9. [Inspiracja: Immediate Music - Pandora]
Kompleks jaskiń na Okaleczonym Wybrzeżu był idealną kryjówką dla wszelkiej maści rzezimieszków, złodziei, morderców, dewiantów, fanatyków i innych zwyczajnych mieszkańców Kirkwall. Z tego też powodu, Hawke wybierała się tam co najmniej raz na dwa tygodnie. Wówczas czyściła teren i ze znudzoną miną odhaczała zadanie z listy zleceń. Notatnik z zaznaczonymi bieżącymi sprawami zawsze miała przy sobie. Musiała być zorganizowana – jakby to wyglądało, gdyby magów krwi i plugawce załatwiała w czwartki, zamiast we wtorki? Albo, przypadkiem gdzieś przechodząc, uratowała porwaną szlachciankę, w ogóle nie pamiętając, kto jej to zlecił i gdzie się zgłosić po nagrodę? Nie, notatnik był niezbędny. Teraz, na jednej z jego stron, widniało nie odhaczone jeszcze zadanie: „Wyeliminować Tal-Vashoth; jaskinie OW".
– Zobaczysz, słodziutka, to będą arcydzieła! – Izabela nie potrafiła ugryźć się w język.
– Rivianko! Hawke zasługuje na niespodziankę. Czy ty w ogóle wiesz, co to jest niespodzianka?
– Jeśli to nic długiego, śliskiego albo wibrującego, to obawiam się, że nie.
– Tak myślałem – westchnął Varrik. – Od razu widać, że przeszłaś tylko jeden etap edukacji.
Hawke uśmiechnęła się do siebie. Przyjaciele obiecali dać jej nowe miecze na zbliżające się urodziny. Ponoć każdy z drużyny nie tylko włożył w ten prezent swój kapitał, ale i zaproponował coś od siebie przy pracy nad projektami broni. Deliberowali nad tym trzy wieczory i Therina nie miała wówczas wstępu do Wisielca.
– Mówiłam wam, że to zbyt kosztowny podarunek. Naprawdę cieszyłabym się ze skarpetek, ramy do obrazu czy kolejnej pary kolczyków.
– Powinnaś być wdzięczna losowi za to, że nie jesteś magiem – Anders uśmiechnął się łagodnie. – przy każdej możliwej okazji dostawałabyś czyste zwoje albo amulety.
Zarejestrował, że Theri z paniką próbowała sobie o czymś przypomnieć.
– Nie przejmuj się, miałem wtedy o jeden amulet mniej w porównaniu ze zwojami; teraz przynajmniej panuje harmonia. A co do mieczy, będziesz miała po nas pamiątkę. Nigdy nie wiadomo, co nas może spotkać – tu obrócił się w stronę nadchodzącego białowłosego elfa.
– W przypadku niektórych łatwo jednak zgadnąć – Fenris posłał uzdrowicielowi równie mroźne spojrzenie.
– Pomyślelibyście lepiej, jak Hawke mogłaby nazwać swoje przyszłe miecze – krasnolud zatrzymał się u wejścia do jaskini. – Z całym szacunkiem, maleńka, ale cieszę się, że nie musiałem kłamać w sprawie tego, które z twoich ostrzy zabiło Wielkiego Smoka.
– A od kiedy to masz problem z kłamaniem, Varrik? – Theri posłała mu krzywy uśmiech. – Zresztą, co masz do Nożyka? Dobrze mi służył.
– Ależ nic, poza tym o zmarłych się nie dyskutuje. Pomyśl o przyszłych mieczach. Z uwagi na rosnące osiągnięcia zawodowe, powinnaś brać pod uwagę tylko epickie nazwy.
– Na przykład?
– Powiedzmy… Połowiczny Krztusiciel i Odejmowywacz Ramion. Co ty na to, Hawke?
– Ha! Już słyszę przerażone głosy moich przyszłych wrogów: „Ach, uciekajcie, to Therina Hawke ze swoim Połowicznym Krztusicielem i Odejmowywaczem Ramion!".
– Myślę, że nie zdążyliby dojść nawet do „Krztusicielem" – parsknęła piratka.
– Albo udusiliby się własnym językiem, próbując to wymówić – Therinie coraz bardziej podobał się ten pomysł. – Varrik, to było dobre!
– Bułka z masłem – odpowiedział krasnolud, ale widząc rosnące w zachwycie oczy dziewczyny, dodał szybko: – Nawet o tym nie myśl, bo podam ci słownikową definicję wyrazu „epicki".
– Hawke, jesteśmy tu z jakiegoś powodu, prawda? – Fenris spojrzał ponuro na sklepienie jaskini.
Kiwnęła głową i weszli w mrok.
Krople wody spadały ze stropu i rozbijały się o skałę na tysiące cząstek. Szaro-niebieska kolorystyka otoczenia potęgowała doznany po wejściu do jaskini chłód. Nie usłyszeli ani jednego dźwięku, ale na pytające spojrzenie Theri, Anders przytaknął: gdzieś w pobliżu ukrywał się Saarebas, rozsnuwający w powietrzu swoją niepokojącą magię. Musieli być zatem ostrożni; ich postawy, spojrzenia, ruchy nabrały skupienia i czujności. Tal-Vashoth byli już zapewne świadomi niechcianych gości, a nie było sensu wierzyć, że podarują sobie zasadzkę i wystąpią otwarcie – tak czynią tylko ci z qunarich, którzy nadal są wierni nakazom swojej religii.
Powoli sprawdzali kolejne jamy i korytarze, posuwając się pod górę – jaskinia kończyła się bowiem tuż pod wysokim stropem, gdzie skalne, pionowe urwisko wisiało nad ciemną taflą jeziora. Ich ciche kroki, mimo starań, odbijały się płaskim echem. Theri odniosła wrażenie, że przestrzeń wokół straciła wyraźne kontury. Przystanęła zdziwiona i zamrugała dwa razy. „Musiało mi się wydawać" – próbowała się uspokoić. Jednak po kilku krokach dostrzegła w kącie jaskini falujące zboże. A to już nie mogło być normalne. Odwróciła się do swoich towarzyszy; po ich minach poznała, że przed oczami bynajmniej nie mają tego, co powinni.
– Też to widzicie? – szepnęła najciszej, jak potrafiła.
– Zobaczyłaś Karla? – zapytał zdziwiony Anders.
– Nie Karla… – wróciła spojrzeniem do miejsca, w którym wcześniej rosło dojrzałe zboże. Teraz dostrzegła w nim jakąś zamazaną postać. Ta zbliżała się z każdą chwilą, aż Hawke przestała mieć wątpliwości co do tego, kim jest.
– Nie podoba mi się to – warknął Fenris. – Trzeba zabić maga, zanim zagubimy się w tych wizjach.
– Anders, rzuć na chybił-trafił kulę ognia, może ich wypłoszymy – Theri starała się mówić szeptem, ale coraz trudniej było jej zapanować nad własnym ciałem. Pomyślała, że jeśli uzdrowiciel ma podobne problemy, za chwile wszyscy mogą skończyć jako kawałki pieczeni.
O dziwo, sprzyjało im szczęście: zanim Anders dokończył czar, z przyległego pomieszczenia wypadła grupa przeciwników. Musieli usłyszeć polecenie dziewczyny i wybiegli, by zapobiec spłonięciu. Mieli w olbrzymich rękach miecze i topory; nigdzie nie było widać władającego magią Saarebasa. Wizja nie zniknęła, a co więcej: zaczęła się konkretyzować. Theri odparła atak rogatego wojownika, ale w następnej sekundzie zamiast niego, zobaczyła znaną, prawie zapomnianą twarz. „Tommir" – wypowiedziała w umyśle jego imię. Stała pośrodku pola, naprzeciw uśmiechniętego, nastoletniego chłopca. Wyciągnął do niej rękę.
– Hawke, uważaj!
Dostrzegła błysk ostrza; sparowała w ostatniej chwili, ale siła uderzenia obniżyła jej gardę i sztych miecza dotknął skóry powyżej skroni. Poczuła spływającą ciecz.
Otrzeźwiona bólem uchyliła się przed kolejnym ciosem przeciwnika i wyprowadziła „ripostę" – atak będący ponoć specjalnością Bohaterki Fereldenu. Tal-Vashoth padł na ziemię. Spojrzała na swoją drużynę; wszyscy żyli i wyglądali na świadomych. Byli niemal na szczycie urwiska, gdy naprzeciw pojawiła się kolejna grupa wojowników. Theri była najbliżej. Zacisnęła mocniej dłonie na klingach, żałując, że nie czuje idealnej, dopasowanej przez lata materii Nożyka i Płomienia. Gdy wrogowie biegli w jej stronę, zaczęła swój Taniec Śmierci. Pierwszy obrót: szaro-niebieskie barwy jaskini mieszały się z czerwienią krwi i białymi ciałami przeciwników. Drugi obrót: Tommir śmiał się do niej i trzymając za rękę, prowadził w tańcu pośród zbóż. Trzeci obrót: ostrza śmigały, rozmazując się w szare smugi, naznaczając swoją obecnością mięso i kości. Czarty obrót: chłopiec trzymał ją coraz mocniej, na jego ładnej twarzy pojawił się rumieniec. Chciała wiedzieć, musiała wiedzieć, czy to ze zmęczenia, czy może on…
Zobaczyła Saarebasa. Stał na końcu urwiska. Śmiał się. Ciągle się śmiał, a jej niesforne włosy dotknęły jego chłopięcej szyi. Była tuż przy nim. Jedna jego ręka poruszała się w rytm czaru, druga wyciągnęła sztylet. Dlaczego miał zszyte usta? Nie, były roześmiane i gotowe do pocałunku. Pocałunek, tylko to się liczyło. Jej pierwszy… tylko to? O czymś zapomniała? O czym zapomniała? Był ktoś drugi? Ktoś się liczył… ktoś się…
Wystarczyłaby sekunda. Wzrok odzyskał ostrość, zniknęły pastelowe kolory, a przed nią stał z wyciągniętym sztyletem Saarebas. Zabrakło mu jednej sekundy. Głowa maga spadła i stoczyła się w przepaść.
W strachu obejrzała się za siebie: jej towarzysze wyglądali, jakby dopiero wrócili do zmysłów. Swoim tańcem wykończyła większość wrogów, więc mieli szansę odeprzeć niedobitków. Jednak sama Therina potrzebowała teraz ich pomocy. Trzech rogaczy, których najwyraźniej jedynie zraniła podczas wirowania, nie zaszarżowało na jej przyjaciół, ale odwróciło się i zaczęło maszerować na Hawke.
Zaklęła parszywie. Zapędzili ją w kozi róg! Stała teraz nad przepaścią, ranna i wycieńczona, a pod nią, wiele metrów poniżej, znajdowało się jezioro. Dla Theri równie dobrze mogłyby wystawać stamtąd olbrzymie kolce albo wirujące, metalowe piły.
Trzech Tal-Vashoth zbliżało się konsekwentnie; wojownicy dzierżyli te swoje potężne topory i w ogóle wyglądali groźnie. Wciągnęła głęboko powietrze: pomyślała, że mimo zupełnego braku sił musi walczyć do końca. Wtedy też pierwszy z przeciwników padł, z utkwionym w ciele sztyletem Izabeli. Dwóch pozostałych zbliżało się nadal. Therina cofnęła się na sam koniec skarpy. Kolejnego z rogaczy sięgnął Anders swoją błyskawicą, a Varrik poprawił dla pewności bełtem. Trzeci jednakże parł przed siebie, nie zważając na brak towarzyszy. Jeszcze chwila, a musiałaby skoczyć w jego kierunku, ryzykując śmiercią przez rozpłatanie, lecz olbrzym, w pół kroku, przeszyty został wielkim mieczem Fenrisa. Uczucie ulgi ogarnęło jej ciało, już chciała uśmiechnąć się w podzięce, gdy stało się nieoczekiwane.
Tal-Vashoth, z ziejącą w piersi raną podniósł swój topór. Nie miał sił, by zbliżyć się wystarczająco do Theri, więc ostatnim wysiłkiem wbił ostrze w skałę. I kamień pękł.
Fenris zanurzył miecz w karku rogatego wojownika, definitywnie kończąc jego żywot, ale w tym samym momencie usłyszał trzask. Gdy biegł w jej kierunku, widział przerażone, błękitne oczy i unoszone w pośpiechu ramiona. Wyciągnął rękę, ale opuszki palców tylko się musnęły. Nie zdołał chwycić jej dłoni. Sądził, że krzyknie, ale ani jeden dźwięk nie wyszedł z rozedrganych ust. Rozpuszczone włosy załopotały przy jej głowie, przez co sprawiały wrażenie żywych płomieni; sylwetka dziewczyny malała, aż w końcu zniknęła w odmętach jeziora.
Elf nie myślał wiele. Odrzucił miecz, kilkoma ruchami pozbył się stalowego pancerza i nie zważając na krzyki towarzyszy, schodzących w pośpiechu z urwiska, skoczył w ślad za Hawke. Gdy był już w powietrzu, odczuł na moment, jak strach cieniutką igłą kłuje mu serce. Spadał z niewiarygodną szybkością, szaro-niebieskie ściany jaskini migały mu przez oczami. Huk. Przebił lustro wody. Nie było to najprzyjemniejsze doznanie, zważywszy na wysokość skarpy, ale przynajmniej głębokość jeziora była wystarczająca. Rozejrzał się wokół; białe włosy falowały.
Zobaczył, jak jej szczupłe ciało desperacko walczyło przez chwilę z materią, aż w końcu zaczęło bezwładnie opadać. Czerwona smuga niedaleko jej czoła przyciągnęła wzrok elfa; barwiła wodę i mieszała się z kolorem jej włosów. Podpłynął w szaleńczym tempie, mając nadzieję, że dziewczyna wytrzyma jeszcze trochę. Dotarł do niej, złapał za rękę i zużywając cały zasób posiadanej energii, pociągnął ku powierzchni. Było trudniej, niż się spodziewał: nieprzytomna Theri nie współpracowała najlepiej. Wysiłek sprawiał, że sam zaczął się dusić, ale na szczęście był już u celu. Wynurzył głowę, zachłannie łyknął haust powietrza i skupił się na tym, by odholować ciało Hawke na skalny brzeg. Gdzieś powyżej usłyszał zaniepokojone głosy reszty drużyny. Położył Therinę na zimnym kamieniu a ściekająca z ciała woda utworzyła drugie małe jezioro. Nachylił się; nie oddychała. Bez zastanowienia złapał dziewczynę wpół, posadził na bezwładnych kolanach i mocno ucisnął jej klatkę piersiową.
Z ust Theri wyleciała struga wody i Fenris z ulgą usłyszał odruchowy kaszel. Krztusiła się dłuższą chwilę, aż wciągane w płuca powietrze nie powodowało już u niej paroksyzmów bólu. Zaczerwienionymi oczami spojrzała na elfa. Woda zlepiła jego włosy, nadała im nieładny szary odcień, a tunika przylepiła się do ciała, uwydatniając każdy mięsień. Znaki z lyrium lekko fosforyzowały.
– Fenris – wyszeptała mokrymi ustami. Widział, jak się trzęsie, jak długie pasma kasztanowych włosów konkurują ze spływającą krwią.
– Jesteś ran… – nie dokończył. Theri rzuciła mu się na szyję i przylgnęła doń. Mimo skórzanej zbroi, którą miała na sobie, poczuł jej bliskość i oblała go fala gorąca. Odkąd zerwał kajdany niewoli, unikał podświadomie wszelkiego fizycznego kontaktu, który został zarejestrowany przez jego umysł jako doświadczenie bolesne. Nawet po tych przełomowych latach w Kirkwall, niedostrzegalne muśnięcie, klepnięcie po ramieniu albo przypadkowy dotyk podczas walki były jedynymi momentami zetknięcia się jego ciała z innym. No, nie licząc tamtego opatrzenia rany na Głębokich Ścieżkach i jednego dnia, kiedy podczas jej desperackich prób pływalniczych, złapał ją w ostatniej chwili za rękę. Dziś, po raz kolejny, poczuł zwierzęcy strach, a zaraz po nim dziwną przyjemność.
– Skoczyłeś za mną – wyszeptała znowu.
– Jeszcze nie doszliśmy w nauce do spadania z dużych wysokości. Jako twój nauczyciel nie miałem innego wyjścia – uśmiechnął się do Theri, napotkawszy wdzięczne, troskliwe spojrzenie.
– Bądź pewien: jeśli kiedykolwiek zacznie na ciebie spadać ogromna biblioteczka pełna przerażających woluminów, podtrzymam ją własnym ciałem – uroczyście przysięgła.
W czasie, gdy elf pomagał jej wstać, u podnóża skarpy pojawili się ich przyjaciele.
– Czemu to zawsze tobie przytrafia się najlepsza zabawa, hm? – Izabela wyglądała na niepocieszoną.
– Do słowa „przytrafia" bardziej pasuje „nieszczęście". Zresztą zapomniałam chyba zamknąć bramę, mogłaś śmiało skakać – odpowiedziała Hawke, próbując przezwyciężyć nieznośne drapanie w gardle.
– Po tobie i Ponuraku? Strasznie mało oryginalne. Chociaż nasz trójkącik w wodzie… mmm.
Anders, nie wiedzieć czemu, spojrzał krzywo na Fenrisa, zanim zaczął leczyć ranę Theriny. Ta ostatnia wypuściła z ust pojedynczy jęk. I nie, nie z powodu bólu. Po prostu właśnie zdała sobie sprawę, że jej zastępcze ostrza pływają gdzieś na dnie jeziora. Znowu została z niczym.
– Nie brak ci odwagi, elfie – rzekł z podziwem Varrik, oddając przy tym Fenrisowi jego miecz i pancerz. Nikt nie widział, jak krasnolud radził sobie z przytaszczeniem tego całego żelastwa. – Choć nie wiem, na ile była to kwestia odwagi, a na ile ciepłego podszeptu serca.
Hawke zaniosła się nagłym kaszlem; dobrze, że miała przynajmniej wiarygodne usprawiedliwienie. Naruszyła podrażnione struny głosowe i chwile później nie musiała już udawać. Próbowała zdusić w sobie odruch, ale w efekcie jej twarz przybrała jedynie barwę purpury.
– Myślę, że to przeznaczenie. Nie może być inaczej – z powagą stwierdził Varrik.
– O cz… o czym ty mówisz? – Hawke poczuła się jak nastolatka przyłapana na wdychaniu oparów lyrium.
– O Połowicznym Krztusicielu, oczywiście. Nazwa pasuje do właściciela, jak ulał.
– Hawke, przyszliśmy tu z jakiegoś powodu, prawda? – Fenris spojrzał ponuro na ściany jaskini.
Kiwnęła głową i wyszli ku światłu.
