Ow…, pomyślała, kiedy oślepiło ją białe światło, a następnie promienie słoneczne i dziewczyna z jękiem, obróciła się na plecy, ow, ow, ow…
- Brooke?!
Ew, nie tak głośno, jęknęła w duchu, czując jak jej głowa niemiłosiernie pulsuje, mimo to, nadal nie wyczuwała Allisy.
Zmarszczyła czoło, dokładnie w chwili, kiedy ktoś do niej podbiegł.
- Czy ciebie już do reszty pogięło!? – warknął.
Brooke skrzywiła się niemiłosiernie, na – och jakże znajomy – głos Jasper'a, zaraz przy jej uchu. Z jękiem, chwiejnie się podniosła, kiedy tamten mówił i mówił, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy, że go nie słuchała.
Dlaczego Wszechiskry z nią nie było?
Popatrzyła w bok, wytrzeszczając lekko oczy, kiedy zobaczyła jakby…nieżywe ciał Megatron'a, z jakby wypaloną dziurą w klatce piersiowej.
Ouch, mruknęła w myślach, zmęczona spoglądając na swojego przyjaciela, który w końcu zorientował się, że nawet nie raczyła obdarzyć go spojrzeniem.
- Uh…więc…wszyscy żywi? – zapytała ochrypniętym głosem, chrząkając i podpierając się o jakiś kawałek rozwalonego budynku.
Oko Jasper'a jakby dostało jakiegoś tiku.
- Jasper? Brooke? – och, świetnie, teraz jeszcze on, pomyślała – Co…Co się do cholery…Nic wam nie jest?
- Brooke została upośledzona umysłowo w wyniku eksplozji białych motylków – odparł sucho Lennox obok, sprawiając, że zamrugała skołowana.
- Co? – spytała głucho.
Motylki?
O co mu…?
Epps i William popatrzyli na nią nieco zaniepokojeni, jakby naprawdę uwierzyli, że została upośledzona, po czym spojrzeli na siebie.
- Och, na Primus'a, nic mi do cholery nie jest – warknęła cicho, potrząsając głową, po czym strzeliła sobie z liścia – Tylko skołowana.
Szatyn wywrócił oczami, William do niej podszedł, ale w ostatniej chwili, oczy dziewczyny zrobiły się niewyobrażalnie duże i odskoczyła przerażona. Nagle mocno przytomna i w pewnej chwili przypomniała Epps'owi przestraszone zwierze.
- Brooke? – zaczął niepewnie Lennox, kiedy tamta jeszcze się cofnęła.
Twarz Jasper'a w jednej chwili z wściekłości zmieniła się w zaniepokojenie.
- Hej! Nic wam nie jest? – zawołał Jazz, podbiegając do nich z resztą Botów i popatrzył na zebranych, to na dziewczynę – Coś…nie tak?
- Brooke? – powtórzył pytanie.
Dziewczyna jakby ocknęła się, obejmując ramionami i zakrywając strzępkami bluzy.
- Nie dotykaj mnie – mruknęła cicho, wzrok spuszczony w dół.
- Muszę sprawdzić czy nie jesteś ranna – oznajmił w końcu – Musisz…
- Ratchet – odezwał się Barricade do medyka, który do nich podchodził, podtrzymując Ironhide'a – Mógłbyś…? – wskazał na swoją podopieczną.
Medyk zwrócił głowę ku blondynce, po jej ciele od razu przeszło do dziwne uczucie, kiedy prześwietlił ją tym swoim zielonym światełkiem i wtedy zrobił dźwięk podobny do „hmpft."
- Tylko kilka zadrapań. Jej ciało jest mocno poobijane i…wycieńczone z niewiadomych mi powodów. Prawdopodobnie coś związanego z błyskiem, który został przetransformowany w chmarę tych białych stworzeń zwanych motylami – zmarszczył jakby czoło, patrząc na nią – Także kilka siniaków i….
- Aw, przestań – syknęła na niego – Nic mi nie jest. Poobijana, zmęczona, siniaki są od upadku – wyjaśniła ostro.
Ratchet popatrzył na nią surowo, w końcu zwracając swoją uwagę z powrotem na swojego towarzysza obok.
Brooke jednak ze zmarszczonym czołem spojrzała w bok, zastanawiając się, gdzie do cholery pojawiła się Wszechiskra.
- …tymczasowa usterka…
- Pierwsze, co powinniśmy zrobić…
- Co do cholery było?
- Widzieliście? Megs po prostu stał tam skamieniały…
- …co jej jest?...
Gdzieś w połowie, Brooke zaczęła się zastanawiać czy głowa bolała ją od rozmów czy od braku pewnego irytującego głosiku. Po pewnej chwili jednak zniknął, więc dziewczyna na powrót wróciła do słuchania muzyki.
Wszystko brzmiało lepiej, kiedy mogła wsłuchać się w rytm Boyce Avenue, Be Somebody.
Gdzie do cholery jesteś All?
W końcu, dziewczyna skierowała swój wzrok na telewizję i zamarzła w miejscu, powoli ściągając słuchawki.
- …nik Jack Williams został znaleziony martwy w opuszczonym budynku o godzinie pierwszej w południe. Lokalne władze Mission City nie dają nam na razie żadnych innych informacji po za tym, że pan Williams został postrzelony w serce, ginąc na miejscu…
- Hej, czy to nie ojciec Nathalie?
Co Witwicky tutaj robi?, zapytała się w duchu.
- …odzina jest w zdruzgotana śmiercią pana Williams'a, twierdzą, że był kochanym mężem i ojcem, niemającym wrogów….
Że co, proszę?
- …Najbardziej związanymi ze sprawą wydają się jego córki – Nathalie Williams i Brooke Lennox, kończące w tym roku szkołę. Nathalie, Brooke proszę przyjmijcie nasze….
- KŁAMSTWO – syknęła ostro, wstając oburzona – Nienawidziłam go.
Sam wytrzeszczył oczy na jej wybuch, cofając się. Dziewczyna zamknęła oczy, biorąc głęboki wdech i po prostu wyłączając telewizor.
To ona go zabiła.
Miała jego krew na swoich rękach.
Miała ochotę zwymiotować na obrazki, które przelatywały jej przez głowę.
Ale ignorując Witwicky'ego, po prostu zaczęła iść w stronę wyjścia.
Cały tłum był na pogrzebie, kiedy Brooke w końcu się na nim pojawiła, ubrana na czarno z obojętnym wyrazem twarzy, kiedy w końcu udało jej się dotrzeć do rodziny Williams'ów, którzy ją wychowali.
Niby wychowali. Tego tak dziewczyna nawet nie mogła nazwać z czystym sumieniem.
Minęło kilka dni, ale tym razem Lennox była przynajmniej pewna, że Emily i Nathalie nie były zamieszane w całe to bagno. Nie świadomie, przynajmniej. Nie wiedziała jednak czy mogła to samo powiedzieć o reszcie rodziny. Chociaż wydawali się być niewinni.
Jasper stał na uboczu, w głowie zastanawiając się, po co w ogóle miałby się tutaj pojawić po wszystkim, co jej zrobił. Barricade u jego boku nawet jej nie kwestionował, po prostu ich tam zawiózł i robił za mentalne wsparcie.
- Czy ktoś chciałby coś powiedzieć? – zapytał ksiądz.
Brooke popatrzyła na łkającą piętnastolatkę i Emily, która nie miała nawet siły na spiorunowanie jej wzrokiem.
Mimo to, czuła się winna. Mimo wszystkiego, co jej zrobili, nikt nie powinien dorastać bez ojca.
Wystąpiła z tłumu, szmery zaczęły się i skończyły tak szybko jak dotarła na mównicę.
Odchrząknęła.
- Jack Williams był dla wielu ideałem – zaczęła, jej oczy nie wyrażały kompletnie nic, kiedy zmusiła się do patrzenia w przód – Autorytetem, szefem wszystkich szefów, ojcem i wiernym mężem – przełknęła ślinę – Nie…nie było osoby, która mogła się na niego poskarżyć.
Nathalie uniosła zdziwiona głowę.
- Wychował utalentowaną córkę, którą kochał nad życiem. Była jego oczkiem w głowie. Pamiętam jak jednego dnia wyjechaliśmy na wakacje nad morze i Nathalie bała się wejść do wody. Wykończony pracą wziął ją w ramiona i razem z nią wszedł do wody, nie zwracając uwagi na to, że przecież było okropnie lodowato – tu pozwoliła sobie na słaby uśmiech, zanim znowu odchrząknęła – Jack miał wiele wad, ale zakrywał je także swoimi zaletami, dając nam odczuć, że perfekcja to tylko maska, którą ludzie codziennie muszą dopracowywać.
Zwróciła się do trumny.
- Spoczywaj w pokoju, Jack. Świat będzie za tobą tęsknić.
I z tym, zeszła ze sceny.
Ale nawet przemowa nie pomogła jej poczuciu winy, kiedy Emily tępo wpatrywała się w miejsce gdzie przed chwilą stała.
- Aw, co taka smutna? Wszechświat się nie skończył!
Ten radosny głos.
Ten cholernie szczęśliwy chichot.
Poznałaby go nawet gdyby była głucha.
Z prędkością światła odwróciła się ze swojego miejsca na klifie i wytrzeszczyła oczy, jakby nie wierząc w to, co widziała. Szczerze? W tamtej chwili dziewczyna stwierdziła, że ta wizyta u lekarza była okropnie potrzebna.
- Wszechiskra? – spytała niedowierzając, kiedy białowłosa usiadła obok niej, huśtając nogami do przodu i w tył.
- Yhm – mruknęła – Muszę przyznać. Ludzkie ciało jest o wiele łatwiejsze w obsłudze, kiedy faktycznie mogę nim władać – stwierdziła z uśmiechem.
Co?
Co, co, co, co?, takie pytanie krążyły dziewczynie po głowie, kiedy kilkakrotnie mruknęła.
- Allisa?
- Ta jedna i jedyna – odezwała się, kiedy blondynka siedziała skołowana.
- Jakim…To znacz…jak? Co? – zaplątała się, kiedy białowłosa tylko pokręciła z rozbawionym westchnięciem głową.
- Jak jestem człowiekiem? – podsunęła – Nie jestem nim do końca. Te motylki, o których twoi przyjaciele mówili? To byłam ja.
- Myślałam, że zginęłaś – przyznała, na powrót patrząc na zachodzące słońce, teraz już przyzwyczajona do dziwnych zjawisk, które działy się wokół niej.
- Energia nie może zostać zniszczona, może jedynie zmienić swoją postać – odparła ze wzruszeniem ramionami – Ale jestem pewna, że możemy później o tym pogadać. Teraz… - spojrzała na dziewczynę – Może opowiesz mi o tym, jak ty się czujesz?
- Nic mi nie jest – odpowiedź była natychmiastowa.
Wszechiskra parsknęła śmiechem.
- Och, Brooke. Siedziałam ci w głowie przez lata, myślisz, że nie wiem, że coś się dzieje? – zapytała z udawanym bólem w głosie – No? Gadaj, jestem tutaj dla ciebie. Jesteśmy psiapsiółkami, prawda?
- Psiapsiółkami? – spytała głucho.
- Oczywiście! – zaśmiała się – Znamy się dłużej niż ktokolwiek, Brooke. A teraz gadaj, jak się czujesz, po tym, co się stało?
Dziewczyna zmieniła swoją pozycję, nieco niezręcznie się czując.
- Nic mi nie jest.
- Nie kłam~
Wywróciła oczami. Już zapomniała jak irytująca i uparta mogła być, kiedy chciała. A teraz? W ludzkiej formie? Bogowie nad nią, miejcie ją w opiece.
Ale zmarszczyła czoło.
Czuła się dziwniej.
Jakby…jakby po prostu miała jakiś ciężar na swoich barkach i nie był on już od ciągłej obecności Wszechiskry. Czuła się gorzej, nie czuła się tak jak dawniej, muzyka zaczęła ją irytować po pewnym czasie.
Nienawidziła tego.
Ale za każdym razem, kiedy ktoś pytał, dziewczyna robiła krok w tył.
- Uciekanie od problemów jest wyścigiem, którego nie możesz wygrać, Brooke – odezwała się po chwili, jakby poważna.
Lennox zamrugała.
- Ty to wymyśliłaś?
- Nie. Primus – odparła, po czym zachichotała, sprawiając, że dziewczyna znowu westchnęła i odwróciła wzrok, sprawiając, że białowłosa szturchnęła ją w ramię – No dalej, to, co mi powiesz zostanie między nami.
- Czuję się…brudna – skrzywiła się na dobór słów.
Śmiech został jakby ucięty, kiedy Allisa zamilkła.
- Jack zawsze był…zawsze był napastliwy, ale on nigdy… - ucięła, chowając głowę w dłoniach – Nigdy nie posunął się do takiego stopnia.
Już nawet nie chodziło jej o to, że to ona pociągnęła za spust.
- Czytałam, że ludzie po takich sytuacjach powinni z kimś o tym pogadać – wzruszyła ramionami Wszechiskra – Zrobić coś szalonego, zrobić to, co kochają. Zapomnieć o tym na chwilę, a później już jest lepiej.
- Nigdy nie będzie „lepiej" – syknęła zduszonym głosem.
- Nie wiesz tego – odparła spokojnie – Myślę, że muszę cię przeprosić. Gdyby nie ja, nie musiałabyś być wplątana w całą tą bezsensowną wojnę. Tu także, nie byłabyś teraz w takim stanie, w jakim jesteś – mruknęła nieco ciszej, nieprzyzwyczajona do takich rzeczy.
Ale Lennox zaskakująco potrząsnęła głowa.
- Nie przepraszaj – pociągnęła nosem, wstając – Gdyby nie ty, nadal tkwiłabym z nim pod jednym dachem i to…to by zdarzyło się akurat wtedy, kiedy byłam bezbronna.
Allisa podskoczyła w miejscu, idąc koło niej, kiedy zmierzały w stronę ulicy.
Wtedy zmarszczyła czoło.
- Jak wyjaśnimy tutaj moją obecność? – zapytała w końcu.
Brooke posłała jej zmęczone spojrzenie.
- Co? Chcesz mi powiedzieć, że nie masz żadnej wymówki?
- Uh…nie?
- Boże zabij ją…
- Zabijanie jest karalne.
- A ja jestem niepełnoletnia, a teraz siedź cicho.
- Jeśli mnie zamkną, to będzie twoja wina – mruknęła Allisa, idąc w stronę domu Brooke, kiedy dziewczyna wywróciła oczami,
- Twoja, panno Motyle Skrzydełka – odezwała się, słońce grzało jej plecy i rzucało ładne światło na ulice – Chociaż…
Stanęła.
Gdzie właściwie szła?
Do jego mieszkania, jego domu, jego rodziny?
Nie należała do nich, nie była ich córką.
- Brooke? – Białowłosa stanęła przed blondynką ze zmarszczonymi brwiami – Co jest?
- Nie mogę tam wrócić – wymamrotała.
Wspomnienia. Ściany z jego zdjęciami.
Jego twarzy…
- Ale…
- Nie mogę! – warknęła ostro i skrzywiła się, kiedy All się cofnęła zdziwiona.
Brooke otuliła się ramionami z wyrazem twarzy jakby ją ktoś zdradził i zamknęła oczy.
Nie. Mogła. Nie zasługiwała na to.
Powinnaś nie żyć, jej umysł syknął.
Dziewczyna zamrugała skołowana oczami.
Głos,…Ale….ale przecież…
I jej wzrok wylądował na dziewczynie przed nią, może nawet młodszą o rok czy dwa od niej z niewyobrażalnie elektryczno-niebieskimi oczami, takimi jak jej. Włosami i cerze tak bladej jak śnieg, ale rysami twarzy, które jako jedyne zdradzały, że przeżyła więcej lat niż ktokolwiek inny.
Wszechiskra sprawiła, że głos zniknął.
Kiedy zniknęła, on znowu się pojawił.
Powinnaś nie żyć, tak samo jak on, syczał dalej, morderczyni!
Skrzywiła się. Nie mogła tam zostać.
Sięgnęła po komórkę.
- Najwyraźniej będziemy musieli wymyślić dla ciebie wymówkę szybciej – wymruczała zachrypniętym głosem, sprawiając, że Allisa uniosła do góry brew.
Wbiła znajomy numer i przyłożyła słuchawkę do ucha, za bardzo świadoma guli w gardle, jakby panika, która tliła się w środku właśnie tam przebywała.
- Epps przy telefonie.
- Wow, jeszcze cię takiego poważnego nie słyszałam – stwierdziła, próbując jakoś się trzymać ostatnich resztek siły – Uh…jesteś…To znaczy, nie masz czasem wolnych pokoi na składzie, co?
Nastała krótka cisza.
- Co się stało? Nie jesteś w Tranquality?
Przełknęła ślinę.
- Jestem…
- Brooke…
Uh huh, to ten ton, pomyślała.
- Nie…nie mogę wrócić – wymamrotała – Jak nie masz miejsca to nie, znajdziemy sobie inne miejsce, ale mów…
- My?
Odchrząknęła, spoglądając na nieco zdezorientowaną białowłosą naprzeciwko.
- Yeah, moja…znajoma?
- Ty nie masz „znajomych." – stwierdził sucho.
To też prawda, pomyślała.
- Znalazłam bezdomną na ulicy – rzuciła na szybko.
- To jest już bardziej przekonujące – dziewczyna miała odetchnąć z ulgą, kiedy… - Ale nie.
Brooke przełknęła gulę w gardle.
- Słuchaj…naprawdę potrzebuje teraz miejsca do spania, a nie uśmiecha mi się łażenie do fabryki. Wybrałabym się do Jasper'a, ale nie wiem gdzie jest, a mojego strażnika wywiało gdzieś daleko stąd – wzięła głęboki wdech – Ale rozumiem….
- Gdzie jesteś? – zapytał, jakieś głosy można było usłyszeć po drugiej stronie – Oh, okay. Dobra, zostań tam gdzie jesteś, zaraz będę.
I połączenie zostało zakończone.
Brooke popatrzyła na Wszechiskrę, która spojrzała na nią nieco oburzona.
- Bezdomna?
Wzruszyła ramionami.
- Nie było nic lepszego.
- Więc… - pół godziny później, znajdowały się już w środku starego auta, kiedy Epps w końcu się odezwał, patrząc na Allisę siedzącą na tyle – Jak nazywa się osoba, którą Brooke uznała za bezdomną?
Tamta nieco zirytowana na przydomek, który jej dano, wzruszyła ramionami, patrząc na blondynkę, która siedziała oparta o szybę.
- Allisa Sparky – odparła, prostując się i ziewając.
Robert zerknął na nie, po czym znowu na drogę.
- Serio?
- Uważasz, że kłamię? – mruknęła zirytowana, nadal nie w humorze na kłótnie.
- Poznałyśmy się już dawno – dorzuciła, żeby rozluźnić napięcie w powietrzu Allisa, uśmiechając się – Znamy się już od urodzenia.
Tym razem to Lennox posłała jej dziwne spojrzenie.
- Primus, weź się człowieku ogarnij – wywróciła oczami – Nie musi tego wiedzieć – szczerze, ona także nie musiała.
Dziewczyna zachichotała.
- Aw, ale Brooke, nie chcesz żeby wszystkie twoje czarne sekrety wyszły na jaw? – zażartowała, ale blondynka momentalnie miała przed oczami czerwoną plamę z ciałem Jack'a na wierzchu.
- Nie! – warknęła.
Wszechiskra skrzywiła się.
- Nie miałam tego na….
- Nieważne, daj spokój – syknęła – Wiem.
Przez resztę drogi, Brooke się nie odezwała, Allisa nie zachichotała, a Epps tylko zastanawiał się, co się do cholery stało.
Brooke siedziała owinięta kocem, tępym wzrokiem wpatrując się w kubek z wodą, którą dała jej żona Epps'a i zadrżała.
Wrzuty sumienia nadal miażdżyły jej serce, a ona sama zastanawiała się, co jeszcze utrzymywało ją razem, skoro już przeżyła fakt, że była potworem i ten okropny głosik wrócił, szepcząc jej na każdym kroku okropne rzeczy.
- Zaskoczyłaś mnie – stwierdził w końcu Robert, siadając obok niej i mrugając, kiedy dziewczyna odskoczyła – Nie sądziłem, że jeszcze zadzwonisz – mruknął, mrużąc oczy i obserwując ją uważniej, kiedy upiła kolejny łyk wody.
- Nie miałam innego wyboru – wymamrotała, po czym uniosła lekko wzrok – Gdzie Wszech…Allisa? – zapytała.
Epps wskazał głową na schody do góry.
- Śpi – oznajmił i sięgnął dłonią żeby dotknąć jej dłoni.
Brooke wpatrywała się w nią tylko na sekundę, po czym szybko ją cofnęła, trzymając przy piersi, jakby ją oparzył, mamrocząc ciche przeprosiny.
I więcej nie uniosła wzroku, nie widząc zmartwionego, ale ciekawego spojrzenia, które zostało w jej stronę rzucone.
-…sprawa Jack'a Williams'a nadal pozostaje niewyjaśniona – mówiła kobieta w telewizji, sprawiając, że widzący po raz pierwszy wiadomości Jasper zatrzymał się na progu, oczy okropnie szerokie - …Emily Williams potwierdza, że śledztwo zostanie zamknięte, mimo krążących wokoło plotek i teorii…
Mrugając zaskoczony, nie zauważył nawet, że stał w pokoju rekreacyjnym. Pełnym Autobotów.
- Jasper?
Chłopak niemal podskoczył i zwrócił głowę w stronę głosu.
- Czego? – warknął.
Lennox zmarszczył czoło, kiwając na telewizor.
- Wiedziałeś o tym?
O śmierci? Tak.
Ale o tym, że nie złapano zabójcy? Nie.
Zmarszczył czoło.
Jack został postrzelony, zginął na miejscu, nie było żadnych świadków. Nie żeby się tym przejmował, chciał jego śmierci dłużej niż swojej matki, ale…
I nagle jakby dostał w twarz.
Kto go ostatni mógł widzieć? Kto zachowywał się dziwniej niż zwykle?
Dlaczego wcześniej tego nie widział?
- Taa – odparł i ocknął się na tyle, żeby zmrużyć oczy, kiedy mu się coś przypomniało – Chciałeś mnie widzieć, tak?
Mężczyzna zamrugał.
- Ach, tak, racja – odwrócił się w stronę wyjścia – Jazz! Możesz?
Lennox westchnął, kierując się z nimi oba w stronę jego biura, niemal modląc się żeby tym razem coś im wypadło, bo nie zapowiadało się, żeby nie wyszedł z tego znudzony.
W końcu w gabinecie, chłopak oparł się o biurko, spoglądając na niego wyczekująco, na co nieco skrępowany William odchrząknął.
- Wiesz, że nie jesteś tutaj oficjalnie częścią NEST, tak?
Szatyn nieco się wyprostował, kiwając głową.
- Generał Morshower dowiedział się o twojej obecności i niestety nie był z tego zadowolony – popatrzył na sabotażystę – Zlikwidował także informacje na temat tego, że miałeś podopiecznego.
Srebrnowłosy zmrużył oczy, kiedy Jasper wzruszył ramionami.
- I co z tego?
Tamten przełknął ślinę.
- Nie jesteś już częścią NEST, tu także nie możesz przebywać na terenie placówki, czyli w bazie.
Czując dziwne kłucie w sercu, uniósł do góry brew.
- I co z tego? – powtórzył – Nie miałem tu zostać wieczność.
Tym razem major spojrzał na niego dziwnie.
- I nic cię to nie rusza?
Jass prychnął.
- Gościu, wychowałem się na zasadach gdzie nie było czegoś takiego jak przywiązanie. Spodziewałem się tego, co dało mi więcej czasu na adaptację – wzruszył ramionami, po czym zmierzył ich wzrokiem – To nie tak, że chcieliście mnie tutaj od tak.
- A jak niby? Dla zabawy? – zapytał Jazz.
- Nie jesteś pierwszą osobą, która przygarnęła mnie tylko, dlatego, że zrobiło jej się mnie żal – odparł z pogardą – Tacy jak ja nie mają takiego szczęścia.
Gdyby tylko to cholerne kłucie przestało się objawiać…
- Tacy jak ty…?
- Zepsuci – kolejne wzruszenie ramionami – Bezużyteczni, zużyci. Nazwij to jak chcesz, to i tak nie zmienia faktu.
- A co z Brooke?
- Co z nią?
Lennox poprawił się w swoim fotelu.
- Jej także na tobie nie zależy? Albo tylko, dlatego, że zostałeś tak poharatany przez życie?
Odwrócił wzrok.
Brooke zależało.
Oczywiście, że jej zależało. Sama była tak poobijana, że wiedziała, kiedy się wtrącać do czyjegoś życia, a kiedy nie.
- To co innego – odparł.
- Innego jak?
Jasper warknął coś pod nosem.
- Czego wy chcecie? Nie możecie się pozbyć problemu, bo was sumienie gryzie? – zapytał zgryźliwie, na co Jazz wywrócił oczami.
- Nie jesteśmy twoimi wrogami.
- Przyjaciółmi także nie – odgryzł się.
- Możemy być rodziną.
- Nie ma czegoś takiego jak rodzina – syknął, kiedy tamten stanął mu centralnie przed nosem, niemal wchodząc w jego twarz.
- Tylko, dlatego, że wasza była do bani, nie znaczy, że my też będziemy – stwierdził sucho, po czym wyszczerzył się – Po za tym, nie myśl sobie, że tak po prostu odpuścimy. Informujemy cię tylko, że władze mają z tobą problemy, nie, że ty nim jesteś.
Jasper zmarszczył czoło, zbity z pantałyku.
- Co?
- To, co słyszałeś – odparł radośnie – Nie zostawiamy cię. Tylko…przenosimy.
Tamten zamrugał, kręcąc głową.
Dlaczego jego życie stało się tak skomplikowane?
I pomyśleć, że to wszystko stało się przez jedną głupią wycieczkę.
