Dziękuję za pierwszy komentarz, messere! Wszelkie dalsze oceny, komentarze, opinie będą jak najbardziej na miejscu :) Czekam na Wasz odzew :)
13.
Obudził go intensywny zapach wanilii. Przez chwilę nie wiedział, kim jest, gdzie się znajduje i co się stało. Jego serce zaczęło łomotać w panice. Ignorując narastający ból oparł się na prawym łokciu i rozejrzał wokół. W momencie, gdy ją zobaczył, odetchnął z ulgą. „Fenris. Posiadłość. Hawke. Atak qunarich".
Siedziała w fotelu. Nogi miała podkulone; jedno ramię ułożyło się wzdłuż jej tułowia, a dłoń drugiego leżała przy poduszce, na której niedawno znajdowała się głowa elfa. Spała, oddychając powoli i głęboko.
Fenris usłyszał, jak ktoś nuci nieznaną melodię, krzątając się w przyległych pomieszczeniach. Nie był pewny, do kogo należał ten głos, ale zagadka prędko się rozwiązała. W drzwiach ukazała się Leandra Amell.
– Dzień dobry, Fenrisie – kobieta uśmiechnęła się do elfa. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zbliżyła się do niego i odgarnąwszy białe kosmyki włosów, położyła mu dłoń na czole. – Gorączka wreszcie odpuściła, to dobrze. Leż, leż, nie powinieneś jeszcze wstawać – Leandra obrzuciła spojrzeniem także swoją córkę i ponownie się uśmiechnęła. Zaczęła szeptać: – Czuwała przy tobie całą noc i cały poranek. Kiedy wczoraj straciłeś przytomność, wpadła w histerię. Nie dała obejrzeć Andersowi swojej rany na nodze, zanim nie zajął się twoim ramieniem. Moja kochana Rini zawsze jest taka troskliwa…
Theri, jakby usłyszała, że o niej mowa, bo uniosła nieśpiesznie powieki i rozespanym wzrokiem omiotła otoczenie. Gdy zauważyła wpatrujące się w nią szmaragdowe tęczówki, natychmiast otrzeźwiała.
– To ja was już zostawię – powiedziała starsza kobieta, z nutką rozbawienia w głosie. – Za chwilę przyniosę śniadanie, choć o tej godzinie wypadałoby raczej spożyć obiad.
– Fenris! Jak się czujesz? – po tym, jak drzwi się zamknęły, Therina zbliżyła się do elfa. Usiadła na łóżku i dotknęła jego czoła.
– Gorączka wreszcie spadła, to dobrze.
Uśmiechnął się.
– Jak twoja noga, Hawke? – głos miał lekko zachrypnięty. Chciał usiąść obok dziewczyny, ale ponowne wsparcie się na łokciu było ponad jego siły. Westchnął zrezygnowany.
– Do wesela się zagoi.
Elf zastygł. Spojrzał na swoje obandażowane ramię i bezwiednie zaczął bawić się czerwoną wstążką. Zapytał z cichym, nienaturalnym tonem:
– Czyli Leandra dopięła swego…?
Hawke miała niepewną minę. W końcu jednak zrozumiała i parsknęła śmiechem.
– To tylko takie fereldeńskie powiedzenie! Chodziło mi o to, że noga niedługo wróci do formy.
– Ach. Tak. No tak.
Theri rzuciła krótkie spojrzenie na drzwi. Nucona melodia dochodziła gdzieś z oddali. Dziewczyna podniosła z trudem pierwszą i bez trudu drugą nogę na łóżko; ułożyła ciało blisko Fenrisa. Ten ostrożnie, by nie naruszyć rany, obrócił się na bok i spojrzał wprost w błękitne otchłanie oczu.
– Nie rób tego więcej – szepnęła.
– Nie rób czego? Swetrów na drutach? Szarlotki po antiviańsku? Choreografii tanecznych?
– Wiesz, o czym mówię, draniu.
– Ty też.
– Też co? Też jestem draniem? Też wiem o czym mówię? Jestem teżem?
Zaśmiali się jednocześnie. Fenris wyciągnął zdrową, choć drżącą rękę i dotknął jej gładkiego policzka. Theri przytrzymała jego dłoń własną.
– Czerwień Amellów przyniosła mi szczęście. Powinnaś ją odzyskać, zanim znowu wpadniesz w jakieś tarapaty.
– To był dar, nie można go oddać. Zresztą: patrząc na stan twojego ramienia nie byłabym taka pewna, co do jego skuteczności – prychnęła. – Dobrze, że całego cię nie obwiązałam tą „szczęśliwą" czerwienią, byłbyś zgubiony.
– Nie żartuj – spoważniał nagle Fenris. – To… wiele dla mnie znaczy.
Dotknęła kosmyków jego włosów. Opuszki palców powędrowały niżej, wzdłuż szkarłatnych rys na szyi. Nie czuł już żadnego bólu, jedynie coraz większą ekscytację, z powodu jej bliskości.
W posiadłości pojawił się ktoś jeszcze, bo jakiś nowy głos dyskutował o czymś z Leandrą. Theri niechętnie, ale dość szybko wstała z łóżka.
– To Bodahn. Zadba o to, by cię ogarnąć do śniadania. Musisz się w końcu posilić, Bohaterze Kirkwall – posłała mu zagadkowy uśmiech i wyszła z pokoju.
Z jego ramieniem nie było najlepiej: pomijając promieniujący ból, jaki pojawił się podczas próby wdziania na ciało przyniesionej przez krasnoluda koszuli, nie czuł go w ogóle. Poza tym miał ogromne trudności z utrzymaniem równowagi; musiał stracić podczas wczorajszego pojedynku sporo krwi, bo teraz, za każdym razem, gdy próbował przejść z pozycji siedzącej do wyprostowanej, lądował z powrotem na łóżko. W końcu, przy pomocy przytaszczonej przez służącego kuli, Fenris doczłapał do sąsiedniego pomieszczenia. I stanął jak wryty.
To już nie była jego posiadłość, brakowało bowiem ważnego elementu, który stanowił istotę znanego mu pokoju – nieporządku. Wszystko było wyczyszczone i poukładane. Światło odwiedziło to miejsce pierwszy raz od niepamiętnych czasów, gdyż masywne, niegdyś zakurzone niemiłosiernie kotary, zostały rozsunięte. Żadnych walających się pustych butelek (Fenrisowi zrobiło się żal, do niektórych z nich zdążył się już przywiązać), żadnych kotów kurzu, plam po winie, żadnych przyklejonych do stołu ogarków świec. Tutaj po prostu zapanował ład.
– Mówiłam, że dozna szoku, wcale nie opiekujesz się nim dobrze – Theri siedziała nad miską zupy i z szelmowskim uśmiechem spoglądała to na krzątającą się ze ściereczką matkę, to na zbliżającego się elfa.
– Nic dziwnego, że zawsze był taki mizerny. Jak można żyć w takich warunkach? – Leandra odwróciła się ku niemu. – Kilka zgniłych marchewek wywaliłam zza kredensu, więc chyba kupowałeś jakieś warzywa. Co z nimi robiłeś?
– Jadłem…? – Fenris miał niepewną minę, jakby nie wiedział, czy trafił z odpowiedzią. Nie trafił, o czym poinformował go ponowny śmiech Theri i opadnięte ramiona Leandry.
– Ciągle jadłeś surowe warzywa? Zgroza… Mój drogi, masz tutaj kanapki, a jak zjesz podgrzeję ci rosół. Pieczeń przyniesie Sandal za jakąś godzinkę, a ja już wyrabiam ciasto na bułeczki z malinami. Jeśli będzie ci mało, masz się nie krępować i dobawić! Jak można się tak zaniedbywać… Ciężko pracujący mężczyzna musi dużo jeść. A jutro mogę zrobić grzaneczki na słodko i pulpety w sosie chrzanowym. Czy wolałbyś schabowe z ziemniakami i surówką? Albo pierogi tevinterskie? Nie, na pewno nie. To staniemy chyba na pulpetach. Co sądzisz, Fenrisie?
Na widok miny elfa, Therina wrzuciła łyżkę do talerza i złapała się za brzuch, rycząc ze śmiechu. Fenris wybąkał podziękowanie i coś tam o sprawianiu kłopotu, ale Leandra zdawała się nie rozumieć, o co się rozchodzi.
– To żaden problem, Fenrisie. Jesteś przyjacielem mojej córki, więc to tak, jakbyś należał do rodziny. Poza tym nie każdy ratuje ją przed nią samą, to już jest warte najlepszych z moich wypieków – Leandra puściła do niego oczko. Przyszło mu na myśl, że robią to w ten sam sposób.
Kobieta podparła się pod boki i rozejrzała wokół.
– No! Ten pokój i kuchnia zrobione. Potrzeba tutaj kobiecej ręki, bez dwóch zdań. Powinieneś nad tym popracować; taki przystojny elf jak ty na pewno…
– Mamo, daj mu zjeść – dziewczynie zrobiło się żal przyjaciela, który zaczął krztusić się kanapką. – Zresztą Fenris nie wie wszystkiego o wczorajszych wydarzeniach.
Theri opowiedziała elfowi o tym, kim była zakuta w stal kobieta, która nadała im tytuły Bohaterów Kirkwall. Meredith i Pierwszy Zaklinacz Orsino, jak tylko opuścili Katownię, walczyli zaciekle w przeciwnym rejonie miasta, dlatego do Traktu Wicehrabiego dotarli dopiero wówczas, gdy Theri negocjowała z Arishokiem. Kapitan Cullen wyjaśnił swojej przełożonej, jak Therina zatrzymała główne siły qunarich, a pojedynek oglądała już sama. Choćby chciała, nie mogła zignorować ani Hawke, ani nawet tego dziwnego elfa: mieszkańcy domagali się zaszczytów dla swoich wybawicieli i nie było ważne to, że za miesiąc czy dwa mogli żałować wyniesienia niższego rasą osobnika do takiej rangi. Eforia robiła swoje. Szeptano nawet, że Theri i Fenris to uosobienia Andrasty i Shartana. Mimo, iż ludzie w większości rozpierzchli się po pojedynku, by odszukać członków rodziny, sprawdzić straty w domostwie albo pomóc w ugaszeniu ognia, spora część mieszkańców towarzyszyła Theri, jej matce i przyjaciołom w drodze do posiadłości elfa. Jego mieszkanie znajdowało się najbliżej, a stan Fenrisa ciągle się pogarszał, więc wybór był jasny. Poza tym ludzie, mimo próśb Sebastiana i rozkazów Aveliny nie dawali za wygraną i przeciskali się w nadziei zobaczenia najświeższych celebrytów miasta. Gdy elf stracił przytomność, a oni zabierali powietrze przez głupie nachylanie się ku jego ciału, Theri wpadła w szał. W kolejnych sekundach ulica była niemal pusta, co umożliwiło im dotarcie do posiadłości. Nad ranem pod oknami pojawili się gapie, a pod drzwiami śmigały zwitki papieru. Gratulacje, podziękowania, zaproszenia, laudacje. Każdy, kto od lat wplatany był w gierki i intrygi Górnego Miasta wiedział, że na planszy pojawiły się dwa nowe pionki. I że trzeba je ustawić tak, by znalazły się po właściwej stronie szachownicy.
Fenris był zadziwiony i nieco przestraszony swoją nagłą popularnością. Nie wiedział, co to będzie dla niego znaczyło, ale niezbyt przypadł mu do gustu fakt, że stanie się rozpoznawalny w mieście. Wolał być duchem, do którego raz na jakiś czas przyjdzie poborca podatków (i wybiegnie z wrzaskiem) czy kobieta sprzedająca mleko, ale wszyscy inni będą się trzymać z daleka. Teraz mógł o tym pomarzyć.
Jeszcze jedna rzecz go niepokoiła. Zapytał Hawke o tamtą sprzeczkę między nią a Andersem. Widocznie się zmieszała i chciała jakoś zmienić temat, ale Fenris nalegał. W końcu opowiedziała o tym, jak natychmiast po zabiciu Arishoka, kazała uzdrowicielowi uleczyć ramię elfa. Ale Anders szepnął ze złością, że nie może tego zrobić na oczach wszystkich templariuszy w Kirkwall. Theri zwymyślała go wówczas i sama zajęła się opatrywaniem rany. Gdy Fenris zemdlał, wyładowała całą złość na bezmyślnych mieszczuchach, ale prawdziwie ulżyło jej dopiero wówczas, gdy dotarli do posiadłości i uzdrowiciel użył w końcu magii. Wtedy też ochłonęła i ostatecznie przeprosiła jasnowłosego maga; miał rację, a ona zachowała się nierozsądnie. Mimo to, gdy chciał najpierw rzucić okiem na jej biodro, stanowczo kazała mu zająć się Fenrisem. Po wszystkim zalecił, by przyszła do kliniki; noga powinna częściowo zaleczyć się samoistnie i musiał dać jej odpowiednie maści. Wyszedł, udając przed Hawke, że nie jest już na nią zły.
Fenris kiwnął głową i wrócił do konsumpcji śniadania. Było późne popołudnie, gdy Therina i jej matka opuściły posiadłość. Pod wieczór miał jednak przyjść Sebastian, który obiecał, że pomoże elfowi w razie problemów z mobilnością. Fenris usiadł na łóżku, na świeżej, czystej pościeli w przewietrzonej, wysprzątanej sypialni z hałdą kremowych papierków na kolanach. Rozwijał je po kolei i czytał, w swoim niespiesznym tempie.
Serah, myślę, że znajdziesz w moim sklepie coś odpowiedniego dla tak doskonałego wojownika, jakim jesteś.
Czarne Emporium
Z prawdziwą przyjemnością pragnę zaprosić Pana na wystawę malarską pt. „Szalone szaleństwa szalonego szaleńca", odbywającą się pod patronatem Twierdzy w najbliższy piątek o północy w opuszczonym magazynie Doków nr 108. Z racji powtarzających się pytań odpowiem od razu: nie, nie jest koniecznym przyjście w stroju błazna.
Salvator Bliży
Lubię odważnych i egzotycznych. Pełna dyskrecja.
Hrabina L.
Miał wypieki na twarzy, gdy sięgał po kolejny list. Ten, dla odmiany, wyglądał poważnie. Okazało się, że był od seneszala Brana. Fenris bez większego zainteresowania przeczytał oficjalne podziękowanie i nadanie tytułu. Jego uwaga skupiła się dopiero wtedy, gdy wzrok padł na słowa „…bal na cześć Bohaterów Kirkwall…".
