Chap II
Harry James Potter, Wybraniec czarodziejskiego świata, Złoty Chłopiec, Chłopiec Który Przeżył, jeszcze nigdy w swoim osiemnastoletnim życiu nie był tak zażenowany a jednocześnie przerażony. W drzwiach jego kryjówki stał nie kto inny, jak Profesor cholerny Snape. I kiedy myślał, że gorzej już być nie może, Snape przemierzył komnatę i stanął przed przyklejonym do fotela, czerwonym jak burak chłopakiem w milczeniu. Patrzył na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym zdjął pelerynę i okrył nią postać w fotelu. Sam zajął miejsce na zniszczonej kanapie. W samych spodniach i koszuli nie wyglądał już tak sztywno i formalnie.
-Potter... -zaczął powoli, jakby namyślając się. Harry drgnął, wystraszony. Nie wiedział już czego się spodziewać. Peleryna, którą był otulony była ciepła od ciała Snape'a i pachniała nim. Zrobiło mu się ciepło w środku, ale jednocześnie wiedział, że ten spokój nie potrwa długo. Wpatrzył się w niego intensywnie, czekając na cios. W końcu musiał nadejść, prawda?
-Potter... -zaczął jeszcze raz Snape -Czy mógłbyś mi wyjaśnić, co robisz tu po ciszy nocnej? -w chwili, kiedy zadał to pytanie, poczuł jak bardzo jest ono niezręczne. Chłopak przed nim poczerwieniał, o ile to możliwe, jeszcze bardziej i wbił wzrok w dywan. Westchnął i kontynuował -Dobrze, ujmijmy to inaczej: po tej nieszczęsnej wojnie moje zdanie o twojej inteligencji wzrosło odrobinę, ale teraz na powrót maleje. Czy w swojej niezmiernej pysze nie pomyślałeś, by zwrócić się o pomoc do odpowiedniej osoby? -widząc, że Potter otwiera usta, uniósł dłoń -jeszcze nie skończyłem. Rozumiem, iż zdajesz się myśleć, że zasady ciebie nie obowiązują, jednak jesteś uczniem tej szkoły, a póki tak jest, chodzenie po ciszy nocnej jest dla ciebie niedozwolone -urwał i ponownie westchnął. Potarł palcami oczy i odezwał się cichym, trochę zmęczonym głosem -Czy możesz mi wyjaśnić, co.. co ty wyprawiasz?
Harry przez chwilę był cicho, zbierając się w sobie. Na razie nie było tak źle, chociaż nie wiedział, czy nie wolał odebrania punktów i spokoju.
-Panie profesorze, ja... Przepraszam... ja... zacznę od początku -Snape kiwnął głową, wpatrując się w Pottera intensywnie. -Ja chcę przeprosić pana za wszystko... Za bycie takim bachorem i w ogóle podziękować za pana wkład w wojnę, za szpiegostwo i za to, że pan jest. Wiem, że nigdy panu tego nie mówiłem, ale dziękuję -popatrzył mu szczerze w oczy.
-Potter, to nie wyjaśnia tej sytuacji... -podsunął Snape cicho. Zielone oczy Harry'ego trochę go rozpraszały.
-Wiem... Rzecz w tym, że podczas wojny dużo myślałem. Te miesiące ukrywania się i uciekania przed Śmierciożercami pozwoliły mi dojść do pewnych wniosków. Podziwiam pana i szanuję. Za pana pracę, za wszystko, co pan przeszedł. Ja...
-Potter, czy twój podziw dla mnie, jakkolwiek niewiarygodny, jest przyczyną jakiegoś… niefortunnie ulokowanego afektu? –zapytał z wahaniem. Bał się usłyszeć odpowiedź, ale musiał. Potarł czoło -Czy to dlatego dziś..? - Harry kiwną wstydliwie głową.
-Nie mogę pana wyrzucić ze swojego umysłu. Był pan moją alternatywą, kiedy zawodziłem w poszukiwaniach kolejnego horkruksa, kiedy myślałem, że to na nic, że to wszystko nie ma sensu. Wtedy pytałem sam siebie, co pan by zrobił. A teraz… Kiedy jesteśmy tu razem, znów w tym zamku, cali i zdrowi, chociaż z kolejnymi ranami na duszy, to… nie mogę wytrzymać: tu i teraz mam przemożną ochotę podejść do pana , upewnić się, że to się dzieje naprawdę, że pan jest cały i zdrowy –głos Harry'ego brzmiał coraz bardziej histerycznie. -I choć wiem, że pan nadal ma mnie tylko za 'Cholernego Pottera', to ja nadal nie mogę zmienić, tego, co czuję! Rozpłakał się na koniec swojej przemowy. Dosłownie zalał się łzami, chowając twarz w pelerynie Snape'a. Łkał histerycznie, przerażając mężczyznę. Podszedł do fotela i niezręcznie poklepał go po drżącym ramieniu. Zupełnie nie wiedział, co robić, ale Potter najwyraźniej tak. Zarzucił mu ramiona na szyję i wtulił się w niego desperacko, płacząc. Snape, z rękami pełnymi nagiego Pottera w swojej pelerynie, usiadł na fotelu i czekał, aż dzieciak się uspokoi. Chociaż swoją drogą, to z tego co widział, był to już młody mężczyzna… Wreszcie, po długiej chwili, zamiast odgłosów płaczu, Snape usłyszał mamrotanie Pottera.
-Musisz się mną brzydzić. Jestem obrzydliwy, prawda? Mazgaj, ciota, mięczak... co tylko chcesz. Nie pozwolisz mi tego zapomnieć, nie mylę się? Hah, nie musisz trzymać takiego świra jak ja. Wybacz, jestem żałosny…
Odsunął się od niego ocierając łzy. Peleryna zsunęła się mu z ramion i Snape z bliska widział jego nagą, opaloną pierś z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi. Wyglądał pociągająco, jednak coś w tych wystających kościach niepokoiło Snape'a. James Potter też był szczupły, ale nie aż tak, nie do tego stopnia. Odstawił te myśli na później, poświęcając uwagę drobnemu chłopakowi na swoich kolanach.
-Potter, nie brzydzę się tobą, już to mówiłem. I nie będę powtarzał. Moje zdanie o twojej inteligencji poprawiło się lekko, więc nie zaprzepaszczaj tego. Gdybym się tobą brzydził, nie siedziałbym tu, znosząc twoje łzy na swojej ulubionej koszuli, wręcz przeciwnie, byłbyś pewnie w dość ciężkim stanie. Więc przestań bredzić i płakać -powiedział nakazująco. Nie bardzo wiedział, jak wybrnąć z tej sytuacji, pierwszy raz zdarzyło mu się by uczeń, w dodatku chłopak wyznawał mu swoje uczucia. Przesunął ręką po czole w geście frustracji i westchnął cierpiętniczo -Dobrze, ubierz się. Odprowadzę cię do dormitorium. Musisz odpocząć -zestawił go ze swoich kolan i podał dresy. Na początku myślał, że to kupa szmat, których skrzaty z jakiegoś dziwnego powodu nie sprzątnęły, ale przecież chłopak musiał w czymś chodzić, więc to pewnie to. Swoją drogą, te ubrania były straszne. Czy ten chłopak nie mógł się wybrać na przyzwoite zakupy? Poczekał, aż Potter był w pełni ubrany, z peleryną w ręku i zgasił ogień.
-Chodź -zakomenderował, wychodząc z przytulnej komnaty. Odstawił śpiącego chłopaka i dokończy dyżur. Był wykończony, a „Sprawa Pottera", jak określił cały problem, tylko dokładała mu zmęczenia.
Obaj padli na łóżka i w ciągu paru sekund zapadli w kamienny sen.
