2. [Inspiracja: Inon Zur, Aubrey Ashburn - Leliana's Song (In Uthenera)]
Była wściekła. Szła jak zwykle na czele gromady, ale tym razem nawet Merrill za nią nie nadążała.
– Theri! Dlaczego tak się śpieszysz?
– Stokrotka w końcu mówi z sensem – wydyszał Varrik. – Czy wicehrabia poinformował cię o jakiejś premii za błyskawiczne zlikwidowanie przestępców? To byłoby do niego co najmniej niepodobne.
– Przepraszam – burknęła niezadowolona Hawke. Jej wzrok mimochodem padł na białowłosego wojownika, który zamykał pochód. Odwróciła się na pięcie i zaklęła tak parszywie, że nawet Izabela stanęła jak wryta.
– Ktoś tu kogoś mocno zdenerwował… – Varrik zapomniał o niedawnej zadyszce i z satysfakcją obrócił się ku Fenrisowi. Już czytał w myślach pierwszy rozdział swojej nowej powieści i z zadowolenia aż zatarł masywne dłonie.
Anders, zdezorientowany, patrzył to na oddalającą się w zastraszającym tempie Hawke, to znów na elfa. Ten ostatni, wydawał się nie mniej zaskoczony zaistniałą sytuacją.
– Coś ty jej zrobił? – gniewnie zapytał uzdrowiciel.
– Nie mam pojęcia… – wymruczał Fenris i dopiero po chwili dodał, jakby sobie przypominając: – …plugawcu.
Bandyci okazali się tak mało oporną materią, że Hawke miała wrażenie, jakby ktoś z niej zadrwił. Weszła po kolana do zimnej wody, by zmyć choć część krwawych plam ze swojego ubrania. „Pieprzone Okaleczone Wybrzeże. Ciągnące się jak glut ścieżki, cuchnące szczynami zarośla i lodowata woda. Czy czasem ktoś nie ułożył tego specjalnie dla mnie?". Zmiana temperatury otrzeźwiła ją nieco, więc z już większym spokojem zarządziła „umniejszanie wartości cielesnych powłok" niedawnych bandytów. Po powrocie do miasta wszyscy zaczęli rozchodzić się w swoje strony. Hawke modliła się w duchu, by Avelina także „cumowała" u siebie, w barakach straży, ale to nie był jej dobry dzień – strażniczka od razu podążyła na patrol. Theri miała już ruszyć za nią pod byle pretekstem, gdy usłyszała ciche pytanie:
– Coś się stało, Hawke?
Czerwień oblała jej policzki, krew uderzyła do głowy, pięści bezwiednie się zacisnęły.
– Następnym razem poproś, jeśli zabraknie ci papieru czy atramentu. Myślałam, że po Głębokich Ścieżkach stać cię nawet na pewne luksusy, ale widzę, że się pomyliłam – wyrzuciła przez zęby.
Fenris musiał mieć naprawdę głupią minę, bo nie zakończyła na tym, chcąc dobić przeciwnika.
– No tak! – tu starała się karykaturalnie obniżyć ton swojego głosu. – Jestem niedostępnym, samowystarczalnym elfem. Niech się Hawke cieszy, że w ogóle przyjdę. Nie będę się bawił w jakieś głupie odpisywanie na wiadomości! – ostatnie słowa wykrzyczała.
Fenris skamieniał. Teraz wszystko było jasne. Starał się opanować, ale nie wyszło. Zupełnie nie wyszło.
– Myślisz, że niewolników uczy się czytać i pisać?! – kilku mieszczan obejrzało się na nich z oburzeniem, ale jednocześnie wąska uliczka Górnego Miasta natychmiast się wyludniła.
Theri poczuła, jak jakieś zimne kleszcze zaciskają się wokół jej piersi. „Brawo, Hawke, pogratulować inteligencji" – przemknęło jej przez myśl, zanim jedynym rozsądnym pytaniem spróbowała zatuszować swoją pomyłkę.
– Ale… skąd wiedziałeś o wypadzie?
– Varrik powiedział mi w Wisielcu – nie sądziła, że jego głos może obniżyć się do takich rejestrów. Mógł.
Therina chciała przeprosić, chciała znaleźć odpowiednie słowa, ale nie zdążyła. Elf, w typowej dla siebie, lekko pochylonej postawie, zniknął już za zakrętem uliczki. „Ze swoją głupotą powinnam starać się o posadę w Twierdzy, przyjęliby mnie tam jak swoją" – pokiwała głową z dezaprobatą i skierowała swe kroki w kierunku domu. Cały kolejny dzień obmyślała plan rehabilitacyjny.
Była tam tylko raz, nocą, gdy się poznali. Razem „wyczyścili" posiadłość z cieni, demonów i nieumarłych, ale Danarius zdążył im umknąć. Później nikt z grupy nie widział już tych pomieszczeń, elf dał jasno do zrozumienia, że nie pozwoli na zrobienie z jego mieszkania drugiego Wisielca. Varrik i Izabela byli bardzo zawiedzeni.
Zapukała do drzwi. Nie miała zielonego pojęcia, czy to wystarczało, ale kołatka została oderwana i widniał po niej tylko jaśniejszy ślad na drewnie. Nie było reakcji. Chciała odejść, ale zmusiła się do drugiej próby. Podczas pukania drzwi uchyliły się tak nagle, a długie ostrze zalśniło tak groźnie, że Theri bez namysłu wyrzuciła z siebie:
– Pokój temu domowi!
To było pierwsze, co jej przyszło na myśl: stara, tradycyjna formuła gościnności, używana przez Fereldeńczyków. Therina była jednak pewna, że to nie sam fakt wizyty uruchomił w jej głowie ową formułę, ale słowo „pokój", naturalne przy widmie oburęcznego miecza.
Fenris zatrzymał ostrze i popatrzył wyczekująco na dziewczynę.
– Uch, przestraszyłeś mnie – próbowała się uśmiechnąć, ale wyszło słabo. – Czy mogę wejść?
Wahał się wyraźnie, ale w końcu mruknął „chodź" i zatrzasnął za nią drzwi. Posiadłość tonęła w półmroku, ciężkie kotary i unoszący się pył kamuflowały nie tylko obecną porę roku, ale i porę dnia. Szła za Fenrisem po starych, skrzypiących schodach i rozłażących się zielonych dywanach, aż doszła do pomieszczenia, które musiało być częścią zamieszaną przez elfa. I nie świadczył o tym bynajmniej porządek, przytulny wystój, czy dzienne oświetlenie: nie, tych elementów tam nie było. Poznała to po jego zbroi, leżącej starannie na jednym z foteli. Tylko pancerz doczekał się należytej opieki. Reszta została skwitowana w myślach Theriny jako „burdel na kółkach".
– Masz do mnie jakąś sprawę? – zapytał Fenris idealnie neutralnym tonem.
„Nie poprosił, bym usiadła. Pewnie chce się mnie jak najszybciej pozbyć".
– W zasadzie to chciałam cię przeprosić. Domyślność bryłkowca sprawiła, że pochopnie wyciągnęłam wnioski i… tak – zakończyła. Być może jej myśli miały wyrafinowanie bryłkowca, ale zgrabność słów zdecydowanie należała do bronto.
Fenris ledwo dostrzegalnie uniósł kąciki ust.
– Rozumiem, że te pochopne wnioski dotyczyły mojej niedostępnej natury i samowystarczalności?
„Stwórco, myślał nad tym! Musiało go zaboleć" – zdążyła wydedukować, nim z zakłopotaną miną odrzekła:
– Nie, twojej niechęci do mnie.
Wyglądał na zaskoczonego, ale nie powiedział nic. Theri poczuła, że się czerwieni coraz bardziej i jeżeli nic z tym nie zrobi, po wyjściu własnoręcznie zakopie się w piaszczystej glebie Okaleczonego Wybrzeża.
– Cholera, zaraz się okaże, że domysły są bliżej prawdy niż sądziłam i moja wizyta na nic – nadrobiła szerokim uśmiechem i wyciągnęła z przytaszczonego koszyka wino. – Przy remoncie posesji znaleźliśmy szczątki rodzinnej działalności w zakresie winotwórstwa, sądziłam, że może będziesz miał ochotę na darmową degustację specjału Amellów. Więc jak, odważysz się? – dodała zadziornie.
Elf uśmiechnął się minimalnie bardziej i kazał jej zaczekać. Po jego zniknięciu Theri dokładniej przyjrzała się pomieszczeniu. Z nieukrywaną satysfakcją dostrzegła dwie puste butelki po winie, walające się po podłodze. „Ha, prezent trafiony!" – zatryumfowała w myślach. Kątem oka dostrzegła też wystający z szafy gryf. Próbowała się powstrzymać, ale elfa ciągle nie było i zaczynała się nudzić. To było ponad jej siły, podeszła do szafy, otworzyła ją delikatnie i wyciągnęła zakurzoną lutnię. Dmuchnęła na nią i obłok kurzu poruszył stężałe powietrze pomieszczenia. Usiadła na wolnym fotelu, mając naprzeciw siebie siedzącą zbroję. Parsknęła śmiechem i uznawszy, że lepszej widowni nie mogła znaleźć, przesunęła palcami po strunach.
Fenris wygrzebał w końcu dwa całe kieliszki z kredensu. Przecierał je właśnie szmatką, gdy usłyszał jakąś melodię. Zaskoczony nie po raz pierwszy tego dnia, bezszelestnie wracał do pomieszczenia, gdzie zostawił Therinę. Ściany odbijały echem słowa piosenki, którą śpiewała:
hahren na
melana salin
emma ir abelas
souver'inan isala
hamin
Wiedział, co to za pieśń. Niewolnice śpiewały ją w Tevinterze, z tym, że w ich ustach te słowa miały ironiczne zabarwienie. Wieczny sen elfickich przodków i śmierć niewolnika miały tylko jedną wspólną cechę: uwalniały od niechcianego świata.
vhenan him
dor'felas
Zadrżał. Ten głos otulał jego duszę zimną, jedwabną materią. Ona zaś dostrzegła, jak elf opiera się o futrynę drzwi.
in uthenera
Intensywnie zielone oczy spoczęły na niej. Odpowiedziała im.
na revas
Dzięki Merrill wiedziała, o czym mówi ta pieśń, choć nie znała mowy elfów. I dopiero teraz uświadomiła sobie, że popełniła błąd, śpiewając ją tak bezmyślnie w otoczeniu Fenrisa. Nie przestawał na nią patrzeć. Strach wypełnił jej gardło, chciała przeprosić, ale wiedziała, że słowa są nieodpowiednie. Już wstawała by wybiec z posiadłości, gdy on, jakby dopiero przebudzony, wyciągnął pospiesznie rękę zatrzymując ją tym gestem.
– Dokończ – szepnął. I nie było w tym rozkazu, złości, czy smutku. Była prośba, którą spełniła, przelewając w swój głos wszystkie doświadczone przed chwilą emocje.
vir sulahn'nehn
vir dirthera
vir samahl la numin
vir 'lath sa'vunin'
Jej smukłe palce odnalazły odpowiednie miejsca na strunach i ostatni dźwięk zawibrował w przestrzeni komnaty. Powstała cisza była ogłuszająca.
– Przepraszam, dopiero jak zaczęłam, zdałam sobie sprawę…
– Masz ładny głos.
Wyrwało jej się jakieś „och" i podziękowała patrząc na swoje buty. „Hawke, jesteś Hawke! Masz dwadzieścia dwa lata, a nie trzynaście! Głowa do góry, uśmiech na twarz, ironia na język. Już!".
Theri odłożyła lutnię do szafy, spojrzała na elfa i z zadziornością powiedziała:
– To kieliszki od szampana, nie wiem, czy ten wspaniały trunek godzi się traktować z taką ignorancją.
– Myślę, że lepiej dla niego, jeśli stopniowo będzie się przyzwyczajał do coraz gorszych warunków – parsknął elf.
Theri zaczęła się śmiać w głos.
– Ej, nie jest tak źle, przecież po Głębokich Ścieżkach nasze żołądki nie muszą już codziennie trawić kotletów z grzybów głębinowych, gulaszu-nieszpodzianki z Wisielca, czy tej owsianki o niepokojącej konsystencji, jaką robi Merrill. Czekaj, jak ją nazwała Izabela? Aha, „co nahara sto mabara". Heh, ona gwałci nawet fleksję!
Wino było bardzo słodkie. Gdy szkło wypełniało już tylko powietrze, Fenris przyniósł dwie nowe, pełne butelki. By przepłukać gardło.
– Agreggio Pavali – szepnął Fenris, gdy pociągnął pierwszy łyk prosto z gwintu. – Musiałem serwować je gościom Danariusa.
Chwilę patrzył na czarną, matową butelkę, po czym zacisnął korek z powrotem, zamachnął się i rzucił wino na przeciwległą ścianę. Echo poniosło huk po wszystkich pomieszczeniach posiadłości, a karminowa plama malowniczo ozdobiła tapetę.
– Dobrze, że potrafię jeszcze cieszyć się z małych przyjemności.
Fenris odwracał się właśnie od swoich myśli a z powrotem do Theriny, gdy smukła butelka śmignęła mu przed nosem i rozprysła się na końcu komnaty.
– Fakt, coś w tym jest – powiedziała uradowana dziewczyna. – Chyba muszę potrenować w domu, póki jeszcze nie pomalowali ścian.
– Mam przynieś kolejne? – zapytał rozbawiony Fenris. Ta kobieta zadziwiała go z każdą sekundą bardziej.
– Nie, powinnam się już zbierać.
Elf w życiu nie przyznałby się, nawet przed samym sobą, że zrobiło mu się żal. Ale zrobiło mu się.
– Tylko chciałabym cię jeszcze o coś zapytać – powiedziała Theri. – Nie mogę liczyć, że jesteś pijany po kilku kieliszkach?
– Nie mogę liczyć, że to było to pytanie?
– Bez obaw, wszystko będzie dobrze, jeśli pójdziesz na współpracę – Theri puściła elfowi oczko. – A tak na poważnie: nie chciałbyś, bym nauczyła cię czytać?
Spodziewał się tego. Po jej minie, tam, w uliczce Górnego Miasta poznał, że było jej przykro i będzie próbowała to odkręcić.
– Potrafię bez tego żyć, nie potrzebuję litości – odrzekł starając się, by jego głos nie zawadził o nieprzyjemne tony.
– Litości? – była zdziwiona. – Przecież zawsze jest coś, czego się nie potrafi. Coś, czego można się nauczyć.
– W takim razie czego nie potrafisz ty, Therino Hawke? – był przekonany, że to wprawi ją w zakłopotanie, więc cieszyło go jego zgrabne wyjście z sytuacji, ale dziewczyna, po chwili ciszy, zapytała:
– Ale zostanie to między nami?
Kiwnął niecierpliwie głową. Therina skrzywiła się i podreptała chwilę w miejscu.
– Nie umiem pływać – wyrzuciła z siebie tak szybko, jakby miała nadzieję, że dzięki temu elf nic nie zarejestruje.
– No to mamy remis.
Usłyszawszy to, Theri uniosła kąciki ust.
– Więc? Zabrać następnym razem ze sobą książkę? Mam w biblioteczce coś, co powinno cię zainteresować: wspomnienia samego Shartana. Tego, który…
– …poprowadził niewolników na Imperium Tevinter – dokończył Fenris i po chwili powiedział cichym, spokojnym głosem: – Zawsze chciałem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Być może to jest moja szansa.
Gdy kiwnęła głową, dodał z rzadkim u niego, szelmowskim uśmiechem:
– Mój nauczyciel będzie musiał wykazać się cierpliwością, inaczej w momencie odwrócenia ról, może przeżyć „głęboki" szok.
Zrobiła minę, mówiącą: „Ty draniu!", ale nie powiedziała nic. Zabrała koszyk i ruszyła do wyjścia. Tuż przy drzwiach obróciła się i spojrzała na niego. Chciała coś powiedzieć, ale te szmaragdowe oczy wymiotły z jej głowy wszelkie słowa. Nacisnęła klamkę. Światło dnia na zewnątrz niemal ją oślepiło.
