- …co z tego? Mój tatuś nie żyje! – Brooke zwróciła głowę w stronę telewizora i zmarszczyła czoło, patrząc na znajomą twarz – A teraz przecz, nie chcę was widzieć!
Co…?, pomyślała, siadając prościej, dlaczego nadal wałkują tą sprawę?
- Proszę o natychmiastowe opuszczenie mojej posesji – Emily nagle została zaatakowana pytaniami – Zaraz wezwę policję, proszę odejść.
Blondynka oparła się bardziej o oparcie.
Gdybyś go nie zabiła, nie byłoby tego, stwierdził głosik, nie miałyby problemu, a teraz? Popatrz na siebie. MORDERCZYNI!
Wzdrygnęła się, sprawiając, że Allisa natychmiastowo wyłączyła telewizor, patrząc na nią skrzywiona.
- Zapomną o tym – powiedziała cicho.
ZDRAJCZYNI!
Brooke pokręciła głową.
Może powinna była się wydać? Może powinna była zginąć razem z nim? Może…
- Brooke! Chcesz sałatki?
Wewnętrzne myśli zostały po raz kolejny przerwane i blondynka nie zastanawiając się, wstała i zwróciła się w kierunku kuchni.
- Idziesz?
Allisa po raz ostatni popatrzyła na pilot w ręce, po czym również wstała.
Lennox odłożyła talerz, wstając już żeby go umyć, kiedy został on jednak przechwycony przez ciemnoskórą kobietę, która tylko posłała jej uśmiech.
- Goście nie sprzątają – oznajmiła śpiewnie.
Brooke uwielbiała jej głos, a kiedy Monica zaczynała śpiewać? Marzyła o tym, żeby taka matka kładła ją, co noc do snu.
Dziewczyna popatrzyła w dół.
Gdyby w ogóle miała matkę, oczywiście…
- Aw, to znaczy, że nie muszę sprzątać? – jakiś nowy głos zapytał, wchodząc do pomieszczenia razem z Epps'em, kiedy Monica wywróciła oczami.
- Nie, Will, ty akurat musisz – oznajmiła.
- Co? Dlaczego? Ja też jestem…
- Ty tu praktycznie mieszkasz – ucięła go.
- Hej, Brooke też – dodał Robert.
- Tak, ale mnie lubi – rzuciła Lennox, wyłącznie z refleksu, kiedy ktoś o niej mówił, po czym puściła oczko do kobiety obok – Prawda?
- Oczywiście – zaśmiała się, po czym zwróciła do reszty – Możecie usiąść w salonie, All i Brooke dosiądą się do was później.
Zdezorientowana, Allisa uniosła twarz znad miski z jedzeniem.
- Ale mówiła pani, że goście nie sprzątają – powiedziała niemal ze skomleniem.
Brooke zmarszczyła czoło.
- Ach, tak, ale – kobieta szturchnęła dziewczynę w ramie – tu nie chodzi o sprzątanie. Raczej o wasze ciuchy. Potrzebujecie nowych, a teraz skoro Brooke i ty praktycznie z nami mieszkacie…
- Woah, hej, ale ja nie zostaje tutaj na zawsze – odezwała się.
- Coś nie tak z moimi ciuchami?
Brooke spiorunowała ją wzrokiem.
Allisa popatrzyła na nią zaniepokojona.
- Są stare – odezwała się ze wzruszeniem ramionami.
Blondynka walnęła głową w stół.
Lubiła stare rzeczy.
- Ale…ale ja nie mam pieniędzy. All też nie ma – spojrzała na ciemnoskórą jeszcze raz z nadzieją, że się tamta złamie, ale ona tylko prychnęła.
- Dlatego bierzemy kartę kredytową Robbie'ego – pomachała nią w powietrzu kilka razy, po czym schowała do portfela – Nie martwcie się dziewczynki, damy sobie radę.
- EJ! DLACZEGO NIE UŻYJESZ SWOJEJ KARTY DLA ODMIANY? – zawołał z salonu jej mąż, na co wywróciła oczami.
- Cóż, kobiecie nie wypada płacić – odparła, jakby to odpowiadało na każde pytanie na świecie.
Brooke parsknęła rozbawiona.
Allisa patrzyła na nich jakoś dziwnie.
- Nie lubię takich bluzek – stwierdziła Brooke, krzywiąc się na ostatni sklep w którym miały zawitać – Ani spodni.
Monica popatrzyła na nią zirytowana.
- To jaki sklep proponujesz? – zapytała, na co Allisa zaśmiała się i wskazała na sklep z ubraniami wojskowymi – Co? Taki? – uniosła do góry brew.
Wzruszyła ramionami.
- Najwygodniejszy – mruknęła.
Kobieta wzniosła oczy do góry, po czym odsunęła się i popatrzyła na zegarek.
- Masz piętnaście minut – oświadczyła – Przynajmniej trzy komplety ubrań, albo sama wybiorę ci…
- Halo!? Pani Williams!?
Brooke zatrzymała się w pół kroku, oczy niewyobrażalnie szerokie i spojrzała spanikowana na Monicę, która zamrugała zdezorientowana. I dokładnie sekundę później, blondynka została otoczona reporterami z niemal każdej strony.
- Panienka wie….
- Co to miało…?
- Czy wie pani coś na temat…?
- Panno Williams, proszę odpowiedzieć!
- Czy zabiła Pani Jacka Williams'a, swojego ojca i sławnego prawnika?
Dziewczyna zbladła.
Pokręciła głową, starając się nadążyć za każdym słowem jakie zostało wypowiedziane, jednocześnie krzywiąc się na hałas.
- Panno William…
- Lennox! – przekrzyczała ich wszystkich – Nazywam się Brooke Lennox i Jack nigdy nie był. Moim. Ojcem! – warknęła, zamykając ich wszystkich.
I znowu.
- Ale czy to prawda? – jakaś czarnowłosa zbliżyła do niej mikrofon – Czy zabiła panienka Jack'a?
Dziewczyna zacisnęła zęby.
- Właśnie! Czy plotki są prawdziwe? Jest pani…
Brooke wytrzeszczyła oczy, kiedy któryś z paparazzi dotknął jej ramienia i sprawił, że nieco została odepchnięta.
Nie…nie, dotykajcie mnie!
Było za dużo ludzi, każdy się o nią ocierał, każdy dotyk ją palił, jakby za chwilę miała zostać zgnieciona. Momentalnie jakby znowu była pod Jack'iem, bezbronna, słaba…sama.
Te okropnie zielone oczy…
Wyrwała się z tłumu, trzęsąc się i obejmując, kiedy przerażona spojrzała na kamery skierowane w jej stronę. Flesze w jej oczy sprawiły, że musiała zamrugać.
Monica popatrzyła na nią wraz z Allisą i wtedy Brooke wydusiła z siebie szloch, szybko wybiegając z korytarza, kierując się do najbliższego wyjścia. Wszystko było za głośno, potrzebowała spokoju.
Dysząc wpadła jednak do łazienki, zamykając się w jednej z kabin i siadając, chowając jednocześnie głowę w dłonie, starając się uspokoić.
Morderczyni…, zdradliwy szept przeszył jej umysł, kiedy jęknęła.
Jeden wdech, drugi, trzeci, czwarty…
Przy dwudziestym zaczęła się uspokajać.
Przy trzydziestym tylko wydychała powietrze.
Czterdziesty wybił, kiedy ktoś wszedł do toalety.
Dziewczyna oparła się o ścianę, zamykając oczy.
Proszę…przestań…., wyszeptała w głowie.
Głos już się nie odezwał.
- She's the girl in the corner, she's the girl nobody loved – śpiewała cicho, skulona na chodniku w czasie ulewy - She won't make a sound. Alone in this fight with herself and the fears whispering if she stands she'll fall down.
Zamknęła oczy.
- Myślałam, że już nie zejdę na niższy poziom beznadziejności – mruknęła cicho do siebie, gardło nadal zachrypnięte po tym, co się stało.
Nie wiedziała, gdzie dokładnie są Monica i Allisa. Jedynie, że poszły jej szukać. Kto wie, może się poddały? Albo nadal szukają? Nie zdziwiłaby się gdyby dawno przestały. W końcu zaczynało robić się ciemno.
Nagle, przestało padać.
Brooke otworzyła zaskoczona oczy i spojrzała w górę, widząc…
Spód parasola.
Popatrzyła w bok.
- Nie płacę za twoje lekarstwa jak się przeziębisz – stwierdził czarnowłosy, dając jej znajomą kurtkę – Szczerze, powinnaś ją zatrzymać – wskazał na nią.
Brooke teraz dopiero orientując się, że zrobiło jej się lodowato, założyła ją i zerknęła na niego.
- Co? – warknął.
Tylko się na niego gapiła.
- Wiesz, prawda?
Barricade prychnął.
- Nie – syknął – I wiem, że mi nie powiesz, więc nawet nie pytam.
Parsknęła.
- Taa – zgodziła się – Pewnie nie.
Minęła chwila ciszy.
Nawet na chwilę nie przestawało padać. Brooke nawet zastanawiała się czy czasem nie zapowiadało się na prawdziwą burzę, ale tylko wzruszyła ramionami. Nie miało to dla niej żadnego znaczenia.
- Co się stało?
Na jej twarzy pojawił się słaby cień uśmiechu.
- A więc pytasz?
Prychnął, kręcąc głową.
- Jestem twoim strażnikiem, Brooke – uh huh, imię, czyli jest poważny, pomyślała, wdychając zapach pożyczonego nakrycia – Chcąc czy nie chcąc.
Odwróciła głowę.
Nienawidziła tego.
Że tak o tym mówił, jakby to było kolejne zadanie, kolejna misja, której nie chciał przyjąć. Bolało. W pewnym sensie, takie słowa, taka świadomość, tylko sprawiła, że jeszcze bardziej skuliła się w sobie.
- Nie mogę… - ucięła, słysząc, że prycha ostro.
- Nie możesz? Czy nie chcesz? – wstał zirytowany, woda natychmiastowo zaczęła po niej spływać – Jesteś albo nędznym tchórzem albo niczym więcej niż żałosnym insektem do wysługiwania się.
Zacisnęła zęby.
- Nie jestem….
- A może marionetką? Powiedz, znowu ulegasz komuś, bo jest większy od ciebie? Przestraszyłaś się….? Żałosne, Człowieku.
Zadrżała. Tym razem jednak nie z zimna.
- Nie…
- Więc? No dalej, czekam. Co jest tak okropnego, że….
Bolało. Piekło. To co trzymała w sobie, jakby słowa, które chciały wyjść paliły, ale jednocześnie nie mogła ich wypowiedzieć, bo za bardzo wżerały jej się w gardło. Jakby te dwa słowa, dwa cholerne słowa, były za dużo i wtedy…wtedy…
- Zabiłam go!
Krzyk. Zdławiony krzyk napływem nowych, wściekłych łez, sprawiający, że zamknęła oczy, drżąc, nie chcąc zobaczyć nienawiści w jego własnych.
Morderczyni…, szept przeszedł przez jej głowę.
Chciała to z siebie wydrzeć, wbijała paznokcie w klatkę piersiową, szloch nie dawał jej dojść do słowa, nieważne jak bardzo chciała błagać ich wszystkich o wybaczenie. Tylko szum deszczu i okazjonalny odgłos pioruna był słyszalny, kiedy siedziała skulona.
W końcu, po kilku minutach, które jakby trwały wieczność chociaż wiedziała, że były minutami, ktoś naprzeciwko niej ukucnął i minęła chwila, kiedy zdała sobie sprawę, że przecież przed nią stałą tylko jedna osoba.
Kolejny, bolesny szloch, który próbowała ukryć, zachować tą małą cząstkę godności, tego, że nie jest słaba, ale nie mogła. Te słowa za bardzo piekły. Chciała je wykrzyczeć, bo może to zgasiłoby te okropne wyrzuty sumienia.
- Brooke – złapał jej nadgarstki, nie zwracając na to, że próbowała je zabrać i niemal obedrzeć się ze skóry – Brooke, posłuchaj…
Kręciła głową.
Nazwał mnie imieniem…, pomyślała, chociaż ta myśl została zgubiona tak szybko, jak się pojawiła, kiedy zdała sobie sprawę, że teraz zasługiwała swój przydomek bardziej niż kiedykolwiek w jego oczach.
- Przestań! – warknął w końcu.
Okay, czyli łagodne metody nie działały.
Czarnowłosy w końcu przeklął do siebie, pociągając ją ostro do siebie i objął, upewniając się, że jej dłonie są z dala od jakiejkolwiek części jej ciała, którą mogła zranić. Zaczęła się szarpać, jakby chciała w jednej chwili nadać im jak najwięcej dystansu.
Jeśli było coś, czego Barricade dowiedział się na początku ich znajomości to, to, że blondynka absolutnie nienawidziła, kiedy dotykał ją ktoś nieznajomy. Dowodem na to były liczne bójki w szkole. Tym razem jednak, coś było inaczej. Teraz jakby nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że próbuje się od niego odsunąć. Albo jakby chęć bycia jak najdalej od każdego była tym razem silniejsza od niej.
- Sh… - jeszcze nigdy nie pomyślał, że do tego dojdzie, że będzie musiał uspokajać jakieś ludzkie dziecko…nastolatka, jeden pies – Shh….
Nadal się szarpała.
Westchnął.
Ciche słowa po cybertrońsku zaczął wyszeptywać dopiero po chwili, gładząc jej włosy i upewniając się, że wie, że tutaj jest, nieważne jak to brzmiało. Mimo wcześniejszej desperackiej szarpaniny, Brooke tym razem nie próbowała uciec. Jakby próbowała wsłuchać się jeszcze bardziej to, co mówił.
Naprawdę zastanawiał się czasem, czy nie rozumie ich narodowego języka.
- Candy… - wychrypiała nagle.
- Ugh, ile razy mam ci powtarzać? Nie nazywaj mnie tak – mruknął pod nosem, ale popatrzył na nią w dół, teraz dopiero orientując się, że jest mniej więcej o głowę od niej wyższy – Okay?
Potrząsnęła głową.
Barricade poprawił jej kurtkę, patrząc na to jak była założona jak oceniająca matka dziecko, które zrobiło coś nie tak.
- Ca…
- Cicho – syknął, po czym jego wyraz twarzy złagodniał, ale tylko odrobinę – Porozmawiamy później. Kiedy będziesz bardziej stabilna.
Brooke prychnęła słabo.
- Mówisz, że jestem niestabilna – wymamrotała.
Zmarszczył na nią czoło.
- Miałaś być cicho – przypomniał ostro.
Lennox tylko wywróciła mentalnie oczami.
Piłka nożna.
Grali…w piłkę nożną.
Jasper zamrugał zaskoczony, nadal nieprzyzwyczajony do pomysłu, że będzie z nimi żył przez kilka tygodni. Pod jednym dachem. Sami.
Minęły tylko dwa dni. Dwa. A zdążyli sobie urządzić już mecz koszykówki, piłki ręcznej i tenisa….no, tenis im nie wyszedł, i teraz piłki nożnej.
W każdym meczu, Jasper po prostu stał i patrzył, nie wiedząc, co i jak robić. Nie był typem, który wskakiwał i grał jakby był do tego urodzony. Och, nie. Nie bez powodu trzymał się na uboczu. Lata u – jak się okazało – Jack'a Williams'a zrobiły swoje. Nadal słyszał te jęki i krzyki i myśl, że Brooke mogła skończyć tak samo…
- Hej! Lennox!
- Ugh – wymamrotał pod nosem, unosząc wzrok, który najwyraźniej wcześniej spuścił – O co chodzi?
Jazz podrzucił piłkę w powietrzu, reszta grupy piła aktualnie wodę, jakby ignorując fakt, że holoformy tak naprawdę tak dużo jej nie potrzebowały.
- Chcesz zagrać? – małe, niewinne pytanie, a Jasper i tak wywrócił oczami, krzyżując ramiona – Hej, ja tylko pytam! – dodał, widząc jego wzrok.
Lennox wypuścił zirytowany powietrze z płuc, odwracając głowę.
Może… może odrobinę chciał być częścią grupy, a piłka nożna wydawała się zachęcająca, ale nie pasował do nich.
Nawet jego rozum mu to podpowiadał.
Serce nigdy nie liczyło się do jego decyzji. Za długo na nim polegał i się zawiódł, żeby jedno pragnienie zniszczyło mu znowu życie.
- Nie jesteś typem sportowca?
Jass podskoczył, patrząc z wyrzutem obok.
- Wal się – mruknął sucho, masując miejsce gdzie znajdywało się jego serce.
Jazz wyszczerzył się do przybysza, machając mu radośnie.
- Przyszedłeś z dobrymi news'ami? – zapytał, podchodząc bliżej – Czy się za nami stęskniłeś?
Prowl potrząsnął głową.
- Optimus zarządził przerwę – poinformował niezadowolony – Zamierza sam się zająć sprawą Jasper'a w czasie, kiedy my mamy, jak to powiedział, odpocząć.
Sabotażysta uśmiechnął się wesoło.
- Aw, czyli mamy czas dla siebie – rzucił mu piłkę i tylko dzięki wojennym refleksom, Prowl ją złapał, po czym do razu odrzucił.
- Nie zamierzam brać udziału w waszych gierkach – odparł sucho, od razu się odwracając – Gdyby ktoś chciałby mnie znaleźć, będę w mieszkaniu.
Jasper prychnął na minę swojego, nadal, strażnika.
- Tysiące gier – mruczał pod nosem zirytowany – Tysiące płyt z muzyką, tysiące książek, a ja nadal nic nie znalazłem.
Usiadł na kanapie, wywracając oczami na hałas na dworze.
To…było naprawdę dziwne życie. Prościej było kiedy żył na ulicy, wtedy przynajmniej nie musiał się przejmować czy będzie miał do czego wracać.
- Znudzony?
Westchnął, czując jak mu serce przyśpieszyło na nagły głos.
- Możesz być głośniejszy kiedy chodzisz? – zapytał ostro.
Prowl tylko wzruszył nieznacznie ramionami, siadając naprzeciwko niego i wyciągając własną książkę, już więcej się nie odzywając się więcej przez dłuższy czas. Jasper wywrócił znowu oczami, prychając do siebie i krzyżując ramiona.
- Więc kim ona jest? – zapytał w końcu Taktyk.
Lennox nawet na niego nie spojrzał.
- Kto?
- Osoba o której mówiła młoda Brooke – wyjaśnił spokojnie – Zanim zniknęła na czas walki z Decepticon'ami w Mission City.
Szatyn zamarzł w miejscu, czekoladowe oczy wpatrywały się w mężczyznę przez dosyć dużą ilość czasu zanim syknął:
- Nie twoja sprawa.
- To zwykłe pytanie – oznajmił – Jestem jedynie ciekawy.
- Ciekawość zabiła kota – odezwał się szorstko.
- Satysfakcja zwróciła mu życie.
Jasper wydał z siebie niezadowolony dźwięk, odwracając głowę.
Nope. Nada. Nigdy w życiu. Nie.
Nie zamierzał dzielić się tym aspektem swojego dawnego życia. Jeśli ten baran myślał, że sobie….
- To pomogłoby nam znaleźć rodziców Brooke – dodał jeszcze.
Jasper zmrużył groźnie oczy, wstając powoli.
- Po co? Nienawidzi ich – stwierdził zirytowany – Nie wtrącajcie się w sprawy, które was w ogóle nie dotyczą.
- Chcesz powiedzieć, że nie jesteś nawet trochę ciekawy, co i jak? Dlaczego to wszystko tak się potoczyło?
- Nie – warknął – Nie rozgrzebuje śmieci. Nie jestem ciekawy z natury.
Prowl uniósł na niego wzrok.
- A Brooke?
- Przestańcie ją we wszystko wplątywać! – syknął, powstrzymując się od kopnięcia w stół – Nienawidzi ich! Gardzi nimi. Myślisz, że dlaczego sama nigdy nie zaczęła ich szukać? Nie są tego warci.
- To jej rodzina – zmarszczył lekko czoło.
- To ty tak myślisz – syknął, otwierając usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, kiedy Jazz wszedł do pokoju, trzymając coś w dłoni.
- Uh, list do ciebie – podał go, marszcząc czoło, kiedy Jasper wzniósł oczy do góry, niemal wyszarpując go, kiedy Jazz spojrzał zdezorientowany na Prowl'a – A jego co ugryzło?
Prowl uniósł do góry brew, po czym popatrzył na chłopaka, który tylko wpatrywał się w pierwszy akapit listu jakby mu oznajmił, że umiera. Samo zaprzeczenie na jego twarzy było wystarczające, żeby oboje zaczęli się zastanawiać, o co dokładnie chodzi.
- Ten wasz plan chyba nie działa – stwierdził ostro – Jeśli byli w stanie wysłać do mnie…to coś – stwierdził obrzydzony.
Sabotażysta zamrugał.
- To….kto wysłał ten list? Jedyne, co było napisane to jakiś „Wright" czy coś, ale nie kojarzę nikogo takiego.
- Blythe – mruknął.
- Co?
- Blythe, nie Wright – wywrócił oczami – To coś – pomachał mu kartką przed nosem – Wysłała…wysłali Daniel i Piper Blythe. Najwyraźniej doszło do nich, że Jack został zabity – dodał z pogardą – Szybko, nie ma co.
Prowl odłożył książkę.
- A kim oni są?
- Cóż, teoretycznie pytanie powinno być „byli" – wymamrotał zirytowany – Uznano, że nie żyją kilka lat temu. Zniknęli bez śladu.
- Kim oni byli? – powtórzył pytanie Jazz, krzyżując ręce, kiedy Jasper rozerwał papier na drobne części i wrzucił do ognia.
- Nikim. I nikim pozostaną – warknął, wychodząc z pomieszczenia i kierując się w stronę wyjścia.
Pięknie.
Po prostu pięknie.
Jego życie po prostu kochało robić mu takie psikusy. Raz. Jeden. Cholerny. Raz, kiedy właściwie zaczynał czuć się lepiej, musieli się znowu pojawić. Było….było lepiej. Był tak blisko bycia sobą. No, bardziej niż lata temu i…i nagle to?
Jakiś chory żart. To musiał być jakiś chory żart, nie było innego wyjaśnienia. Ludzie sobie od tak nie zmartwychwstają.
Jasper spiorunował wzrokiem najbliższe auto.
Albo może i tak.
