.S.T, bez władzy Rządu nad tobą – wyjaśnił, na co Jasper zamrugał oczami.
Wtedy zmrużył powieki.
- Dlaczego to robisz? – zapytał ostro, nie w humorze na żarty.
Sabotażysta skierował się w jego stronę.
- Już ci mówiłem – odparł, nieco skołowany pytaniem.
- Dlaczego miałbyś w ogóle chcieć to zrobić? – spytał sfrustrowany – Nie znasz mnie, nie należę do tego całego N.E.S.T i nigdy nie byłem dla ciebie zbytnio miły – wymienił zirytowany, spoglądając na niego wyczekująco – Po co to robisz, kiedy mógłbyś po prostu zniknąć?
Jazz nie odezwał się, przechylając głowę w bok, kiedy szatyn wziął kilka głębokich wdechów dla uspokojenia zanim by powiedział coś jeszcze.
- Nie kłamałem – skwitował w końcu.
Jasper zamilkł, patrząc na niego z niedowierzaniem.
Wreszcie, odwrócił wzrok, zaciskając lekko zęby, aż w końcu wpuszczając powietrze z płuc.
- Biorę ten po lewej – odpowiedział na poprzednie pytanie, kierując się w stronę powiedzianego pokoju z nachmurzoną miną.
- Ty – syknęła ostro.
Kinn uśmiechnął się szeroko, kiedy Barricade zmarszczył czoło.
- Ja – odparł, podchodząc, ujmując jej dłoń i całując jej wierzch – Dawno się nie widzieliśmy, co nie? Księżniczko.
Brooke warknęła pod nosem, chwytając jego nadgarstek i przekręcając tak, że wylądował na ziemi z ręką na plecach, boleśnie wykręconą.
- Co. Tutaj. Robisz? – wycedziła, kiedy się zaśmiał.
- Aw! Brooke kochana, po co ta przemoc? – zapytał z udawanym bólem w głosie, kiedy blondynka przycisnęła go kolanem do ziemi – Auć! Rany, Księżniczko, opanuj się. Jeszcze ktoś pomyśli, że się zakochałaś i co wtedy?
- Nie nazywaj mnie tak – warknęła – Tylko jedna osoba ma do tego prawo.
- Jassy, prawda? – spoważniał, po czym jego twarzy wykrzywiła panika – Musimy go powstrzymać! Jest w niebezpieczeństwie!
Niebieskooka zeszła z niego, cofając się w strefę zasięgu swojego strażnika.
- Kinn? – zapytała niepewnie, kiedy chłopak zaczął do niej zbliżać, sprawiając, że Barricade wystąpił przed nią, mrużąc oczy – O czym ty mówisz?
- ONI! – krzyknął, jego oczy niewyobrażalnie duże – Wrócą! Pan wróci! Zabije, zabije, zabije – mamrotał, kręcąc głową, po czym zaśmiał się histerycznie – Zabije, zamorduje!
- Woah, kolego, przystopuj – nagle pojawił się Ironhide, ale Kinn rzucił się na Brooke, jakimś cudem wymijając czarnowłosego – Hej!
- Musisz go powstrzymać! – powiedział gorączko, szarpiąc jej ubranie – Pan! Pan tu jest! Wiesz, wiesz, kim jest! Musisz…musisz powstrzymać!
Blondynka zamrugała oczami, blada po raz pierwszy z powodu czegoś takiego, kątem oka zauważając, jak Hide próbował odciągnąć od niej chłopaka.
- Nie …nie rozumiem – zaskomliła, zauważyła teraz jak bardzo wbijał swoje pazury w jej ramiona, kiedy jego oczy jakby ściemniły się.
Cała była sparaliżowana.
- Pan! Pan wie, kim jesteś! – krzyczał dalej – Kim byli. Willy! Wiesz, kim jest Willy, to wiesz, kim jest Pan! On tu jest, patrzy, obserwuje, niszczy! Musisz powstrzymać!
Oczy jej zabłysły, kiedy został do niej oderwany i ktoś inny przed nią stanął, ale dziewczyna pokręciła głową.
Willy…Willy…, ale to niemożliwe, pomyślała, jej ciało zatrzęsło się, kiedy popatrzyła na teraz łkającego chłopaka, to niemożliwe, nie może być.
- Jak? – wykrztusiła nieco zdławionym głosem, przeciskając się niemalże przez swojego strażnika, ale Kinn stracił już kontakt ze światem.
- Nie wiem, ja nic nie wiem, proszę – mamrotał na przemian z pojękiwaniem – Proszę, proszę, przepraszam. Nie wiem, ja nic nie wiem…
Lennox przerażona wpatrywała się w niego, kiedy w końcu major doszedł na miejsce zdarzenia razem z kilkoma innymi. Brooke już ich nie widziała, zajęta była zdawaniem sobie sprawy z tego, co się stało.
On za tym stał.
Cały…cały czas to był on. Jak…jak ona mogła być taka głupia?
- Brooke? Nic ci nie jest? – jakieś dłonie manewrowały po jej ciele, kiedy nie odpowiedziała, tępo wpatrując się przed siebie w nic szczególnego – Ratchet!
Cofnęła się jak oparzona, oczy nadal błyskające okropnie palącym w oczy elektryczno niebieskim kolorem, kiedy przełknęła ślinę.
~Już czas~ wyszeptała w pewnej chwili Wszechiskra, dźwięk niemal nie zarejestrował się w jej głowie, kiedy Brooke próbowała przypomnieć jak się oddycha.
On…on to wszystko zaczął. On skrzywdził Jasper'a, zrobił z Kinn'a potwora.
- Primus – wymsknęło jej się, kiedy cofnęła się o jeszcze jeden krok – Boże.
Barricade zmarszczył czoło, razem z resztą obecnych, kiedy jej wzrok wylądował na zdruzgotanym chłopaku. Przełykając ślinę, doszła do niego, nie wyczuwając jak napięta jest atmosfera wokół niej, kiedy kucnęła.
Kinn spojrzał na nią czerwonymi oczami.
Brooke zmusiła się do spokojnego tonu, chociaż wszystko w środku niej trzęsło się i krzyczało.
- On wam to zrobił? – zapytała w końcu.
Roztrzęsiony, w sekundzie chwycił jej ramię, patrząc na nią tak szczerze jak nigdy w życiu, oczy okropnie wielkie.
- Pan chce was zabić – powiedział zduszonym głosem – Was obydwu. Wiesz, kim jest, wiesz, z kim się sprzymierzył.
Bezradnie opadł, tępo wpatrując się w ziemię, kiedy Lennox pozostała na swoim miejscu.
Zabił ich, wyszeptał jej umysł, zabił, otruł, skatował.
Blondynka usiadła koło niego, chowając głowę w kolana, czując jak wszystko wokół niej nie tylko się kręci, ale także rozpada.
Jasper siedział na kanapie, przeglądając stare zdjęcia, które znalazł na jeden z szafek w jego tymczasowym pokoju, kiedy nagle Jazz pojawił się obok ze szklanką wody w ręku i kanapkami. Postawił talerz, jednocześnie marszcząc czoło na wyraz twarzy swojego podopiecznego.
- Wyglądacie na szczęśliwych – wymsknęło mu się.
Srebrnowłosy przekrzywił głowę.
- Jesteśmy cały czas – stwierdził, spoglądając na zdjęcie jego i Prowl'a – To chyba jedno z niewielu zdjęć, na których się uśmiechnął – przyznał z małym uśmiechem.
Jasper skrzywił się, odkładając fotografie i chwytając za oferowane jedzenie, opierając się o nagłówek.
- Dlaczego? – zapytał w końcu, szczerze nie rozumiejąc.
Jazz patrzył na niego zdezorientowany.
- Nie potrzebujesz powodu do szczęścia, Jasper – stwierdził sabotażysta.
Szatyn prychnął, żując kanapkę.
Łatwo mu to mówić, to nie on wychował się w praktycznie męce. To nie on ledwo utrzymywał się przy życiu. On nie stracił tego, co najważniejsze w życiu.
- Nie możesz być szczęśliwy bez powodu – powiedział zirytowany.
- Bycie z tymi, których kocham nie jest wystarczające? – zapytał rozbawiony trochę, chociaż nadal nie rozumiał pytania, kiedy brązowooki prychnął.
- Więc pokładasz swoje szczęście w innych? – zapytał dalej – Kiedy wiesz, że mogą odejść i równie łatwo je zabrać?
- Nikt nie może zabrać muzyki – odparł od razu, ale widząc jego błysk w oku, wywrócił oczami – O co ci właściwie chodzi? – spytał sfrustrowany.
- O nic – warknął – zapomnij, że pytałem – dodał ciszej.
Jazz wpatrywał się w niego długo, kiedy tamten jadł, po czym westchnął.
I wtedy kliknęło.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego to robię?
Jasper wzruszył ramionami, chociaż mowa jego ciała go zdradziła w chwili, kiedy jego oczy na krótko spotkały się z tymi błękitnymi.
- Bo przez całe życie żyłem w ciemności – odezwał się, jego głos jakby odległy, kiedy chłopak zainteresowany uniósł głowę – I przyznam, że nie jest to fajne miejsce. Byłem zmęczony byciem…kimś kim tak naprawdę nie jestem.
- Ale było to łatwiejsze – mruknął, kiedy Jazz się na chwilę zastanowił.
- Może – zgodził się – Ale zdecydowanie wolałem, kiedy inni mnie lubili niż wtedy, kiedy się mnie bali.
- Nie rozumiem – przyznał dziewiętnastolatek.
- Nie oczekuje, że zrozumiesz – stwierdził – Ale sęk w tym, że tak. Moje szczęście opiera się głównie na innych. Zwłaszcza, że gdyby Prowl umarł, nigdy bym się nie pozbierał. Pewnie podążyłbym za nim.
To głupie, pomyślał od razu Jass.
- Prowl pokazał mi jak być sobą – ciągnął, zerkając na chłopaka, który od razu zamilkł w środku – Kiedy wszyscy inni nie dawali mi szansy.
Szatyn zamarł.
Spuścił wzrok i westchnął wewnętrznie.
Naprawdę oceniał ich wszystkich za szybko.
- Super historyjka – mruknął, chociaż bez jadu w głosie.
Sabotażysta uniósł do góry brew.
- Jestem pewien, że twoja byłaby bardziej interesująca jakbyś ją opowiedział w całości – odparł.
Lennox zmrużył oczy i czoło, jakby zastanawiając się na tym.
Dlaczego miałby mu o tym powiedzieć? Co on by mógł zrobić? Ważniejsze, dlaczego miałoby mu zależeć, skoro jego właśni rodzice nie dbali o to, czy żył czy nie?
- To nie historia miłosna, wiesz o tym, prawda? – spytał po dłużej chwili niepewny.
Jednak Jazz usadowił się naprzeciwko niego na drugiej kanapie.
- Mam czas.
Jasper wziął głęboki wdech.
To był zdecydowanie jeden z gorszych dni w jego życiu.
