Chapter III

Harry nienawidził poranków. Słońce oślepiało jego niczym nie osłonięte oczy, Neville hałasował, Ron śpiewał pod prysznicem. Koszmar dla każdego nocnego marka. Ten poranek również nie różnił się od setek innych. Tyle że dodatkowo, zaraz po przebudzeniu, do Harry'ego dotarły wydarzenia minionej nocy. Katastrofa. Zakopał się głębiej w pościel, pragnąc nie musiec z niej wychodzic. Do biednego Złotego Chłopca dotarło, co znaczy miec kaca. W przenośni, bo przecież nie pił. Przynajmniej nie procenty. Ale za to zrobił coś tak głupiego, że należała mu się co najmniej nagroda Darwina, mugolskiego naukowca. Chociaż z drugiej strony, uczucie bycia w ramionach Snape'a było lepsze niż w jego wyobraźni. Czuł się tak bezpiecznie i miło... Jego rozmarzenie przerwał zrywający z niego kołdrę Ron.

-Wstawaj stary, już niedługo śniadanie! - krzyknął natręt radośnie, jak dla Harry'ego aż za. Zirytowany, zmrużył swoje krótkowzroczne oczy w kierunku najlepszego kumpla. Założył okulary i ponownie wbił w wyszczerzonego Rona mordercze spojrzenie. - No dalej, stary, wszyscy wiemy, że nie lubisz rano wstawac, ale rusz się, bo dżemu zabraknie! - z tym okrzykiem Ron zrzucił go z łóżka.

Potłuczony Harry zebrał się z podłogi i użalając nad swoim losem, poczłapał do łazienki.

Śniadanie jak zwykle było hałaśliwie wesołym wydarzeniem, kiedy to kochane domowe skrzaty serwowały wspaniałe przysmaki śniadaniowej kuchni. Nie dla Harry'ego, tym razem. Ponuro wsunął się do sali za swoimi przyjaciółmi i równie ponuro zajął miejsce u ich boku. Nad jego skołataną głową rozbrzmiała kłótnia Rona i Hermiony. Znowu. Nawet nie chciał wiedziec, o co. Pochylił głowę nad tostem, starając się zerknąc dyskretnie na Snape'a. Zawalił, kiedy jego wystraszone oczy spotkały spokojny i chłodny, ale w jakiś sposób dodający otuchy wzrok Mistrza Eliksirów.

Natychmiast skupił pozorną uwagę na prawie nie ruszonym toście. "To będzie męczarnia" pomyślał pesymistycznieo rozpoczynającym się dniu, gryząc kawałek przypieczonego chleba z dżemem brzoskwiniowym. Na szczęście po śniadaniu miał jeszcze godzinę wolną, więc może się wyśpi.

Wyszedł z sali i powlókł się do komnaty. Nie był pewien. czy to rozsądne, iś tam po nocnych wydarzeniach, ale nie miał innego wyjścia. Rozłożył leżący na kanapie koc i położył się, okrywają się nim szczelnie. Zasnął, wiedząc, że obudzi się za jakieś pół godziny. Miał ten manewr opracowany do perfekcji.

Snape obudził się w zamyślonym natstroju. Cały czas myśłał, co zrobić z Potterem po tej niefortunnej nocy i nic nie przychodziło mu na myśli. Sfrustrowany, wykonał poranną toaletę i udał się do Wielkiej Sali na śniadanie. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Pottera nie było, co znaczy, że miał równie ciężką noc jak on. Kiedy wreszcie wszedł do sali, wyglądał jak śmierć na horągwi, co sprawiło, że Snape obserwował go uważnie w poszukiwaniu oznak choroby. W końcu, jak paskudnie można wyglądać po nieprzespanej nocy? Widocznie można, skoro Potter nie wyglądał na chorego lub zranionego. Poza tym, że ulotnił się najszybciej, nie kończąc grzanki. Rzucił za nim dyskretne zaklęcie śledzące i poczekał, aż większość nauczycieli zaczęła wychodzić, by samemu wstać i podążyć śladem Pottera. Znalazł go w tej komnacie co poprzednio, skulonego na kanapie i śpiącego. Popatrzył na niego nieruchommo i z jakąśdziwną czułością poprawił koc. Zasłonił też okno, by słońce go nie raziło i zapalił ogień. W komnacie było chłodno. Wyszedł równie bezszelestnie jak wszedł, nie chcąc, by chłopak się obudził. Nie myślał o tym, co robi, po prosatu działał impulsywnie, co skłoniło go do zastanowienia się, co takiego czuje do chłopaka. Bo w końcu nie otula się kocem znienawidzonego bachora. Taj nocy w komnacie zobaczył zupełnie ine oblicze Pottera. To nie rozwydżony, pragnący sławy syn James'a, ale wrażliwy, uczuciowy syn Lily. Choć nie był pewien, czy przypadkiem nie odziedziczył po niej też tej diabelnej upartości. Był zdezorioentowany całą sytuacją. Powoli wybrał korytarz prowadzący do lochów. nie zauważył biegnącego na niego ucznia, co zaowocowało bolesnym zderzeniem.

-Przepraszam panie profesorze!- wykrzyknął anonimowy uczeń, zbierając się z podłogi. Snape zupełnie nie kojarzył przeciętnej twarzy chłopaka. Z jak najwi.ększą godnością wstałi otrzepał czarne szaty.

-Proszę uważać, panie White- nazwisko przyszło odruchowo- minnus 10 punktów dla Huffelpuff'u za nieuwagę. I minus 10 za przebywanie poza klasą w czasie lekcji. O ilę się nie mylę, ma pan teraz zielarstwo ze Slyherinem. Więc?- popatrzył na ucznia swoim firmowym spojrzeniem zwiastującym śmierć w kociołku. Dzieciak wyjąkał przeprosiny i zwiał jak najszybciej mógł.

Westchnął cicho i uśmiechnął się. Odbieranie punktów zawsze działało na jego zły humor. Kontrynuował powrót do klochów, intensywnie myśląc. W końcu, przed wejściem do swoich prywatnych komnat doszedł do wniosku, że może bęrdzie musiał zmienić nieco swój stosunek do Har- ehm, Potter'a, aczkolwiek nie mógł pozwolić, by jego zła fama przeminęła na rzecz Złotego Bachora. Może i był synem Lily, w nawet najmniejszym stopniu, jak się okazuje, ale nie znaczy to, że od razu musi nad dzieciakiem skakać jak nad jajkiem. Tak, to właściwa postawa. Wszedł do swoich apartamentów i dostojnie przemierzył pomieszczenie do sekretarzyka z materiałem na lekcie. Po śmierci Dumbledor'a starał się jak mógł, by na świecie nie pojawił się kolejny Mroczny Pan, co wiązało się z obowiązkami wicedyrektora Hogwartu. Co jak co, ale bezpieczeństwo i dobry start życiowy tych bachorów był dla niego priorytetem.

Zebrał stertę wypocin piątej klasy i jakieś niedorzeczności wytworzone przez pierwszaków, po czym udał się do swojej ponurej klasy, gdzie stawał się prawdziwym Nietoperzem z Lochów.

Niedługo potem salę zaczęła wypełniać jego ulubiona grupa, Slytherin-Gryffindor, rok ósmy, dodatkowy. Dopiero po chwili do klasy spóźniony wpadł Potter, mamrocząc przeprosiny. Snape skupił na nim swój wzrok, świdrując go nim niemiłosiernie.

-Panie Potter... Czemu zawdzięczamy twoją niepunktualność?- zapytał, uśmiechając się niemiło. Węszył więcej punktów do odebrania.

-Prze... Przepraszam, panie profesorze. Coś mnie... zatrzymało- pod spojrzeniem Snape'a zaczął się lekko wiercić, patrząc uparcie na swoje znoszone tenisówki.

-Minus 10 punktów za spóźnienie. Proszę zająć miejsce, zanim straci pan kolejne.- Snapejuż wracał do biurka, by machnięciem różdżki wypisać składniki eliksiru na teraźniejszą lekcję.

Harry'emu dzień mijał niczym pasmo katastrof. Najpierw zaspał na eliksiry, potem zapomniał referatu z transfiguracji a to dopiero początek. W ciągu dnia zdążył stracić swoje ulubione spodnie i pożegnać się z okularami na dobre. Teraz siedział i starał się nie patrzeć na przytulających się Rona i Herm. „tylko pioruna brakuje" pomyślał ze zrezygnowaniem. Później znów się podkradnie do swojej komnaty, może uda mu się odprężyć, ale teraz musi skupić swoją uwagę nad kolejnym zadaniem z obrony przed czarną magią. Lubił ten temat, ale jego najlepsi przyjaciele doskonale go rozpraszali.

Westchnął i wymknął się, zabierając zapakowaną na noc torbę. Ponownie zmierzał do swojej komnaty, by spędzić kolejną bezsenną noc Od czasu pokonania Voldemorta miał koszmary z wężowymi, czarnymi oczami w roli głównej. Rozpalił w kominku i wyciągnął się na wyleniałej, ale wygodnej kanapie, otulając ulubionym kocem. Westchnął, myśląc o swoim domu, Odkąd Stworek przestał być tak bardzo szalony, Grimmuald Palace 12 stało się trochę bardziej przyjazne. Dom, przy wspólnej pomocy Rona, Hermiony i paru innych osób zaczął przypominać trochę bardziej ludzką siedzibę. Ziewnął i zdjął połamane okulary. Będzie musiał iść do Hogsmeade po nowe. A może kupi sobie kontakty? Otulił się ciażniej kocem i zamknął zielone oczy. Był wykończony, a musiał łapać sen póki się dało. Jeszcze tylko szereg zaklęć wokół siebie i był gotów pogrążyć się w koszmarze.

~Szedł kamiennym korytarzem. Było ciemno, ale wiedział, że po ścianach spływa zatęchła woda Jego kroki odbijały się od płytowego sklepienia nienaturalnym echem. Zbliżał się do końca tunelu. Wyciągnął lekko drżącą dłoń, by pchnąć metalowe drzwi, które uchyliły się opornie, z potępieńczym zgrzytem. Za nimi była komnata. Instynktownie iedział, że komnaa jest ogromna. Zaczęło robić się jeśniej. Z mroku kolejno wyłaniały się proste kolumny podtrzymujące niewidoczny strop. Szedł naprzód, starając się być jak najciszej. W ciemności przed nim coś się poruszyło. Zamarł, ale po chwili kontynuował z moocno bijącym sercem. Doszedł do schodów i zatrzymał się. Przed nim, u szczytu stał tron, oświetlony pojedyńczym snopem światła. Tron był pustyy. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo u jego podnurza znów się coś poruszył wizję zasłoniła para czerwonych, wężowych ślepi, a uszy wypełnił drwiący syk.~

Obudził się dysząc i drżąc na calym ciele. Przetarł dłonią spocone czoło i skulił się. „To tylko sen" próbował się uspokoić, ale marnie mu to szło. Za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział czerwone ślepia węża.

Wpatrywał się w płomienie, wyrzucając z umysłu zbędne myśli, oczyszczając go, jak to robil przed lekcją oklumencji. Strachpowoli odpływał, zastąpiony przez otępienie. Wiedział, że już nie zaśnie.

Wyślizgnął się spod ciepłego okrycia i wyszedł, zmierzając do kuchni. Może szklanka ciepłego mleka mu pomoże. Hogwardzkie korytarze były ciemne, a każdy odgłos niósł się oechem. Zapomniał peleryny niewidki, ale niechciał już się po nią wracać. Miał tylko nadzieję, że na nikogo się nie natknie, zwłaszcza na Filch'a lub panią Norris. Nie cierpiał tego kociska z wzajemnością. Na czszęście w miarę dobrze widział w ciemności, bo wiedział, że światło z jego różdżki przyciągnie uwagę. W razie czego, mógł się też szybciej schować. Doszedł wreszcie przed obraz z owocami i szybko połaskotał gruszkę, która zaśmiała się i zmieniła w klamkę. W kuchni było tylko kilka skrzatów, ale natychmiast obskoczyły one Harry'ego, pytając co mogą dla niego zrobić. Zakłopotany chłopak poprosił o szklankę mleka i ciastko, którą to prośbę skrzaty spełniły z maniakalną wręcz przyjemnością.

W drodze powrotnej niestety nie miał już tyle szczęścia. Gdy tylko wyszedł zza rogu korytarza, natknął się na ostatnią osobę, którą chciał spotkać: profesora- cholernego- Snape'a.

-Potter, a ty znowu po ciszy nocnej poza dormitorium– powiedział Snape z jakąś dziwną przyjemnością w oczach- Masz coś na swoją obronę?

-Ja… – zaczął Harry z zakłopotaniem- nie-… nie mogłem spaś, miałem koszmar, nie mogłem zasnąć- popatrzył na swoje stopy, obute w stare trampki.

-Koszmar?- Snape był odrobinę sceptyczny, chociaż po głębszym zastanowieniu stwierdził, że to nawet możliwe, biorąc pod uwagę przejścia dzieciaka. Potter kiwnął głową, bawiąc się rękawem za dużej bluzy pamiętającej jeszcze czasy Dudley'a. bał się popatrzeć na Snape'a, pamiętając wydarzenia poprzedniego wieczoru.

-Dobrze, Potter. Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru za przebywanie poza dormitorium po ciszy nocnej. Wracaj do Wierzy i niech się na ciebie nie natknę- odesłał go lekkim machnięciem nadgarstka. Harry dopiero teraz zauważył, że profesor n na sobie czarne spodnie i stalowoszarą koszulę rozpiętą pod szyją. Z zaskoczeniem stwierdził, że mężczyzna ma czyste, związane na karku włosy. „Pasuje mu" pomyślał, żegnając się i uciekając z powrotem do „swojej" komnaty. Jednak zanim zdąży zrobić trzy kroki w jej kierunku, Snape odezwał się z wyraźnym wahaniem.

-Potter, może… opowiedziałbyś mi o tym śnie? Niewątpliwie sprawiłoby ci to ulgę.- nie wiedział, czemu się odezwał, ale czuł jakąś dziwną odpowiedzialność w stosunku do chłopaka.

Harry przechylił głowę, myśląc chwilę, po czym uśmiechnął się lekko do Snape'a.

- Jeśli nie będzie to panu przeszkadzać, to chętnie. Niezbyt mogę powiedzieć Ronowi albo Hermionie… - ponownie spuścił wzrok na swoje stopy. Snape ruszył z nim w kierunku znajomej już komnaty.

- Czemu nie? Z tego co wiem, wasza trójka jest bliższa niż trojaczki syjamskie.

-Jesteśmy blisko, ale nie chcę ich martwić. Są tacy szczęśliwi, zakochani i w ogóle… - uśmiechnął się lekko, zerkając na sylwetkę profesora.

- Ach tak. Jednak nie możesz tłamsić wszystkiego w sobie, to nie przysparza tobie zdrowia.- przepuścił go w drzwiach i zajął miejsce na kanapie, podczas gdy Harry, otulony kocem, zwinął się w fotelu. Potem zaczął opowiadać. O śnie, o swoim strachu i samotności. Jego cichy, lekko ochrypły głos w połączeniu z atmosferą pomieszczeni, wpłynął wyraźnie na Mistrza Eliksirów. Mężczyzna z uwagą wpatrywał się w drobnego chłopaka, ledwo widocznego w świetle żarzących się polan. Kiedy umilkł, przymknął obsydianowe oczy i złączył czubki palców, myśląc intensywnie. Dopiero po chwili popatrzył na ucznia z namysłem.

-Ćwiczyłeś ostatnio Oklumencję? – zapytał nagle, a Harry drgnął z zaskoczenia. Ta dziedzina magii nie kojarzyła mu się z niczym dobrym.

-Od wojny nie musiałem… Poza tym, byłem w niej beznadziejny- Harry zaśmiał się z lekką drwiną wobec samego siebie.

-Myślę zatem, że będzie lepiej, jeśli zaczniesz.- w jego głosie pojawiło się lekkie wahanie.

Harry wgapił się w niego, trochę oszołomiony. Nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. Mężczyzna nadal był sobą, ale jednak wydawał się łagodniejszy dla Harry'ego. Uważnie studiował Snape'a w świetle ognia.

-Idź spać, wyglądasz jak śmierć na chorągwi. – starszy mężczyzna wstał z kanapy- Dziś możesz zostać tutaj.

Harry'emu przez chwilę wydawało się, że mężczyzna się uśmiechnie, ale on zachował niewzruszoną twarz. Posłusznie ułożył się na kanapie i poczuł na włosach delikatny, lekko niezręczny dotyk ręki ukochanego nauczyciela, a po chwili już go nie było.