Hej, Chciałbym przede wszystkim podziękować wszystkim którzy czytali, i wspierali, za pozytywne oceny jak i te negatywne. Dla mnie to ważne i motywacja by jednak pisać dalej, będę starał się w miarę możliwości dodawać kolejne rozdziały… A teraz cieszcie się kolejnym rozdziałem.
Wytyczając nowy szlak.
Komendant Nowojorskiej Policji miał ewidentnie kiepski dzień, raport do śledztwie w sprawie Valkirii, cała masa roszczeń, skarg oraz tylu ludzi których stracił, nagonka ze strony władz i mediów… No i jeszcze wydział wewnętrzny nad którym nie miał władzy… Zaczynał tracić grunt pod nogami, stwierdził poprosić o rozmowę z nowym naczelnikiem wydziału i jednocześnie swoim dawnym podwładnym. Napisał list i podał policjantowi.
-Przekażcie to wydziałowi wewnętrznemu i poproś o spotkanie jak najszybciej u mnie w biurze. Jazda!- Krzyknął
-Tak jest!- Zasalutował młody posterunkowy i zniknął.
-Banda nierobów- prychnął zniecierpliwiony. Zaczął się zastanawiać jak połatać swoją i tak już zszarganą reputację. W końcu w przypływie swojego egoizmu i pomysłowości stwierdził że zostawi to wydziałowi który się wprost do tego nadaje. Wydziałowi wewnętrznemu. Mógł ich nie lubić, ale to oni są przecież od tego! Przygotował w pośpiechu na akta i wyszedł do domu.
I wtem zadzwonił wściekle telefon. Odebrał go. – Czego do jasnej cholery?!- Odpowiedział wściekłym głosem.
- Pan burmistrz domaga się rozmowy Panie komendancie- Odrzekła sekretarka.
-Przełącz go natychmiast!. Jeżeli dzwonił burmistrz to nie wróżyło nic dobrego. Czuł jak narasta w nim stres i przerażenie.
-Dzień dobry Panie Burmistrzu, czym mogę …
-Stul dziób! Dlaczego ciągle nie jest ogarnięty ten bałagan? I dlaczego ciągle się dowiaduję o jakichś ćpunach, trupach i w dodatku dlaczego wciąż nie jest wyjaśniona sprawa śmierci senatora Alfreda Woodena i tego bandyty Lema? I czemu wciąż ta zabójczyni jest na wolności ja się pytam!
Może powinienem poszukać innej osoby która sobie z tym poradzi?- Odpowiedział wściekły gospodarz miasta. Burmistrz Douglas Trump wbrew opiniom to dobry człowiek, choć otaczający się niewłaściwym kręgiem doradców. Czuł ciśnienie opinii publicznej i mediów. Wychodził na idiotę i człowieka który nie potrafi przywrócić porządku a to skutecznie połechtało jego ego.
- Chcę efektów, a nie słuchów że nie potrafię zaprowadzić porządku! Masz natychmiast coś z tym zrobić albo pożegnaj się z posadą. Jasne?
-Ależ oczywiście, Panie burmistrzu. Ma Pan rację, nad tą sprawą pracuje już nasz wydział wewnętrzny, jednak wciąż czekam na mianowanie nowego naczelnika i…
-Gówno mnie to obchodzi! Żądam efektów! I wolnej chwili poproś Pana Payne'a do ratusza, chciałbym z nim porozmawiać. Teraz tacy ludzie mi są potrzebni a nie jacyś nieudacznicy. – odrzekł.
-Dobrze, Panie Burmistrzu co tylko Pan każe. – I usłyszał odgłos trzaśniętej słuchawki.
Niedobrze, bardzo niedobrze-pomyślał. A jeszcze ten gnojek Payne ma zbierać za niego zaszczyty? Niedoczekanie! Ale jedyne o czym marzył to wyjść z tego parszywego budynku i pojechał do swojej oazy spokoju…
W tym samym czasie w wydziale wewnętrznym panował istny rozgardiasz, wszyscy byli świadomi oczekiwań swojego nowego szefa i nie chcieli go zawieść. I rozległ się dzwonek do drzwi pancernych prowadzących do wydziału.
- Witam, pismo od komendanta głównego- odparł strachliwym głosem posterunkowy.
- Cześć młokosie, czyżby stary Mike znowu nie raczył pofatygować tej swojej tłustej dupy? Ehh jakie to żałosne.. Dawaj to pismo i wracaj to zajadania się pączkami. – odparł prześmiewczym tonem Street.
-Ej chłopaki- krzyknął. Stary pierdziel prosi o rozmowę. W odpowiedzi usłyszał śmiech ludzi z wydziału.- Mógłby to ktoś przekazać Marcusowi? Ten koleś lubuje się w papierkach nie ja. – Odparł swoim ni to pogardliwym ni to normalnym głosem Michel Street. Lubił jak się go bali i czuł się być ważnym.
-Oj Michael, Michael. –pomruczał Steven. Daj mi to i tak idę do Maxa a Marc jest teraz zajęty papierami i aktami Mony i Asgardu. Idź lepiej do magazynu i sprawdź czy nie ma czegoś do zrobienia.- odpowiedział swoim głosem.
Steven pracował 10 lat w wydziale, był dowódcą SWATu przez parę akcji, ale był dobry zbyt dobry i zesłany do wydziału by szkolił i służył wiedzą. Rzadko kiedy się unosił a jeśli już to zazwyczaj w słusznej sprawie. Miał jedną wadę i zaletę zarazem. Nie mówił zbyt wiele, wyjątkiem jest fakt jak przekazywał swoją wiedzę czy był na akcji, budził respekt i jeszcze nie zdarzyło mu się stracić człowieka w misji. Więc został mianowany kierownikiem szkoleń i dzięki temu uspokoił się.
Poszedł prosto do biura Maxa i położył pismo. I do biura wkroczyła Mona.
-Witaj Steve.- Odpowiedziała Grzecznie Mona.
-Dzień dobry.- Odpowiedział Steve. – Co Cię sprowadza?
-Staram się Wam pomóc uporządkować parę spraw by je zamknąć i byśmy się mogli skupić na wdrożeniu naszego planu, Max jest w tej chwili w drodze, nie długo tu będzie z nowymi rekrutami, więc niedługo będziesz Nam ogromnie potrzebny. Stwórz na agentów, specjalistów to co uznasz w nich za słuszne.
I aż mu się oczy zaświeciły.
-Teraz już wiem czemu za Tobą szaleje. Wiesz jak zachęcić człowieka. Nie bój nic zrobię z nich ludzi, przysłużą nam się. Dobra idę przygotować salę i ogarnąć tych żółtodziobów- odrzekł rozweselony i zaaferowany Steve.
- Ej, nie zawstydzaj mnie- odrzekła z udawanym oburzeniem. – No leć już. A przy okazji jak spotkasz Marca poproś go tu w porządku?
Została sama w jego biurze, i zaczęła myśleć o nim… o jej ukochanym człowieku który sprawiał że miękły jej kolana, i czuła ciepło w sercu oraz prąd na ciele.. Z tych myśli obudził ją Marc
- Chciałaś mnie widzieć? – Odrzekł swoim formalnym tonem Marcus
-Ee tak Marcusie- odpowiedziała zmieszana i zaskoczona jego wejściem. – Po pierwsze daruj sobie, jesteśmy niczym rodzina tu nie będzie tytułów, ciśnienia, spiny Jestem Mona.
Po drugie chciałabym Cię prosić byś sprawę za którą jestem ściągana została umorzona a w moich aktach wymazano parę informacji i przede wszystkim bym czuła się wolna.
-Ok, nie ma sprawy. Coś jeszcze Ci potrzeba?
-Tak, daj mi akta do sprawy Vladimira Lema oraz sprawy rosyjskiego kartelu, wydaje mi się że mogę dopisać parę rzeczy które pomogą zamknąć sprawę- uśmiechnęła się chytrze. No i jeszcze jak byś mógł, poinformuj Maxa o liście i podrzuć mnie, jemu oraz Stevenowi akta tych nowych. Możesz to zrobić?
-Jasne. Pani Sax… Mono- Powiedział nie pewnie Marc.
Marcus z kolei był takim typem człowieka dosyć sztywnego, lubił znać swoje miejsce, procedury i nie lubił niespodzianek. Dlatego lubił tą robotę w biurze, ogarniał większość spraw panował jeżeli chodzi o akta, papiery formalności, w tym czuł się niczym jak ryba w wodzie, dosyć nieśmiały człowiek mało wylewny i trochę taki samotnik.
Powędrował do swojego jak to nazywał stanowiska dowodzenia i porozsyłał wszystkie informacje ludziom a akta Mony poprawił i wyważał jej list gończy z akt jeszcze tylko musiał przesłać notkę hakerowi by wymazał to z centralnej kartoteki. Wyciągnął telefon i wybrał numer do Hernandeza.
-Rayleey, wymaż list gończy Mony Sax z głównej kartoteki policynej. No i zamów mi kebaba do mnie do biura bo głodny jestem a ogarniam akta dla Mony.
- Nie spinaj sutów Marc, mówisz masz. Zaraz to zrobię- odrzekł z przekorą Rayleey.
A Rayleey Hernandez a tak naprawdę Hernandez Ray Lessman nie lubił swojego pochodzenia, miał uraz do swoich rodziców z patologicznej części Detroit, trafił z przypadku do Nowego Jorku. Sam postanowił ogarnąć życie i zacząć od nowa, więc wpisał sobie nową tożsamość a nick Rayleey tak się przyjął że woli by tak do niego mówić. A imię jest tylko dla celów formalnych. Od małego grzebał w komputerach, hakował systemy włamywał się do nich, traktował to jak zabawę i w końcu wpadł. A że był dobry w tym został trochę z przymusu Specjalistą IT w policji krótko mówiąc był hakerem i specem od zabezpieczeń. Koleś nie który nie przepuści okazji do zabawy i nie stroniący od kobiet…
Ale lubiący dotrzymywać słowa i lubiący to co lubi, odpalił swój sprzęt i po chwili anulował list gończy i nakaz aresztowania Mony Sax. Oraz puścił zamówienie na jedzonko dla siebie i Marca…
Chwilę potem wkroczyła Alex, jak zwykle ubrana elegancko w szpilkach. Zawsze potrafiła przykuć wzrok mężczyzn i kolegów z pracy. Uwielbiała ten moment władzy. Ale w głębi serca była dalej tą skromną dziewczyną. Ceniła sobie rozsądek. Choć ten rozsądek nie uratował jej chłopaka którego zastrzelił jeden z ludzi Vladimira Lema.
-Hej, Rayleey – uśmiechnęła się niewinnie. – A mi co zamówisz?
- A tobie moja droga zamówię makaron od Włochów- Odrzekł żartobliwie Rayleey
- Tylko żeby było Ciebie, musze być syta bym na akcji miała siłę krzyczeć na was. – Odrzekła wesoło.
- UWAGA LUDZIE! CAŁA DRUŻYNA PROSZĘ ZGŁOSIĆ SIĘ DO BIURA SZEFA, NATYCHMIAST- Rozległ się głos Tonego z głośników.
- Uu Tony zgrywa bossa- powiedział pół śmiechem Rayleey.
-No to chodźmy, jedzenie nie ucieknie zdążymy zjeść chodźmy. Odpowiedziała Alex.
Biuro Naczelnika Wydziału Wewnętrznego Policji jeszcze nigdy niebyło tak pełne od ludzi i rzadko kto przychodził tutaj z własnej woli ale teraz garstka ludzi przyszła z własnej nieprzymuszonej woli z nadzieją na lepsze. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie że to jest jakieś spotkanie klasowe, ale w gruncie rzeczy to wyglądało jak obrady grupy ludzi.
-Witajcie moi drodzy- Odrzekł Max, obok niego stała Mona.- Dziękuję za przybycie tutaj tłumnie. Jesteście tutaj elitą więc będziecie mieli tutaj najwięcej do powiedzenia tutaj w wydziale i przyszłej sekcji. Udało mi się dotrzeć z ową porcją rekrutów, Steven, Frank, wiecie co macie z nimi zrobić. Jedźcie do Asgardu i zróbcie z nich Agentów.
-Już ruszamy- odrzekli chórem.
- Co reszty, mam dobre wieści. Ludzie z dawnego wewnętrznego kręgu ochoczo zgodzili się nam pomóc i już ogarniają nam kwaterę główną. Mona wyruszy niedługo do senatorów którzy należeli do kręgu by sprawdzić z jakiej gliny sa ulepieni. Ogólnie rzecz biorąc jest dobrze i organizacja nabiera kształtów. Czy jest coś co powinienem wiedzieć?
-Tak- powiedział Marc i wręczył pismo Maxowi
-Wygląda że staruszek chce się ze mną widzieć i chce byśmy pomogli mu ogarnąć podwórko które ma pod nosem. Ale to świetnie się składa. Zaraz do niego pójdę- uśmiechnął się.
-Możecie nas zostawić na moment?- Poprosiła Mona.
Wszyscy wyszli. Zostali tylko On i Ona.
-Kochanie-pocałowała go w policzek- Jesteś świetnym szefem- chwaliła swoją drugą połówkę.
-Spokojnie to jest ledwie początek, trzeba ogarnąć Tego typa i senatorów by nam chronili tyły. I potem zaczniemy pierwsze operacje. Jak coś nie bój się odstrzelić tyłka któremuś z nich, no i trzeba jeszcze..
-Ciiii, zamknij się i całuj mnie bohaterze.
Zaczęli się całować namiętnie, nawet nie wiedzieli kiedy ubrania i broń leżała na posadzce.
Nie tracąc ani chwili zaczęli się kochać.. I tak pozostali we własnym świecie przez całą noc nie licząc czasu i ciesząc się swoją obecnością i ciepłem ich ciał….
W następnym rozdziale, Będzie rozmowa Maxa Z szefem Nowojorskiej Policji. Co z tego wyniknie?
Dodatkowo Mona złoży wizytę jednemu z senatorów zasiadającej w komisji służb specjalnych
No i Sekcja rozpocznie swoją działalność i zacznie przygotowania do pierwszej operacji pod wodzą Maxa i Mony.
Przybędzie również nowy członek ekipy.
Jak to się wszystko potoczy śledźcie uważnie.
Rozdziały będę starał się dodawać w miarę regularnie, na razie nie podaję konkretnego terminu z racji swoich obowiązków. Czekam na pomysły, komentarze.
Pozdrawiam Jarrecky
