Brak czasu sprawił, że dopiero teraz wrzucam kolejny rozdział, napisany ponadto w tempie ekspresowym. Jestem świadoma, iż powinien jeszcze przejść proces oczyszczania (wyłapanie niezgodności) i fermentacji (poczucie zadowolenia z tekstu), lecz cóż, może następnym razem.

17. [Inspiracja: Two Steps From Hell – Army of Drummers]

Pocałował ją.

Sam nie wiedział, jak to się stało, ale jego od dawna skrywane uczucie zerwało wreszcie więzy. Pożądanie, złość, frustracja, potrzeba bliskości – to przez nie w jednej sekundzie znalazł się poza bezpieczną granicą zaufanego towarzysza i bliskiego przyjaciela. To było jak nieodwołalna deklaracja, jak stempel zatwierdzający, że oto skończył się czas prób, podchodów i gdybań.

A zaczęło się całkiem niewinnie. Chciał z nią po prostu szczerze porozmawiać, przy czym nadarzała się niepowtarzalna okazja, by to w spokoju i oddaleniu od cudzych oczu uczynić. Leandra, po gorących zapewnieniach, że dom Amellów nie zawali się przez dwa tygodnie, postanowiła wyjechać do podkirkwallskiej posiadłości niedawno poznanej, najlepszej przyjaciółki. Nie licząc najmowanych do godzin przedpołudniowych sprzątaczek, w domu miał zostać jedynie Bodahn – jego syn wraz z Jasperem stanowili oficjalną obstawę starszej kobiety.

Mimo to, w holu przywitał go rozgardiasz, składający się głównie z niedopakowanych walizek, rozbebeszonych tobołów i biegającego w kółko psa. Był zawiedziony, myślał, że zastanie Hawke samą, ale po chwili zrezygnował z pospiesznego odwrotu. Dziś albo nigdy.

Nie był zaskoczony, gdy Sandal na wpół wyartykułował, na wpół określił gestem, że Theri znajduje się w podziemiu, w swojej sali treningowej: już przekraczając próg posiadłości słyszał rytmiczne, energetyzujące dźwięki bębenków. Przed jego oczami pojawiła się scena, która rozegrała się jakieś trzy, cztery miesiące temu.

Do Wisielca zawitała wówczas nieznana grupa muzyków. I jak to z nowicjuszami bywa, zostali na przywitanie obrzuceni wyzwiskami, mięsistymi warzywami i cieczami pochodzącymi z otworów gębowych stałej, wisielczanej klienteli. Niewiele było trzeba, aby tłuszcza uwolniła swój potencjał kinetyczny, lecz w tym właśnie momencie do karczmy weszła Hawke. Jednym okrzykiem i jednym gestem (każdy szanujący się bywalec tego przybytku pijaństwa wiedział, że z nią należy się liczyć) zatrzymała rozemocjonowany tłum i nakazała muzykantom grać. Bębny i bębenki, kołatki i grzechotki – tysiące uderzeń rozwibrowało powietrze. Spojrzawszy na lekko podrygującą stopę Theriny i delikatny uśmiech błąkający się po jej twarzy należało być pewnym, iż oto kolejni artyści zaskarbili sobie jej sympatię.

Nie pierwszy raz, bowiem, Hawke dawała się poznać jako mecenas kultury – obrazy nikomu wcześniej nie znanych malarzy wisiały na ścianach jej komnaty, mozaikowe wazony wzbudzały zazdrość u odwiedzających jej matkę sąsiadek, a twórcy ręcznie tkanych dywanów, które do złudzenia przypominały trawę zapewnili sobie godziwy żywot na najbliższe dwa lata. Byli jeszcze jacyś szaleńcy, którzy zasypali ją wytworami kultury o bryłowatym motywie przewodnim, ale tak im, jak i trąbiącemu we wszystkich skalach dźwięku wirtuozowi grzecznie podziękowała i sowicie wynagradzając dany popis, wyprosiła za drzwi.

Podejmowane inicjatywy wspierania uzdolnionych artystów spodobały jej się wyjątkowo i nie zaniechała ich nawet wtedy, gdy nie miała na podobne ekstrawagancje czasu. Wówczas wpadła na pomysł zorganizowania kilku konkursów. Każdy z nich kierowany był przez trzy- lub czteroosobową komisję, która za pomocą wymalowanych na tabliczkach napisów „TAK" i „NIE" wybierała przyszłe sławy miasta. I było o co walczyć – Theri fundowała bowiem wysokie nagrody pieniężne dla każdego ze zwycięzców. Inna sprawa, że nie musiała tym nadmiernie uszczuplać swojego prywatnego majątku: konkursy stały się dla znudzonych codziennością mieszkańców jakąś podstawową narkotyczną potrzebą, więc dochód z biletów okazał się znaczny. Nie było rozmowy, w której nie wspomniano by o uczestnikach i ich zmaganiach, kwitł handel proporczykami wspierającymi danego zawodnika, prowadzono dyskusje nad stronniczością sędziów czy wprowadzeniem zakazu rekrutacji elfów. Nepotyzm, łapówkarstwo, zakulisowe wojny – po kilku miesiącach konkursy poszły zupełnie innym torem, niż pragnęłaby tego Hawke, ale jej rola skończyła się na puszczeniu mechanizmu w ruch.

Wisielczanych bębniarzy Therina zatrudniła u siebie. Kilka razy w tygodniu schodzili do podziemi domu Amellów i siadłszy za cieniutką kotarą, wygrywali pulsujące melodie niewidocznej dla nich, choć tańczącej obok dziewczynie. W ten sposób Hawke doskonaliła swój morderczy sposób walki, przy okazji uczyła się reagować na szybko zmieniające się tempo i pomieszanie rytmu. Jej przyjaciele wiedzieli o tym jedynie z opowiadań, gdyż sama zainteresowana kategorycznie sprzeciwiła się jakiejkolwiek widowni. Varrik oczywiście próbował, ale od tego właśnie Theri miała psa.

Nie bez obaw więc zwrócił swoje kroki ku wąskim, masywnym schodom. Jasper jednak nie dostał wyraźnych dyrektyw co do tego konkretnego dnia, zatem z radością odegnał z psiej głowy natrętne myśli o obowiązku i wrócił do relaksującej pogoni za ogoniastą częścią swego jestestwa.

Tu-tu-tum-tu-tum-tum! – dźwięk rozgrzewał zmysły, podobnie jak wyraźny, ciężki kobiecy oddech. Szedł po stopniach, niczym kot, ostrożnie, bezszelestnie, czujnie. Nie chciał zdenerwować Theriny, wolał więc najpierw zorientować się w sytuacji. Gdy wyjrzał zza ściany, odgradzającej schody od drewnianego parkietu, ujrzał to, czego się spodziewał: huragan ciosów i spoconą, zziajaną Hawke. Bębniarze spostrzegli go dość szybko, ale nie zwolnili ani nie zgubili rytmu. Profesjonaliści.

Patrzył na nią. Patrzył pochłaniając widok. Ale dopiero po chwili coś do niego doszło: zza związanych, ciemnorudych włosów powiewały końce czarnej materii – Theri ćwiczyła mając przepaskę na oczach. Zaczerwienienia na ramionach odcinały się od alabastrowej skóry, strużka krwi skapywała z ostrego łuku łokcia. Drewniane manekiny treningowe poruszały się z furkotem, jak bestie nieznanej proweniencji, ale dziewczyna najwidoczniej już je wyczuła, bo uderzała w drewno podług melodii i z odpowiednim wyprzedzeniem unikała wyciosanych bolców. Skłon, wymach, obrót, wypad, odskok, skłon, cięcie. Jak taniec, u niej zawsze wszystko zamieniało się w taniec.

Uderzenia bębenków ustały, więc zaczął demonstracyjnie ocierać się o schody i nadmiernie głośno tupać. Gdy Hawke zdejmowała opaskę schował głowę i zawołał, udając poszukiwania:

– Hawke?

– Stój! Czekaj tam, przebiorę się i cię zawołam.

Chwile mijały. Już dawno przepuścił na schodach grupę muzykantów, policzył ilość stopni w zasięgu wzroku i prześledził trasę małego, domowego pajączka, gdy usłyszał zaproszenie.

– Chodź. Nie wiem, co tutaj robisz, ale nie powinnam tak rozpieszczać Jaspera. Żołnierz bez musztry to kiepski żołnierz. Tak. Wywietrzyłabym pomieszczenie, ale jak widzisz – wykonała łukowaty ruch ręką – nie wybudowali w piwnicy okien. Dziwne.

– Nie złość się. Chciałem z tobą porozmawiać – z tą odmianą jej ironii trzeba było postępować właśnie tak: konkretnie i szczerze.

– Rozumiem, że nie interesuje cię herbatka i miękki fotel? No dobra, nie. O co chodzi?

Patrzył na nią, na jej czerwoną z wysiłku twarz, rozwichrzone włosy, zacięty wyraz twarzy. I nie był w stanie wydusić choćby głoski.

– Ej, co się stało? Skąd ten grymas? No, mów wreszcie!

Cisza.

– Coś z naszymi? Avelina miała wczoraj… czy może…

– Nic im nie jest – nie wiedział dlaczego powiedział to dość ostrym tonem.

Gówno prawda. Wiedział. Martwiła się o NIEGO.

– Nie sądziłem, że tak wiele wysiłku trzeba włożyć, by z tobą po prostu pogadać – wycedził przez zęby. – Następnym razem spław mnie od wejścia, przynajmniej zaoszczędzę czas.

– Co ty wygadujesz? – Theri stała zmieszana, kompletnie zbita z tropu. – Powiedz mi w końcu, co się stało i dlaczego tak na mnie krzyczysz?

– Bo mnie boli ta cholerna nadzieja! – sala zaiskrzyła niebieskawym światłem.

– Jaka… o czym…?

– Kocham cię, nie rozumiesz? – więcej w tym było rozpaczy niż krzyku, ale i tak echo poniosło pierwsze słowa i bawiło się odbijając je od ścian.

Hawke stała z rozchylonymi lekko ustami. Jej źrenice rozszerzyły się tak, że zdominowały błękit tęczówek. Chyba wymówiła jego imię, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo wtedy nie było już dla niego żadnych słów. Słowa były miałkie, bez słodyczy. Więc zrobił coś innego. Pasma jasnych i rudych włosów zetknęły się przy policzkach.

Pocałował ją.

A ona go odepchnęła.

– Proszę, nie jesteś sobą – mówiła to rozedrganym głosem, nie patrząc mu w oczy. Bała się jego reakcji. Jak się okazało: słusznie.

– Nie! Właśnie jestem sobą i to ci nie odpowiada! Jak możesz… jak możesz w ogóle… o nim!

Niebieskie światło zalało komnatę. Powietrze zawibrowało i stało się niemożliwie ciężkie. Therinę przeszyło ostrzę strachu. Zobaczyła jego rękę.

Złapał ją za gardło.

– Anders, przestań!

Puścił. Jego ramiona zwiotczały, krtań wypuściła coś na kształt jęku i wtedy podniósł wzrok. Bała się. Nienawidziła.

Biegł po schodach. Po trzy, cztery stopnie na raz. Nie wiedział jak przebył miasto, nie wiedział jak trafił do kliniki. Padł na kolana i zaczął wyć, niczym zwierzę.

Po dwóch godzinach wstał, otrzepał brudną szatę i zaczął szukać jakiegoś pergaminu w najgłębiej położonej skrytce. Wydobył go w końcu, odczytał ingrediencje, formuły i dopiero wtedy nieco się uspokoił.

Choć dziwny był to spokój. Spokój jedyny w swoim rodzaju: kiedy nie ma już innej ścieżki, kiedy została tylko jedna droga, może zła, może niewłaściwa, może tragiczna, ale za to pewna.