12.

Atmosfera była inna. Żadnych wyrzuconych przez Norę pijaczków, żadnych pałętających się dzieciaków. Coś było bardzo nie w porządku.

– Chyba nasz rogaty przywódca o wszystkim się dowiedział.

– Nie podoba mi się to, Varrik – Theri była zaniepokojona. Czuła, że to coś innego, że to wykracza poza jej standardowy zakres obowiązków. To nie była eskapada na jeden z gangów Dolnego Miasta, ani pomoc w odzyskaniu skradzionego ładunku.

– Musimy znaleźć Avelinę i pozostałych – kontynuowała. – Może da się to jakoś załagodzić. Porozmawiam z Arishokiem, a…

– Na to już raczej za późno.

Kilkadziesiąt metrów od Wisielca powstało jakieś zamieszanie. Rozległy się krzyki, zajęczała stal wyciągana z pochew. Therina spięła się, by ruszyć w tamtym kierunku, gdy poczuła lekkie szturchnięcie. Krasnolud przytrzymywał ją za łokieć.

– Hawke, chcesz się w to mieszać? – Varrik miał niepewny wyraz twarzy. – To nie tak, że jestem bez serca, ale jeśli Arishok naprawdę zaatakował miasto, nie ma sensu zgrywać bohatera. Jesteś takim samym mieszkańcem, jak każdy, nie należysz nawet do Straży Miejskiej. Może rozsądniej byłoby ostrzec pozostałych, w tym twoją matkę i poczekać na rozwój wypadków?

Dziewczyna chciała ze zniecierpliwieniem wyrwać się z jego uścisku, ale nagle doszło do niej, że Varrik może mieć rację. Dlaczego miała mieszać się w polityczne sprawy Kirkwall? Czy nie był od tego wicehrabia Dumar albo ta sławna komtur Meredith? Co to miasto dla niej zrobiło? Czym dla niej było? Kupą ociosanych kamieni, tonącą w brudzie, smrodzie i nietolerancji wobec „fereldeńskich psów". Theri kiwnęła nieświadomie głową. Tak, właśnie tak było. W obronie Lothering i całego Fereldenu mogła niegdyś poświęcić swoje życie, przecież dobrowolnie zgłosiła się do armii pod Ostagarem. Ale teraz? Tutaj? Jednak jakiś dysonans kręcił się między tymi myślami, jakiś niepokój. Avelina nie opuści posterunku i będzie do śmierci walczyć w obronie miasta, tego Hawke była pewna. Miała się temu przyglądać? Miała stchórzyć i pozwolić tym bestialskim qunari powyrzynać niewinnych ludzi?

Krzyki nabrały intensywności. Musiała zdecydować.

– Nienawidzę tego cholernego miasta.

– Więc dlaczego… – zaczął Varrik widząc, jak wyciąga zza pleców swoje dwa miecze.

– Bo jeśli tego nie zrobię, znienawidzę samą siebie.

Krasnolud pokiwał głową ze zrozumieniem i pobiegł za Hawke.

Dotarli do miejsca zamieszania. Grupa qunari otoczyła przerażonych kupców, którzy okopali się za drewnianym straganem i hałdą rzemieślniczych produktów. Pewnie nie zostałoby z nich wiele, gdyby nie dwóch magów, zaciekle walczących z rogaczami.

Theri ucieszyła się jak dziecko; może to była nagroda za wtrącenie się do obrony miasta? Cokolwiek zadziałało w tym momencie, przypadek, interwencja Stwórcy albo przeznaczenie, znalazła w błyskawicznym tempie dwoje swoich przyjaciół.

Ruszyła do ataku. Zanim grupa przeciwników zdołała zlokalizować nowe zagrożenie, wszyscy jej członkowie leżeli już martwi w kałuży krwi. Merrill rzuciła się Theri na szyję, a Anders pogratulował jej imponującego wejścia. Okazało się, że inwazja przerwała im zakupy produktów niezbędnych do magicznych mikstur.

Grupka uratowanych kupców patrzyła na nich z wdzięcznością, ale i przerażeniem. Hawke zapytała, czy wiedzą, gdzie mieszka Leandra Amell. Potwierdzili.

– Chciałabym, żebyście ostrzegli ją przed atakiem. Ją i wszystkich napotkanych mieszkańców. Widzieliście Arishoka, kroczącego miastem, zanim jego qunari zaczęli mordować ludzi? Hmm… Schrońcie się w Zakonie. Podejrzewam, że Twierdza i otoczenie Dumara nie będzie bezpiecznym miejscem.

– Oczywiście, pani. Nie umiem wyrazić, jak jesteśmy wdzięczni.

– Wystarczy mi, że powiadomicie moją matkę. Jeśli zawiedziecie, qunari będą waszym najmniejszym zmartwieniem. Aha, jeszcze jedno.

– Tak, pani?

– Nie widzieliście żadnej magii.

Kiwnęli głowami i obładowawszy się towarami, ruszyli w kierunku Górnego Miasta.

– Dorobkiewicze – prychnął Varrik. – Hawke, co robimy? Słyszałaś, co mówili o Avelinie: musiała być w centrum wydarzeń. Jeśli udało jej się wyjść z tego cało, nie powinna nadal znajdować się w Dokach.

Therina rozejrzała się wokół. Kręte uliczki Kirkwall uniemożliwiały dokonania jasnej oceny sytuacji, ale były też jedyną szansą dla mieszkańców. Jak znała zorganizowanych qunari, szli teraz ławą, taranując wszystko po drodze, ale nie penetrując każdego zaułku. Nie było szans, by dogonić Arishoka, ale postanowiła, że zrobi tyle, ile zdoła. Dla bliskich.

– Pani Komendant nas potrzebuje.


[Inspiracja: Two Steps From Hell – Elementum]

Biegli, słysząc coraz wyraźniej bitewną wrzawę. Co jakiś czas udało się im wychwycić także stanowczy, nieugięty rozkaz, niewątpliwie pochodzący z ust Aveliny. Żyła, a więc nie było za późno. Therina pomyślała, że tyle wystarczy. Nienawidziła bezradności. W momencie, w którym wbiegała na plac Dzielnicy Kuźni czuła, że odzyskuje ster, że teraz ona będzie panią sytuacji. Bezwiednie przycisnęła kciukiem rękojeść Pioniera. Szkarłatne skórzane obszycie odpowiedziało miłą gładkością. Zimna głownia, wykuta w kształcie ogarniętego orlimi skrzydłami symbolu Amellów, dotykała co drugi krok jej nadgarstka. Niesymetrycznie zwężający się sztych odbił promień słońca, choć wydawało się, jakby światło zostało przez metal przecięte. Wyżłobione po bokach ostrza płomienie oraz inicjały na jelcu ożyły; odezwała się zawarta w nich magia. Druga ręka Theri bezwiednie zacisnęła się na czarnym uchwycie Przyjaciela. Powyżej jej palców, pośrodku jelca znajdowała się sześciościenna ramka, spajająca poziomą i pionową linię broni. W jej wnętrzu zanurzony był piękny, oszlifowany szmaragd. Tuż przy gardzie wąskiego, srebrnego ostrza można było zauważyć subtelne napisy, które nie wżynały się w metal, lecz były weń wtopione, dzięki czemu nigdy nie gromadziły zakrzepłej krwi wrogów. Nie wyglądałoby to najlepiej, gdyby napis: „Drogiej Hawke, przyjaciele" oraz imiona członków jej drużyny zachodziły brudną posoką.

Avelina wraz z kilkoma innymi strażnikami dzielnie odpierała ataki rogatych wojowników, ale była wyraźnie na straconej pozycji. Gdy zobaczyła biegnącą Hawke, Andersa i Merrill, poczuła, jakby odnowiły się rezerwy jej energii. W kolejnej sekundzie, qunari poznali na własnej skórze, jak wielką przewagę dawała wyćwiczona przez lata u ich przeciwników bojowa synergia.

Theri wbiegła w sam środek zamieszania, dopadła jednego z potężnych rogaczy i w dwóch błyskawicznych ciosach zakończyła jego żywot. Obróciła się i trzykrotnie sparowała miecz kolejnego z qunarich, zanim Pionier wszedł między jego żebra. Uchyliła się; związane czerwoną tasiemką pasma włosów przytrzymały rozpuszczoną kaskadę pozostałych, dzięki czemu ostrze przeciwnika ścięło jedynie kilka kosmyków. Zaraz po tym odchyliła się i prawą ręką wykonała okrągłe cięcie; przeciwnik padł. Nie zwalniając, odchyliła się jeszcze bardziej i tym razem do wirującego ataku dołączył Przyjaciel. Otaczający Therinę wrogowie ryknęli z bólu.

Tempo walki było zabójcze. Wpadła w trans, w swoją wewnętrzną muzykę, którą jednak rozumieli doskonale jej towarzysze. Porozumienie w walce było ich najmocniejszą stroną, pozwalało zniwelować cenne sekundy wahań, przygotowań, wydawania rozkazów i zamieniać je w bitewną przewagę. Merrill unieruchamiała rogaczy dokładnie w tym momencie, w którym mogli dosięgnąć Theri; wtedy dziewczyna, nie będąc zaskoczona taką nagłą pomocą, likwidowała zagrożenie. Anders także doskonale wiedział, kiedy oczekuje się od niego zaklęć ofensywnych, a kiedy magii leczniczej. Dzięki jego wsparciu, przyjaciele nie byli tak bardzo podatni na ból: mieli świadomość, że rany za moment przestaną sprawiać cierpienie, co motywowało do nieprzerwanego ataku. Varrik z bezpiecznej odległości szył bełtami w tych, którzy chcieli zaskoczyć ich grupę; pociski z plaskiem wbijały się w białe ciała. Avelina taranowała trzech qunari na raz i siekała ich na prawo i lewo. W końcu zmuszona była schować się za pawężą i przyjąć cios topora, ale ręka wroga w następnej sekundzie oddzieliła się od ciała dzięki pomocy Donnika. Strażnik z impetem zaszarżował także na rogacza, który zamachnął się na sierżantkę Brennan. Kobieta z wdzięcznością kiwnęła do niego głową.

Qunarich przybywało, ale nawet posiłki nie były w stanie zatrzymać rzezi, jaką rozpoczęła Therina. Dziewczyna przeturlała się po bruku i podcięła nogi kolejnemu z rogaczy. Zauważyła, że dowódca wrogiego oddziału stał otoczony przez swoich wojowników. Coś do nich mówił i nie brzmiało to bynajmniej jak sprośny kawał czy opowieść na dobranoc.

– Avelina, tarcza!

Strażniczka bezzwłocznie kucnęła i przykryła plecy pawężą. Hawke rozpędziła się, naskoczyła na tarczę i odbiła od niej, podnosząc swoje miecze nad głową. Rogaci wojownicy byli zaskoczeni i nie zdążyli odpowiednio zareagować. Therina spadła na nich, jak klątwa na niewiernych, jak grad na zboże, jak drapieżnik na swoją zdobycz. Przywódca „przyjął" ostrza w swoje ciało, krew siknęła w powietrze. Jego podwładni starali się dosięgnąć Theri, ale ta nie zwalniała ataku, a i czary Merrill dosięgały ich ramion, krusząc je niczym porcelanę. Qunari szli w rozsypkę, ale stali się przez to bardziej niebezpieczni, zdecydowani zabrać ze sobą w śmierć jak najwięcej przeciwników.

Hawke na moment straciła czujność. Przepłaciła to falą bólu, ogarniającą jej biodro i udo. Przeklęła i oddała pięknym za nadobne, ale o tym, że ostatni z przeciwników stoi tuż za nią, dowiedziała się dopiero z cienia wielkiego topora, który przesłonił światło słoneczne. Poczuła zimny dreszcz i obróciła tułów zastawiając się natychmiast swoimi ostrzami. Qunari znieruchomiał, w końcu opadł bezwładnie na ziemię. W jego stygnącym ciele tkwiła strzała o żółtej lotce. Kilkanaście kroków dalej stał Sebastian. Uśmiechnęła się.

– Zesłańcu Niebios, bądź uwielbiony!

– Nie bluźnij, Therino. Jestem tylko pokornym sługą Andrasty.

– Szukaliśmy was – odezwał się niski głos po drugiej stronie placu. Fenris wycierał właśnie ostrze dwuręcznego miecza o jakąś brudną szmatę. Theri, przez ten cały bitewny rozgardiasz nie zauważyła jego przybycia. – Minęliśmy po drodze Arishoka i kolumnę jego wojowników. Chyba rozszerzają wpływy poza Par Vollen.

– A wszystko przez tę zdzirę – wymruczała Avelina. Grupa jej podwładnych stała za nią murem. – Jeśli nie możemy dotrzeć do czoła pochodu, zaatakujmy ich tyły. To da mieszkańcom trochę czasu.

– Hawke, mogę zatamować krwawienie, ale to grubsza sprawa – Anders podszedł do Theriny i obejrzał jej biodro. Jego dłonie na ciele dziewczyny i to na tym konkretnym fragmencie ciała, nie spodobały się Fenrisowi.

– Dam radę. Przygotujcie się, czeka nas długie popołudnie.


[Inspiracja: Audiomachine – Kill'Em All]

Wojownicy usłyszeli kroki. Obrócili głowy i spojrzeli w prostopadłą ulicę. Szła sama, z morderczą miną i pochyloną groźnie głową. Lekki wiatr wzbijał tumany kurzu, czerwone promienie słońca nadały głębi jej ciemnorudym włosom. Przywódca qunari mruknął coś i dwóch wojowników spokojnie wyszło jej naprzeciw. Nie zwalniała. Pierwszy przeciwnik wykonał dwa machnięcia mieczem. Dwa razy odchyliła tułów, po czym zanurkowała pod jego ramieniem i przyłożyła mu ostrze do gardła. Trysnęła posoka. Drugi z wojowników widocznie się zawahał, ale podbiegł do dziewczyny. Sparowała ciosy, jakie wyprowadził, następnie wyciągnęła wolną ręką drugi ze swych mieczy i zanurzyła go w ciele wroga. Gdy ten opadał na kolana, powoli, z nienawistnym spojrzeniem podniosła głowę na przywódcę grupy. W tym momencie, z przyległych uliczek, bez pośpiechu zaczęli wychodzić jej przyjaciele. Każdy z niezachwianą pewnością siebie zaczął wyciągać własną broń. Nie obróciła się do nich, wiedziała, że nadchodzą. Razem kroczyli na spotkanie z wrogiem. Qunari byli zaskoczeni, tego się nie spodziewali. Żadnego chaotycznego ataku, żadnych krzyków, żadnych typowo ludzkich, strachliwych rozwiązań. To byli przeciwnicy, z którymi warto było walczyć.

Cięcie, obrót, uchylenie się, zrobienie miejsca magii, cios, sparowanie, półobrót. W czasie, gdy Hawke wykonywała „ripostę", Fenris z wyskoku rozłupał przeciwnika na połowę, a Avelina zmiażdżyła atakiem dzierżącego topór rogacza. Łańcuch błyskawic przeszedł po białych ciałach qunari, a zaraz potem bełty i strzały znalazły ujście dla krwi. Ostrza świszczały i krzyczały w zetknięciu z powietrzem, metalem, kością. Theri uniknęła wypuszczonej po łuku broni; oparła się na Przyjacielu, którego sztych zatrzymał się na bruku, jak przedłużenie ręki, zaś Pionierem machnęła przed sobą, eliminując kolejnego z wrogów.

Uliczka była już pusta, ale gdzieś niedaleko usłyszeli przerażone ludzkie wrzaski. Cała drużyna zaczęła biec w tamtym kierunku, piąć się pod górę w nadziei na ocalenie niewinnych istot. Dopadli morderców z krzykiem na ustach, przypominali nawałnicę, burzę. Któreś z nich zabiło Saarebasa, ktoś inny wyrwał rogaczowi trzewia. Byli w amoku; tylko Anders starał się panować nad sytuacją i leczyć ich na bieżąco. Nie był jednak w stanie poradzić sobie z taką ilością ran i krwotoków. Gdy wykończyli wszystkich przeciwników w obrębie wzroku, przedstawiali nie najlepszy widok: Theri kulała coraz mocniej, a jej skórzana zbroja miała kilka ubytków. Avelina dotykała niepewnie spuchniętego, czerwonego nadgarstka i próbowała usztywnić go jakąś materią. Merrill pojękiwała, gdy Anders wyciągał z jej barku fragmenty strzały. Sam uzdrowiciel też nie wyglądał na nienaruszonego: jego szata rozdarta była na wysokości brzucha i czerwień zabarwiła obszyte futrem lamówki.

Cywile dziękowali, pomagali im wstać, wycierali własnym ubraniem ich spocone i zakrwawione twarze, przynosili wodę spragnionym ustom. Jeden z mężczyzn złapał zbłąkanego ogiera, który w strachu przed rozprzestrzeniającym się ogniem uciekł z kupieckiego wozu. Theri sięgnęła po wodze i obróciła się do swojej drużyny.

– Spróbujcie dosięgnąć tyłów kolumny, ci maruderzy nie mogli być daleko od głównego oddziału. Może Straż Miejska już tam jest.

– Hawke, co zamierzasz? – Avelina była zaniepokojona.

– Postaram się wymknąć bocznymi uliczkami i zatrzymać qunani od przodu. Wtedy złapiemy ich w kleszcze.

– Oni są już zapewne w okolicy Twierdzy. Jeśli wierzyć świadkom, Arishok dotarł do Górnego Miasta jakiś czas temu, nie ma szans, by dobrać się do niego przed… tym co zamierza – Varrik chodził od ciała do ciała w poszukiwaniu bełtów.

– Jeśli się pośpieszę, może uda mi się chociaż spowolnić główne siły – Theri jednym susem wskoczyła na grzbiet konia i uspokajająco pogładziła go po grzywie.

– Jak zamierzasz sama jedna zatrzymać całe wojsko qunari? – Fenris zbliżył się do niej. – Nawet jeśli uda ci się zaskoczyć przednią straż, będziesz stała pomiędzy dziesiątkami wojowników a Arishokiem. To pewna śmierć.

– Jeśli jest chociaż cień szansy, że dzięki temu matka i inni mieszkańcy uratują życie, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia – Theri spojrzała elfowi w oczy. Widziała jego gniew i wiedziała, że to z powodu lęku o nią. Ucieszyła się; ostatnio Fenris z jakiegoś powodu jej unikał i dobrze było zobaczyć, że jednak nie jest mu obojętna. Spodziewała się, co za chwilę powie. – Nie, nie zrobisz tego za mnie. Przez tę nogę nie wytrzymałabym waszego tempa – spojrzała na ogarnięte chaosem i ogniem brukowane ulice. – Bądźcie ostrożni.


[Inspiracja: Jay Vincent – Legend of Hawk (Champion Trailer Music)]

Koń zarżał i ruszył galopem. Słońce schodziło za horyzont, o czym świadczyły krwistoczerwone promienie; płonące barykady stanowiły najmocniejsze źródła światła. Pędziła, przylgnąwszy do połyskującego grzbietu. Czarna grzywa i ciemnorude pasma włosów falowały w powietrzu.


Biegli. Każdy z nich czuł gniew. To miało być kolejne leniwe popołudnie w Wisielcu, miało skończyć się na kilku kuflach piwa i ewentualnie małej burdzie z okolicznymi rzezimieszkami. Ale piratka musiała ukraść akurat TĘ relikwię. Droga pod górę wcale nie ułatwiała sprawy; oddychali głośno, łapali się za zranione miejsca, wyrzucali w przestrzeń wiązanki przekleństw. Jednak gdy zauważyli tylne oddziały qunari, z ich ust spontanicznie wyrwał się okrzyk:

– Za Hawke!


Zobaczyli ją, ale wyrzucone włócznie i posłane strzały nie trafiły celu. Mknęła za szybko, zbyt prędko zmieniała kierunek, klucząc ciasnymi, ciemnymi zaułkami. Kiedy mieszkała w Lothering uwielbiała galopować przez pola, galopować szaleńczo, do utraty zmysłów. Był w tym pierwiastek nieśmiertelności, dotknięcie czegoś pozaświatowego. Adrenalina, dziwny ucisk w dole brzucha, rozszerzenie źrenic. Nic nie mogło ją zatrzymać, nie było siły, jaka mogłaby ją zwyciężyć. Teraz odnalazła tamte emocje. Była niepokonana. Była Orłem.


Krew. Wachlarz kolorów. Ogłuszający szczęk oręża. Avelina i Fenris miażdżyli przeciwników, wżynali się głęboko w zastępy wroga. Magia Andersa i Merrill wypełniała powietrze. Ciosy, jak ptaki wzbijały się do lotu, by zaraz opaść z powrotem. Gdzieś pomiędzy krzykami unosił się jedwabny, ale i stanowczy głos, prowadzący melodię. Pieśń Światła odganiała napierający mrok.


Kopyta staranowały dwóch niebacznych qunarich. Koń zarżał i poniósł ją dalej, wyżej. Górne Miasto płonęło i wyło tysiącem zaskoczonych, przerażonych gardeł. Niedaleko przed nią, jeden z rogaczy wyrwał drewniany pałąk, na którym zawieszona była szkarłatna flaga. Obejrzał się, lecz nie miał szans na ucieczkę. Miecz przebił go na wylot, a kobieca ręka wyrwała zdobytą, nie zbezczeszczoną jeszcze chorągiew. Materia ożyła, gdy z mocą załopotała w gorącym powietrzu.


Przebili się do Straży Miejskiej. Avelina wyrzucała w przestrzeń rozkazy, przeciwnicy wycofywali się, prąc w górę. Dym i żar zagęściły atmosferę, posoka spływała do rynsztoków, ciała qunari i ludzi walały się na bruku wśród zniszczonych straganów. Gdy wiatr dostał się do ulicy i wymiótł tumany pyłu, ujrzeli majaczącą na horyzoncie Twierdzę.


Od placu przed Traktem Wicehrabiego oddzielało ją tylko jedno. Widziała szlachciców, którzy obrawszy złą drogę, wpadali pod topory qunarich. Widziała jak inni mieszkańcy mądrze omijali ten plac i okrężną drogą kierowali się ku Zakonowi. Miała nadzieję, że posłani przez nią kupcy spełnili swą obietnicę i w porę ostrzegli matkę. Jeśli jednak Leandra biegła gdzieś tutaj, Theri mogła jej pomóc. Mogła. Od placu przed Traktem Wicehrabiego, od przedniej części atakujących rogaczy i grupy przerażonych mieszkańców Górnego Miasta, patrzących w oczy śmierci, oddzielało ją tylko jedno. Bodła kruczoczarnego ogiera i przytuliła się do jego grzywy. Rżał, rzucił głową, ale nie zwolnił. Skoczył. Skoczył nad płonącą, wysoką barykadą, powstałą z połamanego wozu. Ogień był jak kurtyna, za którą działo się najstraszniejsze widowisko, jakie miasto oglądało od czasów buntu niewolników. Kopyta wierzchowca opadły na bruk. Stała pomiędzy qunari a grupą szlachciców. Koń zarżał ponownie i stanął dęba. Therina uniosła flagę i symbol Kirkwall dumnie załopotał nad głowami. Płomienne włosy rozsypały się na jej ramiona, zalśniły w ostatnich, szkarłatnych promieniach słońca. Krzyknęła z całych sił:

– Nie przejdziecie!


Widzieli, jak skoczyła, widzieli, jak zatrzymała atak wojowników. Przypominała jednego z bohaterów książek. Przed nimi ucieleśniała się legenda.

Przedzierali się do niej. Straż Miejska odciągała uwagę oddziałów skupionych na tyłach, lecz prawie na każdym kroku napotykali wrogi miecz lub topór. Nie wystarczało im sił na błyskawiczne rozprawienie się z przeciwnikami. Pomiędzy cięciem a zastawą, pomiędzy wypuszczeniem pocisku a uchyleniem się przed włócznią spoglądali na dziewczynę, która zsunęła się z grzbietu powalonego konia i machnęła krwistoczerwoną chorągwią przed głowami zbliżających się wrogów. Kilka chwil później flaga została przedarta i odrzucona gdzieś na bruk. Cywile przemieszczali się, jak muchy, we wszystkich kierunkach, chaotycznie uciekając od zagrożenia. Qunari dostrzegli spanikowanych ludzi, lecz w tym momencie Hawke wyciągnęła swoje miecze.

– Powiedziałam, że nie przejdziecie! – nieznoszący sprzeciwu głos poniósł się po placu.

Drużyna z rykiem wściekłości ruszyła w jej kierunku. Żaden wojownik, żaden cios nie mógł ich zatrzymać. Żaden magiczny czar, żaden nadprzyrodzony cud nie mógł sprawić, że zdążyliby na czas do niej dotrzeć. Widzieli, jak kuleje, jak białe cielska otaczają ją ze wszystkich stron, jak Przyjaciel i Pionier desperacko próbują obronić jej kobiece ciało. I gdy stracili ją z oczu, gdy nie było już nadziei, usłyszeli niski, lecz donośny rozkaz.


– Parshaara!

Qunari zastygli z wyciągniętymi ostrzami, a zaraz potem opuścili ramiona. Theri spojrzała w górę. Na szczycie wysokich schodów prowadzących do Twierdzy, stał Arishok.

– Hawke i jej towarzysze mają być ujęci żywcem. Pokazali swoją wartość. W przeciwieństwie do tej bezwartościowej, ślepej na wszystko kukły – Arishok wyrzucił coś z dłoni. To coś staczało się ze wszystkich stopni, aż wylądowało u podnóża schodów. Głowa wicehrabiego dopiero teraz, wraz z ostatnim plaśnięciem „wypuściła" żelazny diadem, symbol władzy nad miastem. Obręcz zabrzęczała w idealnej ciszy, jeszcze zanim wódz qunarich rozpętał wrzawę kolejnym rozkazem.

– Pozostałych, zabić.

Theri poczuła, jak silne łapy chwytają ją za ramiona. Wyrywała się, ale uderzenie w zranioną nogę powaliło dziewczynę na ziemię. Nagle chaos został przerwany przez znajomy głos.

– Stać! To tego chcecie, prawda? – Izabela pojawiła się znikąd, taszcząc pod pachą wielkie, stare tomiszcze. – Zabierajcie tą cegłę i wynoście się z miasta – piratka rzuciła księgę pierwszemu qunari z brzegu i szepnęła do siebie: – Jasny gwint, wyrzuty sumienia to pierwszy objaw starości.

Arishok schodził powoli ze szczytu schodów. W tym czasie do Hawke podbiegli przyjaciele i dźwignęli ją z ziemi. Qunari jednak nadal nie odstępowali ich na krok.

– Księga Kosluna została odzyskana. Możemy wracać na Par Vollen – nie wiadomo, czy większą radość widać było w gestach wojowników Arishoka, czy w oczach zgromadzonych mieszkańców miasta. – Bierzcie złodziejkę, pójdzie z nami.

– Co? Nie, nie ma mowy, przecież przyniosłam tą pieprzoną książkę, powinniście mnie całować po rękach! – Izabela zaczęła wycofywać się w panice.

– Ona nigdzie się nie wybiera – Therina zrzuciła objęcia Aveliny i pokuśtykała w stronę Arishoka. – Mam wrażenie, że tylko szukacie okazji, by usprawiedliwić podbój miasta. Najpierw relikwia, a teraz skruszona złodziejka?

Tłum szlachciców zaszemrał. Ktoś z nich zwrócił się do Hawke:

– Przekażmy mu tę kryminalistkę, niech ją zabiera a będziemy bezpieczni! – niezidentyfikowane głosy mieszkańców przyznawały rację oratorowi.

Theri obróciła głowę w ich kierunku i wykrzyknęła:

– Jak możecie, wy parszywe świnie?! Po tym, jak uratowano wam skóry!

– Parshaara! – głos Arishoka przypominał grom. – Sama widzisz, Hawke, że nie ma powodu poświęcać się dla tych bezwartościowych zwierząt. Trzeba otworzyć im oczy. Qun mówi wyraźnie: jeśli nie oddasz nam złodziejki, a szlachta nie przejdzie na naszą religię, miasto zostanie zdobyte i zniszczone wraz ze wszystkimi mieszkańcami.

– Pragnęliście relikwii, której nie wrzuciliśmy w ogień, której nie podarliśmy na waszych oczach, ale oddaliśmy wam, dowodząc, że godność nie jest nam obca. Więc teraz to ja stawiam warunki – Therina przystąpiła bliżej. – Zamiast Izabeli i reszty mieszkańców zabierzecie mnie.

Krzyki jej przyjaciół zagłuszyły komentarze rogatych wojowników i szlachciców.

– Jesteś basalit-an, nie godzi się traktować ciebie jak tą złodziejską bas – powiedział powoli Arishok. – Zamiast tego stoczymy pojedynek. Tu i teraz, na śmierć i życie. Wygrasz, moi wojownicy opuszczą z księgą miasto. Wygram ja i zabieram złodziejkę, a co dziesiąty mieszkaniec Kirkwall będzie postawiony przed wyborem: przejście na Qun albo śmierć.

Hawke chciała przekrzyczeć protestujących szlachciców i wyrazić zgodę na warunki pojedynku, ale w tym momencie usłyszała Fenrisa. Elf zwrócił się do Arishoka w jego języku. Nie miała pojęcia, o czym mówił, ale brzmiał stanowczo. Wódz qunarich przyglądał mu się przez cały czas, a gdy nastąpiła cisza, wrócił wzrokiem do Theriny. Wreszcie rzekł:

– Zgoda. Widziałem jak walczysz u boku Hawke. Jesteś basalit-an, możemy dokonać zamiany.

Theri odwróciła się do Fenrisa i zdziwiona zakrzyknęła:

– Co? Nie, to ja miałam walczyć, to ze mną…

– Elf ma rację – Arishok zaczął poprawiać elementy swojej zbroi. – Mimo twojej siły i wartości, nie jest godnie walczyć z ranną kobietą.

– Zaraz ci pokażę, ile jest warta ta ranna kobieta, ty… – Hawke ruszyła na rogatego przywódcę, ale Avelina przytrzymała ją za ramiona.

– Postanowione! Elfie, masz chwilę czasu na przygotowanie – Arishok wydał po chwili kilka rozkazów swoim podwładnym, którzy zaczęli przygotowywać plac do pojedynku. Pochodnie zapłonęły w ich rękach, oświetlając utworzone pole.

– To nie w porządku! – wydzierała się Izabela, obróciwszy się w stronę Fenrisa. Nie mogła do niego podejść, bo dwóch rogaczy trzymało ją jako zakładniczkę.

– Ponuraku, jesteś równie szalony, co nasza Hawke – w głosie Varrika można było jednak usłyszeć zaniepokojenie. – Nie daj się zabić.

Pozostali pokiwali głowami. Podchodzili do elfa i życzyli mu szczęścia, klepiąc go po ramieniu. Fenris czuł się dziwnie. Jeszcze kilka lat temu, podczas ataku qunarich uciekłby z miasta lub walczył jedynie w obronie własnego życia. A dziś? Ma stanąć do pojedynku z potężnym Arishokiem z własnej woli, chroniąc dwie znajome kobiety i obojętne mu miasto. Spojrzał na Hawke, która zbliżyła się do niego, kulejąc.

– Fenris… – jej głos się załamał a wzrok opadł gdzieś w bok. Po chwili ciszy sięgnęła rękami za głowę; na jej policzki spadły ciemnorude pasma włosów. Złapała dłoń elfa i ku zdumieniu tegoż zaczęła owijać wokół jego nadgarstka czerwoną, jedwabną wstążkę.

– W Fereldenie jest taki przesąd – mówiła nie podnosząc wzroku. – Kiedy chce się uchronić bliską osobę przed niebezpieczeństwem, daje się jej coś swojego. Ma to odegnać złe moce i przypominać o nieustannym wsparciu darującego przedmiot – Theri zawiązała maleńką kokardkę na czerwonych zwojach i uniosła głowę. Błękitne oczy napotkały głęboką zieleń tęczówek.

– Jedyne, co mogę zrobić, to dać ci czerwień Amellów. Tylko tyle. Proszę, uważaj na siebie.

Poczuł, jak jego serce otula jakaś ciepła aura. Sięgnął dłonią do jej policzka.

– To więcej, niż mógłbym oczekiwać – wyszeptał widząc, jak jej usta drżą. I wtedy wiedział już, że jego udział w tym pojedynku wcale nie był taką dziwną rzeczą. W ciągu tych kilku lat Kirkwall jednak zaczęło coś dla niego znaczyć. Kirkwall albo kilku jego mieszkańców.

– Elfie, stawaj do walki – Arishok wkroczył do nakreślonego pochodniami pola.

Fenris jeszcze przez kilka sekund patrzył w oczy Therinie, aż obrócił się i przekroczył płonący krąg; prawa ręka wyciągnęła potężny dwuręczny miecz.


[Inspiracja: Brand X Music – All or Nothing]

Theri poczuła, jak ktoś obejmuje ją z całej siły. Siwe włosy Leandry musnęły jej policzek, a rozedrgany głos powiedział:

– Kochanie! Tak się o ciebie bałam! Widziałam, co zrobiłaś – kobieta przerwała i rzuciła spojrzenie na oświetlony ogniem plac. – Niech Stwórca da mu potrzebną siłę.

Fenris i Arishok powoli się okrążali, badając wzajemnie ruchy w poszukiwaniu słabych punktów. Dwóch białowłosych wojowników, dwa potężne rodzaje broni, dwa silne, nieustępliwe charaktery. I dwa zupełnie różne powody do walki. Na ostrzach ogromnych toporów zalśniło odbicie pomarańczowych płomieni. W kolejnej sekundzie runęli na siebie.

Siła ataków Arishoka była nieopisana. Fenris zatrzymał oba topory, ale poczuł, jak jego kręgosłup i kolana walczą z naciskiem. Wyprowadził kontratak; qunari odchylił prawą rękę i zatrzymał miecz długą rękojeścią własnej broni. Oddalili się od siebie i przeszli kilka kroków wzdłuż gorejących pochodni. Noc rozjarzyła się tysiącem gwiazd.

Zbliżenie, metal zajęczał, podmuch rozwiał śnieżne kosmyki włosów. Fenrisowi udało się sięgnąć Arishoka końcówką miecza, ale ten nie spojrzał nawet na zraniony bok. Sam uderzył z taką mocą, że elfa odrzuciło kilka kroków do tyłu. Drugi cios musnął jego ramię. Ciemna krew leniwie spływała wzdłuż tułowia. Gdy qunari ponownie zbliżył się na wyciągniecie ręki, Fenris pochylił plecy i spróbował koszącym ruchem podciąć jego nogi. Zazwyczaj atak ten był skuteczny; eliminował lub okaleczał wrogów i dawał wystarczającą przewagę do skończenia z przeciwnikiem. Teraz jednak, Arishok wyczuł intencje elfa. Zanim ostrze dotarło do wielkiego uda, qunari zdążył chwycić ramię Fenrisa. Jeden z toporów wypadł wojownikowi z ręki, ale za to dłoń przeciwnika, dzierżąca oburęczny miecz została unieruchomiona. Arishok wykorzystał okazję; zamachnął się, aby wbić drugi topór w przytrzymanego elfa. Już miał go rozpłatać, gdy lewa ręka niedoszłej ofiary rozbłysła dziwnym, niebieskim światłem. Wódz qunarich zrozumiał, że ryzyko się nie opłaca. W ostatniej sekundzie puścił ramię Fenrisa i tym samym uniknął spotkania z mocą lyrium. Elf błyskawicznie wyprostował się i odrzucił leżący topór poza okrąg pochodni.

Theri słyszała zadziwione, podekscytowane i przerażone szepty mieszkańców. Nie była pewna, co mówią, ale wiedziała, że przynajmniej raz w życiu są życzliwie nastawieni wobec kogoś z „niższej" rasy.

Arishok zaszarżował. Jak byk ruszył na swojego przeciwnika, aby zwalić go z nóg. Fenris uchylał się, biegnąc raz w prawo, raz skręcając nagle w lewo i podpierając się dłonią dla szybszego manewru. Zaryzykował atak: sztych miecza przeszedł przez wielką, opancerzoną dłoń, dzierżącą topór. Broń wypadła na bruk. Elf wiedział, że teraz ma niepowtarzalną okazje do pokonania wodza qunarich, więc najszybciej jak mógł cofnął ostrze i skierował je ponownie na potężne ciało. Arishok zrobił jednak coś niespodziewanego. Uniósł zranioną rękę i łokciem uderzył w płaz nacierającego miecza. Broń ze świstem zmieniła kierunek i uderzyła o ziemię, tuż przy ich nogach. Druga opancerzona dłoń powędrowała w stronę elfa. Ten odchylił się w ostatniej chwili, ale mimo iż Arishok nie złapał gardła, zacisnął masywne palce na lewym ramieniu przeciwnika. Fenris krzyknął. Czuł, jak kość kruszy się pod naporem niewyobrażalnej siły, czuł, jak druga ręka przeciwnika dosięga jego boku i ściska, niczym imadło.

Therina podbiegła do kręgu, ale stojący qunari odrzucili ją na ziemię. Dziewczyna wstała i z drżeniem śledziła, jak Arishok podnosi szamoczącego się elfa. Widziała fosforyzujące znaki lyrium, widziała stłamszone ruchy i zaciśnięte z bólu zęby. Usłyszała kolejny krzyk. Qunari miażdżył szczupłe elfie ciało. Theri była pewna, że za chwilę zniszczy przeciwnika, że za chwilę Fenris umrze.

Poczuł, że dłoń Arishoka chwyta jego gardło, uwalniając zdruzgotane ramię. Zaczął się dusić. Był świadomy, że zostało mu tylko kilka, może kilkanaście sekund życia. Uniósł z trudem wolną rękę i próbował odgiąć palce wroga, ale nawet z pomocą lyrium dłoń nie miała tyle siły i uścisk nie zwalniał. Zaciśnięte powieki rozwarły się, a spojrzenie szmaragdowych oczu padło na szkarłatną wstążkę, owiniętą wokół nadgarstka. Jedwabny materiał połyskiwał w ogniu pochodni.

W kolejnej sekundzie Fenris opuścił zranioną rękę i sięgnął nią ku lewej nodze, najniżej, jak potrafił. Ból na chwilę przestał istnieć. Mimo mrowienia poczuł zimną rękojeść sztyletu, ukrytego w cholewie buta. Z rykiem zamachnął się i wbił ostrze w biały, odsłonięty kawałek torsu Arishoka. Qunari zawył i rozluźnił uchwyt, ale jego pancerna rękawica zaczepiła się o sprzączkę napierśnika elfa. Ten, nie myśląc wiele, szarpnął całym ciałem, schyliwszy jednocześnie tułów. Łączenia puściły i Fenris w ostatnim momencie wyswobodził się spod własnego pancerza, zanim przeciwnik zdążył zatopić w jego ciele wyrwany przed chwilą sztylet. Wyprowadzony z równowagi Arishok zaczął mocować się z rękawicą. Nim ściągnął ją wraz z przyczepioną zbroją i podniósł potężny topór, elf sięgnął już po własny miecz i odbiegł kilka kroków dalej, aby uniknąć ataku rogacza. Stali naprzeciw siebie, ciężko dysząc. Krew oblała całe lewe ramię Fenrisa, a długie, czerwone linie naznaczały jego szyję. Stał pochylony, w samej tunice, rozchełstanej do połowy torsu i z nienawiścią patrzył na wodza qunarich. Arishok trzymał lewą dłoń na piersi; posoka sączyła się pomiędzy białymi palcami.

Wokół było cicho. Żaden okrzyk nie wzniósł się ku niebu, żadne głosy nie zdradzały obecności tak wielu osób. Wszyscy wiedzieli, że pojedynek za moment się skończy. Czuło się to. Therina, wraz z innymi mieszkańcami Kirkwall zastygła w bezruchu patrząc, jak Fenris i Arishok szarżują ku sobie, z dzikim okrzykiem. Zdawało się, jakby biegli w zwolnionym tempie. Echo poniosło ich głosy po wszystkich ulicach miasta.

Przypadli do siebie i ostrza zamieniły się w rozmazane, szare kreski. Nie było widać poszczególnych ciosów, szczęk metalu wtórował ich wrzaskom. Dłonie obu przeciwników wędrowały z prawej, do lewej, a śmiercionośne żelazo czekało tylko na jedną sekundę opóźnienia, na jedną pomyłkę. Wtem bluznęła krew.

Fenris z rozmachem wyszarpnął ostrze miecza z ciała Arishoka. Qunari padł na kolana, wypuszczając topór z masywnej dłoni. Ostatnim wysiłkiem podniósł rogatą głowę i wycharczał:

– Kiedyś tu wrócimy.

– Być może – odpowiedział elf. – Ale już bez ciebie.

Oburęczne ostrze śmignęło w powietrzu i głowa Arishoka potoczyła się po bruku.

Do Fenrisa dochodziły jakieś głosy, jakieś okrzyki radości, ale nie za bardzo wiedział jakie. Czuł, że miecz wyślizguje mu się z ręki i z brzękiem upada na kamień. Zaraz potem otoczyło go kilka postaci, które podtrzymało jego coraz słabsze ciało. Białe włosy zlepił mu pot, czarna tunika żałośnie wisiała na jego barkach. Usłyszał głosy swoich przyjaciół, jakąś sprzeczkę między Andersem i Theriną. Wreszcie nagły ból przywrócił mu ostrość zmysłów. Rozejrzał się. Hawke wiązała skórzany pasek na jego pokrwawionym ramieniu. Avelina i Sebastian trzymali go po bokach. Jakaś nieznana kobieta, od stóp do szyi ubrana w stalowy, pochlapany posoką pancerz uspokajała rozkrzyczany tłum i nadzorowała opuszczanie przez qunarich placu. Ona sama, gdy na horyzoncie zabrakło rogatych wojowników, zbliżyła się do Fenrisa i Theri, zlustrowała ich zimnym spojrzeniem i rzekła, bardziej do grupy szlachciców niż do nich samych:

– Widzę, że Kirkwall ma nowych Bohaterów.