16. [Inspiracja: OneRepublic – Secrets]

Już tak nie będzie.

Jakimś nadprogramowym zmysłem czuła, że osiągnięte szczęście, do którego niełatwo było przecież dojść, niedługo stanie się jedynie ciągiem wspomnień. Matka, jej przyjaciele, szacunek miasta: podskórnie wyczuwała, że balansuje na krawędzi. Chciałoby się zanurzyć w tym błogim szczęściu, jak w gęstym syropie, ale los zazwyczaj oprósza radością niczym cukrem pudrem. Jeden ruch i nie zostaje na tobie nic z wyczuwanej niedawno euforii.

Piękne chwile, jak obrazy na ścianie, osobne sceny z tymi samymi postaciami. Głupawe, banalne, śmieszne, beztroskie, wzruszające.

Na przykład wtedy, gdy wracając z dalekiej wyprawy wstąpili do tej nowej gospody pod miastem. Chcieli zanocować, ale wolny był tylko jeden spory pokój. Theri, jako liderka grupy, zaczęła planować rozmieszczenie przyjaciół na kozetkach, na podłodze, w fotelach. Obruszone postawy Aveliny i Andersa mówiły, że niby jak mają wcisnąć się w fotele, by nie zasnąć na siedząco. Hawke postanowiła udowodnić, iż przy odrobinie dobrej woli i zręczności można to zrobić. Zaczęła się kręcić, kompilować powierzchnię swojego ciała, podkurczać nogi i skręcać szyję. W końcu się udało: głowa, przyklejona do kolan oraz ściągnięte w niesamowitym wysiłku stopy znalazły się pomiędzy wysokimi oparciami fotela. Jedynie wyciągnięte ręce nie zmieściły się w wyznaczonym czworoboku i zwisały bezładnie ku podłodze, jak wstążki od prezentu, które ktoś rozwiązał z kokardki. Przyjaciele płakali ze śmiechu. Anders na spółkę z Fenrisem, Avelina obok Varrika, Merrill przy Sebastianie. Gdy Theri podrygiwała lekko, nie wiadomo czy dlatego, że chciała lepiej ułożyć sześcian swego ciała, czy dlatego, że zaklinowała się w meblu, dochodziły ją salwy chichotów, rżenia a nawet bicie pięścią o stół przy akompaniamencie sopranowego: „No nie mogę…". To była beztroska chwila.

Albo wtedy, gdy szła z Fenrisem po Merrill do obcowiska. Nie spodziewała się takiego przywitania ze strony miejskich elfów, którzy po rozpoznaniu idącej pary rzucili wszelkie wykonywane właśnie zajęcia i okazali swoją wdzięczność Bohaterom Kirkwall. W powietrze uniosła się stara pieśń o Shartanie i Andraście, do Fenrisa podchodzili rzemieślnicy chwaląc się swoimi dziełami i oczekując opinii, Theri została obwieszona paciorkami, koralikami, talizmanami i nawet nie wiedziała, komu za nie podziękować. Ogólnie rzecz biorąc, stali się obiektem pomniejszego kultu. Hawke po chwili zdezorientowania odnalazła się w sytuacji, rozmawiała z elfami o ich życiu, dziękowała za pochwały, zapewniała o wsparciu na miarę jej możliwości. Za to Fenris miał minę, która wyrażała coś na kształt zmieszania połączonego ze zdegustowaniem, niepewnością i dumą. Ten wachlarz uczuć ujednolicał się tylko w jednym momencie: gdy rozemocjonowane matki wciskały na ręce białowłosemu elfowi swoje wrzeszczące dzieci, Fenris podnosił wielkie zielone oczy na Therinę i bezgłośnie, całą mimiką krzyczał: „Ratunku!". To była wyjątkowa chwila.

Także wtedy, gdy szli razem, nawet nie pamiętała skąd, i śpiewali jakąś piosenkę. Theri z Izabelą przećwiczyły przy okazji wymyślony na poczekaniu układ taneczny, nie zwalniając przy tym kroku w wędrówce. Przy ostatnich elementach choreografii zauważyły, że nieopodal krzaków wyłoniły się dwie postacie. W tym samym momencie wyciągnęły sztylety, schyliły się i wypuściły ostrza z dłoni. Anders z Varrikiem pokiwali głowami w uznaniu, myśląc, że było to umówione zakończenie układu. Dopiero gdy usłyszeli opadanie na kolana i ciche rzężenie, zdali sobie sprawę, że zgranie dziewcząt jest bezsprzecznie perfekcyjne. To była zabawna chwila.

Lub też wtedy, gdy rozprawili się z bandytami podczas nocnej potyczki na Okaleczonym Wybrzeżu i wracali nad ranem przez piaszczyste wydmy. Każdy dyskutował z kimś obok, wymieniano się poglądami, przekonywano nawzajem, wyzywano od najgorszych, grożono, śmiano się. I wtedy wstało majestatyczne, cudownie piękne, świetliście szkarłatne słońce. Bez żadnej komendy rozmowy ucichły. Stali na wybrzeżu, wdychając zapach morza i podziwiając coś tak pospolitego i, dosłownie, codziennego, jak wschód słońca. Tak różne osobowości zareagowały na największą oczywistość świata w ten sam sposób – podziwem i nie do końca uświadamianym sobie wzruszeniem. To była piękna chwila.

Podobnie jak wtedy, gdy wyruszali spod Wisielca na kolejną misję poza miastem, lecz nie zdążyli nawet dojść do głównej bramy, kiedy zatrzymało ich donośne wołanie za plecami. Odwrócili się, by ujrzeć, jak Leandra biegnie w ich kierunku z torbą wyładowaną kanapkami. Zanim zaczęła powrót do posiadłości, kobieta podzieliła się z nimi złotymi radami, powiedziała Merrill, że dla niej kanapka bez szynki, tak jak lubi, Andersowi wręczyła pęczek ziół, o których kiedyś rozmawiali, Fenrisowi poleciła, żeby się tak nie garbił, a Avelinie podała zacerowany perfekcyjnie płaszcz. No i oczywiście dała buziaka w policzek swojej córce. Gdy zniknęła w tłumie przechodniów, drużyna ruszyła w kierunku niebezpieczeństwa jako prawdziwa rodzina. To była wzruszająca chwila.

I takich chwil było dużo więcej. I wszystkie je Theri gromadziła w sercu. I wiedziała, że trzeba je doceniać, bo szczęście i beztroska nie trwają wiecznie. I czuła, że te dobre, piękne momenty się kończą. I już tak nie będzie.