5. [Inspiracja do walk w posiadłości Fenrisa: Audiomachine – 11 Days In Hell]
Noc była bezgwiezdna. Podmuchy wściekłego wiatru porywały ich namioty, więc postanowili zawinąć się w dostępny materiał i zmusić jakoś organizmy do zignorowania niesprzyjających dla snu warunków. Trzymanie warty nie było wobec tej pogody najgorszym losem, więc Fenris z całkiem niezłym usposobieniem oparł plecy o chłodną, chropowatą korę drzewa.
Godziny mijały, a przez jego głowę przemknęło milion myśli. Co dziwne, w większości nie były gorzkie. Jeszcze trzy lata temu musiał liczyć sam na siebie. Szczuto na niego łowców, poszukiwano w każdym miejscu, zabierano godziny snu, wypełniano serce stałą dawką niepokoju. Nawet po zamieszkaniu w zrujnowanej posesji Górnego Miasta, pierwsze noce nie były tymi przespanymi. Aż znalazł się w kompanii Hawke. Mógł nie zgadzać się ze wszystkimi, mógł się z nimi kłócić i mieć ich dość, ale odkrył któregoś dnia, że miał do nich zaufanie. No, może wyłączywszy tego plugawca i naiwną Dalijkę. Razem byli dziwną mieszanką charakterów, skotłowaniem idei, dążeń i pragnień. Elf lubił samotność, półmrok swojej posiadłości, wyciszenie zmysłów. Ale lubił też cotygodniowe spotkania w Wisielcu, wspólne wypady, a nawet głupie, infantylne rozmowy.
Westchnął. Spojrzenie zielonych oczu ześlizgnęło się z nieokreślonej przestrzeni na bardzo określoną sylwetkę. Była pogrążona we śnie. Leżała na boku, okutana w płaszcz i połacie materiału, będące wcześniej namiotem; przypominała trochę ofiarę pajęczego ataku. Wiedział, że lubiła, gdy wiał mocny wiatr, ale wiedział też, że była zmarzluchem. Odczuł dziwny niepokój. Kiedy nauczył się o niej tego wszystkiego? Bezwiednie rejestrował szczegóły jej wyglądu. Ciemnorude pasma włosów wyswobodziły się spod tyranii warkocza i opadły na jej spokojne czoło. Pierś unosiła się powoli i rytmicznie. Lewa ręka leżała na trawie, wierzchem do góry. Fenrisowi przyszło na myśl, że ta delikatna ręka, leżąca tak bezbronnie i bezsilnie, odsłaniająca nadgarstek w dziwnie poruszający sposób, potrafi bardzo okrutnie zabijać.
Wrócił myślami do tamtej nocy, kiedy pierwszy raz zobaczył, jak walczyła. Rzeź na placu obcowiska była niezwykła, ale dopiero to, co zobaczył w jego obecnej posesji sprawiło, że uznał Therinę za wyjątkowo zdolną wojowniczkę. Cienie zaatakowały wówczas tak gromadnie, że Fenris i jego nowi, jak sądził tymczasowi sprzymierzeńcy, musieli zaatakować pojedynczo, każdy chroniąc samego siebie. Gdy demony i zjawy zniknęły, zdali sobie sprawę, że brakuje Hawke. Podbiegli do jednego z pomieszczeń; Fenris zobaczył, jak dziewczyna szła samotnie w kierunku kolumny cieni, plugawców i nieumarłych. Nikt nie zdążyłby jej pomóc. „Co ona wyprawia?" – pomyślał wówczas elf. I wtedy zobaczył taniec Theriny Hawke. Taniec śmierci. Uniosła dwa miecze jednocześnie, by ciąć z góry na dół, okręcając się przy tym wokół własnej osi i posuwając naprzód. Z pierwszymi dwoma obrotami Nożyk i Płomień szły równolegle, z kolejnymi obrotami Theri wprowadziła między nie dysharmonię: najpierw jeden, potem w ślad za nim spadał drugi miecz, tnąc przeciwników z każdej ze stron. Wirowała ze stałą prędkością, aż ujrzała przed sobą jedynie trzy wskrzeszone z martwych ciała. Zatrzymała się przed nimi, kończąc obroty, lecz nie zwalniając tempa; złożyła przed piersią bronie w kształcie litery „X" i rozsunęła na boki, przejeżdżając ostrzami po stojących przed nią w linii przeciwnikach. Zakończyła taniec. Wszystko to trwało najwyżej kilkanaście sekund, ale Fenris zawsze wspominał tę scenę w zwolnionym tempie. Było to coś, czego nigdy wcześniej nie widział, połączenie gracji z niebezpieczeństwem, piękna ze śmiercią. Ale także, patrząc na jej codzienne zachowanie, dobroci ze stanowczością. Therina zrobiła na nim imponujące wrażenie. Cieszył się, że ma ją po swojej stronie.
Elf przypomniał sobie także inny moment ich wspólnej historii. Podczas jednego z wypadów, mieli za zadanie zlikwidować grupę łowców niewolników i odbić ich zakładnika, młodego chłopca, Feynriela. W obawie przed egzekucją półelfa, jeśli łowcy poczuliby, że grunt pali im się pod nogami, Hawke postanowiła zlikwidować przeciwników na swój, łotrzykowski sposób. Fenris był wtedy niezadowolony, chciał spaść na tych pieprzonych drani ze swoim dwuręcznym mieczem i zetrzeć ich z powierzchni ziemi za fach, którym się parali. Był zmuszony odnaleźć swoje miejsce w planie, który przewidywał skradanie się i mordowanie – po cichu. Potrafił chodzić bezszelestnie, ale gniew w jego wnętrzu wypalał mu wnętrzności. Za to Theri pokazała wówczas, że jest nie tylko świetna w walce bezpośredniej na dwa miecze, ale że radzi sobie też perfekcyjnie z bronią dystansową, z drugą miłością jej życia bojowego – łukiem. Fenris starał się ukrywać swoje zainteresowanie, ale nie mógł przestać spoglądać na dziewczynę, która w absolutnej ciszy przyciągała cięciwę do policzka i trafiała zawsze tam, gdzie chciała. Jej smukła sylwetka wyglądała nader wdzięcznie, gdy napinała się razem z drewnianym, refleksyjnym łukiem. No i to, jak zlikwidowała przywódcę łowców… Ten przyłożył nóż do gardła Feynriela i zmusił jej kompanię do porzucenia broni. Theri schyliła się, by położyć łuk w poddańczym akcie; Fenris zauważył jednak, że dziewczyna sięgnęła za cholewę buta. W kolejnej sekundzie ostrze sztyletu przecięło powietrze i po kilku obrotach zanurzyło się w krtani herszta bandy, a Feynriel otrzymał jedynie szkarłatne plamy, które upstrzyły jego policzek.
Szybki, finezyjny, rytmiczny, śmiertelnie niebezpieczny – taki był jej styl walki. Kiedyś elf zasugerował, by częściej mieszała tempo uderzeń i ruchów; po jakimś czasie stawała się przewidywalna, być może tylko dla niego, ale jednak. O dziwo, przyjęła tę krytykę z aprobatą i nawet, jeśli wierzyć jej słowom, zaczęła nad tym pracować, ćwicząc w podziemiach swojej posesji, gdzie urządziła salę treningową.
Do świtu brakowało jeszcze około dwóch godzin, gdy bezbronna, wyzwalająca instynkt opiekuńczy ręka dziewczyny, poruszyła się nieznacznie. W chwile potem Hawke znalazła się w pozycji siedzącej. Fenris patrzył na nią z zaskoczeniem, usiadła tak nagle, że zdołała go wystraszyć. Poza tym, choć wydawałoby się, że odwzajemniała spojrzenie, był przekonany, że go nie widzi. Po części znajdowała się jeszcze w objęciach snu. Nagle powiedziała:
– Samoprzylepna cegła.
I z powrotem ułożyła się na ziemi.
Fenris pokiwał głową, na ustach pojawił mu się cień uśmiechu. Tak, była zdecydowanie interesującą osobą.
