Nienawidzę ich, nienawidzę ich, pomyślała, dławiąc się łzami, ale starając się nawdychać jakiegoś powietrza, teraz, kiedy Barricade otworzył lekko okno, NIENAWIDZĘ.
Nigdy w życiu by nie pomyślała, że można tak kimś gardzić. Nawet Jack miał z nimi lekko w porównaniu z tym, co odczuwała teraz.
Jack…
Właśnie.
Gardło jej się ścisnęło, zrobiło jej się jakoś słabo i nagle jego ciało w kałuży krwi po raz kolejny wyświetliło jej się w głowie. Tym razem jednak, warknęła coś do siebie i uderzyła w deskę rozdzielczą.
Usłyszała chyba jakieś przekleństwo, ale nic więcej.
Zasłużył sobie na to, syknęła w głowie, on zrobiłby to samo gdyby był na moim miejscu. I taka była prawda. Jack nie zawahałby się jej zabić w sekundzie kiedy sięgnąłby do broni, a tymczasem chciał…chciał…
Kolejne potrząśnięcie głową, kiedy przypomniała sobie o tym, gdzie i jak ją dotykał. Sama myśl o tym sprawiła, że znowu zrobiło jej się niedobrze.
Ale po jakiś czasie, który wydawał się wiecznością, radio zostało włączone w trybie komunikacyjnym i głos się odezwał:
- Nic ci nie jest?
Brooke spojrzała na radio przelotnie.
- A ty?
Jasper zamilkł na chwilę, nadal walcząc z mdłościami po drugiej stronie, ale przełknął ślinę i prychnął, starając się jakoś rozjaśnić nastrój.
- Oczywiście – odezwał się – Pytałem się o ciebie.
Ale dziewczyna odwróciła głowę, oddychając znowu powoli.
- Nic mi nie jest.
Jak zawsze z resztą, mruknęła w myślach, rozciągając się lekko i ocierając wściekle zaschnięte łzy, dokładnie w momencie, kiedy jej telefon zadzwonił.
Szybko nacisnęła zieloną słuchawkę i zamrugała zmęczona.
- Tak słucham?
- Brooke?
- …All? – zapytała niepewnie, siadając prościej na fotelu i spoglądając jeszcze raz na wyświetlacz, ale nadal wyświetlał się na nim Epps - …Jak umiesz obsługiwać telefon?
Mogła niemal zobaczyć tak tamta wywraca oczami.
- Ha. Ha – skwitowała sucho – Słuchaj, powiedz swoim kolegom, że nic mi nie jest i czasami zdarza mi się zemdleć, okay? Nie chce ich mieć na karku.
Brooke zamrugała zaskoczona, już mając się zgodzić, wiedząc, że gdyby dowiedzieli się o Wszechiskrze to byłoby źle, kiedy dotarło do niej to, co powiedziała.
- Czekaj, zemdleć? Co się stało?
- Brooke! – ponagliła.
Lennox westchnęła.
- Daj mi jednego z nich do telefonu – poleciła i słyszała szmer, aż w końcu ktoś inny doszedł do słuchawki – No?
- Wiem, że kłamie – stwierdził jakiś głos i dopiero po chwili zorientowała się, że był to William – Nie przekonasz mnie inaczej.
Brooke zmusiła się do przełknięcia guli w gardle, kiedy znowu chwycił ją smutek i zacisnęła zęby.
- Słuchaj, Allisa dużo przeżyła – nagle kłamanie wydawało się tylko w połowie kłamstwem – Nie potrzebuje jeszcze was. Przestańcie kopać za duży dół, kiedy nie macie wystarczająco ziemi.
- W połowie chwyciła się za głowę i upadła. – powiedział ostro – Chcesz mi wmówić, że…
I mówił, i mówił i dziewczyna czuła dosłownie jak wszystko ją w środku boli, bo mogła wyczuć, że się przejął, a ona..
- …więc co jej jest…?
- N-Nie wiem! Okay? – wzięła głęboki wdech – Jezu, po prostu p-przestań.
Uh huh, znowu będę ryczeć?, pomyślała zirytowana, ale nie mogła powstrzymać świeżych łez, które znowu spływały jej po policzkach.
Natychmiastowo mężczyzna zamilkł.
- Brooke?
Nie mogła się skupić. W środku nadal wszystko tak bardzo bolało….
- C-co? – wyjąkała i – Bożę – nienawidziła tego jak brzmiała.
Tamten odczekał sekundę, widać było, że przenosi się do innego pokoju i nagle zapomniał o poprzedniej konwersacji.
- Co się stało?
Pokręciła głową, wzrok znowu jej się zamglił i nic nie widziała.
- Nic… - wykrztusiła i teraz nawet mówienie było bolesne, tak bardzo ściśnięte miała gardło i wszystko o czym marzyła to żeby skulić się w kącie i wypłakać te wszystkie łzy, które powstrzymywała przez lata.
Kiedy Emily chciała żeby wszystko było perfekcyjnie.
Kiedy Jack się nad nią znęcał, a ona nic nie robiła.
Kiedy Nathalie wypominała jej dlaczego tam była.
Kiedy Trent ją zastraszał.
Wszystko. Całe jej popieprzone życie. Chciała żeby to wszystko tylko zniknęło, żeby była wolna. Primus, niczego więcej nie pragnęła jak ciepłego domu, osoby do której mogłaby się zwrócić o pomoc. Po prostu bezpiecznego miejsca do życia.
- To nie jest nic, jeśli tak to tobą wstrząsnęło – odpowiedział stanowczo – Co. Się stało?
Jego głos był taki ciepły. Brooke tylko pragnęła żeby zawsze go słyszeć, kiedy coś było źle, a nie reprymendę, że płacz był dla dzieci.
- O-Oni… nie chcieli…Zostawili m-mnie – bolało…tak bardzo bolało mówić o tym w ten sposób nawet jeśli zawsze to wiedziała – Nie walczyli…
Nastała krótka cisza i jedynie jej łkania były słyszalne.
- Wszystko będzie dobrze, Brooke – westchnął w końcu – I nie powiem, że wiem, co czujesz, bo nie wiem, ale… - kolejny szloch – Ale ktoś kiedyś powiedział: Na końcu zawsze wszystko jest okay. Jeśli nie jest teraz, to nie koniec.
- Nie obchodzą mnie głupie cytaty! – warknęła nagle, ocierając desperacko twarz, żeby pozbyć się tego lepkiego uczucia.
Tamten zaśmiał się.
- Przynajmniej już nie płaczesz.
Brooke wydusiła z siebie niezadowolony dźwięk.
- Zeszliśmy z tematu – mruknęła zirytowana, łzy spływały jej ciurkiem, ale było znacznie lepiej – Allisa jest inna. Zdarza jej się zemdleć, za mało cukru.
- A dlaczego chwytała się za głowę? – zapytał sceptycznie.
- Wiesz jak to boli?
Westchnięcie po drugiej stronie słuchawki i dziewczyna wywróciła oczami, opadając zmęczona na fotel, dopiero teraz orientując się, że była zapięta.
- Zgoda – powiedział w końcu – Na razie odpuścimy.
- Na razie?
- Następnym razem będziemy chcieli odpowiedzi – stwierdził stanowczo i dziewczyna prychnęła.
- Ta, jasne – i się rozłączyła.
Nic więcej nie musiała dodawać. Nie chciała.
Nagle po prostu wszystko było za duże. Nawet zwykła rozmowa.
- Jestem zdziwiony, że jeszcze się nie odezwałeś – stwierdził Jasper w połowie ich drogi, z głową opartą o bluzę, którą położył przy oknie – W normalniej sytuacji zacząłbyś już mnie wypytywać.
Jazz zerknął na niego kątem oka, ale chłopak miał zamknięte oczy.
- Chcesz żebym gadał? – zażartował, kręcąc lekko głową.
- Nie jesteś taki irytujący jaki byłeś na początku – mruknął tamten – A teraz przydałoby mi się coś na rozproszenie.
Sabotażysta patrzył na niego przez chwilę, zastanawiając się czy aby na pewno dobrze usłyszał, aż w końcu westchnął.
- Im bardziej trzymasz to w sobie, tym bardziej cię to niszczy – stwierdził ostrożnie, ale tamten tylko prychnął.
- Nie zostało we mnie nic do zniszczenia – odparł sucho.
- Zawsze coś jest – jego dłoń powędrowała do radia, włączając je na znajomą stację i zwiększając głośność piosenki, która aktualnie grała – Czasami niektórzy muszą to coś znaleźć.
- Zostajesz moim doradcą duchowym? – zapytał Jasper z rozbawionym prychnięciem.
- Nah, nie nadaję się na doradcę – stwierdził z machnięciem dłonią – Zapytaj się Prowler'a. Powiedziałby ci to samo.
Jasper wywrócił oczami.
- W to nie wątpię.
Jazz westchnął.
- Ale wiesz, gdybyś faktycznie nie miał nic do zniszczenia to nie zachowałbyś się tak jak teraz. Albo w domu Lennox'ów.
Szatyn spojrzał na niego niepewnie.
Sabotażysta tylko się zaśmiał.
- Oh, tak. Widzisz, nieważne jak bardzo temu zaprzeczasz, właśnie dołączyłeś do naszej małej rodzinki – puścił mu oczko, wygodnie opierając się na fotelu – A my nie przyjmujemy do świadomości słowa „nic już nie zostało."
Jasper zamrugał oczami, kiedy tamten dodał jeszcze pod nosem.
- Coś co ty i Brooke musicie jeszcze zrozumieć – dodał do siebie z przekąsem.
Brązowooki parsknął śmiechem, kręcąc głową i znowu opierając się o bluzę.
Może.
I może pasowało mu to bardziej niż przypuszczał na początku.
Wszechiskra popatrzyła na Primus'a, krzywiąc się nieco, kiedy zobaczyła jego surowy wzrok i niemal skuliła się w sobie.
On wiedział.
Tak. Nie było innego wytłumaczenia. Inaczej nie patrzyłby na nią tak…tak przerażająco przenikliwie. W końcu, nie kazałby jej przecież rzucić wszystkiego tylko dlatego, że chciał sobie uciąć z nią pogawędkę. Do tego miała sny.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – zapytał w końcu.
Spuściła wzrok, wyrzuty sumienia i wstyd zalał jej całą duszę.
- Próbowałam – wyznała cicho – Ale nie mogłam. Byłam za słaba.
Słaba, bo nie sprzeciwiła się Unicron'owi na początku. Ponieważ mogła. Miała silę. Jednak…coś ją nadal powstrzymywało. Cokolwiek to było, nie podobało jej się.
- Iskierko… - zaczął, a kiedy nie podniosła wzroku – Wszechiskro – podniósł głos, sprawiając, że powoli na niego spojrzała.
Wzięła głęboki wdech.
Nieważne gdzie była, jego głos zawsze miał kojący efekt. Mogło się być w sytuacji bez wyjścia, otoczonym batalionem wrogów, a jego autorytatywny głos zawsze dodawał otuchy i wiary w siebie.
- Przepraszam – powiedziała szczerze.
Primus westchnął, klękając przed nią.
- Nie przepraszaj. Jestem zły gdyż nie powiedziałaś mi wcześniej. Rozumiem, że było ci trudno – stwierdził, oglądając ją ze spokojem – I rezultatem tego było skrzywdzenie cię. Gdybym wiedział wcześniej, coś takiego by się nie zdarzyło.
- Nie twoja wina, Ojcze – mruknęła, kuląc mu się na kolanach i wsłuchując bicia jego iskry i przymykając oczy – Wiedziałam, że będę bardziej bezbronna, kiedy wysłałeś mnie do Brooke.
Primus spojrzał na nią.
- I mimo to, nalegałaś żebym pozwolił ci zostać – stwierdził.
- Megatron musiał być pokonany, Ojcze – odparła – A Brooke… - na tym urwała.
Bo kim dokładnie była Brooke dla niej? Człowiekiem? Naczyniem?
Czym?
Zmarszczyła czoło.
Tylko Brooke zaakceptowała jej naturę, tylko ona wydawała się rozumieć jak to jest, kiedy ktoś stawia cię pod presją zrobienia czegoś ważnego, tylko ona wydawała się walczyć do końca, nawet kiedy walka wydawała się nierówna.
Także dzięki Brooke, Wszechiskra zaczęła bardziej się otwierać.
Zależało jej.
Po raz pierwszy od wielu wieków, Wszechiskrze szczerze zależało na człowieku.
I stwierdziła, że nie żałowała swojej decyzji.
- Brooke jest bardzo dobrym dzieckiem – powiedziała w końcu – Po prostu nie miała lekko w życiu.
- Przywiązałaś się.
- Ale w dobrym sensie – odparła spokojnie.
Primus zamruczał.
- Unicron nie będzie cię już zaczepiał – oznajmił – Zająłem się nim.
Wszechiskra zamrugała, zanim posłała mu wdzięczny uśmiech.
- Dziękuję Ojcze – rzuciła radośnie, blask w jej oczach znowu powrócił.
Tamten skinął głową, wskazując na portal.
- Idź – polecił, sprawiając, że podeszła do portalu, ale za nim przez niego weszła, kiwnęła mu dłonią – Alliso.
Uśmiech na jej twarzy powiększył się jeszcze bardziej i wtedy, dziewczyna zniknęła.
- Wyglądasz jakby cię Devastator przejechał – stwierdziła Allisa, spoglądając na Brooke przenikliwie, ale tamta tylko spiorunowała ją wzrokiem.
- Och, naprawdę? A ty wyglądasz jakbyś zobaczyła Starscream'a w różowym tutu – odparowała, odkręcając wodę i siadając chodniku.
Białowłosa mocno się skrzywiła.
- Ew – skomentowała, patrząc na swoją kanapkę od pani Epps – Przez ciebie nie jestem już głodna.
- Powinnaś mi dziękować. Przejdziesz szybciej na dietę – mruknęła ze złośliwym uśmieszkiem.
Wszechiskra westchnęła, także siadając.
- Więc? Co się stało?
Jedno pytanie.
Tyle odpowiedzi i jednocześnie Brooke czuła, że żadna nie opisywała w całości tego, co się w niej działo. A sama także nie potrafiła tego wyjaśnić.
W końcu i tak nigdy nie była dobra w tych klockach.
- Uderzyłam w mur – stwierdziła, patrząc z przekąsem na butelkę w dłoni – Który stworzyłam na samym początku tego bałaganu – parsknęła – I pomyśleć, że na początku odwiedzenie ich wydawało się nawet dobrym pomysłem.
Allisa zdezorientowana zamrugała, zwracając lekko w jej stronę głowę.
- Ich?
Zawahała się.
Jak mogła ich nazwać? Kiedy w czasie całej tej wyprawy jedyne pojęcia jakie objawiały jej się w głowie to „potwory" i „egoistyczne dupki".
- Moi biologiczni rodzice – odezwała się cienkim głosem, nostalgia za czymś, co sobie kiedyś wyobrażała zniknęła, ale zostawiła po sobie ślad w kształcie wielkiej szramy na jej już i tak poobijanym sercu.
- Och – wymsknęło się dziewczynie, kiedy zmarszczyła czoło – Czyli nie poszło tak jak myślałaś?
Brooke nie odpowiedziała na to pytanie, w głównej mierze dlatego, że nie oczekiwała z nimi rozmowy. Przyjechała tam z Jasper'em, bo chłopak był z nią, kiedy tego najbardziej potrzebowała. Odpłacała tylko swój dług.
- Zawsze ich nienawidziłam – odparła zamiast tego – Nigdy nie chciałam wiedzieć dlaczego mnie zostawili. Myślałam, że tak będzie lepiej. Oszczędzę sobie zawodu – złapała za najbliższy kamyk na gorącym asfalcie i rzuciła nim przed siebie, patrząc jak znika w trawie.
- Ale to nadal boli, prawda?
Brooke zastygła na moment, zanim znowu się rozluźniła.
- Taa – mruknęła – Boli.
Allisa skinęła głową ze zrozumieniem.
Lennox tylko westchnęła.
- Barrciade wie – powiedziała w końcu, bawiąc się kolejnym małym głazem – Tak jakby na niego nakrzyczałam i tak wyszło.
- Z nich wszystkich, on jako jedyny powinien zrozumieć dlaczego to zrobiłaś – odezwała się łagodnie, po czym zachichotała z jakiegoś powodu – W końcu był Decepticon'em. Za to winić cię nie może.
- Pewnie nie – wzruszyła ramionami – Byłby hipokrytą.
- Zamierzasz mu powiedzieć? Jak do tego doszło?
Brooke popatrzyła na zachód słońca widoczny za horyzontem i na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, kiedy przypomniała sobie, co on dla niej oznacza.
Jej rodzice o nią nie walczyli. Zostawili ją na pastwę losu.
Jack ją bił, Emily znęcała się werbalnie razem z Nathalie. Trent ją zastraszał.
ALE Jasper w końcu wrócił, Wszechiskra żyła i została jej – czy odważyłaby się powiedzieć? – Przyjaciółką, Barricade został jej strażnikiem, Epps i jego żona to tak naprawdę jej zastępcza rodzina, ktoś do kogo mogła biec kiedy byłą potrzeba, Jack został zabity, a Cony zniknęły na dobre.
Przeszła przez piekło i gdyby ktoś jej powiedział, że wyszła z niego przez jedną, głupią wycieczkę szkolną, wyśmiałaby go. W końcu, jak to brzmiało?
Wzięła w końcu jeden wielki wdech i wydech.
- On wie – odpowiedziała spokojnie.
Mimo wszystko, czuła jakby jakiś ciężar z jej ramion został zepchnięty i dziewczyna po raz pierwszy w życiu czuła, że coś osiągnęła.
Jedna głupia wycieczka, pomyślała.
Brooke parsknęła nagle śmiechem, spoglądając na Allisę i śmiejąc się jeszcze bardziej, aż w końcu i białowłosa wydała z siebie chichot, kręcąc głową.
