Moje życie było do bani.
Żyłam bez jakiegokolwiek sensu w mojej egzystencji. W końcu…ludzie się rodzą i umierają. Czasami może coś osiągną. Może i to rzadko. Więc…stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia ani nic do zyskania.
Myliłam się i nie często to przyznaję.
Jack zginął. Emily i Nathalie wyjechały z miasta, nie patrząc w tył, nie mówiąc żadnego pożegnania. Tak po prostu. Jakbym nigdy nie istniała. Jakbym była zwykłym trofeum, które dawno im się znudziło. W pewnym sensie jednak, tym właśnie byłam.
Byłam, słowo klucz.
Zyskałam wiele. Straciłam wiele.
Wszystko dzięki wycieczce szkolnej na którą pojechałam żeby wyrwać się z tamtego piekła na chociaż chwilę. Heh, czujecie ironię?
I wiem, że jeszcze wiele przede mną, nieważne jak oklepanie to brzmi.
Jeszcze wiele zachodów słońca.
Oraz o wiele więcej irytujących Witwicky'ch, bo coś czuję, że Mikaela i Samuel coś się zanoszą na reprodukowanie.
Podsumowując?
Mam nadopiekuńczego strażnika, Epps'a, wiecznie radosną przyjaciółkę, wolność, wtyki w wojsku, kontakty z robotami z kosmosu i co najważniejsze? Rodzinę. W prawdzie taką bardziej…inną, ale rodzinę.
Więc, moje życie było do bani.
I nigdy bym nie pomyślała, że wszystko zmieni się dzięki wycieczce szkolnej.
Może Niebo wiedziało, że to jednak był dobry pomysł?
