8. [Inspiracja: Inon Zur – Boss Theme 1 (Dragon Age Origins)]
Kościany Szyb zamajaczył im na widnokręgu jeszcze przed południem. Czeluście szybów przypominały wielgachne usta, głodne i nienasycone. Gdzieniegdzie na trawie leżały porzucone naczynia i ubrania – górnicy najwyraźniej bardzo się śpieszyli, gdy opuszczali kopalnię. W jednym miejscu błoto pochłaniało prowizorycznie wykonane karty.
– Może partyjkę? Nie? Szkoda – krasnolud starał się wysoko stawiać nogi, by brązowa breja nie zniszczyła jego nowych butów. Nie zanosiło się na poprawę pogody, od wczoraj lało jak z cebra i jakoś nie chciało przestać.
– Czy ten wyzyskiwacz powiedział ci, o co chodzi tym razem? – zapytała Avelina.
– Hubert nie, ale poszłam do Dolnego Miasta poszukać ocalałych górników. Mówili, że to smok. Gdy przypomnę sobie ich przerażone twarze, jestem w stanie w to uwierzyć.
– Smok? Hawke, prowadzisz nas na smoka i mówisz mi o tym dopiero teraz?
Merrill zaśmiała się cichutko; tylko ona była zdolna do takiej reakcji w obliczu bliskiego spotkania z bestią. Theri wzruszyła ramionami.
– Nie pytałaś. Zresztą, ostatnio mało co do ciebie dociera – dziewczyna spojrzała na wojowniczkę w znaczący sposób; strażniczka oblała się rumieńcem.
– Niech no sobie przypomnę: były tu już wielkie pająki, tabun nieumarłych, grupa złodziei, pradawne zmory, a teraz mamy smoka? – Anders wystawił piąty palec. – Zaczynam wierzyć, że to miejsce faktycznie jest nawiedzone.
– Pachnie śmiercią. Nawet skały nasączone są jękami – Fenris tradycyjnie zamykał pochód. Deszcz bębnił o jego stalowy pancerz.
– Niechaj Andrasta czuwa nad ich duszami.
– Oby nie musiała czuwać też nad naszymi, Ministrancie. Przynajmniej nie w oderwaniu od ciała – odrzekł Varrik.
Zbliżali się do wskazanego przez górników miejsca; pokonawszy wąski przesmyk znaleźli się na wielkiej, pustej polanie. Dawniej znajdowały się tutaj baraki niewolników, spora przestrzeń ogrodzona była skałami, co zapewniało kontrolę nad „siłą roboczą" i uniemożliwiało ewentualną ucieczkę.
– No i gdzie on jest? Chciałabym już zrobić sobie buty z jego skóry – Izabela bacznie przyglądała się pobliskim wzniesieniom.
Przez chwilę mieli nadzieję, że usłyszeli tylko grzmot burzy, ale wzrok szybko skorygował pragnienia: przed nimi, na tonącej w deszczówce polanie, wylądował smok. Był ogromny, był smokiem z opowieści, był wprost nierealny. Szara łuska, jak najlepiej dobrany pancerz, gięła się w krzywiznach cielska, paszcza wypuściła przeraźliwy pisk, od którego zawibrowało wilgotne powietrze. Gad obrócił łeb w stronę Hawke i jej drużyny a ogromne skrzydła rozpostarły się do lotu.
– Tyle materiału wystarczy na te twoje buty? – zapytał piratkę Anders. Delikatna bariera otoczyła każdego z towarzyszy; zaklęcie mogło ochronić ich jedynie przed spłonięciem żywcem w ogniu smoka, ale przeciw jego sile fizycznej, pazurom, szczęce i ogonowi nie zdziałałoby zgoła nic.
– Nadlatuje! Varrik, Sebastian, wejdźcie na skały i szyjcie z ukrycia – Theri wskazała miejsce po obu stronach polany. – Anders, tylko zaklęcia defensywne, Merrill, siły natury, jak odciągniemy jego uwagę… – zauważyła, że smok krążył na niebie, jakby zastanawiał się nad najlepszym sposobem na pozbycie się intruzów. – Iza, zachodź go od tyłu, tylko uważaj na ogon…
– Jestem dobra w akcjach od tyłu.
–...Avelina, musisz go zranić w bok, ja i Fenris spróbujemy frontalnego ataku.
Wszyscy kiwnęli głowami. Zanim ruszyli na spotkanie ze smokiem, na spotkanie przypominające najstarsze opowieści i eposy, Theri pomyślała, że drużyna bez słowa akceptuje jej zwierzchnictwo. Była ich liderem i nie mogła pozwolić, aby przez nią zginęli.
Smok opadł na ziemię z głośnym hukiem. Hawke poczuła, że jej nogi odrywają się od podłoża i ląduje na kolanach. Fenris zachwiał się tylko i w sekundę potem biegł w stronę gada ze swoim potężnym oburęcznym mieczem. Smok skupił na nim spojrzenie czarnych, błyszczących oczu, lecz zaraz z wrzaskiem obrócił łeb: strzała wbiła się w mięso powyżej nozdrzy i rozwścieczony posłał w kierunku Sebastiana wstęgę ognia. Łucznik zeskoczył z zajmowanego stanowiska zbyt późno, ale płomienie rozbiły się o połyskującą barierę. Anders wzmocnił także zaklęcie ochronne otaczające krasnoluda, gdyż ten wdrapał się już na wzniesienie po prawej stronie zaskoczonego niepowodzeniem smoka i przytulił do szerokiej piersi drewno kuszy.
– Przywitaj się z Bianką!
Trzy bełty, jeden po drugim wbijały się w szyję gada, który z furią zafalował głową i zaczął iść w stronę atakującego. Nie zrobił trzech kroków, gdy poczuł, jak jedną z błon na masywnej łapie przecina mu długie ostrze; Fenris o włos uniknął spotkania z ostrymi jak piła zębami i zmiażdżeniem przez próbującą dosięgnąć go szczękę. Nie udało mu się jednak uniknąć zderzenia ze zranioną łapą, którą smok wierzgnął, bardziej z reakcji na ból, niż w celu uderzenia przeciwnika. Elf spadł w błoto, miecz odleciał gdzieś dalej. Gdy zobaczył, jak szyja smoka wygięła się w jego kierunku, a ślepia spoczęły na jego ciele, pomyślał, że los płata dziwne figle. Lata ucieczki przed okrutnym magistrem, bandami łowców niewolników i najętymi zbirami, a on kończy jako ofiara wielkiego smoka.
Los jednak nie miał tego w planach, bo na drodze bestii stanęła Therina Hawke. Jednym ciosem wbiła Nożyk po rękojeść w odsłonięty na moment fragment brzucha i zostawiając go tam, wykonała przewrót na błotnistej ziemi, unikając w ten sposób pożarcia przez zwierzę. Przesunęła ostrzem Płomienia po łuskach na szyi. Rana nie była głęboka, bo jej lekki, choć ostry miecz nie radził sobie najlepiej z twardą, zrogowaciałą skórą. Mimo to ciosy wystarczyły, by doprowadzić smoka do ostateczności. Avelina nie zdążyła już uderzyć w lewy bok bestii; ogromne zwierzę stanęło na tylnych łapach i machnąło potężnymi skrzydłami. Podmuch najpierw zwalił ich z nóg, a później przyciągnął nieszczęśliwie do smoka. Leżeli gromadą, Theri, Avelina, Fenris a nawet oddalony poprzednio Anders – i tylko nagły atak Izabeli zdołał uchronić ich przed grupową śmiercią. Piratka wbiła trujące ostrza sztyletów w tylne okolice cielska, ale nie zdążyła ich już wyciągnąć: ogon zmiótł ją z tamtego miejsca i odrzucił nieprzytomną pod skały.
Anders podniósł się z trudem i pobiegł w jej stronę. Błoto ściekało z jego szaty, gdy kluczył po polanie, starając się uniknąć smoczego ataku. Nie widział, że udało mu się dotrzeć do piratki tylko dzięki wypuszczanym przez Varrika i Sebastiana pociskom. Nie wszystkie z nich przebijały się do mięsa gada, większość łamała się jak wykałaczki.
Osłabiony ranami i trucizną smok wzbił się w powietrze, kolejny raz zwalając Therinę z nóg. Nikt, choćby się bardzo starał, nie potrafiłby powiedzieć, jakiego koloru pierwotnie była jej skórzana zbroja, nie mówiąc już o wystającej gdzieniegdzie koszuli. Hawke spojrzała w górę. Zobaczyła, pomiędzy strugami deszczu, jak gad zniżył lot i wypuścił strumień ognia wprost na Varrika. Rzuciła przerażone spojrzenie na Andersa; ten zajęty był opatrywaniem nadal nieprzytomnej Izabeli. Czary rwały się w jego rękach, wyglądał na wykończonego. Theri znów spojrzała na krasnoluda: zdążył zeskoczyć ze wzniesienia na polanę, ale potłukł się przy tym niesamowicie. Kołnierz bogato zdobionej koszuli zajął się ogniem, ale Varrik w pierwszej kolejności zagasił czerwone płomyki, które pojawiły się na Biance.
Bestia zatrzymała się chwilę na jednej z wyższych skał i ryknęła potężnie. Chwilę później pikowała wprost na Sebastiana. Kleryk nie miał w kołczanie ani jednej strzały; próbował salwować się ucieczką wzdłuż wzniesienia, na którym stał. Smok był tuż za nim i składał się właśnie do zionięcia w mężczyznę ogniem, gdy nagle ściągnął szyję i, wciąż unosząc się w powietrzu, spojrzał zdziwiony na swoją tylną łapę. Cała pokryta była kamienną otoczką. Ta wyraźnie zaciążyła bestii, gdyż poruszał nią pragnąc zrzucić nadbagaż. Merrill uniosła dłonie drugi raz; szeptała coś chwilę, a na jej czole pojawiły się krople potu. Wreszcie zaklęcie wystrzeliło w kierunku smoka i magiczne liany oplotły jego potężne cielsko. Gad machał skrzydłami jeszcze chwilę, ale nie potrafił dłużej opierać się witkom, które krępowały jego ruchy. Niezgrabnie upadł na polanę i zaczął wić się z zapamiętaniem we wszystkich kierunkach. Nie było szans na zbliżenie się do bestii, gdy w szale tarzała się po podłożu. Czar Merrill słabnął. Wreszcie liany puściły i zamieniły się razem z kamienną powłoką w szarą mgiełkę. Deszcz przybrał na sile, lał teraz z taką siłą, że Theri odczuwała wyraźnie ciężar spadających kropli.
Avelina, Fenris i Therina stali obok siebie, czekając na kolejne starcie. Smok zaszarżował w ich kierunku, więc przygotowali się na kontratak, ale gad zmylił ich tylko. W jednej chwili zatrzymał się i wypuścił na nich kulę ognia. Nie mieli szans, by jej uniknąć. Hawke i Fenris padli na ziemię; poczuli jak paruje powietrze, jak ogniste języki łopoczą nad ich głowami. Spojrzeli niepewnie przed siebie. Avelina krzyczała. Trzymana przez nią tarcza zatrzymała żywioł, ale rozżarzyła się do czerwoności. Strażniczka odrzuciła metal i krzyknęła rozdzierająco. Jej ręka wyglądała makabrycznie, a nogawka spodni zagasła dopiero pod uderzeniami deszczu.
– Zabierz ją, odciągnij! – krzyknęła Therina. W oczach Fenrisa pojawiło się wahanie; wiedział, że dziewczyna będzie chciała skupić gniew bestii tylko na sobie.
– Już! – zawołała do niego. W jej głosie pobrzmiewała desperacja.
Elf złapał Avelinę w pasie i przerzucił jej ramię przez swój bark. Chciał jak najszybciej odnieść strażniczkę w bezpieczne miejsce i wrócić do Theriny, ale jedno spojrzenie na smoka uświadomiło mu, iż jest już za późno. Gad nie zamierzał ich zmiażdżyć, bo zrozumiał, że łatwiejszym sposobem na pozbycie się przeciwników jest usmażenie ich w ogniu. Anders wyczerpał zapasy many na uleczenie powracającej do przytomności Izabeli, Varrik i Sebastian nie mieli już pocisków, Merrill dopiero gromadziła energię, po ostatnich dwóch czarach, Avelina była ranna. Nie było żadnej bariery, żadnej osłony między Fenrisem i Hawke a ogniem, który wystrzelił właśnie z paszczy smoka.
Elf pomyślał, że chciałby jeszcze choć raz zobaczyć… Przekonać się… Ale teraz było już za późno.
– Nieeee! – Theri krzyknęła i nie zastanawiając się co robi, podniosła ramię dzierżące Płomień. Była wściekła i czuła jak gniew wrze w jej wnętrzu. Czuła też, jak ogień tańczy wokół niej, jak wiruje wokół jej miecza. Była okiem cyklonu. I była Panią Ognia.
Oczy Fenrisa rozszerzyły się w zdziwieniu; znaki na jego ciele zaczęły świecić, wyczuwając potężną magię. Rzucił okiem na Dalijkę – ta stała zszokowana, kilkanaście metrów dalej. Z pewnością nie rzuciła przed chwilą żadnego czaru. Powiódł wzrokiem po uzdrowicielu; mina Andersa potwierdziła, że to także nie jego dzieło. Elf wrócił spojrzeniem do Theriny. Ogniste języki wirowały wokół jej postaci, nie trawiły jej, nie rozbiły się o nią, jak o tarczę Aveliny. One stały się jej podległe. W kolejnej chwili płomień został wchłonięty przez miecz. Hawke nie doznała żadnych obrażeń.
Z krzykiem runęła na smoka. Gad spróbował kłapnąć ją paszczą, ale dziewczyna uskoczyła w bok. Zanim bestia zdołała zerwać się z powrotem, Hawke, w kilku zwinnych susach, wskoczyła na wielki, okryty łuską łeb i wbiła weń rozżarzony Płomień. Smok ryknął i zaczął z całą siłą machać masywną szyją. Wreszcie wierzgnął głową tak mocno, że Therina została wyrzucona pionowo w powietrze. Mijała w locie strugi deszczu; ciało przez moment nie należało do niej. Wisiała, zawieszona w przestrzeni nieba. To była tylko chwila, nieważkość minęła wraz ze strachem i teraz znów gniew ogarnął jej serce. Nie spuszczała z oczu smoczego łba. Gdy opadała, ścisnęła najmocniej, jak potrafiła rękojeść miecza. Schyliła ramiona, sylwetkę ułożyła tak, by zaatakować z całą dostępną siłą. Jeżeli gad ruszyłby w tym momencie głową, roztrzaskałaby się o ziemię. Nie ruszył.
Płomień przebił łuski, przebił mięso i kość. Ryk ogłuszył ją, ale nie zwalniała uścisku na rękojeści nawet wówczas, gdy ostrze pękło do jelca i zostało w ciele smoka. Wielki łeb wierzgnął ostatni raz i opadł z hukiem na ziemię, wyrzucając Therinę na błotnistą polanę. Poczuła chłód wody; uspokajał jej serce i rozluźniał ciało. Słyszała jakieś głosy, ale dopiero, gdy została poderwana przez silne ramiona, przypomniała sobie gdzie jest i co się zdarzyło.
– Hawke? – Fenris pochylał się nad nią. Wycierał opancerzoną dłonią jej ubrudzony krwią i błotem policzek. – Żyjesz?
– Nie wiem – powiedziała niepewnie. – A wyglądam?
– Niespecjalnie. Hawke…
– Theri! – Merrill była już przy niej. – Jesteś cała? To było niesamowite!
Anders także dowlókł się do dziewczyny. Przed chwilą zajmował się raną Aveliny, ale mimo to wykrzesałby ostatnie wiązki magii, by uleczyć Therinę.
– Nic mi nie jest – uspokoiła uzdrowiciela. Sebastian, Varrik i Izabela dołączyli do pozostałych, otaczając ją kręgiem.
– Nie mam pojęcia, co zrobiłaś, ale nawet moja wyobraźnia nie stworzyłaby czegoś takiego – krasnolud był tak potargany, że nie przypominał już siebie.
– Ja też nie wiem, co się stało, może miecz ojca był potężniejszy niż sądziłam – Theri z pomocą elfa wstała na nogi. Miała wrażenie, że zrobione są z galarety.
– Chyba niewiele z niego zostało – powiedziała strażniczka stojąca przy smoczym cielsku. – Nożyk też już jest stracony, raczej nie utrzymał ciężaru tej bestii.
– To było… – Anders obdarzył Hawke dziwnym spojrzeniem. – …coś, czego nigdy w życiu nie poczułem. Gdybym cię nie znał, pomyłabym, że jesteś niezwykle potężną apostatką.
Fenris badawczo spoglądał na Therinę. Dokładnie to samo przyszło mu do głowy. Hawke wzruszyła tylko ramionami.
– Bez obaw, nie zabiorę ci profesji. Potężny miecz, spora dawka strachu i gniewu, niemało szczęścia. To wszystko.
– To wszystko? – Izabela prychnęła. Jej niebieska chusta powalana była błotem, a z opalonego czoła leciała strużka krwi. – Gdybym ja miała takie talenty, na pewno nie byłabym kapitanem bez statku.
– Dajcie mi chwilę czasu, jak zregeneruję siły, postaram się was poskładać – Anders usiadł na mokrej trawie.
Gdy każdy z nich był już w stanie o własnych siłach wrócić do Kirkwall, pozbierali elementy uzbrojenia (Theri wyciągnęła szczątki Płomienia na pamiątkę), a Izabela dopięła swego i wycięła fragment smoczej skóry. Varrik nie przestawał zachwycać się czynem Theriny i wyobrażać sobie miny swoich słuchaczy, gdy będzie o nim opowiadał. Sebastian nucił pod nosem Pieśń Światła, Merrill trajkotała o czymś bez przerwy, a Avelina klęła pod nosem, bo jej tarcza po raz drugi została zniszczona. „Tym razem nie skończy się na wyklepaniu" – pomyślała.
Theri była zaniepokojona. Gdy smok zionął na nią ogniem, a ona ten ogień zatrzymała, w jej głowie pojawiły się obrazy z dzieciństwa. Obrazy z tej jednej nocy, gdy miała dwanaście lat. „Nie, to niemożliwe, to była tylko wredna, kłamliwa wiedźma. To musiał być miecz ojca, nic innego". Jednak nie zdołała przekonać samej siebie. Pamiętała, jak nazwała ją ta czarownica. Therina z trudem przełknęła ślinę.
– Hawke? – Fenris ponownie zbliżył się do niej. Wiedziała, że elfa niepokoi magia, jaką niedawno poczuł. – Czy to naprawdę była zasługa tego ostrza?
– Nie obawiaj się, nie jestem kolejnym zaplugawionym apostatą, któremu musiałbyś wyrwać serce – chciała zasłonić niepokój humorem, ale wyszedł tylko gniewny komentarz.
Elf nic z początku nie odpowiadał, w końcu jednak zaczął, zmienionym głosem:
– Byłem pewien, że to nasze ostatnie chwile.
– Ha, trzeba aż wielkiego smoka, by cię przestraszyć? – Hawke cieszyła się, że zmienił temat. Mogła znów być sobą.
– Nie bałem się, tylko… zrobiło mi się żal.
– Żal czego?
Fenris chciał coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wyszedł z jego krtani. Pomyślał, że gdyby teraz napadła na nich banda pomiotów, miałby za swoje.
Theri nie powtórzyła pytania; bała się, że odpowiedź rozminie się z jej oczekiwaniami. Spojrzała w górę. Deszcz przestał padać, a promienie słońca przebijały przez brudne chmury. Na niebie pojawiła się tęcza.
