Spotkać się? SPOTKAĆ?

Byli albo tak samo głupi jak wtedy albo niewyobrażalnie stuknięci, jeśli myśleli, że po tych wszystkich latach męczarni chciałby się z nimi spotkać. Po wszystkim, co się stało, po tym jak zabrali mu wolność, jak zabili Mary.

Jasper nie zamierzał sobie od tak opuścić swojego życia tylko dlatego…dlatego, że para GŁUPCÓW, postanowiła nadrobić to, co straciła. Powinni być martwi, powinni zostać takimi, jak ich ogłoszono.

Nie wracać.

Nie psuć…nie psuć tego…co miał w tamtej chwili.

Chłopak zatrzymał się w końcu, piorunując wzrokiem płot i pola za nim. W końcu, czując rozpierający żal, nie mógł się powstrzymać. Zawód był za duży, cierpnie zbyt mocne, dusiło go w środku.

Kopnął w ogrodzenie. Silne deski wytrzymały atak mimo siły uderzenie, ale Jasper chciał zobaczyć jak coś się niszczy, jak coś się wali. Coś, poza jego życiem, poza tym, co znał. Coś innego.

Klatka piersiowa jakby próbowała się zmniejszyć, oddychanie stawało się trudniejsze kiedy zacisnął dłonie na drewnie przed nim, zaciskając oczy oraz palce tak, aż mu knykcie pobielały.

Nie panikuj, pomyślał, tylko nie panikuj.

Grymas pozostał, kiedy zadrżał po raz pierwszy.

Oddychaj, polecił sobie, po prostu oddychaj, nie ma ich tutaj.

Właśnie, nie było ich, to był cały problem. Gdyby jeszcze chciał się z nimi spotkać, wybaczyć, zobaczyć i spytać: dlaczego? Ale nie. Zamiast tego, nienawiść nawiedziła jego cały umysł i serce.

To oni byli powodem tego wszystkiego.

To przez nich trafił do laboratorium; To przez nich patrzył jak inni w męczarniach umierali; To przez nich wychowywał się w przełożeniu, że nigdy nie zobaczy światła dziennego; Że żył w przekonaniu, że każdy dotyk wywoływał kolejną falę bólu; To przez nich Mary zginęła.

To wszystko było ich winą.

Nienawidził ich, gardził nimi, sama myśl o nich wywoływała u niego odruchy wymiotne.

Wdech.

Wydech.

I tak dalej i tak dalej, dopóki zawroty głowy nie zniknęły, a on sam nie czuł się jakby zaraz miał się zwinąć w kulkę i nigdy nie wychodzić do ludzi.


Wgapiała się w kopertę przez dobre kilka minut.

Barricade nawet nie komentował jej zachowania, kiedy usiadła blada na kanapie zamiast wyjaśniać to, o czym wcześniej praktycznie krzyczała.

Bo…Bo tego…Ona…nie…

Ale litery jakby patrzyły się na nią, szydząc z niej, kiedy próbowała zastanowić się czy czasem jej mózg nie płatał jej figli i może nie poprzestawiał liter.

Jednak nie. Były wyraźnie napisane, eleganckim pismem.

Nie chciało być inaczej.

'James Lennox'

Lennox.

Jak ona.

Jak William.

Lennox.

W czasie kiedy jej mózg próbował przetworzyć to, co się działo, jej dłonie jakby same postanowiły rozerwać kopertę ze szykowanego papieru.

Przełknęła ślinę, oczy przejechały po pierwszej linijce i…

…przystanęła.

Bo w tamtej chwili…w tamtej chwili, to nie było możliwe.

NIE. BYŁO.

Czy…czy ludzie…?

I…I Jasper, ale…

- Brooke?

Potrząsnęła zdenerwowana głową, zaciskając zęby i wyciągając telefon, od razu wykręcając znajomy numer, przystawiając słuchawkę do ucha, przy okazji wstając i wychodząc z pomieszczenia w którym się znajdowała na bardziej prywatny teren.

Jeden sygnał, drugi.

- Dalej, odbierz – syknęła.

Absurd.

Żałosne.

Takie słowa mogła Brooke użyć gdyby chciała określić to, co chcieli zrobić.

- Co? – warknął ktoś w słuchawkę.

- Weź się ogarnij, Jasper – odwarknęła sucho – I powiedz, że też dostałeś list.

Nastąpiła pauza, jedynie dyszenie po drugiej stronie było słyszalne kiedy chłopak przetrawił sobie to, co czym mówiła.

- Skąd o tym wiesz?

- Też dostałam.

Kolejna cisza.

- Chcą się spotkać – stwierdził,

- Wiem.

Blondynka czekała cierpliwie, serce jej się boleśnie ściskało, bo coś po prostu nie było w porządku, coś było źle. COŚ było nie tak.

Przez siedemnaście cholernych lat nigdy nie chcieli się skontaktować. Przez ten czas Brooke przeszłą przez piekło, wyszła z niego i wpełzła w kolejne. Nie pisała się na nagłe…zloty rodzinne.

- Nie idę.

Prychnęła.

- Myślisz, że ja idę?

- Nie chcesz? – zadrwił – To nie było twoje marzenie? Dowiedzieć się dlaczego cię zostawili? Nie chciałaś mieć rodziny?

- A ty nie jesteś ciekawy?

- Nie – parsknął – Znałem ich. Odwrócili się ode mnie. Uciekli. Nie chcę patrzeć na te ich obrzydliwe twarze po raz kolejny i widzieć nic więcej tylko ich zawiedzenie mną – wypluł jak klątwę, przez cały czas mając jad w swoim głosie.

Brooke na chwilę spauzowała, wyczuwając w jego głosie coś, co kryło się pod całą tą złością.

- Nie musisz iść sam – stwierdziła – Wiem, że się boisz.

- Nie boję się – żachnął się.

- Znam cię – zaśmiała się sucho – Znam siebie.

- Nie jestem tobą, Księżniczko.

- Ani ja tobą, Jass.

Blondynka spojrzała na papier w dłoni z adresem napisanym wielkimi literami. Dane potrzebne do skontaktowania się. Ich wyznanie, które jednocześnie znaczyło dla niej nic więcej niż jak puste słowa wypowiedziane tyle razy w jej życiu. Kłamstwa.

- Nienawidzę ich – powiedział w końcu.

- Masz szanse powiedzieć im to w twarz – odezwała się ze swoim poczuciem humoru – Wierz mi, ja zamierzam dokładnie to powiedzieć.

- Więc idziesz – to nawet nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

- Wolę to niż rozmowę z Candy'm.

Jasper milczał przez długi czas.

- Dobra – dziewczyna uśmiechnęła się tryumfująco.

- Świetnie – przeciągnęła to słowo, gniotąc list i chowając go do kieszeni spodni – Spotkamy się za góra dwadzieścia minut. Przyjadę.

Połączenie zostało zakończone.

Brooke popatrzyła na drzwi.

Teraz tylko został Barricade.


- Ty też nic nie wiesz?

- A żeby.

Jazz wymienił się spojrzeniami z Barricade'em, opierając się razem z nim o czarno białego mustanga i białe porsche, nie odrywając wzroku od dwójki kilka metrów od nich, dyskutujących coś bardzo zaciekle.

W pewnej chwili Cade westchnął.

- Wiem dlaczego tak dziwnie się zachowywała – powiedział w końcu cicho, tak żeby ich nie usłyszeli.

Jazz zamrugał za swoimi kawałkiem szkła, odwracając się na sekundę w jego stronę, po czym znowu na parę, kiedy zauważył, że tamten na niego nie patrzy.

- Więc?

- Więc miałem z nią teraz porozmawiać – stwierdził sucho – Ale nagle wyskoczyła z tym wyjazdem. Więc – okropnie czerwone oczy jakby zabłysły – Nie wiesz,co tu się do cholery dzieje?

Sabotażysta wzruszył ramionami.

- Jedynie, że dostał jakiś list – odparł – Nic więcej.

- List?

Jazz po raz kolejny na niego spojrzał, kiedy jego głos wydawał się bardziej zainteresowany niż wcześniej, ale zanim coś powiedział, doszedł do ich uszu niski odgłos. Dopiero po kilku sekundach zorientowali się, że dochodził od Jasper'a.

- Nie zachowuj się jak dziecko – syknęła.

- Ty teoretycznie nim jesteś – odparował.

Brooke zmrużyła oczy.

- Chcesz wiedzieć dlaczego zniknęli czy nie?

- Nie chcę – warknął, po czy odwrócił głowę, palce nerwowo zaciskały się na ramionach, a oddech nieco przyśpieszył – Ty chcesz. Nie puszczę cię samej.

Uniosła do góry brew.

Jasne. A ona była Królową Anglii. Czy on na serio myślał, że nie wiedziała o tym ciągłym strachu? Tym, który pozostaje w piersi przez lata od kiedy zostaje się porzuconym? Że kiedy tylko zbliży się do jednej osoby, obawia się kolejnego odrzucenia? Jeśli Jasper myślał, że nie wiedziała co czuł, to był jeszcze większym idiotą niż wtedy.

Zawsze tak było.

To ją stawiał na pierwszym miejscu.

Nie chciał czegoś zrobić, ale robił to dla niej. Tak to u nich działało.

Właśnie dlatego Jasper nazywał się Lennox, a nie Blythe. I dlatego Brooke zamierzała pojechać do swoich rodziców jak i do jego, zważając na to, że mieszkali najwyraźniej pod tym samym adresem. Jasper stawiał ją na pierwszym miejscu, robił coś czego nie chciał. Nadszedł czas żeby sama zrobiła to samo.

- To ustalone – odezwała się oschle, idąc w stronę swojego strażnika – Dalej, trzeba im powiedzieć.

Chłopak zamrugał zdenerwowany.

- Co? Chyba sobie jaja robisz!

- Nie TO – wywróciła oczami – Chodzi o adres.

- Och. – wymsknęło mu się, a jego wyraz twarzy lekko się uspokoił.

Dziewczyna westchnęła.

Może jednak powinien był się bardziej na to przygotować. Chociaż była świadoma tego jak to wszystko może się potoczyć.

- Jaki kierunek? – pierwszy odezwał się Jazz, odpychając się od swojego pojazdu i dematerializując swój holoform, od razu otwierając drzwi i podjeżdżając do swojego podopiecznego.

Barricade zrobił to samo.

Obaj wsiedli, radio zostało włączone, znak, że była pomiędzy nimi łączność.

- Brooke?

Dziewczyna znała ten ton głosu. To był ten moment, kiedy Jasper zwijał się w środku z bólu i próbował to ukryć, siedząc cicho, bo wiedział, że jakby odezwał się za dużo, głos by mu się załamał.

Westchnęła cicho, wygodnie opierając się o siedzenie.

- Colorado, Arizona – powiedziała – Jak już tam będziemy to znajdę drogę.

- To osiem godzin stąd, co takiego może być tak ważnego?

Brooke wzruszyła ramionami.

- Hej, Candy – radio za każdym razem migało, kiedy się odzywał – Masz ochotę na wyzwanie?

Silnik Porsche głośno zaryczał.

- Zależy jakie.

Blondynka niemal wytrzeszczyła sama oczy na kolejne zdanie.

- Co powiesz na skrócenie tego czasu na cztery godziny?

Protesty Jasper'a zostały ucięte w chwili, kiedy mustang wydał z siebie dźwięk z aprobatą, razem z własnym rykiem silnika i piosenką AC/DC, Highway to Hell.

Och, jasna cholera, pomyślała kiedy razem z piskiem opon wystrzelili do przodu.


Allisa spokojnie siedziała sobie na leżaku u pani Epps, otoczona Autobotami z niemal każdej strony i nuciła sobie pod nosem jakąś melodyjkę.

~Gdzie dziewczyna?~

Białowłosa wywróciła oczami.

~ Straciłam z nią kontakt ~

Skrzywiła się niemiłosiernie na ukłucie w okolicach iskry i powoli usiadła, masując klatkę piersiową.

To nie był Primus.

To nie był jego głos.

Unicron.

~Gdzie. Dziewczyna?~

Jęknęła na okropne skręcenie w środku, próbując nabrać powietrza w usta, ale nagle jakby zapomniała jak. Dlaczego oddychanie było tak trudne?

~Nie wiem…~

Powinna byłą powiedzieć Ojcu. Powinna.

Ale nie mogła. Primus, to tak bardzo bolało.

Niech przestanie, błagam, pomyślała.

~GDZIE ONA JEST!?~

Pisnęła z bólu, tym razem wstając, ale upadając, czując nogi jak z waty i nagle umysł jej się zamglił, oczy zaświeciły bielą. Iskra zaczęła mocniej uderzać i dziewczyna czuła jakby w każdej chwili miała zemdleć z nadmiaru emocji.

- All-Allisa!?

Wszechiskra otworzyła szeroko oczy, zaskoczona, po czym przypomniała sobie, że przecież była u Państwa Epps, a niektóre Autoboty zostały zaproszone.

Co jeśli…

~A weź się odwal…~

Potrząsnęła głową.

Dlaczego nie powiedziała Ojcu? Dlaczego nie mogła sobie z nim poradzić? Dlaczego za każdym razem nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa?

Unicron. Nienawidziła go.

- Allisa? Jest okay?

Białowłosa popatrzyła na niego zdezorientowana, oczy powróciły do elektrycznego niebieskiego i wtedy, dopiero wtedy, zamknęła oczy. Ból zniknął.

A ona zemdlała.


- To tutaj?

- Tak mówi adres.

Jasper popatrzył na nią sceptycznie.

- Żyli sobie przez cały ten czas w willi, kiedy my… - uciął, zaciskając pięści – Kiedy musieliśmy…

Brooke przełknęła ślinę, dłoń jej zadrżała, kiedy nacisnęła klamkę. Byłą otwarta. Spojrzała na strażników, auta zaparkowane przed domem.

- Zostańcie tutaj – mruknęła cicho, niepewnie – Dajcie nam z godzinę, dwie.

- Ja tam nawet minuty nie wytrzymam – wypuścił powietrze z płuc, oczy niewyobrażalnie wielkie, bo nagle wszystkie wspomnienia przeskakiwały mu przed oczami jak baranki na polu.

Mustang i Porsche zamrugały światłami, silniki zostały wyłączone.

Dziewczyna zwróciła się do chłopaka, kładąc mu dłoń na ramieniu przez sekundę, po czym ruszyła w stronę drzwi.

Jasper zamknął oczy, biorąc głęboki, drżący wdech, po czym sam ruszył. Tylko, że mnie pewnie i okropnie zestresowany. Czuł jak każdy mięsień mu się napina, jakby miał zaraz zwymiotować. Sama myśl, że będzie musiał tam zostać sam…

Nie sam, przypomniał sobie, miał Brooke.

Ale może będą chcieli porozmawiać w cztery oczy? Co jeśli coś mu zrobią?

Potrząsnął głową.

Nie był dzieckiem.

Weź się w garść, syknął do siebie w myślach.

Jednak jak tylko przekroczył próg, od razu wiedział, że nie da rady. To było za dużo. Miał tylko nadzieje, że nie dostanie kolejnego ataku paniki. Tego by nie przeżył.

Kolejny wdech.

I wydech.

Wtedy wziął kolejny krok w przód.

Jeśli Brooke może to zrobić, to on też.


Nie mogę tego zrobić, nie mogę tego zrobić, nie mogę tego zrobić, takie myśli krążyły jej po głowie, kiedy stanęła w wielkim salonie, okropnie przytulnym salonie i czekała na Jasper'a jednocześnie zastanawiając się, kiedy to straciła głowę. I mózg. I swoją odwagę.

Morderczyni, zdradziecki szept przeszył jej głowę.

Nie teraz!, warknęła.

Nagle kroki. Jeden, drugi, trzeci, czwarty. Postać wyłoniła się z drugiego pokoju w momencie, kiedy Jass stanął obok niej, maska na miejscu, ostry wzrok przeszywał ją wzrokiem zaraz jak zatrzymała się na środku.

Te okropnie niebieskie oczy. Uśmiech.

Dlaczego to tak bolało? Powinna się cieszyć.

Kobieta spojrzała na chłopaka.

- Twoi rodzice czekają do góry – powiadomiła, ale jej głos nie był niemiły, taki jak u Emily, tylko jak u Sarah – Drugie drzwi na lewo.

Lennox rzucił przelotne spojrzenie w jej stronę, na tyle długie żeby dać jej znać, że jakoś da radę, ale nic nie obiecuje. Brooke kiwnęła głową, nie oczekiwała nic więcej.

Kiedy zniknął do góry, blondynka spojrzała na nią.

- Idziemy?

Brooke bez słowa za nią podążyła, czując, że serce bije jej coraz to szybciej z każdym krokiem jaki robiła w stronę salonu, aż w końcu została postawiona przed kanapą.

- Usiądź proszę – kiwnęła na fotel, sama siadając na sofie.

- Dziękuję, postoje.

Kobiet przez chwilę wpatrywała się w nią, zaciskając usta jakby była zawiedziona taką odpowiedzią, po czym zaśmiała się. Ten dźwięk też był miły, dobry. Nie zapowiadał żadnego niebezpieczeństwa.

Zachowywała się jakby nigdy nic, pomyślała nieco obruszona tym, chociaż nic nie pokazała na zewnątrz.

- Oh, jesteś taka do niego podobna – pokręciła rozbawiona głową.

Brooke uniosła do góry brew, wyraźnie nie widząc w tym żadnego humoru. Kobieta w końcu spoważniała.

- Gdzie on jest?

Blondynka spojrzała na zegarek.

- Powinien zaraz być, nie wiedział, że przyjedziesz – odezwała się i widząc jej wzrok, wzięła głęboki wdech – Oboje sądziliśmy, że nie będziesz chciała…

- I nie chcę – mruknęła zirytowana – Nienawidzę was.

Tamta zamarzła, jakby ją ktoś uderzył w czułe miejsce i oblizała wargi.

- Brooke, my… - nie przerwała jej, nie mogła, nie potrafiła – Nie wiedzieliśmy…Nie chcieliśmy…

- To was usprawiedliwia? – prychnęła, krzyżując ręce.

- Nie – pokręciła głową – Masz rację. I tak powinnam się cieszyć, że nie podarłaś listu w minucie, kiedy go dostałaś.

- Podarłam pięć minut po tym jak go przeczytałam.

Był tam błysk w jej oczach, rozbawienie i smutek.

- Taka jak ojciec – wymamrotała pod nosem, biorąc głęboki wdech i bawiąc się palcami na kolanach.

Brooke nieugięta patrzyła na nią z grymasem obrzydzenia.

- Lily Lennox – wypluła niemal – Kobieta która miała mnie w dupie przez siedemnaście lat – prychnęła, kiedy Lily uniosła wzrok żeby na nią popatrzeć, przyjrzeć się jak wygląda – Nagle obaj wracacie. Nie wiem czy się śmiać czy płakać.

Blondynka spojrzała na nią poważnie.

- Słyszeliśmy, że Jack zginął – powiedziała powoli, uważnie ją obserwując.

Nastolatka wyprostowała się bardziej, mrużąc oczy na nagłą zmianę tematu.

- Co w związku?

Pani Lennox nawet nie drgnęła.

- Nie wydajesz się przejęta.

- Nienawidziłam go – wypowiedziała jak klątwę – Tak jak was.

Lily patrzyła na nią zaskoczona.

- Dlaczego?

Jedno słowo.

Jedno, cholerne, głupie słowo, a Brooke miała ochotę uderzyć ją tak mocno, że krwawiłaby tak jak ona, kiedy Jack zabierał ją do piwnicy. Chciała, żeby poczuła się tak samo. Żeby cierpiała tak samo.

Tylko samokontrola wyrobiona przez lata pod władzą Emily powstrzymała ją przed drastycznymi metodami.

Nie jesteś jak ona, przypomniała sobie, nie jesteś nimi.

- Dlaczego? – wycedziła, podchodząc do niej – Dlaczego?! Gdzie ty, do cholery jasnej, byłaś, huh? Żyjesz w pieprzonym luksusie! Wiesz z kim ja żyłam? Wiesz, co przeżyłam?! Wiesz, ile razy chciałam po prostu dźgnąć się i skończyć z tym wszystkim?! HUH? WIESZ? Czy byłaś zajęta wgapianiem się w te swoje sukieneczki? – jej wzrok powędrował od góry do dołu z pogardą, ręce trzęsły jej się jak ćpunce, ale nie mogła przestać.

- Córeczko…

- Jak śmiesz?! – warknęła na tamten żałosny dźwięk – Jak śmiesz mnie tak nazywać?

Żeby powiedzieć, że Lily była przerażona, to by było łagodne określenie. Kobieta wyglądała jakby zaraz miała albo się rozpłakać albo w końcu wrzasnąć. Nie wiedziała tylko czy instynkt macierzyński był silniejszy od potrzeby ukojenia i uspokojenia jej.


- Jasper…

Chłopak popatrzył na nich obojętnie, nawet mu brew nie drgnęła, tylko się w nich wgapiał. Nie pozwolił sobie nawet na zatrzęsienie dłoni czy innej części ciała. Nawet mimo tego, że w środku przeżywał emocjonalne tornado.

Stali tam.

Tacy sami, jak wtedy.

Tak samo nawet wyglądali.

- Dlaczego?

Takie słowo wymsknęło mu się z ust i nie mógł go nawet powstrzymać, żeby dokładnie określić, o co pytał.

Oh, ale nie. Nawet gdyby chciał, nie mógłby się wysłowić. Gula w gardle pozwoliła mu na jedynie kilka słów na raz. Całe zdanie? Raczej nie. Chyba, że w środku niego załamałby mu się głos.

- Musieliśmy, Jassy – powiedział Daniel, jego oczy tak okropnie podobne do jego – Jack…on…

- Weź się nie rozrycz – syknęła Piper zirytowana, od razu sprawiając, że Jasper zmrużył oczy – Jack chciał nas zabić. Musieliśmy zniknąć. Na jakiś czas.

- Musimy popracować nad twoją definicją „jakiś czas" – stwierdził sucho chłopak – Bo minęło z kilka lat.

- Nigdy nie byłam dobra z matmy, Jassy – ostatnie słowo było wypowiedziane z nutką pogardy i tamten tylko pokiwał głową.

- Nie liczyłbym, że jesteś. W końcu do matematyki potrzebny ci mózg – zwrócił się do Daniel'a, dokładnie w momencie, kiedy podeszłą i uderzyła go z liścia w twarz, czekoladowe orbity jakby się zwęziły na jego widok – Widać, że nic się nie zmieniło.

Zmrużyła tylko oczy.

- To wszystko, co masz nam do powiedzenia?

- Zależy – odparł – Czy to, że Jack was nie lubił to wszystko, co WY macie MI do powiedzenia? Bo jak tak, to się stąd zwijam. Szkoda mojego czasu.

Spojrzeli na siebie. Daniel zaniepokojony nieco, a Piper wypuściła z frustracji powietrze z płuc.

- Tak, wszystko.

- Nie.

Szatyn uniósł do góry brew, spoglądając na szatynkę.

- Słucham.

- Nowość – stwierdziła od razu, uzyskując tylko ponaglające spojrzenie – Lata temu, pokłóciliśmy się z Jack'iem. Poszło o jego organizację…

- Którą przypominam Ci, że wspierałaś – dorzucił ostro – Byłem jej członkiem.

- Bardziej eksperymentem, który i tak poszedł w gruzy – wzruszyła ramionami – Ale Lily Honorowa Lennox, nie zamierzała oddać swojego dziecka. Domyśleliśmy się tego. Jack wpadł w furię, zaczął na nas polować. Jakim cudem ich kochana Brooke nadal oddycha jest nadal dla mnie tajemnicą, skoro ją adoptowali.

- Nie ciesz się tak – skomentował kątem oka zerkając na swojego ojca – Niemal sama się zabiła.

- Huh. Ciekawe – mruknęła do siebie – W każdym razie, oddała ją, Jack ją adoptował, a te jego abominacje zaczęły nas ścigać, aż w końcu – tu popatrzyła na niego znacząco – Przestały.

- Zginął.

- Naprawdę przypadek – Daniel spojrzał na niego znacząco.

- Ja nie maczałem w tym palców – oznajmił sucho – Dowiedziałem się z telewizji.

- Tego też się domyśleliśmy – powiedziała, siadając na stole – Bardziej podejrzewaliśmy Brooke. Ta nigdy nie była stabilna emocjonalnie

- Ty to w ogóle nie jesteś stabilna.

Piper wysyczała coś pod nosem.

- Och, przymknij się.

Jasper wywrócił oczami, spoglądać na ojca.

- Wszystko?

Tamten pokiwał głową.

- Tak.

- Świetnie – powiedział z sarkazmem, już odwracając się do drzwi, kiedy nieco podniesiony głos go zatrzymał – To dlaczego teraz?


- Nie. Jestem. Twoim. Dzieckiem! – wysyczała ostro w momencie, kiedy do pokoju wparował ktoś inny, ktoś okropnie podobny do Williama z wyglądu jeśli miałaby się przyznać.

Spojrzał zaskoczony na nią, ciepłe iskierki pojawiły mu się w oczach, aż w końcu zerknął na swoją żonę, wzdychając.

- Mówiłem, żebyś poczekała za mną, Lils.

Pokręcił głową, wchodząc bardziej do pokoju, jego niewinny wyraz twarzy złagodniał jakby jeszcze raz, kiedy popatrzył na nią karcąco.

- Noga ze stołu, Brooke.

Blondynka prychnęła.

- Kolejny się znalazł, co nic nie rozumie – wymamrotała, noga która była na meblu, chociaż tego nie wiedziała, spoczęła na ziemi – Zadowolony?

- Bardzo – odezwał się i spojrzał po raz kolejny na Lily – Zabiorę ją na dwór.

- Ale Jamie…

- Nie – wziął głęboki wdech – Najwyraźniej ciebie nawet nie myśli, żeby posłuchać.

Kobieta popatrzyła na nią jeszcze raz, błagalnie.

Grymas pojawił się na twarzy dziewczyny, kiedy ta ją odwróciła. Wyraźna oznaka odrzucenia.

- Przepraszam – wyszeptała, odwracając się w stronę zapewne swojego pokoju, kiedy niebieskooka w końcu na nią popatrzyła, niebieskie oczy lekko jakby się zaświeciły.

- Przepraszam nic dla mnie nie znaczy – stwierdziła sucho, kiedy tamta zniknęła.

Pan Lennox odłożył zakupy na stół, znowu się odwracając.

- Idziesz?

- Po co? – ale poszła za nim, trzęsąc się nieco kiedy się ruszyła, ale zatrzymała się w holu, krzyżując ręce na biuście – Nie idę dalej.

James zacisnął zęby, także się zatrzymując.

- Nie zamierzasz mnie słuchać, co nie?

- Zależy, co masz do powiedzenia.

- Właściwie to nic – stwierdził, uśmiechając się smutno – I jestem pewien, że „musieliśmy" nie przekona cię o niczego.

- Więc?

Kolejne westchnięcie.

Brooke zaczynała się wkurzać na to ciągłe wzdychanie.

- Pokłóciliśmy się z Jack'iem, Lily oddała cię do Domu Dziecka, zostałaś adoptowana, Jack zaczął nas ścigać – wyjaśnił – To jest krótka historia.

Lennox która już ruszyła do wyjścia, zatrzymała się.

- Lily?

James uniósł zdziwiony głowę.

- Taaak – powiedział powoli – Lily. Nie brałem w tym udziału. Pojechała gdzieś po kłótni, nie wróciła już z tobą. Nie miałem nic do powiedzenia – mruknął niezadowolony, biorąc głęboki wdech po raz kolejny – Po prostu cię oddała.

- A ty nic nie zrobiłeś? – spytała z niedowierzaniem.

- Nie powiedziała nawet gdzie dokładnie cię oddała, Brooke – odpowiedział – Nie mogłem…

- Mogłeś! – przerwała, w dosłownie tym samym momencie słysząc jak ktoś schodzi po schodach.

James otworzył usta, po czym je zamknął, spoglądając na nią bezradnie.

- Mogłeś o mnie walczyć! – warknęła, ale słabiej – Obaj mogliście! Ale nie, po co? Lepiej zostawić mnie na pastwę tego psychola, żyć sobie w cholernej willi, kiedy ja…JA musiałam żyć w tym piekle z tym d-dupkiem – teraz, teraz jej się zatrząsnął głos, kiedy jej się nogi z waty zrobiły, kiedy miała ochotę tylko stąd zwiać, bo cholera, tylko to potrafiła – I zgadnij, co? Zabiłam go!

Mężczyzna wytrzeszczył oczy, cofając się o krok jak porażony prądem, a osoba na schodach zamarzła w miejscu.

- Nie, ale…

- Zabiłam! – wysyczała, z oczy poleciały jej łzy z gniewu jaki ją rozsadzał razem z żalem do obu rodziców – P-Po tym j-jak mnie p-p-p-róbował zgwa-zgwałcić! – popchnęła go w klatę piersiową – Tak. Zrobiłam to. I z-zobacz kim jestem. Jesteście dumni? H-huh? Jesteście dumni z tego, kim się przez nich s-s-tałam? Jesteście dumni ze swojej kochanej córeczki?!

James zbladł, dosłownie każdy kolor odpłynął mu z twarzy, oczy miał szeroko otwarte z tym swoim cholernym tak podobnym do niej kolorem. Tak bardzo przypominającym jej o tym, kto był jej rodzicem. Tym prawdziwym. Biologicznym.

- NIENAWIDZĘ CIĘ! – warknęła, niemal dławiąc się potokiem łez – WAS OBU. NIENAWIDZĘ WAS, SŁYSZYCIE?!

I zerwała się z miejsca, wybiegając i pchając w te duże drzwi, zostawiając go za sobą.

Bolało.

Paliło.

Gardło musiała mieć zdarte od tego krzyczenia, a nogi niemal uginały się pod nią.

Boże, jak bardzo to bolało.

Ta pustka w sercu, to uczucie, że dławisz się każdym łykiem powietrza.

Przebiegła przez ten okropnie kolorowy ogródek, depcząc kilka róż, nawet nie spoglądając w tył, czy Jasper idzie za nią.

Drzwi od mustanga otworzyły się, kiedy do niego dopadła, na ślepo wsiadając i chowając głowę w dłoniach, drżąc na całym ciele, czując jakby każda jej część ciała chciała się od niej oderwać.

Tak bardzo bolało…

Radio włączyło się, muzyka przepełniła samochód, kiedy wystartował. Nic nie widziała. Ani wzroku swojego przyjaciela, kiedy tamten doszedł do Porsche, ani, że zaczęło padać, ani nawet, że leciała jej ulubiona piosenka.

Wiedziała, że tak się stanie.

Że jak wstanie, jak się w końcu przeciwstawi, że coś pójdzie nie tak. Że coś uderzy w nią tak bardzo, że nawet deszcz nie będzie w stanie tego zmyć

I płakała. I płakała.

I czuła jakby nigdy nie miała przestać.